Actions

Work Header

Płacz Serc Po Deszczu

Summary:

"Ktokolwiek był na skraju śmierci, wie że cisza jest najgorszym, co może towarzyszyć nowej rutynie dni.

Ktokolwiek uczestniczył w wojnie, wie że najgorzej jest zamknąć oczy w ciemnym, cichym pokoju, bo krzyki i wybuchy odbijają się echem w pustej przestrzeni myśli."

•••

Powrót do normalności po wojnie jest jedną z tych rzeczy, nad którą leją się strumienie łez, a ręce opadają bezradnie, kiedy wzrok szuka obok osoby, której już nigdy nie zdoła dostrzec.

A jeżeli zdoła, może znaleźć ją przykutą do szpitalnego łóżka. Z płucami niezdolnymi do samodzielnej pracy i obcym sercem bijącym w piersi. Jako hybrydę człowieka z nieczułą aparaturą.

A myśli są dalej utkwione na polu bitwy, dalej zagubione. I nawet jeśli się starasz, nawet jeśli próbujesz, zawsze jakaś twoja część będzie szybować nad wojennymi zgliszczami.

Ale wtedy słuchasz bicia serca kogoś, kto jest całym twoim światem. I nagle reszta przestaje się liczyć.

•••

Skrót: Bakugou i Midoriya wracają do siebie w szpitalu. Nauczyciele, rodzice oraz klasa 1A stara sobie radzić podczas ich nieobecności, rozmawiając o ich historii z perspektywy osób trzecich.

Notes:

Hi! Pierwszy raz publikuję coś na ao3, bo do tej pory korzystałam jedynie z Wattpada. Mam nadzieję, że nie znajdzie się tu wiele błędów. Planuję także zacząć pisać tłumaczenie na angielski, ale to trochę zajmie, ponieważ niestety nie jest to mój pierwszy język. Miłego czytania!

Chapter 1: Rozdział 1

Chapter Text

Ktokolwiek był na skraju śmierci, wie, że cisza jest najgorszym, co może towarzyszyć nowej rutynie dni.

Ktokolwiek uczestniczył w wojnie, wie, że najgorzej jest zamknąć oczy w ciemnym, cichym pokoju, bo krzyki i wybuchy odbijają się echem w pustej przestrzeni myśli.

Izuku leżał na czymś miękkim, prawdopodobnie było to łóżko, sądząc po uczuciu wygodnej, płaskiej powierzchni pod jego plecami. Na klatce piersiowej czuł jakiś uścisk, a ręce i nogi praktycznie były niewyczuwalne przez jego umysł, stanowiąc jedynie marę swojej obecności.

Jego umysł pływał gdzieś w nieodgadnionej przestrzeni, a błyski światła przed oczami, szumy i równomierne, piszczące dźwięki, wbijające się w jego mózg, były jedynie rozmazanym cieniem odbieranej rzeczywistości.

Gdzie był? Co się stało? Dlaczego czuł się jak zamknięty w bańce, z której nie może się wydostać?

Nie wiedział nawet jaki był dzień, gdzie dokładnie się znajdował i czy słońce dawało dalej przyjemne ciepło swojego blasku. Nie był w stanie otworzyć powiek, bo czuł się tak bardzo zmęczony, że nawet ta prosta czynność zdawała się być wyczynem godnym bóstwa.

To było tak, jakby jego umysł dryfował gdzieś w niedostępnej przestrzeni, oddzielony od ciała, a zmysły zostały przykryte ciężkim kocem ospałości i nienaturalnego otępienia. Czy on w ogóle jeszcze był żywy...? Zdawało się, że w chwili obecnej jest to zbyt optymistyczne stwierdzenie.

Gdyby Kacchan tu był, na pewno nazwałby Izuku walniętym i uderzył go w głowę żeby przestał gadać głupoty...

Właśnie... Kacchan... Gdzie jest Kacchan? Dlaczego go nie słyszy? Gdzie poszedł? Czy wszystko z nim w porządku? Obiecał mieć na Izuku oko przez cały czas, więc dlaczego teraz nie czuje jego obecności?

Izuku spróbował się odezwać, ale jego głos przybrał formę jedynie złamanego szeptu, zbyt cichego żeby ktokolwiek mógł go rozszyfrować. Jednak niewyraźne "Kacchan", które uciekały z jego rozchylonych lekko warg były tym, co wyrwało go z letargu gęstej nieświadomości.

W pomieszczeniu zapanowało jakieś poruszenie, ktoś przybiegł, ktoś dotknął jego ramienia, ktoś krzyczał coś albo mówił, ale wszystko było nie do odszyfrowania. Chciał jedynie dowiedzieć się gdzie jest Kacchan, musiał otworzyć oczy i sprawdzić czy jest obok albo całkowicie oszaleje.

- Ka....Ch.....A..... - wszystkie swoje siły przełożył w jak najczystsze wypowiedzenie jego imienia, a każda sylaba jakby przywracała mu większą świadomość tego, co działo się zanim ocknął się tutaj. Wspomnienia odtwarzane jak na taśmie filmowej, zbryzganej krwią i oślepiającą ciemnością, zalewającą jego wzrok.

Ból rozszarpywał jego klatkę piersiową i serce, które biło coraz mocniej z każdą sekundą. Widok rozmazywał mu się przed oczami i każda rzecz, każda sylwetka wirowała mu w przerażającym tańcu . Żadne dźwięki, żadne krzyki ani szepty nie dawały radę przebić się przez pisk w jego uszach.

Kacchan leżał na ziemi, krew sączyła się z jego otwartej rany na piersi. Był sam. Był taki mały i zniszczony, kiedy pożółkła trawa otoczyła kontur jego sylwetki, a rany i siniaki niemal sprawiły, że był nie do poznania. Jednak Izuku zawsze by go poznał... Nawet teraz, gdy jego oczy były matowe i nieruchome, patrzące przed siebie, ale nie widzące niczego i och... Jego klatka piersiowa się nie podnosiła, jego kończyny się nie ruszały, nie potrafił wstać, a Izuku nie był w stanie oddychać.

Czuł się jakby płonął od środka, wszystko zapaliło się w nim, w jednej sekundzie. Widok reszty bohaterów pozbawionych świadomości i krwawiących w żadnym stopniu nie poprawił jego sytuacji. Nikt z nich nie był w stanie ocalić  Kacchana Kacchan ...  Kacchan  jest w jego wieku, ma dopiero 16 lat , marzy o byciu bohaterem numer jeden, ma rodziców i najlepszych przyjaciół, uwielbia wspinać się po górach i jeść ostre jedzenie, jest najlepszy we wszystkim co robi, i jest najbardziej zachwycającą osobą, jaką  Izuku  poznał w swoim życiu.

Kacchan dał się przebić na wylot żeby go uratować. Kacchan przeprosił go, stojąc w strugach deszczu. Kacchan złapał go i trzymał, obiecując, że już nie zostawi go samego.

A teraz Kacchan leżał martwy na opustoszałym polu bitwy.

Nie widział, kiedy kontrola nad OFA zaczęła mu się wymykać, ale wszystko zlewało się jedynie w spiralę bólu, który odebrał mu możliwość racjonalnego myślenia.

Dla Izuku wszystko zakończyło się w momencie, w którym nie mógł spojrzeć w oczy Kacchana i widzieć powód, dlaczego nigdy się nie poddał.

Poczuł jak podrywa się z łóżka w gwałtownym zrywie spowodowanym przez energię OFA, tłoczącą się gęsto wokół jego sylwetki. Oddech wyrwał mu się spod kontroli, kiedy rozmazane kształty zaczęły pojawiać się mu przed oczami, ale żaden z nich to nie był Kacchan. Gdzie jest Kacchan? Tamto musiało być tylko jego złym snem, Kacchan jest żywy. Kacchan musi żyć, bo jeśli byłoby inaczej, Izuku nie pojmie dlaczego on dalej istnieje, skoro nie ma już tego, dla kogo jest w stanie poświęcić wszystko, co ma.

Gdyby mógł, Izuku oddałby mu swoje serce. Dosłownie i w przenośni.

- Kacchan - wyszlochał, próbując podnieść się z łóżka i próbując go znaleźć. Jego gardło paliło, a całe ciało bolało, jakby ktoś przecinał je żywcem na części. Jednak nawet to nie było w stanie go powstrzymać, kiedy szarpał się z kablami i ciężką pościelą szpitalną.

"Nie porozmawiałem z tobą! Nie mogłem ci powiedzieć, że wybaczyłem ci wszystko, zanim jeszcze zdołałeś pomyśleć o przeproszeniu mnie. Nie opowiedziałem ci jak odblokowałem zdolność Piątego Użytkownika i że dla mnie, nawet All Might nie błyszczy tak jasno jak ty. Nie wiesz, jak byłem wściekły na siebie, że dałem ci się poświęcić dla mnie. Dlaczego...? Dlaczego nie możemy po prostu porozmawiać? Dlaczego nie mogę cię dosięgnąć, nawet gdy stanęliśmy tak blisko ciebie? Kacchan, proszę, nie potrafię tak dłużej."

Łzy płynęły teraz strumieniami po jego twarzy, kiedy bezradnie szarpał się z kimś, kto delikatnie, ale stanowczo chwycił się jego ramion i położył go z powrotem na łóżku. Nie mógł zrobić nic, kiedy wszystko tak bardzo bolało i tak strasznie chciało mu się spać.

- Kacchan...- znowu powróciło uczucie niemożliwego otępienia, ale tym razem w jego głowie zamiast milczącej ciemności, odgrywały się na nowo sceny z momentu, w którym wrócił na pole bitwy i znalazł swój cały świat zamknięty w zniszczonym, pokonanym ciele, pokrytym krwią, kurzem i potem. Był pewien, że z jego gardła wyrwał się kolejny agonalny szloch, ale dalej nie pojawił się Kacchan. Dlaczego tu nie przyjdzie? Czy znowu zaczął go nienawidzić? Izuku nic nie rozumiał, ale chciał tylko przez sekundę usłyszeć jego głos, chciał poczuć nawet ostry dotyk jego eksplozji...

Czy Kacchan naprawdę odszedł...?

Był pewien, że któreś z niewyraźnych konturów pochyliło się nad nim i wstrzyknęło jakiś środek w jego ramię, gdy krótki, ostry ból zaświecił coś na chwilę w jego umyśle.

I nawet gdyby Izuku próbował walczyć z narastającym uczuciem słabości, nie miał siły. Nie wiedział czy ma dla kogo walczyć.

• • •

Aizawa siedział na szpitalnym korytarzu, ściskając w dłoniach kubek z kawą i wpatrując się nieustannie w widok śpiącego Deku. Pielęgniarki co jakiś czas pojawiały się u jego boku i pytały czy na pewno dobrze się czuje, i czy nie pojawiły się żadne bóle. Za każdym razem jego odpowiedź brzmiała tak samo.

- Dziękuję za troskę, wszystko w porządku.

Nawet jeśli nie była to prawda, nie zamierzał tak szybko dać się stąd wygonić.

Po zakończeniu wojny stosunkowo trudno było mu się wyleczyć z wszystkich kontuzji. Zwłaszcza, że odkąd rozegrała się ostateczna bitwa, minęły dopiero (albo aż) trzy tygodnie. Trzy tygodnie spędzania całych dni w szpitalu, trzy tygodnie znoszenia widoku płaczących ludzi i nasłuchiwania jak monitory pracy serca zaczynają piszczeć jednolitym dźwiękiem. Nie mógł się doczekać aż w końcu będzie mógł odpocząć od tego miejsca i wrócić do domu.

Hizashi dzwonił do niego co godzinę, jeśli nie mógł być razem z nim na korytarzu, a każdego wieczoru zjawiał się żeby zaciągnąć go do domu. Podczas dnia robił wszystko żeby zająć się Eri, Shinso i pomagać uczniom, którzy już zdołali wydostać się ze szpitalnych sal. Oprócz tego został poproszony o pomoc w postępowaniu w przypadku pochwyconych złoczyńców, więc pobyt w domu oraz akademikach UA, przeplatał częstymi wizytami na komisariacie policji.

A potem przyjeżdżał do Shouty żeby zabrać go z wielogodzinnej zmiany podczas której wędrował spod sali Midoriyi pod salę Bakugou.

All Might zjawiał się prawie tak samo często jak Aizawa, z tą różnicą, że jemu przypadały całonocne warty, a w ciągu dnia zjawiał się tylko wtedy, gdy prasa, policja i przywódcy wielu państw w końcu dawali mu chwilę spokoju. Shouta nie miał pojęcia czy All Might w ogóle cokolwiek jadł albo spał więcej niż krótkie godziny na niewygodnym, szpitalnym krześle, dlatego zwykle, kiedy spotykali się w jednym miejscu, zaciągał go na obiad.

- Musisz coś jeść, Toshinori. Kiedy Bakugou i Midoriya się obudzą, będą chcieli zobaczyć cię w dobrej kondycji.

All Might po tym stwierdzeniu długo milczał, a potem schował twarz głęboko w dłoniach, starając się ukryć łzy płynące po jego policzkach.

- Masz rację... Chociaż to mogę dla nich zrobić.

Aizawa wiedział doskonale, że drugi mężczyzna winił się o wszystko, co się stało jego ulubionym podopiecznym, ale za każdym razem kiedy chciał z nim o tym porozmawiać, brakowało mu słów. Bo i co miał powiedzieć, kiedy w nim dusiło się tyle samo goryczy?

Zwłaszcza teraz, kiedy został sam i patrzył na swoje odbicie w szybie, widział jedynie żałosną wersję tego, kim powinien być.

Bohater. Zbyt duże słowo jak na kogoś, kto pozwolił żeby dzieci walczyły w wojnie, która nie była ich. Żeby dzieci cierpiały, ginęły i doświadczały czegoś, co będzie prześladować ich do końca życia. Żeby permanentnie traciły sprawność i możliwość dalszego spełniania swoich celów, i marzeń. Jaki bohater i nauczyciel na to pozwala?

Zarówno Bakugou jak i Midoriya trafili do szpitala w stanie krytycznym. Lekarze załamywali ręce nad nimi ręce, a prognozy na poprawę były równe zeru. Pamiętał jak pani Midoriya i państwo Bakugou wbiegli do szpitala w stanie najwyższej rozpaczy, szarpiąc się z lekarzami i błagając żeby ratowali ich dzieci. Inko cały czas płakała, nie dając się uspokoić nawet lekom, gdy Izuku walczył o życie na stole operacyjnym, a Mitsuki szlochała wściekłymi łzami, kuląc się na krześle, obejmowana przez ciepłą rękę Masaru, próbującego zachować silną postawę, nawet gdy cały się trząsł.

A Aizawa nie znalazł słów, które mógłby im powiedzieć, zwłaszcza, że w jego głowie rozbrzmiewała stara obietnica o tym, że dołoży wszelkich starań aby jego uczniowie byli bezpieczni na UA, a ich życia są pod stałą ochroną. Kłamca, paskudny kłamca, mówił do siebie w myślach.

Bakugou przeszedł operację przeszczepu serca, trwającą więcej godzin, niż Aizawa, All Might i rodzice Katsukiego byli w stanie przetrwać przy zachowaniu zdrowych zmysłów.

Mitsuki chodziła wzdłuż korytarza, ściskając w dłoniach koszulkę Katsukiego i przyciskając ją do twarzy, mamrocząc po cichu słowa modlitwy do wszystkich bogów istniejących na świecie, a Masaru pocierał głowę palcami tak zawzięcie, że Aizawa martwił się czy nie straci wszystkich włosów. All Might zaciskał pięści tak mocno, że zdołał sobie złamać jeden z palców. Aizawa starał się za wszelką cenę nie myśleć o tym, jak nie zdołał powstrzymać Bakugou przed ruszeniem do dalszego ataku, starał się nie przypominać sobie wyrazu jego twarzy, gdy świadomość ulatywała z jego ciała, a potem nastąpił ten okropny moment, w którym usłyszał jak Best Jeanist krzyczy o tym, że jego serce już więcej nie zabije.

Nie mógł o tym myśleć tak samo, jak o wyrazie czystej rozpaczy na twarzy Midoriyi.

Nigdy nie chciał zobaczyć momentu, w którym uśmiech jego problematycznego dziecka opada, ustępując wyrazowi godnemu człowiekowi, który dowiedział się, że za chwilę spadnie na ziemię asteroida. Wyglądał jakby cały świat uległ destrukcji przed jego oczami. I w zasadzie, Shouta prawdopodobnie wcale się nie mylił.

Obserwował ich od kiedy tylko pojawili się na egzaminach wstępnych. Nie ciężko było zauważyć jak bardzo Midoriya jest uzależniony od obecności aroganckiego blondyna. Aizawa widział jak analizował każdy jego ruch i patrzył na niego jak na gwiazdę, która upadła u jego stóp. Znał to spojrzenie, nie musiał zbyt wiele się zastanawiać co one znaczyło. Jedynie współczuł, że te uczucia nie są wzajemne.

Przynajmniej tak mu się wydawało aż do czasu ich walki w Groud Beta. Od tamtego czasu coś zaczęło się zmieniać, chociaż tylko nieliczni zdołali dostrzec subtelne różnice w zachowaniu Bakugou w stosunku do Izuku. Stał się bardziej cichy, mniej krzyczał, mniej atakował bez wyraźnego powodu. Po prostu wydawał się być... Dojrzalszy. Z każdym kolejnym miesiącem stawało się to coraz bardziej wyraźne, a kiedy tylko dzieciak skoczył przed Izuku żeby ocalić go przed śmiertelnym atakiem, stało się jasne, że dla Bakugou, Midoriya jest całym światem tak samo jak Bakugou dla Midoriyi.

A im bardziej dostrzegał to w ich spojrzeniach, ich mowie ciała, tym bardziej bolała świadomość jak bardzo krążą wokół siebie i niepotrzebnie się ranią. Unikają rozmów i żyją w świecie swoich fałszywych przekonań, szepczących im gorzkie kłamstwa prosto do ucha. Gdyby tylko wtedy zmusił ich do szczerej rozmowy... Może chociaż uniknąłby sytuacji, w której na kilka chwil ich cały postęp zamknął się do urywanego oddechu Deku, kiedy walczył o kontrolę nad swoją zdolnością.

Nigdy nie był świadkiem zdarzenia, kiedy to dziwactwo atakuje swojego właściciela, chcąc go pochłonąć i zdobyć panowanie nad ciałem. Deku w niczym nie przypominał siebie, kiedy Czarny Bicz owinął się wokół jego sylwetki, a oczy świeciły energią w czystej postaci. Jego krzyki mroziły krew w żyłach, a chwile, gdzie zgiął się w pół przez niemożliwy do uniesienia ból w klatce piersiowej, wypaliły się w jego pamięci jako jedne z najgorszych wspomnień. To był jego uczeń... On jest winny za doprowadzenie go do takiego stanu...

I, mimo że teraz operacje obydwóch uczniów zostały ukończone sukcesem, to nie mógł pozbyć się myśli, że gdyby nie dopuścił do puszczenia ich w epicentrum wojny, byliby cali i zdrowi, bez traumy na całe życie.

Jego przemyślenia potwierdziły się w sekundzie, w której dostrzegł jak Izuku zaczyna podrywać się z łóżka szpitalnego, a OFA rozświetla ciemność pokoju.

Natychmiast poderwał się z krzesła, chwycił za kule i wbiegł do sali, zastając tam widok płaczącej pani Midoriyi i pielęgniarek próbujących przycisnąć Izuku z powrotem do łóżka. Jednakże, kiedy tylko próbowały się do niego zbliżyć, natychmiast zostawały odepchane przez energię otaczającą jego sylwetkę.

Shoucie nie pozostało nic innego jak tylko użyć na nim swojego dziwactwa.

- Izuku, skarbie, proszę, połóż się! Twoje rany się otworzą! Proszę, kochanie - Inko szlochała, próbując dosięgnąć swego syna, który aktualnie szarpał się z pielęgniarkami, pomimo że OFA zostało zablokowane.

Przez jego bandaże zaczęła przeciekać krew, a monitory zapiszczały ostrzegawczo, powodując, że Aizawa zadrżał w strachu o zdrowie swojego ucznia.

- Midoriya, musisz się uspokoić. Słyszysz?

Jednak żadne słowa zdawały się do niego nie docierać, gdy jego oczy przepełnione czystym przerażeniem, wpatrywały się w ścianę przed nim.

- Kacchan...! - jego głos był ochrypły i słaby, ale i tak starał się krzyczeć ze wszelkich sił jakie mu tylko pozostały, gdy odepchnął rękę pielęgniarki. Shouta natychmiast zareagował i złapał go ostrożnie za ramiona, starając się nawiązać kontakt wzrokowy.

Kątem oka zauważył, że jedna z pielęgniarek szykuje już lek uspokajający do wstrzyknięcia, ale jedyne na czym się teraz skupiał to próby przywrócenia jego ucznia do rzeczywistości. Nie zasłużył żeby dalej być uwięziony w koszmarze wojny. W chwili, w której stracił najważniejszą osobę w swoim życiu.

- Bakugou jest bezpieczny. Jeszcze się nie wybudził, ale jego wyniki są coraz lepsze. On jest żywy, Midoriya - Shouta powiedział spokojnie, skanując wyraz twarzy młodego bohatera, ale... Nie dostrzegł nic oprócz złamania widocznego w każdym zakrzywieniu jego twarzy i pustce w jego oczach.

- Kacchan...- brzmiał jakby się poddał, jakby zrezygnował i porzucił wszelkie nadzieje. Brzmiał jakby ktoś wyrwał mu serce i posiekał na kawałki.

A potem pielęgniarka wbiła igłę w jego ramię, a lek powoli zaczął dostawać się do krwioobiegu Izuku. Jego powieki zaczęły się przymykać, a ciało powoli rezygnowało z pozycji gotowej do skoku na wroga. Ku uldze wszystkich, Izuku po kilkunastu sekundach zasnął, z ostatnim, zabłąkanym "Kacchan" na ustach.

Pani Midoriya w końcu mogła dosięgnąć swojego synka i teraz głaskała jego włosy powolnym ruchem delikatnej dłoni, która z uczuciem przeciągała palcami po zniszczonych kosmykach. Ślady łez widniały na jej policzkach, ale teraz towarzyszył jej niewielki uśmiech ulgi, kiedy patrzyła jak jej syn już dłużej nie niszczy swojego ciała.

- Nie możemy dopuścić żeby następnym razem też wydarzyło się coś takiego. Pani Midoriya, czy ma może pani pomysł w jaki sposób moglibyśmy jakoś uspokoić pani syna? Nie chcemy używać niepotrzebnych środków, zwłaszcza że już przyjmuje tyle leków...

Inko wpatrywała się czule w swojego syna, przygryzając dolną wargę, która drgała nieubłaganie pod wpływem emocji, kotłujących się w jej głównie. Smukła dłoń ostrożnie gładziła teraz blady policzek Izuku, z krwawiącym sercem dostrzegając dyskomfort w napiętych mięśniach jego twarzy. Pewnie śni mu się coś złego...

- Nie jestem w stanie pomóc... Jedyne co mogłoby go uspokoić to widok Katsukiego. Nie wydaje mi się żeby w jakikolwiek inny sposób dało się coś zaradzić - odpowiedziała cicho, patrząc zdenerwowanym wzrokiem pomiędzy pielęgniarkę, a Ereaserheada - Proszę... Przenieście go do jednej sali z Katsukim. Nie zniosę widoku jak znowu sam się krzywdzi. To moje dziecko... Mój jedyny syn... Chcę żeby w końcu był szczęśliwy.

Pani Midoriya rękawem swojego swetra otarła nowe strumienie łez, wylewających się z jej szmaragdowych oczu. Shouta popatrzył ze współczuciem na kobietę, a następnie zwrócił się stanowczo do pielęgniarki.

- Oczekuję decyzji ordynatora w sprawie przeniesienia. Proszę załatwić to jak najszybciej się da.

- Ale proszę pana, pan Bakugou jest na...

- Nie obchodzi mnie to na jakim oddziale przebywa - przerwał jej Aizawa, mierząc surowym wzrokiem - To moi uczniowie i zrobię wszystko żeby im ulżyć. Uratowali nas wszystkich, same podstawy etykiety nakazują się jakoś odwdzięczyć, prawda?

Pielęgniarka przygryzła nerwowo wargę, pochylając głowę przed Shoutą.

- Oczywiście, Ereaserhead. Zobaczę co da się zrobić, a do tego czasu... Pani Midoriyo, proszę zostać z synem. Kiedy się znowu obudzi za jakiś czas, dobrze byłoby gdyby pani spróbowała jakoś do niego dotrzeć. Może kiedy zobaczy własną mamę, będzie mu łatwiej - uśmiechnęła się z sympatią - Gdyby się coś działo, proszę natychmiast wołać - odparła, po czym wyszła po cichu z sali, zaciskając dłonie na dokumentacji medycznej.

Cisza sali była przytłaczająca, przerwana jedynie przez równomierne piski monitorów medycznych i cykanie zegara, będące nieznośnym dźwiękiem, który wbijał się w ucho jak szpilki. Sekundy upływały tak szybko, tak wiele już zdołało przeminąć odkąd Izuku trafił do szpitala i minie jeszcze więcej zanim uda mu się stąd wyjść.

Aizawa przełknął gorycz, która nieustannie zbierała się w jego wnętrznościach, kiedy patrzył na cichą rozpacz Inko, szepczącej kojące słowa tuż przy głowie Izuku. I och, głaskała go za każdym razem z taką czułością i intensywnością matczynej miłości, że Shouta miał ochotę krzyczeć, a potem rozszarpać AFO na strzępy gołymi rękami.

- Przykro mi...- powiedział cicho, zanim zdołał powstrzymać słowa wypływające bezmyślnie z jego ust. Natychmiast ugryzł się w język, marszcząc brwi - Wiem, że nie tego pani potrzebuje w tej chwili i nie jestem w pozycji żeby czuć się godnym jakiejkolwiek próby złagodzenia sytuacji ale... Nie mogę zrobić nic innego.

Usiadł na jednym z krzeseł, wpatrując się w milczeniu w śpiącego Izuku.

On powinien tu leżeć.

- Panie Aizawa...- zaczęła spokojnie Inko, wpatrując się w niego intensywnym wzrokiem - To pan był z uczniami na polu walki? To pan powstrzymywał Shigarakiego przed używaniem darów? To pan apelował żeby zabrać uczniów z obszaru wojny? - uśmiechnęła się krzywo, ocierając twarz z łez - Byłam zła... Nawet więcej, byłam wściekła i rozczarowana. W pierwszej chwili zaślepiła mnie czysta nienawiść do wszystkich bohaterów łącznie z panem, ale kiedy pierwsze emocje opadły, zrozumiałam, że nie mógł pan nic więcej zrobić. Pogodziłam się z tym i chciałam podziękować... Że mimo wszystko traktował pan Izuku jako dziecko, jako ucznia, a nie dorosłego bohatera, który musi wszystko robić sam. Dziękuję, Izuku też będzie wdzięczny, kiedy...

Nie zdążyła dokończyć, kiedy szloch przeszył całe jej ciało. Podniosła się z krzesła i owinęła wątłe ramiona wokół pleców Aizawy, pochylając się nad nim i przyciskając do siebie.

Shouta poczuł się zamrożony w miejscu, kiedy ciało Inko trzęsło się od szlochu i moczyło jego koszulę świeżymi strugami łez. Nie wiedział co zrobić, a jego dłonie zaczęły drżeć, zatrzymane w połowie gestu wyrażającego chęć objęcia zrozpaczonej kobiety. Jednakże nie mógł, samemu czując jak wyraz rozpaczy wylewa się spod jego powieki, a puste miejsce pod opaską, nieprzyjemnie boli.

- Proszę mi nie dziękować, błagam panią. Nie teraz, nie nigdy. Nie mogę tego przyjąć...- wyszeptał, zagryzając mocno wargę.

Niech go szlag. Nie może teraz płakać. Za późno na łzy, nie jest ich godzien.

Poczuł jak Inko kręci głową, kiedy ścisnęła go jeszcze mocniej. Aizawa odruchowo objął ją i przytulił do siebie, przepowiadając w głowie modlitwy aby Izuku mógł się obudzić i w końcu przywrócić wszystkim pokój ducha. Żeby Bakugou się obudził, żeby mógł wrócić na swoją pozycję filara klasy 1A.

Tak bardzo chciałby żeby wszystko wróciło do normy.

• • •

All Might starał się nie złamać na oczach całego szpitala, kiedy przechodził przez próg sali, w której leżało bezwładne ciało Bakugou.

Było cicho. Tak nieznośnie cicho, jak nie powinno być w przypadku tak charyzmatycznego dziecka, jakim był Katsuki.

Kiedy tylko się pojawiał, całe pomieszczenia natychmiast ożywały, a ściany odbijały tony jego głosu łącznie z akompaniamentem eksplozji. Za nim pojawiali się jego przyjaciele, wesoło rozmawiając i trącając go zaczepnie ramieniem albo zarzucając się na jego szyję. I mimo że niemiłosiernie na nich krzyczał, nigdy tak naprawdę nie robił nic aby ich odepchnąć w bardziej brutalny i stanowczy sposób.

W stosunku do Izuku zachowywał się podobnie, jednak Yagi dalej wyczuwał wahanie w ruchach Midoriyi, kiedy zbliżał się do swojego przyjaciela z dzieciństwa. Nerwowe pocieranie dłoni, kontrolowany ton głosu i ściągnięty wyraz twarzy. Zupełnie jakby szykował się na atak.

Jednakże on nigdy nie następywał, Bakugou tylko krzywił się w niezwykle przerysowany sposób, a Izuku zaczynał promienieć swoim jasnym uśmiechem, kiedy jego próba podejścia bliżej zakończyła się sukcesem. Zawsze zastanawiał się dlaczego tak bardzo boi się bezpośrednio go zaczepić.

Dostał ułamek odpowiedzi, kiedy rozmawiał z Bakugou. Przed wojną, przed tym jak jego młode ciało nieodwracalnie zaczęły przepasać podłużne blizny i zanim Izuku patrząc na niego, wydawał się skręcać od środka z poczucia winy, nawet jeśli na wierzchu starał się tego nie pokazywać.

- Wcześniej byłem okropnym bachorem. Nie potrafiłem dostrzec swoich własnych wad i słabości, więc postanowiłem zniszczyć coś, co wydawało się nieskazitelne... Dlatego znęcałem się nad nim i poniżałem - jego rubinowe oczy skanowały uważnie wykonywane przez Izuku ruchy, kiedy razem z Uraraką próbował nauczyć się kontrolowania swojego ciała w powietrzu. Jego sylwetka była spięta, a brwi ściągnięte. All Might niemal mógł wyczuć od niego siłę z jaką ten młody chłopak nienawidził samego siebie. A raczej tego, kim był dawniej. 

Toshinori nie był naiwny. Miał pojęcie o tym, jak okrutne potrafią być dzieciaki. A zwłaszcza dzieciaki, które zostały wychowane w przekonaniu o swojej wyjątkowości i duchu niezdrowej walki o bycie najlepszym. Widział też na własne oczy, jak Izuku kulił się lub wzdrygał, kiedy ktoś niespodziewanie podniósł rękę do góry i skierował ją w jego stronę. Było jasnym, że w przeszłości doświadczał fizycznej przemocy od strony innych. Jednak gdyby nie znał tego mrocznego faktu przeszłości, nigdy nie podejrzewałby, że Bakugou wyrządził mu tyle krzywdy. 

W końcu Izuku podziwiał go bardziej niż kogokolwiek innego i patrzył na niego, jak na najjaśniejszą gwiazdę na niebie. 

Nie mógł znieść myśli, że na kilka przerażających momentów ta gwiazda zgasła. 

Bakugou w istocie był niesamowity. Był jednym z najbardziej utalentowanych dzieciaków jakie kiedykolwiek spotkał przez wszystkie lata swojej kariery. Był silny i pracowity, nie zgadzał się na kompromisy i nie odpuszczał dopóki nie osiągnął stopnia perfekcji. Jego pewność siebie i arogancki sposób bycia odznaczały się na odległość jeszcze bardziej niż jasne eksplozje i krzykliwe słowa. 

Widział jak staje się motywacją do intensywniejszej pracy dla całej 1A. W końcu dla każdego był przykładem czystej siły i heroizmu w jednej osobie. Razem z Izuku byli tymi, za którymi ścigała reszta klasy, starając się świecić tak jasno jak oni w konstelacji młodych bohaterów. 

W ostatnich miesiącach jego duma skierowana w stronę Bakugou rosła coraz bardziej, kiedy widział jak stara się zmienić i odbudować coś, co zburzył lata temu. A przynajmniej myślał, że zostało zburzone, kiedy tak naprawdę większość pozostała nienaruszona. Tylko czasami lekko się chwiała wraz z siłą szlochów wstrząsającą ciałem zielonowłosego chłopca. Czuł się dumny jako bohater, jako nauczyciel, ale też jako ktoś, dla kogo dzieciak stał się szczególnie bliski podczas wielu godzin rozmów połączonych z intensywną pracą nad rozwijaniem OFA. Oczywiście Izuku dalej był jego oczkiem w głowie, jednak Bakugou znajdował się zaraz obok. Bo w końcu w żadnym przypadku ta dwójka nie mogła zostać odseparowana. 

Bliźniacze Gwiazdy. Cudowny Duet. Deku i Kacchan. 

Westchnął ciężko, czując jakby na jego klatce piersiowej spoczywał tonowy głaz, będący nie do ruszenia. Jak mógł dopuścić do sytuacji, gdzie to dzieci stawiały czoła największemu zagrożeniu ludzkości? Jak bardzo został zaślepiony przez potrzebę znalezienia doskonałego zastępcy, że nie dostrzegał jak delikatny chłopiec krył się pod pancerzem odwagi i bohaterstwa? Co z niego za Symbol Pokoju? Czy naprawdę zasługuje na uwielbienie, jakim obsypywany jest z każdej strony? 

Był tak pogrążony w gęstej ciemności poczucia winy, że nie usłyszał kuśtykających kroków, zbliżających się w jego stronę. Nie zorientował się o nowej obecności w pokoju, dopóki nie usłyszał nad sobą głosu Aizawy. 

- Zmiana stanowisk. Teraz moja kolej żeby zostać z Katsukim. Twój limit czasowy się skończył. Pójdź coś zjeść, a potem wróć do sali Izuku. Wcześniej mieliśmy z nim pewien problem...

All Might prawie zniszczył krzesło siłą z jaką zerwał się na równe nogi, wpatrując się w bohatera podziemia z niespokojnym oczekiwaniem. 

- Co się stało, Aizawa? Czy z Młodym Midoriyą wszystko w porządku? - wydusił przez zaciśnięte z nerwów gardło. Jeśli z Izuku stało się wcześniej coś złego, a on nie miał o tym pojęcia... Nie będzie w stanie sobie tego wybaczyć. 

- Midoriya wybudził się ze śpiączki, ale nie daliśmy rady porozumieć się z nim w jakikolwiek sposób. Jedyne o czym mówił to Bakugou. Jego moc wyrwała się spod kontroli i byłem zmuszony użyć na nim Wymazania, zanim uszkodził opatrunki na swoim ciele. 

Yagi przetarł oczy, starając się kontrolować swoje emocje, kiedy obrazy cierpiącego Izuku przemknęły przez jego głowę. Oprócz fizycznych obrażeń skazał go również na coś znacznie gorszego niż złamana ręka albo opuchnięta twarz.

- Idę do niego. Dziękuję, że mi powiedziałeś.

All Might po raz ostatni dzisiaj podszedł do Bakugou, ściskając ostrożnie jego dłoń i patrząc na twarz praktycznie w całości pokrytą bandażami. Jego oczy były niezmiennie zamknięte i nieruchome, a oddech kontrolowany przez urządzenia podpięte do jego młodego ciała.

- Dodatkowo... Midoriya prawdopodobnie zostanie przeniesiony tutaj. Wydaje nam się, że to jedyny sposób żeby go uspokoić kiedy się obudzi.

Pytanie tylko czy aby na pewno to się sprawdzi... W końcu widok Bakugou przypiętego do niezliczonej ilości urządzeń nie był specjalnie pocieszający. Jedynie wyraźny dźwięk mierzonego pulsu, mógł wypełnić uczucie pustki, jakie wygryzł strach o życie blondyna.

- Myślę, że to dobry pomysł. Podejrzewam, że kiedy Bakugou się obudzi też przede wszystkim będzie chciał zobaczyć Młodego Midoriyę. Nie zamierzam być tym, który powstrzyma ich od spotkania.

Aizawa pokiwał nieznacznie głową, stając obok niego i przeciągając dłonią po zmierzwionych, brudnych włosach swojego ucznia. Spojrzał na niego z niemal ojcowską czułością i tak samo intensywnym poczuciem odpowiedzialności, i bólu.

- Mitsuki i Masaru wrócili do domu odesłani przez lekarza. Spędzili w szpitalu bez przerwy prawie trzy dni. Personel poważnie zaczął się obawiać o ich zdrowie, więc teraz to ja jestem jako zastępstwo - dalej bawił się jego włosami, starając się nie uciekać wzrokiem w stronę ilości kabli i rurek wychodzących z okolic jego klatki piersiowej - Z Inko jest podobnie. Nic nie chce jeść i cały czas płacze. Rozmawiała z psychologiem, ale niewiele to dało. Już nie wiem w jaki sposób mógłbym ich odciążyć...

- Nie tylko ty powinieneś się tym zajmować, Shouta - wyszeptał All Might, kręcąc głową - To ja powinienem być tu jak najczęściej się da. Muszę zebrać plony tego, co zasiałem. Proszę wybacz mi, że cały ciężar spada na ciebie, kiedy jestem nieobecny w szpitalu - ukłonił się głęboko, zyskując wyraz niezręcznego zdziwienia na twarzy Aizawy - Obiecuję, że będę się bardziej starał. Będę przyjeżdżał tak często, na ile pozwoli mi komendant.

- Toshinori, podnieś się, bo nadwyrężasz moje postrzępione nerwy. Obaj wiemy, że bycie bohaterem to sztuka poświęceń. Najczęściej to sztuka poświęcenia swojego prywatnego życia na koszt pracy. Nie bądź idiotą i nie obwiniaj się za coś, na co nie masz wpływu.

Yagi podniósł swoją sylwetkę, jednak nie odważył się spojrzeć Aizawie w oczy. Stał tutaj jak bezużyteczny wrak, a jako Symbol Pokoju powinien dawać nadzieję, powinien emanować aurą, która podnosiła wszystkich na duchu. Jak nisko zdoła jeszcze upaść za nim w końcu odbije się od dna?

- Przepraszam, Aizawa. Ciężko mi przełknąć swoją porażkę jako bohater i nauczyciel - spojrzał na Katsukiego, a potem w ciszy posłuchał rytmu jego serca odwzorowanego na monitorze i chrapliwego oddechu wydostającego się z wentyli maski tlenowej - Nie pogodzę się z tym, że byłem bezużyteczny w walce, nie mogąc pomóc Młodemu Midoriyi i Młodemu Bakugou. Kiedy zobaczyłem ich tak zniszczonych w szpitalnych łóżkach, dotarło do mnie ze zdwojoną mocą, że to tylko dzieci.

Na jaki los wysłałem Młodego Midoriyę? Przecież wiedziałem, że to się tak skończy... Że prędzej czy później będzie musiał stawić czoła AFO. Jednak nigdy nie podejrzewałem, że będzie to jeszcze podczas jego szkolnych lat. W głowie zawsze modliłem się żeby sytuacja nie rozwinęła się tak szybko, żeby miał jeszcze kilka lat... Ale jednak moje prośby nie były wysłuchane. Wybacz mi, mój chłopcze. Wybacz mi, Młody Bakugou.

Jak tylko się obudzicie obiecuję dopilnować, że wy i wasza klasa będziecie mieć szansę być jak normalne dzieci. Odpoczynek od obowiązków młodego bohatera w takiej sytuacji będzie najlepszym rozwiązaniem. Uratowaliście tyle żyć, że teraz pora uratować wasze...

- Aizawa... Zamierzam zrobić wszystko żeby dać im normalne życie. Choćby to oznaczało całkowitą zmianę formuły zajęć na U.A. zamierzam tego osobiście dopilnować. Porozmawiam z Nezu i razem z resztą grona pedagogicznego musimy podjąć jakieś wiążące decyzje. Proszę cię o pozwolenie o rozpoczęcie tego procesu.

Shouta obserwował go swoim czujnym okiem, zaczerwienionym i podrażnionym od wielokrotnego ocierania łez i nocnych godzin pozbawionych snu. Jego mimika twarzy nie zdradzała wiele, ale we wzroku tliła się niema akceptacja. W końcu czego nie zrobiłby dla swoich ukochanych dzieci?

- Bakugou będzie potrzebował długiej terapii. Z resztą nie tylko on. Muszę dopilnować aby wszystkie dzieci biorące udział w wojnie otrzymały jak najlepsze wsparcie psychologiczne i opiekę specjalistyczną. Zezwalam na zrezygnowanie z zajęć bohaterstwa w mojej klasie chociaż na kilka miesięcy. Treningi dziwactw ograniczymy także do podstawowego wzmacniania ich siły, zamiast wykorzystania ich w walce - mały uśmiech w końcu zaczął wkradać się na jego usta, ujawniając w uniesieniu jednego z kącików - Zamierzam też znieść godzinę policyjną w akademikach. Chcę żeby mieli możliwość spędzania razem czasu. Pewnie tego pożałuję, ale ostatnie tygodnie były aż za ciche...

All Might poczuł jak czysta duma i nadzieja płonie w jego piersi, kiedy jego pomysł nie został zagubiony w sumie innych myśli. Jeśli Aizawa też zaczął szukać rozwiązania w taki sposób... Musi się udać. Dzieci w końcu dostaną takie życie, jakie powinny mieć od samego początku. I tym razem stanie na jego obronie za wszelką cenę.

Wyszedł z sali Bakugou ze zdeterminowanym wyrazem twarzy i motywacją do działania. Symbol Pokoju w końcu nie będzie symbolem dla wszystkich ludzi. Nareszcie będzie nim dla tych, którzy pokoju potrzebują bardziej niż czegokolwiek innego.