Work Text:
Mówi się, że komórki w ludzkim ciele wymieniają się mniej więcej co siedem lat. Nie ma co się dziwić, w końcu Siódemka jest ulubioną liczbą Boga. Pomimo braku oznak zewnętrznych zmian, wewnątrz tej skomplikowanej maszyny przekształca się wszystko - od keratynocytów w skórze po najbardziej zawiłe sploty neuronów. Atomy wymieniają się na nowe, elektrony luzują i zacieśniają, dawne myśli zastępują świeższe. Chociaż Crowley nie uczestniczył w tworzeniu planów pierwszego Człowieka, to pamiętał, że konstrukcja, jaką wymyśliła Bóg, choć wyglądająca na kruchą, potrafiła znieść wiele. Ludzie nie przypominali jaszczurek, którym odrastał oderwany ogon, ale mieli zaskakującą zdolność do podnoszenia się z przeróżnych tragedii. Nawet jeśli wyrwana kończyna nie powracała. Czasami podnosiła ich chęć zemsty, innym razem miłość. Choć były od tego odstępstwa, to serca ludzkich istot były generalnie trudne do zniszczenia.
W przeciwieństwie do serc demonów.
Crowley od zdecydowanie za długiego czasu siedział w najbardziej wysłużonym fotelu w księgarni Azirafala. Muriel, która przez większość dnia rezydowała w byłym sklepie anioła, na początku była zaskoczona jego obecnością, ale, widząc, że Crowley nie stwarza zagrożenia ani dla niej, ani dla cennej bibliofilskiej kolekcji, zostawiła go w spokoju. Mając dość bezsensownego jeżdżenia po Londynie w akompaniamencie Taylor Swift, któregoś dnia wysiadł, niby jak zwykle, pod księgarnią dawnego przyjaciela i po prostu w niej pozostał. Nie jest pewien, ile dni minęło, zanim opuścił Bentleya, bowiem paliwo za każdym razem napełniało się do pełna, gdy jego poziom zbliżał się do rezerwy.
- Panie Crowley, co pan tutaj robi? - Muriel odskoczyła, gdy złapał ją na odkurzaniu księgarni. Zwykłym odkurzaczem, nie za pomocą cudu. Wyglądała jak pospolita bibliotekarka w szarym swetrze narzuconym na wyblakłą zieloną sukienkę - Nie spodziewałam się, że ktokolwiek tu zajrzy, sir - miał wrażenie, że wygląda na bardziej zadowoloną niż w momencie, gdy ją poznał - Pana Azirafala tu nie ma - dodała żałośnie, jakby zawstydzona złapaniem na ludzkiej czynności
- Wiem, że go nie ma - odburknął, przepychając się przez główny hol z kartonem pełnym doniczek - Chciałem dopilnować, czy nie sfajczysz mu księgarni. Albo nie sprzedasz czegoś z tej drogocennej kolekcji - postawił kartony na ziemi, lustrując pomieszczenie.
Nie zmieniło się wiele, a jednak aura wewnątrz sklepu była inna. Te same ciemne pomieszczenia, przetarte tomiska na regałach, zapach starości i, nie wiedzieć czemu, ziemi. Może to od roślin, które przytaszczył ze sobą. W powietrzu przed nim unosiły się drobinki kurzu, wzniesionego przez porządki Muriel.
Czegoś brakowało. Jak wtedy, gdy Azirafal zmuszał go kiedyś szczenięcą miną do układania puzzli, a Crowley dla żartu kradł ostatni puzzel. Patrzył wtedy na ograbioną z jednego elementu układankę i roztrząsał, czemu ta pusta przestrzeń wewnątrz ramki jest tak nieznośna do oglądania.
***
Zaanektował najciemniejsze i najbardziej wyciszone pomieszczenie dla siebie i swoich roślin. Wiedział dobrze, że Muriel stara się podlewać ich najbardziej smętne okazy, niestety póki co - bezskutecznie. Najpiękniejsze rośliny Anglii przypominały wysuszone kłącza z dziewiętnastowiecznych zielników aptekarzy.
- Cholera jasna - warknął, gdy ciężki tom spadł mu na stopę. Od razu otworzył oczy, przeklinając siebie za to, że znowu zasnął.
Koło niego leżała rozrzucona na ziemi wieża z książek, które musiał strącić ręką, przysypiając. Nie zdarzało mu się wcześniej tracić energię na tak długo i tak często, ale składał to na karb czytania. Dawniej nie znosił czytać, szybko się rozpraszał. Gdyby wiedział w przeszłości, że zanurzy się kiedyś w kolekcji przyjaciela, to srogo by się zdziwił - pogrążanie się w lekturze nigdy nie należało do jego zainteresowań. To była rola Azirafala, być tym pozornie mądrzejszym, oczytanym. Crowley był za to tym, który szukał odpowiedzi w samym nurcie życia.
Od tej pory wiele się zmieniło. Azirafal nie czytał swoich książek (Nawet ich już nie posiadał), a Crowley nie eksplorował zewnętrznego świata. I choć dotyk dłoni anioła na stronach jego kolekcji zastąpiły dłonie Muriel, to miał wrażenie, że całe to miejsce tęskni za jasnowłosym właścicielem. Przede wszystkim to on tęsknił.
Nie wiedział, co sprawiło, że w którymś momencie zaczął wertować kolekcję na półkach. Zaczął od przeklętej Jane Austen - sprawczyni kłopotów - a potem już samo pognało: przez Horacego (Praworządny dupek) po Tołstoja. W momencie zaintrygowania sięgnął nawet po J.K. Rowling, zastanawiając się, o co tyle szumu z tą książką.
Czytał dalej. Pochłaniał łapczywie pozycje z najbliższych i dalszych biblioteczek. Czytał, nie ruszając się z miejsca i czasami tylko wyskakując do piwnicy po nową butelkę wina lub ginu. Lub po nowy stos książek. Nie wiedział, ile czasu minęło poza księgarnią. Nie obchodziło go to tak, jak on nie obchodził innych (Jego).
Spojrzał na grubą pozycję, która podjęła próbę złamania mu dużego palca u stopy. Jakieś przestarzałe dzieło dla studentów medycyny, pochodzące sprzed czasów, gdy wynaleziono rentgen. Znał dobrze świat stworzony przez Najwyższą, ale natura jego samego była mu obca. Crowley zastanawiał się, jak to jest z aniołami. I demonami, bo to przecież ten sam gatunek, tylko... Starał się myśleć o tym jak o innej rasie w obrębie tego samego stworzenia. Ich ciała były imitacją ciał ludzi i choć posiadały żywe komórki i splatające je tkanki niezbędne do funkcjonowania organizmu, to cały czas zmieniały się przez krążącą w nich magię. Potrafił znieść wiele fizycznych szkód, ale psychicznie daleko mu było do chorej wytrwałości ludzi.
Dlaczego dał się ponieść uczuciom? Dlaczego one się w ogóle w nim pojawiły? Miał być narzędziem Boga, a potem samego Szatana. Narzędzia nie powinny czuć, myśleć lub zadawać pytań. Inaczej są bezużyteczne.
Być może nie znosił do tej pory książek ze zwykłej zazdrości. Tworzone przez autorów światy były pełnowymiarowymi rzeczywistościami, gdzie narrator miał boskie moce. Sześć tysięcy lat temu pomagał Bóg w stworzeniu znanego ludzkości świata, kreując najodleglejsze zakątki galaktyk, miliardy ciał niebieskich. Cała ta pieprzona astrofizyka była trudna nawet dla anielskiego umysłu, ale każdy jej element do siebie pasował. Nie spodziewał się jednak, że kilka milleniów później zostanie zanurzony w krainę, której nie potrafił pojąć. Pełną emocji, utęsknienia i żalu za czymś, co nie nastąpiło. Świata stworzonego przez drugą osobę.
Mijały kolejne miesiące. Czytał mniej, ale spał więcej snem podkręconym drogim winem, coraz rzadziej podnosząc się z wysłużonych poduszek. Gdy Muriel się zbliżała, żeby go odkurzyć (odkurzyć!), rzadziej podnosił się, by ją ofukać.
Piekło nie potrafiło wymierzyć mu kary, a Niebo o nim zapomniało. Miał wrażenie, że największym przekleństwem było to, że jego serce non stop odradzało się w nadziei, gdy słyszał kroki na korytarzu. I spalało ponownie, gdy okazywało się, że to nie on.
W środku nocy przysypiał na ulubionym fotelu Azirafala. Przez mgłę snu miał wrażenie, że czuje obejmujące go ciepłe ramiona, zatapiając demona całego w miękkiej klatce ze skrzydeł. W momencie gdy się przebudzał, dookoła nie było nikogo. Poza chłodem i opadającym zapachem znajomej wody kolońskiej.
To tylko sen.
