Actions

Work Header

Bound into insanity — Bound into eternity

Summary:

W opowieści utkanej z magicznych intryg, los uśmiecha się do Marty Warren i choć oszczędza jej śmierci, wikła ją w dziwaczną zamianę ciał z nikim innym, a jej akademickim rywalem, Tomem Riddle'em. Podczas gdy Tom zagłębia się w świecie swoich obsesji, przekonany, że konsekwencje działań Marty miały przełomowy wpływ na nich oboje, Albus Dumbledore, czarodziej z sekretną misją, krzyżuje ścieżki z Martą i składa jej intrygującą propozycję, która może rozwikłać splątane nici łączące ją z Tomem. Czy zdołają odwrócić mroczną passę, czy też mroki przeszłości pochłoną ich wszystkich?

(English translation available here.)

Notes:

Graphic Depictions of Violence: uważam, że nie będzie tutaj niczego przekraczającego normy, ale zaznaczyłam, bo zdarzą się sytuacje znęcania się fizycznego. Pamiętajcie, #Tom Riddle is his own warning 😇🚩(and he's so babygurl at it).

Chapter 1: I

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

 

Marta Warren nie wiedziała, że jej wyczerpująca walka zakończy się sukcesem właśnie pierwszego września 1944 roku, w jej siedemnaste urodziny, dokładniej dwadzieścia minut przed odjazdem Ekspresu Hogwart z peronu 9 i ¾. Jej matka nigdy nie należała do wylewnych, lecz w tym roku przeszła samą siebie — pożegnalny uścisk nie trwał nawet pięciu sekund, a już stała z ręką wspartą na otwartych drzwiach czarnej taksówki, gotowa na odjazd.

— Jesteś pewna, że nie chcesz odprowadzić mnie bezpośrednio na peron? — spytała Marta, starając się nie zwracać uwagi na agonalne stęki taksówkarza, który toczył bitwę na śmierć i życie podczas wyciągania kufra z bagażnika. — To ostatni raz.

Pani Warren zacisnęła wargi, oszczędnie potrząsając głową. Jako bogobojna kobieta nigdy w pełni nie zaakceptowała, że jej córka okazała się czarownicą. Podczas pierwszej podróży do Hogwartu ośmieliła się na przejście przez zaczarowaną barierkę tylko dzięki namowom męża. Nawet on nie potrafił odmienić poglądów oddanej kościołowi żony.

— Tata chciałby, żebyś ze mną poszła.

— Cóż, pewnie tak — przyznała pani Warren, niecierpliwie bębniąc palcami o krawędź drzwi. — Niestety nie ma go już z nami. Powodzenia w nauce, dziecko. Zachowuj się jak należy, nie przynieś nam, mnie wstydu i… pisz, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

Marta przełknęła zbierającą się jej w gardle gulę goryczy i zatrzepotała powiekami, starając się odgonić pieczenie, które zwiastowało tylko jedno. Ojciec nie potraktowałby jej tak szorstko, nie, on odprowadziłby ją pod sam pociąg, wyściskał tak, że popękałyby jej wszystkie żebra, a na koniec ze wzruszenia i zbliżającej się tęsknoty zalałby się łzami, robiąc ogromną scenę. Mimo że jako mugol nie do końca pojmował czarodziejski świat, ze względu na córkę przyjmował go z otwartymi ramionami.

On zrozumiałby, jak wielka była to chwila. Marta ostatni raz wchodziła na pokład pociągu jako dziecko. Gdy wysiądzie z niego w czerwcu przyszłego roku, wraz z postawieniem nogi na peronie wkroczy w dorosłość.

— Będę za tobą tęsknić — rzuciła do matki, łapiąc za uchwyt kufra. Zziajany, czerwony na twarzy taksówkarz pożegnał się z nią kiwnięciem i wrócił do auta. — Kocham cię.

Drzwi zatrzasnęły się za panią Warren, która umościła się wygodnie na obitych skórą siedzeniach. Przez jej twarz przemknął wyraz zakłopotania, gdy taksówkarz spotkał się z nią spojrzeniem w lusterku.

— Tak tak, ja ciebie też, dziecko — powiedziała przez uchylone okno. — Do zobaczenia w czerwcu. 

Odjechała, pozostawiając ją na pożarcie bezlitosnych myśli. W czerwcu, czyli drugi raz z rzędu od śmierci męża wolała spędzać święta samotnie, tak jakby Marta mogła zalęc diabła we wszystkich zakamarkach domu. Z roku na rok pojawiało się w nim coraz więcej świętych obrazków i figurek; podejrzewała, że jej matka próbowała na swój sposob wzmocnić ochronę przed „skażeniem” magią.

Marta zacisnęła palce wokół rączki kufra tak mocno, że pobielały jej knykcie, i weszła na stację King’s Cross, przegrywając walkę z piekącymi oczami. Pod pretekstem poprawiania okularów szybko starła łzy toczące się po jej policzkach i pomknęła do najbliższej łazienki, gdzie zignorowała ciekawskie spojrzenia wychodzących mugolek. Wpadła do kabiny i usiadła na opuszczonej desce klozetowej, ostrożnie osuszając twarz chusteczką. Powrót do Hogwartu miał swoje dobre strony (między innymi dostęp do ogromnej biblioteki), ale głównie niósł ze sobą stres, a ten z kolei przyprawiał ją o zaostrzenie się trądziku. Nawet delikatne muskanie policzków chusteczką przyprawiało ją o ból.

— Znowu się mażesz, Warren?

Marta przymknęła oczy. Na dźwięk głosu swojej największej wrogini poczuła, jak kowadło przygniotło jej żołądek. Na nic zdały się tygodnie przygotowań na powrót do kroczenia wojenną ścieżką, a przynajmniej nie znaczyły nic teraz, gdy próbowała przełknąć bycie odrzuconą przez matkę.

— Aż tak ci zależało, żeby mamusia odprowadziła cię na peron, co? — kontynuowała tryskająca samozadowoleniem Olivia Hornby. — Pomyślałby ktoś, że twoi rodzice będą chcieli pomachać jedynej córce na pożegnanie, ale nie… Nie ma z tobą ani mamusi, ani tatusia — westchnęła z perfekcyjnie teatralną dozą współczucia. Nic dziwnego, że profesor Beery zawsze wybierał ją do głównych ról w szkolnych sztukach. — Właśnie, co się z nim stało? Zawsze wszyscy mieli niezły polew z tego, że beczał bardziej niż wszystkie mamuśki razem wzięte.

— Stul pysk, Hornby.

— Ohoho! — Zamknięta w kabinie Marta jej nie widziała, ale posłuchała instynktu podpowiadającego wyjęcie różdżki. — Widzę, że zaczynasz rok z grubej rury. Dobrze! Przyjmę zaproszenie…

Marta poderwała się do pionu, gdy tylko drzwi pierwszej kabiny zderzyły się ze ścianką. Odliczała kolejne wstrząsające konstrukcją trzaśnięcia, a gdy stanęła oko w oko z uśmiechniętą Olivią, zamiast zaklęcia rozbrajającego wpadła jej do głowy inna inkantacja.

Furnuculus transplantus!

Nie miała pojęcia, skąd wytrzasnęła tę formułkę, lecz przestała się nad tym zastanawiać w momencie, gdy cała skóra jej twarzy zapiekła przeraźliwie, jakby zrywano z niej ogromny, wyjątkowo silny plaster. Między wywołanym szokiem trzepotem powiek widziała lecące w powietrzu setki zaognionych punktów, które zderzyły się z Olivią i trzasnęły nią o ścianę.

Marta wyszła z kabiny, a z wrażenia różdżka niemal wyleciała jej z dłoni. Twarz nieprzytomnej Olivii pokrywał obfity, wypełniony ropą trądzik. Na jego widok Marta zaśmiała się triumfalnie, lecz dopiero po chwili zrozumiała, co tak naprawdę osiągnęła. Dotknęła policzka, a pod opuszkami zamiast nabrzmiałych, bolących krost wyczuła aksamitną skórę. Nie wierzyła, więc odrzuciła różdżkę w bok i prześledziła palcami gładki zarys szczęki, pozbawiony zmian nos i dwukrotnie zwiedziła całe czoło, zanim popędziła do najbliższego lustra.

To niemożliwe, pomyślała oniemiała, wpatrując się we własne odbicie. Nie pamiętała swojej twarzy sprzed trądziku, a jednak teraz patrzyła w oczy dawnej sobie. Marcie pozbawionej kompleksów, Marcie, której nigdy nie dokuczano w mugolskiej szkole, Marcie pewnej siebie i przygotowanej na dobroci czarodziejskiego świata, jakie — jak niegdyś myślała — oferował Hogwart.

Raz jeszcze spojrzała na leżącą na boku Olivię. Wyobraziła sobie, jak ta wredna dziewucha odzyskuje przytomność i po dotarciu do szkoły biegnie do najbliższego profesora, żeby zdać relację z padnięcia ofiarą brutalnego napadu. Słyszała formułkę użytego zaklęcia, więc z pewnością ciało pedagogiczne doszłoby do wniosku, że Marta jest prawowitą właścicielką trądziku, a wtedy z powrotem przetransportowanoby go na jej twarz.

Mimo wszystko istniała jeszcze gorsza opcja. Marta nie wiedziała, czy przeniesienie swojego schorzenia na inną osobę klasyfikuje się jako wykroczenie, a nie uśmiechało się jej pozyskanie wpisu w kartotece w najwspanialszy dzień swojego życia.

Odnalazła różdżkę w kabinie i rzuciła na Olivię Obliviate . Nie miała z nim doświadczenia, jednak pozbycie się zaledwie jednego krótkiego wspomnienia okazało się dostatecznie proste, aby zrobić to całkiem porządnie. Znacznie trudniejsze było wtłoczenie sfabrykowanego wspomnienia w stawiającą opór jaźń Olivii, lecz po kwadransie starań Marta z satysfakcją starła pot z czoła. Nie mogła mieć pewności, że wszystko poszło całkowicie po jej myśli, ale powinno wystarczyć. W razie potrzeby mogła wprowadzić poprawki w Hogwarcie, zanim dopadną ją wyrzuty sumienia.

Złapała kufer, Alohomorą otworzyła zaryglowane zaklęciem drzwi i stanęła oko w oko ze sznureczkiem zniecierpliwionych kobiet.

— Uważajcie — powiedziała na tyle głośno, aby słyszały ją wszystkie. — W środku leży jakaś narkomanka.

Kolejka rozpierzchła się tak szybko, jakby nigdy nie istniała, a uśmiechnięta od ucha do ucha Marta sprężystym krokiem przeszła przez zaczarowaną barierkę. Wypluwający kłęby białego dymu Ekspres Hogwart już na nią czekał, więc czym prędzej poderwała kufer w powietrze zaklęciem i wskoczyła na pokład.

Mimo prawdziwie wyśmienitego humoru peszyły ją ciekawskie i niedowierzające spojrzenia uczniów, którzy nigdy nie widzieli jej bez trądziku, więc uparcie szukała pustego przedziału. Odnalazła go dopiero w ostatnim, prawie całkowicie wyludnionym wagonie, gdzie zaśmiała się sama do siebie i opadła na siedzenia.

Natychmiast zabrała się za udokumentowanie tego zdarzenia w pamiętniku, który zaczęła prowadzić w dzieciństwie. Gdy po kwadransie pociąg ruszył, jej samopoczucie pozostało niezmącone nawet po wystawieniu na próbę przyglądania się wzruszonym, machającym do pociech rodzicom. Nie zdenerwowało jej nawet niekończące się walenie przesuwnymi drzwiami, obijanie się kufrów o wąskie ścianki korytarza ani ganiające w te i z powrotem jedenastolatki, które świętowały świeżo pozyskaną wolność poprzez wydawanie z siebie zdziczałych pisków oraz wrzasków.

— Nie, tu ktoś siedzi… Zobacz jeszcze jeden dalej, może tam…

Oderwała spojrzenie od przesuwającego się peronu i zobaczyła Astrę, prefekt naczelną o burzy blond loczków i króliczych zębach.

— Marta! — wykrzyknęła Astra, nie wierząc własnym oczom. Rozpłaszczyła palec na szybie, jakby pokazywała koleżankom jedyny w swoim rodzaju okaz w zoo. — Przecież… Ty… Nie poznałam cię!

Marta bezwstydnie wyszczerzyła zęby, czerpiąc dwa różne rodzaje satysfakcji z zaistniałej sytuacji. Pierwszą z nich były oczywiście oniemiałe miny Astry Greengrass i Donny Camden, korpulentnej brunetki o wiecznie zaróżowionych policzkach, natomiast drugą spetryfikowana szokiem Olivia. Wyglądała równie pryszczato, co w łazience, wytrzeszczonymi oczami chłonąc perfekcyjną, pozbawioną najdrobniejszego zaskórnika cerę swojej przeciwniczki.

Co prawda Marta liczyła, że Olivia ocknie się dopiero po odjeździe pociągu (na pewno zrobiłaby większe wejście, gdyby pojawiła się w Hogwarcie w trakcie uczty powitalnej), ale nie żałowała innego obrotu spraw.

— Widzę, że wakacje miałaś udane — powiedziała Astra, machnięciem różdżki posyłając wszystkie kufry na górne półki. — Jak pozbyłaś się trądziku?

— Och, takim tam mugolskim sposobem — odparła Marta, kątem oka zauważając, że czerwona z gniewu Olivia uważnie przysłuchiwała się ich rozmowie. — To skomplikowana sprawa. Długo by opowiadać.

— Musisz zdradzić nam swój sekret — wtrąciła Donna, poprawiając niesforną grzywkę. Nosiła kilka nadmiarowych kilogramów, ale było jej z nimi do twarzy. — Twoja cera jest czysta jak u dziecka, cała promienieje.

Marta udała, że zapasjonowało ją przyglądanie się swoim paznokciom. Gdy zerknęła z ukosa na niemal trzęsącą się z wyczekiwania Olivię, jej usta wykrzywiły się w niechrześcijańskim uśmieszku. Jeszcze z nią nie skończyła.

— Wątpię, czy posunęłybyście się tak daleko jak ja — powiedziała z teatralnym westchnieniem. — Byłam naprawdę zdesperowana, same wiecie.

— Nie bądź taka. — Donna nie dawała za wygraną. — Ja próbowałam ci pomóc.

Marta w życiu nie nazwałaby Donny swoją przyjaciółką (co najwyżej koleżanką z dormitorium), ale owszem, nie mogła zaprzeczyć jej słowom. Nawet jeśli żadna z sugestii Donny nie przyniosła zadowalających efektów, Marta nad tym nie ubolewała. Transplantacja trądziku na Olivię stanowiła najjaśniejszy punkt w jej życiu i nie zamieniłaby tej satysfakcji na wcześniejsze pozbycie się problemów skórnych.

— Poszłam do dermatologa, to taki mugolski uzdrowiciel specjalizujący się w chorobach skórnych, rozumiecie — wytłumaczyła dla czystokrwistej Astry, która nie znała się na mugolskich specjalistach. Dzięki wyjaśnieniom zyskała chwilę na gorączkowe rozmyślanie, a w tym czasie dziewczyny pokiwały głowami, natomiast Olivia udawała, że pochłonął ją widok odjeżdżającego peronu. — Dermatolog kazał mi codziennie wcierać w twarz ślimaczy śluz i zostawiać go na skórze przez co najmniej cztery godziny. Im dłużej, tym lepiej.

— Fu-eee, fa-fascynujące. — Donna starała się panować nad twarzą, jednak przegrywała zaciętą walkę z kretesem. — Hm… Czyli całe wakacje spędziłaś ze śluzem na twarzy? Czy może w nim spałaś?

— Och, nie nie, nie można w nim spać — odparła Marta tonem eksperta. Sama nie należała do najgorszych aktorek, mimo że profesor Beery z wiadomych względów nigdy nie dał jej wymagającej roli. — Dermatolog kategorycznie mi tego zabronił.

— Dlaczego? — spytała Astra ze zmarszczonym noskiem, zerkając na Olivię, która zasłaniała twarz kurtyną jasnobrązowych włosów.

— Widzicie, śluz rozkłada cząsteczki trądziku, ale się ich nie pozbywa. Natomiast w nocy skóra przechodzi w naturalny stan samooczyszczania się. Gdyby zostawić śluz na całą noc na twarzy, skóra nie miałaby jak się oczyścić.

— Brzmi sensownie — odparła Donna, podczas przyglądania się nieskazitelnej cerze Marty nieświadomie odsłaniając górne zęby w grymasie obrzydzenia.

Pewnie wyobraża sobie mnie ze śluzem na twarzy, pomyślała Marta. Jeśli dobrze pójdzie, przy Olivii wyobraźnia nie będzie jej potrzebna.

— Wiecie, co? — Donna machnęła różdżką, a z jej kufra wyskoczyła pozaznaczana kolorowymi karteczkami księga o tytule: „Almanach kokieterynej czarownicy”. — Wygląda mi to na dobry moment na metamorfozę…

— O matko, przestań. — Marta pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem. W międzyczasie już znudzona Astra wyszła z przedziału, mamrocząc coś o obchodzie pociągu. — Nie chcę skończyć jak Hannah Midgen z szóstego roku.

— Hannah Midgen jest prawie charłaczką. Nic dziwnego, że po Almanachu przypominała bardziej krzyżówkę świątecznej choinki z kanarkiem niż człowieka — zachichotała Donna. Ktoś postronny uznałby, że otworzyła Almanach na pierwszym lepszym rozdziale, lecz Marta znała ją lepiej. — Bez trądziku będzie można zrobić z ciebie wystrzałową pannicę.

— Nie, dzięki.

— Boże, ty też musisz być taka ścierpła? — odmruknęła, patrząc na siedzenie, na którym jeszcze niedawno siedziała Astra. Najwyraźniej nie zauważyła zniknięcia koleżanki. — Nie zrobię z ciebie pośmiewiska, obiecuję.

Marta nie pokładała wielkiej wiary w słowa Donny, ale wiedziała, że korzystniej było dać upust jej kreatywności teraz. Pokiwała więc głową i pochyliła się ku wydobywającej różdżkę, błyszczącej ekstatycznym uśmiechem koleżance. Marta zamknęła oczy, gdy tylko pierwsze zaklęcia musnęły jej skórę, i z topniejącą z minuty na minutę cierpliwością poddała się zabiegom upiększającym.

— Dobra, dość już — wymamrotała, oswabadzając się z dłoni trzymającej ją za oba policzki. — Ile można?

— Och, można można! Daj mi jeszcze chwilę…

— Nie, najpierw chcę się zobaczyć.

Donna z westchnieniem rezygnacji wyczarowała lusterko i podała je Marcie, która zyskała wobec niej odrobinę zaufania. Nie przeszła wzbudzającej wybuchy śmiechu metamorfozy, nie przypominała klauna ani choinko-kanarka, ale za to jej rzęsy wydłużyły się i zyskały zalotnego skrętu (ładnego, ale niestety niestosownego), ciemnobrązowe włosy zostały przyprawione o zdrowy blask i zakręciły się jak po trzymanych całą noc wałkach, a z policzka zniknęły dwa drobne pieprzyki, pozostawiając jej skórę teraz już prawdziwie nieskazitelną.

— Dopiero zaczęłam — stwierdziła Donna, wyciągając rękę.

— Nie, tyle mi wystarczy. — Marta oparła się o siedzenie, dalej przeglądając się w lusterku. Nie chciała, żeby cokolwiek przysłoniło efekt transplantacji trądziku na Olivię. — Wiesz, że wolę rano poczytać niż bawić się w znikanie pieprzyków i kręcenie rzęs.

— Pieprzyki już nie wrócą, a rzęsy zajmują dosłownie dziesięć sekund…

— Nie wrócą? W tym przeklętym Almanachu są zaklęcia trwale wysyłające w niebyt? — Marta pochwyciła księgę i przekartkowała spis treści. — Przecież mogłaś pozbawić mnie nosa!

— Oczywiście, że nie ma takich w Almanachu. — Donna z cwanym uśmieszkiem postukała się końcówką różdżki w skroń. — Nie bój żaby, z tymi zaklęciami radzę sobie jak z żadnymi innymi.

Marta zacisnęła cierpko usta, choć w duchu przyznała jej rację. Mimo trafienia do Ravenclawu Donna nie była orłem z zajęć, ale wyczyniała prawdziwe cuda, jeśli chodzilo o mniej wyrafinowane ścieżki magii. Marzyła o wypuszczeniu własnej wersji Almanacha i działała w tym kierunku, pobierając opłaty od uczennic za ułożenie włosów czy zrobienie makijażu, a Marta cicho zazdrościła jej tego ukierunkowania.

— Szkoda — wtrąciła szorstko Olivia. Dziewczyny popatrzyły na nią, jakby zapomniały o jej istnieniu. — Mogłabyś posłać całą Warren w niebyt. Od tego ględzenia więdną uszy. Ooooch, wiesz, że wolę rano poczytać niż bawić się w kręcenie rzęs. — Wsparła wierzch dłoni na czole, odrzucając głowę w tył. — Och, jestem taka wyjątkowa. Niepowtarzalna… Jedyna w swoim rodzaju!

Marta uśmiechnęła się jadowicie, nieporuszona tym typem przytyków. Nie uważała się za lepszą od innych dziewczyn, po prostu dawno temu spisała dbanie o wygląd na straty. Nieważne, jak bardzo by się umalowała, z trądzikiem nikt nie zwracał na nią uwagi.

— A tobie co się stało, Hornby? — spytała i przeczesała palcami pasmo włosów. Nigdy dotąd nie były tak przyjemnie gładkie. — Czyżby wreszcie dopadła cię karma za te wszystkie wyszukane komentarze na temat mojego trądziku?

— Karma? — Olivia prychnęła, jakby w życiu nie słyszała niczego bardziej niedorzecznego. — To stan przejściowy, reakcja alergiczna.

Uśmiech Marty tylko się poszerzył. Sfabrykowane wspomnienie ewidentnie zagnieździło się tam, gdzie powinno.

— W każdym razie bez obaw, ja to nie ty, żebym paradowała po szkole sześć lat z twarzą w cystach większych niż własne cycki — kontynuowala Olivia. Ze sztucznie niewzruszonego, ociekającego wyższością głosu było jasne, że niczego nie podejrzewała. — W przeciwieństwie do twoich, moi rodzice zareagowali od razu. Przepisano mi specjalną dietę, już jest lepiej.

Marta powstrzymała się przed uświadomieniem tej ropusze, że to właśnie dzięki niej zyskała trądzik i nie pozbędzie się go żadna dieta (tym bardziej niedorzeczna ze względu na ograniczone przez wojnę zapasy jedzenia). Próbowała wszystkich, od polecanych przez doktorów po najbardziej cudaczne, wręcz znachorskie, lecz nie przynosiły najmniejszych rezultatów, więc niech ta robaczywa purchawa nie myśli sobie, że…

— Och, jeszcze jedno!

Wszystkie odwróciły głowy w kierunku przeszklonych drzwi. Astra przywołała kogoś machnięciem ręki i mówiła dalej, ściszając głos. Z pełnej skupienia miny i zmrużonych oczu Donny jasno wynikało, że czytała właśnie z ruchu warg, lecz jej skupienie zostało zmiecione z planszy przez pojawienie się nikogo innego,  a złotego chłopca Slytherinu. Prefekta naczelnego, idealnego uczenia, bezapelacyjnego ulubieńca nauczycieli — Toma Riddle’a.

Na jego widok Donna zachłysnęła się powietrzem, a Olivia oblała szkarłatnym rumieńcem i wypuściła włosy zza ucha, aby ukryć trądzik. Marta natomiast wywróciła oczami i zajęła się obserwowaniem jesiennych krajobrazów za oknem, na którego tle uparcie majaczyło wątłe odbicie Riddle’a.

Gdyby powiedziała, że nie był piorunująco przystojny, za tak wierutne kłamstwo trafiłaby wprost w dziewiąty krąg piekła. Jego alabastrowa skóra kontrastowała z czarnymi lokami, co nadawało mu tak szlachetnego wyglądu, że bez problemu mógłby ujść za członka jednego z najbardziej prestiżowych czystokrwistych rodów. Ten wizerunek tylko wzmacniały wysokie kości policzkowe, pociągła twarz pełna ostrych kątów, otoczone długimi rzęsami czarne oczy, które swoim urokiem uniemożliwiały dziewczynom odwrócenie wzroku.

Tom Riddle nie tylko wyglądał niczym młodzieniec wyrwany żywcem ze stronic klasycznych romansów, ale i tak prezentował się światu. Zapytana o niego, Marta powiedziałaby, że nie poświęca mu uwagi, choć prawda miała się zgoła inaczej. Nie, wcale nie wpatrywała się w niego z wywieszonym jęzorem (tylko czasem), a z zawiścią obserwowała to, jak owijał sobie wszystkich wokół palca. Uważała, że ich wyniki w nauce były zbliżone w wielu dziedzinach (wykluczając obronę przed czarną magią, w której nie miał sobie równych), lecz to on, złoty chłopiec, zbierał wszystkie pochwały i był hojnie obdarowywany punktami. Marta raz wykradła jego ocenione wypracowanie i porównała ze swoim — poza innym środkiem przekazu, zawarte w ich wypracowaniach informacje były identyczne z różnicą jednego dodatkowego zdania. Zaledwie ciekawostka sprawiła, że Riddle dostał wybitny stopień, a ona powyżej oczekiwań, co uważała za faworyzację zmieszaną z seksizmem. Nie bez powodu Klub Ślimaka składał się z prawie samych chłopców.

— Och, Chryste — jęknęła Donna, gdy na kolanach Marty wylądowała „Duma i uprzedzenie”, którą przywołała z kufra. — Ty i ta książka. Ile razy już ją czytałaś?

— Kilka.

— Ha, kilka! Chyba kilka razy na rok! Wiesz, że istnieją prawdziwi faceci, prawda?

— Och, fikcyjni są tysiąckroć lepsi — odparła Marta, wzruszywszy ramionami, i pieszczotliwie pogładziła szmaragdową okładkę ozdobioną pozłacanym tytułem. — Pod każdym względem.

— Mówisz tak tylko dlatego, że żaden chłopak z krwi i kości nawet na ciebie nie spojrzał — odparła Olivia. Marta niechętnie przyznałaby jej w duchu rację gdyby nie prosty fakt, że podczas poszukiwania przedziału została obdarzona kilkoma spojrzeniami. — Wyobrażanie sobie siebie w roli głównej bohaterki powieści to jedyny sposób, w jaki przeżyjesz pierwszy pocałunek, Warren.

Marta otworzyła książkę z niewzruszoną miną, choć jej paznokcie zatopiły się w skórzanej okładce. Miała nadzieję, że nie zostawi na niej trwałych śladów.

— Wszystko przede mną — odparła. — Natomiast przed tobą…

— Och, dajcie spokój — wtrąciła Astra, która musiała słyszeć ich sprzeczkę nawet przed rozsunięciem drzwi przedziału. Zajęła miejsce i założyła nogę na nogę, ale jej elegancką manierę niweczyła skrzywiona mina. — Rok jeszcze się nie rozpoczął, a wy zaraz się pozabijacie.

— Coś ciekawego na patrolu? — podsunęła Donna, najwyraźniej sądząc, że zdegustowanie koleżanki nie wynikało z podsłyszanej sprzeczki.

— Nie, nie określiłabym takim mianem widoku Goyle’a dobierającego się do jakiejś Gryfonki z piątego roku. — Potrząsnęła głową, jakby próbowała pozbyć się tego wspomnienia. — Paru inteligencików zorganizowało sobie w tym celu cały przedział.

— Przedział? W którym wagonie?

Krytyczne spojrzenie Astry zdawało się mówić: „A co, chcesz dołączyć?”

— W naszym — odparła z niesmakiem.

— A po co ci był Riddle? — dopytywała Donna.

— Jak to po co? Przecież ja nie wejdę do przedziału, w którym klekocze sprzączka od paska Goyle’a! — wydusiła ze zbulwersowaniem Astra. Zasznurowała ciasno wargi, a jej policzek pokrył rumieniec wzburzenia. — Tom był tak miły, że mnie wyręczył.

Z gardła Marty wyrwało się pogardliwe prychnięcie.

— Gdyby był tak miły, nie przyjaźniłby się z tym ludzkim wieprzem, Goyle’em — powiedziała, nie potrafiąc skupić się na lekturze, która miała w zwyczaju całkowicie przejmować kontrolę nad jej jaźnią.

— W przeciwieństwie do was dwóch Tom wie, że warto utrzymywać cywilizowane stosunki z ludźmi, z którymi dzieli się dormitorium — skwitowała Astra tak defensywnie, jakby była z nim w związku. Może i była, choć podobnie co reszta Hogwartu, wyłącznie w wyimaginowanym.

Wykrzywiona zazdrością mina Olivii nie pozostawiała wątpliwości, że prawo do stawania w obronie Riddle’a uważała za swoją własność. Szykowała się do odpowiedzi, więc Marta zatrzasnęła książkę i udała się na poszukiwanie pani z wózkiem, jako że nie zniosłaby wysłuchiwania kłótni o chłopaka, który nie poświęcał uwagi żadnej z nich. Astra potrafiła zachowywać przy nim zimną krew, a dzięki wspólnym obowiązkom prefekta naczelnego roiła sobie, że Riddle zobaczy w niej kogoś więcej, jednak Marta w to wątpiła. Owszem, oczarowywał nie tylko profesorów, lecz tak naprawdę nigdy nie widziała, żeby pożerał wzrokiem kogokolwiek, tak jak robili to zwyczajni chłopacy.

Kupiła miętówki i kociołkowego pieguska, którego zjadła oparta o ścianę, wpatrując się w przesuwający się za oknem zielony krajobraz. Chodziło jej po głowie przywołanie „Dumy i uprzedzenia” tutaj, żeby móc poczytać w spokoju, ale ten zamiar pokrzyżował jej rozbrzmiewający niedaleko odgłos ekspolodujących fajerwerków.

Marta szczerze wierzyła w swój osąd, że fikcyjni mężczyźni bili na głowę tych rzeczywistych. Podczas poprzednich sześciu lat nauki żaden z chłopców nie spojrzał na nią choćby z cieniem zainteresowania, a to wszystko przez trądzik, tak jakby przez niego stawała się niewidzialna. W jej opinii miłość powinna być bezwarunkowa, w zdrowiu i w chorobie, w biedzie i w bogactwie, lecz najwyraźniej jej poglądy to relikt przeszłości. Mimo że uważała się za ładną nawet z trądzikiem, dawała szansę mniej urodziwym chłopcom, a jednak żaden z nich nie widział jej inaczej niż jako kogoś, od kogo można pożyczyć pióro, czy jako tę dziewuchę, która rozkoszowała się biciem ich na głowy w wynikach nauki.

Dlatego doszła do wniosku, że chłopcy są grą niewartą świeczki. Podczas gdy dziewczyny w imię ideałów i miłości potrafiły umawiać się z krzywozębnymi przeciętniakami (w każdym znaczeniu słowa), oni uważali, że najlepsza partia w szkole powinna padać im do stóp za to, że się nią zainteresowali. W międzyczasie zwykłe dziewczyny, a już w szczególności dotąd obsypana trądzikiem Marta, najwyraźniej nie miały innego wyboru niż zadowolić się ochłapami, które rzucano im z łaską. Znała tylko jeden wyjątek od tej reguły (oczywiście był zajęty i ze wszystkich dziewczyn, to Donnę — też coś! — obdarował uczuciem) i nie sądziła, że natknie się na drugi, przynajmniej nie w Hogwarcie.

Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci.*

Mimo że jej przemyślenia nie należały do przyjemnych, wolałaby, żeby nie wyrwało jej z nich obleśne rechotanie Goyle’a. Zlokalizowała go na krańcu pola widzenia, więc przymknęła oczy i wyobraziła sobie pana Darcy’ego pędzącego wzdłuż torów na swym czarnym rumaku, aby uratować ją od tych nadętych bufonów, neandertalczyków i dziecinnych łobuzów, od których wręcz roiło się w szkole. Akurat gdy pan Darcy okazał się czarodziejem i pozbył się szyby w oknie, żeby wciągnąć ją na grzbiet konia, w rzeczywistości stukot butów i odgłos rozmowy stały się niemożliwe do zignorowania.

Marta uniosła powieki, a choć instynktownie chciała umożliwić przejście chłopakom, powstrzymała się i nie opuściła wspartej o ścianę nogi. Zamiast tego skrzyżowała ramiona na piersi i ze zmrużonymi oczami przypatrywała się zbliżającym Ślizgonom. Goyle wycofał się za Riddle’a, a choć między kolanem Marty a oknem nie pozostawało wiele miejsca do manewru, ten drugi nawet nie zwrócił na to uwagi. Szedł jak gdyby nigdy nic, lekko rozkołysanym w ramionach krokiem, z dłonią wsuniętą w kieszeń ciemnych spodni, jakby wszechświat miał obowiązek usunięcia wszystkich przeszkód z jego drogi, jakby Martę dzielił moment od rozpłynięcia się w powietrzu.

Gdy znaleźli się tak blisko, że doskonale słyszała ich rozmowę, w jej piersi zaczęła topnieć chęć skonfrontowania Riddle’a z rzeczywistością, w której nie był pępkiem świata. Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie dotkliwie wbiły się w jej skórę, ale przyrzekła sobie, że nie opuści nogi.

Nie oczekiwała, że ktoś, kto został prefektem naczelnym, przepchnie się do przodu siłą, lecz z ust Riddle’a nie padło żadne „przepraszam”. Po prostu prześlizgnął się bokiem i poszedł dalej, jakby przejście blokował mu wózek z przekąskami, a nie człowiek z krwi i kości. Gdy to robił, nie obdarzył Marty nawet ukradkowym spojrzeniem, w dodatku nie przerwał rozmowy.

Jedyny dowód na to, że Marta tam stała, stanowiły oczy Goyle’a. Wspięły się po jej kolanie, spódnicy, szarym hogwarckim sweterku i zrobiły postój na wysokości biustu, zanim Goyle spotkał się z nią wzrokiem. Zmarszczył brwi, popatrzył niżej i znów wyżej, jakby nie potrafił zdecydować, czy woli nacieszyć się widokiem krągłości, czy w pełni rozpoznać osobę, z którą miał do czynienia.

Wybrał to pierwsze, lecz podczas prześlizgiwania się bokiem, nie omieszkał otrzeć się o kolano Marty i — na domiar złego — posłać jej obleśny uśmiech. W porównaniu do Riddle’a był przysadzisty, ale nie na tyle, aby dotknąć jej z przymusu.

Marta pożałowała swojego oporu, zacisnęła pięść na szeleszczącym opakowaniu i pomaszerowała z powrotem do przedziału, w wyobraźni ponad ucieczkę z panem Darcym wybierając obrzucanie Goyle’a czarnomagicznymi klątwami.

Zmarszczyła brwi na widok dziewczyn, które rozchichotały się znacząco, gdy tylko pojawiła się na horyzoncie. Weszła do przedziału, nabierając przeświadczenia, że w czasie nieobecności padła ofiarą plotek, a gdy tylko wrzuciła do ust miętówkę, zyskała tego pewność.

— Czego się tak chichracie? — rzuciła z lekko zachwianą obojętnością. Nie podobało się jej to, że Olivia ocierała z kącików oczu łezki rozbawienia, niemniej najgorsza była Astra. Zwykle ze względu na odznakę prefekta zachowywała się jak należy, lecz teraz jej wargi toczyły zaciętą walkę z uśmieszkiem.

— Och, z niczego — odparła Olivia, spotykając się spojrzeniem z Donną, której posiniała twarz zwiastowała nadchodzącą śmierć z powodu niedotlenienia. — Dobrze się bawiłaś, co?

— O czym ty bredzisz?

Olivia kiwnęła na miętówki, a Donna przytknęła dłoń do ust w próbie zamaskowania parsknięcia śmiechu. Desperacko wciągane powietrze zaświstało między rozchylonymi palcami.

— Albo powiedz wprost, co masz na myśli, albo…

— Twoją wyprawę do macankowego przedziału. — Twarz Olivii pojaśniała w jadowitym uśmiechu. — Miętówki świadczą, czego się tam dopuściłaś, ale po obciąganiu Goyle’owi raczej nie wystarczą.

Martę zamurowało z wrażenia. Zamrugała raz, drugi, popatrzyła po każdej dziewczynie z kolejna i ledwo wpadła jej do głowy cięta riposta, Olivia znów się odezwała:

— Po tym wszystkim nawet Amortencja ci nie pomoże w zmuszeniu kogoś do pocałowania cię w te rozepchane wary.

Marta zerwała się z siedzenia, bliska ulegnięcia wyobrażeniom, w których okładała Olivię po twarzy „Dumą i uprzedzeniem”.

— Zamknij tę zapryszczoną mordę, trollico, albo obiecuję ci, że…

— Zważaj na słowa, bo w trollicę to cię mogę przerobić. W sumie w obecnym stanie tak niewiele ci do niej brakuje, że wystarczy jedno machnięcie różdżką — wyrzuciła z siebie napastliwie Olivia, stając z nią oko w oko, i dźgnęła palcem w pierś. — Pewnie dlatego padło na Goyle’a, co? Musisz być w połowie trollicą, skoro zrozumiałaś jego mowę. Szkoda, że ty za dużo nie mówiłaś, poczułby się mniej samotny. Chociaż pewnie nie narzekał, że obrabiałaś mu…

— DOŚĆ! — wykrzyknęła Astra, zaklęciem odsuwając dziewczyny od siebie. — Olivio, posunęłaś się za daleko. Jeszcze słowo i będę musiała zareagować na to ordynarne zachowanie!

Usatysfakcjonowana Olivia opadła na siedzenie.

— Jeśli chcesz, reaguj, ale będziesz musiała odjąć punkty też Marcie. Spółkując z tym stworem sprowadziła hańbę na cały nasz dom.

— SPÓŁKUJĄC?! Ja… NIGDY…

Machnęła ręką na niezdolną do pozbierania myśli Martę.

— Dobra, nie zapowietrz się tam, Warren.

Marta zawyła ze wściekłości, porwała książkę i wybiegła na korytarz. Zamierzała spędzić resztę podróży na tylnym balkoniku wagonu, ale Gryfonka z Puchonem uznali to miejsce za idealne do gorących pocałunków, co tylko dolało oliwy do ognia upokorzenia, którym lada chwila mogła się zająć.

Zaryglowała się w najbliższej toalecie i zatopiła zęby w wardze, żeby nie wybuchnąć płaczem. Gdy była młodsza, często w ten sposób dawała upustu emocjom, co spotykało się z kolejnymi falami kpin i prześladowań ze strony Olivii. Na piątym roku Marta przyrzekła, że nie uroni już ani jednej łzy z powodu tej przebrzydłej ropuchy i nie zamierzała złamać tej obietnicy teraz.

Przeklinała się za to, jak bardzo dała się jej zaskoczyć. Gdy padła pierwsza niedorzeczna sugestia, wpadło jej do głowy powiedzenie „nie jestem Donną”, a teraz w równej mierze żałowała i cieszyła się zatrzymania tego komentarza dla siebie. Nie chciała upaść równie nisko co one, nawet jeśli Donna zachowywała się jak horągiewka na wietrze. Łączyła je jakaś nić sympatii, lecz najwyraźniej niedostateczna, aby choć raz stanęła po stronie Marty i wsparła ją w odpieraniu kpin Olivii, zamiast się do nich przyłączać. Poza tym w hipokryzji nie miała sobie równych. Jeśli którakolwiek z nich miałaby się udać do „macankowego przedziału” byłaby to właśnie Donna.

Tak czy inaczej, bez powodu nie brałaby udziału w tej szaradzie. Marta podejrzewała, że podczas jej nieobecności Olivia wzięła sobie na celownik właśnie ją, a Donna jeszcze gorzej radziła sobie z docinkami, szczególnie tymi na temat jej wagi. Nie stanowiło to żadnego usprawiedliwienia, lecz Marta częściowo ją rozumiała. Sama nienawidziła, gdy brano na języki jej skórę, choć ona nigdy nie wrzucała nikogo innego pod pędzący pociąg.

— Czyżbyś się tam mazała, Warren? — rozległ się głos Olivii, stłumiony przez zamknięte drzwi. Nie pamiętała, że jeszcze na peronie wypowiedziała te same słowa.

Marta zaśmiała się cicho, czym zadziwiła samą siebie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że tym komentarzem Olivia przypieczętowała swój los. Marta nie zamierzała poprzestać na transplantacji trądziku, czyszczeniu pamięci i wtłaczaniu w nią sfabrykowanych wspomnień, o nie. Marta szykowała się do sporządzenia planu zniszczenia jej życia. Począwszy od inscenizowania drobnych niepowodzeń, takich jak gubienie wypracowań czy sabotowanie eliksirów, poprzez odebranie Olivii miejsca w sztuce profesora Beery’ego, aż po uwiedzenie tego aroganckiego dupka, Toma Riddle’a.

Tak, przyrzekła sobie. Sprawię, że Olivia zasmakuje najgorszego roku w całym swoim życiu.

Notes:

*Jane Austen, Duma i Uprzedzenie.

Jestem otwarta na wszystkie uwagi i komentarze :)