Chapter Text
Niepewnie podeszła do wysokiego biurowca, który emanował bogactwem i luksusem. Wiele osób na jej miejscu cieszyłoby się z samej możliwości wejścia do tego spektakularnego budynku, zbudowanego w większości ze szkła. Natomiast Hermiona miała wielką gulę w gardle. Czuła się, jakby wchodziła do siedliska żmij. Została spiorunowana wzrokiem przez ochroniarza, który dość apatycznie odsunął się, robiąc jej przejście. Poprawiła skórzaną torebkę na ramieniu i niepewnym krokiem weszła do windy. Nacisnęła guzik na czterdzieste piętro, drzwi zaczęły zamykać się, ale w ostatnim momencie do środka weszła zgrabna, jasnowłosa kobieta.
— Nie spodziewałam się ciebie tutaj, Granger — powiedziała Dafne Greengrass, nawijając pasmo włosów na palec. Hermiona wbiła wzrok w swoje oxfordy, próbując za wszelką cenę powstrzymać słowa, które cisnęły jej się na usta. Sama nie spodziewała się siebie w takim miejscu, jakby miała być szczera. Tatuaż na dłoni zaswędział, a Dafne mimochodem spojrzała na oznaczenie i uśmiechnęła się pogardliwie.
Wojna była zacięta. Raz szala zwycięstwa przesuwała się w stronę Zakonu a innym razem w stronę Voldemorta. Ostatecznie ten drugi wygrał, a świat którego wcześniej częścią była Hermiona i inni czarodzieje mugolskiego pochodzenia przestał istnieć. Nie chciała wracać do tego wspomnieniami. Biedni stali się biedniejsi, a bogatsi pławili się w luksusach. Najwięcej zyskała rodzina Malfoy. Nagle z pariasów stali się obrzydliwie bogaci i wpływowi jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Lucjusz Malfoy piastował wysokie stanowisko urzędnicze, natomiast jego syn prowadził firmę inwestycyjną, do której właśnie z pełną świadomością wkroczyła Hermiona.
Winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze. Dafne wyszła doskonale wiedząc, gdzie się udać. Widać było, że czuje się tu jak ryba w wodzie. Natomiast Hermiona niepewnie przystąpiła próg windy. Skrzywiła się widząc, że cały wystrój biura szedł w minimalizm i sterylność gorszą niż w szpitalach. Bezosobowo, zimno i nudno, jak cały Malfoy.
— Hermiona? — Niespodziewanie podeszła do niej kobieta w różowym żakiecie i gęstych jasnych włosach.
— Lavender? Pracujesz tu? — zapytała zdziwiona Granger. Koleżanka ze szkoły uśmiechnęła się i poprawiła pracowniczą plakietkę, którą miała przyczepioną do spódnicy.
— Tak. Jestem sekretarką pani wiceprezes, czyli Astorii — powiedziała z dumą, po chwili niepewnie dodała: — Przyszłaś na ten konkurs na sekretarkę dla pana prezesa?
Wzrok Lavender mówił wszystko. Potwierdził to co sama Hermiona myślała. To nie był dobry pomysł, by tu przyjść. Owszem sytuacja finansowa Granger spędzała jej sen z powiek, zresztą jako mugolaczka w końcu dostała szansę na powrót do czarodziejskiego świata. Wojna zdziesiątkowała ludność, tę lepszą czarodziejską ludność. Na pomoc wymarciu brytyjskim czarodziejskim obywatelom przyszło Ministerstwo i ich fantastyczny program drugiej szansy dla mugolaka. Firmy, które zatrudnią takie osoby jak Hermiona dostają od rządu dotacje oraz jakieś specjalne benefity. Pierwszym przedsiębiorstwem, które wprowadziło taki nabór była właśnie firma Malfoya, jako ta dająca szansę tym gorszym. Stawiająca się za wzór do naśladowania. Hermiona wiedziała, że przyjście tu to jak naplucie samej sobie w twarz. Godnością jednak się nie naje.
— Wiem, że to zły pomysł — zaczęła Hermiona, ale nie dano jej było skończyć.
— Czyż to nie szlama Granger zaszczyciła moją firmę? — Ten zjadliwy głos mógł należeć tylko do właściciela. Draco przyjrzał się jej skromnemu odzieniu.
— Nic się nie zmieniłaś — rzucił mimochodem. Hermiona zdawała sobie sprawę, że nie prezentowała się jak modelka. Nie stać jej było na nowsze ciuchy. Zresztą to był ostatni punkt na jej liście problemów do przejmowania się. Uwagę Malfoya miała głęboko gdzieś.
— Czyżbyś przyszła na konkurs na sekretarkę dla mnie? — zapytał z drwiącym uśmieszkiem, nie odrywając od niej wzroku. Czuła się osaczona, bardzo niepewnie i z nerwów zaczęła przygryzać dolną wargę. Słowa ugrzęzły jej w gardle i mogła jedynie kiwnąć głową.
— Spóźniłaś się. Już kogoś zatrudniłem. — Podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła uśmiechającą się Dafne przy drzwiach. No tak. Mogła się domyślić, że wszystko było ustawione i taki plebs jak ona nie miał wstępu do zaszczytnej firmy Malfoya.
— No cóż. Jakoś będę musiała z tym żyć — odpowiedziała hardo patrząc w jego zimne oczy.
*
Hermiona weszła do swojego mieszkania, mieszczącego się na strychu kamienicy. Zrzuciła buty z obolałych stóp i usiadła na kanapie. Odchyliła głowę i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Od miesiąca chodziła po różnych firmach na rozmowy kwalifikacyjne, ale tatuaż, który miała na dłoni wszystkich odstraszał. Znak, że była mugolskiego pochodzenia, czyli była gorsza, niewarta żadnej uwagi. Z pokoju wychyliła się ruda głowa.
— I jak? — zapytał Ron, siadając obok niej. Hermiona właśnie masowała sobie stopy. Oprócz w firmie Malfoya, była jeszcze w banku Gringotta oraz w dwóch sklepach na Pokątnej. Rozmowy były w miłej atmosferze, ale raczej nie dawały nadziei na zatrudnienie.
— Nic — powiedziała rozżalona.
— Jak Malfoy?
— Dziesięć razy gorszy niż w Hogwarcie — mruknęła. Samo patrzenie na tę porcelanową buźkę szkolnego wroga powodowało u niej nagły wzrost agresji i wielki żal na jawną niesprawiedliwość. Malfoy nic a nic się nie zmienił. Dalej miał tę samą szczurzą twarz z modnie ułożoną fryzurą. Lat mu nie przybyło, wręcz wyglądał kwitnąco jakby przeżywał najlepsze lata swojego życia. Przy nim ona i Ron wyglądali jak para nędzarzy. Zresztą przyjaciel nie miał jakoś głowy o większe dbanie o siebie, Hermiona mogła się tylko domyślać powodu. Niedługo będzie rocznica śmierci Harry’ego. Przytuliła się do Rona. Minęło dwanaście lat od wojny, a te rany dalej wydawały się świeże. Tak, jakby wczoraj snuli plany o przyszłości, siedząc na błoniach i zajadając się dyniowymi pasztecikami. Zupełnie nieświadomi tego, co ich czeka. Hermiona pocieszała się, że przynajmniej śmierć Harry’ego była szybka i bezbolesna.
*
Draco poluźnił krawat. Sięgnął po swoją ulubioną whisky i jednym haustem wypił całą zawartość szklanki.
— Co tak szybko? — zapytał Blaise, sam trzymając prawie opróżnione naczynie.
— Nie mam humoru dzisiaj — mruknął i położył nogi na blacie dębowego biurka.
— Czyżby znowu ojciec? — dopytywał przyjaciel.
— Taaa... i Astoria — powiedział, spoglądając na pustą szklankę. Nie spodziewał się, że firma inwestycyjna będzie jak wrzód na jego szlachetnych czterech literach oraz, że to był plan ojca od samego początku, by go udupić. Oficjalnie firma należała do Draco, ale wszyscy wspólnicy wiedzieli, że to Lucjusz trzyma pieczę nad inwestycjami. Draco nie miał wielkiego pola manewru do samowolki. Na domiar złego, by jeszcze bardziej zaciągnąć smycz, na której Draco był od dziecka, ojciec wszedł w spółkę z rodziną Greengrass. Kwestią czasu było aranżowane małżeństwo Draco z Astorią.
Mężczyzna wstał i podszedł do okna. Szara, angielska pogoda nie napawała go optymizmem. Kto by pomyślał, że będąc po zwycięskiej stronie poczuje się jak przegranym.
— Asti dalej jest zazdrosna? — Zabini dolał sobie trunku.
— Taaa.... Ma mnie cały czas na oku, jak jakiś cerber strzegący mojej cnoty. Jako moją sekretarkę zatrudniła siostrę, by mnie pilnowała.
— Może zatrudnij kogoś z kompetencjami. Wiesz jaki jest twój ojciec. Lubi otaczać się specjalistami.
— Problem w tym, że Dafne ma kompetencje — powiedział, biorąc potężny łyk z butelki, nie przejmując się zupełnie, że trochę złotego płynu ścieka mu po brodzie. Dosyć miał ciągłego pilnowania i traktowania jakby był głupim chłopcem.
Blaise na chwilę się zasępił.
— Lepsze od Granger? — zapytał tak niespodziewanie, że Draco niemal wypluł to co miał w buzi.
— Co? Mam zatrudnić szlamę? — powiedział niedowierzając. Rękawem wytarł blat biurka z whisky.
— Pomyśl — zaczął Blaise niezrażony. — Nikt nie ma lepszych kompetencji od Granger. Na dodatek jest szlamą, przez co za samo jej zatrudnienie firma dostanie potężne dotacje i dobrą opinię za granicą. Co pozwoli nam na wejście z naszą ofertą instrumentów finansowych na rynek Amerykański. A na dodatek wątpię, by wtrącała się w twoje życie prywatne. Prawdopodobnie będzie miała je gdzieś.
— Zapomniałeś o jednym dość sporym minusie. Otóż Granger ma najpaskudniejszy charakter jaki znam i sam zresztą widziałeś, jak się prezentuje. Nie pasuje do mojej firmy
— Przecież nie musisz jej lubić ani nie musi ci się podobać. Wydawaj polecenia i tyle.
— Sam nie wiem. Astoria będzie zła, że nie chcę zatrudnić jej siostry. Będzie podejrzliwa jeszcze bardziej.
— Draco, nie możesz zjeść ciastka i je mieć. Pokaż Astorii, że niełatwo tobą dyrygować.
Malfoy odchylił się na fotelu i przymknął powieki.
— Pomyślę nad tym.
*
Ron smażył bekon, gdy niespodziewanie pojawiła się sowa, rzucając kopertę na stojącą obok gotową jajecznicę.
— Te ptaszyska są coraz gorsze — mruknął i wziął kopertę zaadresowaną do Hermiony. Przyjrzał się jej, a na jego twarzy odmalowała się odraza.
— Miona, dostałaś list od Domu Maklerskiego Malfoy! — krzyknął w stronę drzwi od łazienki i z obrzydzeniem odłożył list, jak najdalej od siebie.
— Mmm... Ale pysznie pachnie — powiedziała Hermiona po chwili tuż przy lewym uchu Rona.
— Ciesz się, ciesz. To ostatni w tym tygodniu tak syty posiłek. Nasze fundusze kurczą się szybciej niż zakładałem — rzekł sfrustrowany chłopak i podał Hermionie talerz z jajecznicą i bekonem.
— I tak dobrze, że ty robisz zakupy. Ja z tym — Hermiona wskazała na swoją dłoń — płaciłabym z dodatkowym podatkiem.
Weasley się zasępił. Temat mugolaków i jak teraz byli traktowani stanowił temat tabu w ich ciasnych czterech kątach. Hermiona miała wrażenie, że Ron wychodził z założenia, że jak się o czymś nie mówi to tego problemu nie ma. Od czasu do czasu próbowała z Ronem porozmawiać na temat segregacji, ale zawsze niemal kończyło się to wzajemnymi wyrzutami, awanturą i przywoływaniem świętej pamięci Harry’ego, co Hermiona uważała już za cios poniżej pasa. Następnie przez dobry tydzień się do siebie nie odzywali, a potem wszystko wracało na swoje tory. Była wdzięczna, że z nią został, pomimo silnych nacisków od rodziny i środowiska czystokrwistych czarodziejów, ale były momenty, gdy miała dosyć wyrzygiwania, że to z jej winy nie ma kontaktu z najbliższymi. Wcale nie prosiła go o zajmowanie, którejś ze strony. A teraz koegzystowali razem.
Sięgnęła po kopertę i prychnęła. Nawet głupia koperta emanowała bogactwem. Rozdarła papier i przeczytała treść.
— Co ten ulizany bufon chce? — zapytał Ron, dzióbiąc dość niewyraźnie w jajecznicy.
— Ten bufon właśnie mnie zatrudnił — powiedziała zszokowana.
