Actions

Work Header

Peur de l'amour

Summary:

Ach nieszczęśliwa miłość! Czy to nie smutne? Ale jakie przyciągające.

 

Tytuł peur de l'amour z francuskiego oznacza strach przed miłością :)

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter Text

Późna pora z jaką pan Tarrou opuścił szpital pełny wielu obumierajacych i zmagających się z chorobliwie przerażająca dżumą, dawała o sobie znać z każdym ziewnięciem i roztargnionymi, bez posłuszeństwa oczami, które stawiały opór z każdym kolejnym krokiem.

Obok człowieka chcącego nie uchronnnie zostać kiedyś świętym stał równie, a może i bardziej przemęczony doktor Rieux.

Kierując swe ociężałe kroki w poszukiwaniu fotela samochodu usiedli niezmiernie szybko jak wyszli. Pan Rieux adekwatnie do posiadacza samochodu zajął swoje miejsce przed kierownicą.

Pan Tarrou z uszanowanym posłuszeństwem skierował się ociężale na miejsce tuż obok. Po chwili odetchnienia odezwał sie cicho.

- pomóc panu w czymś jeszcze? Zabierając swoje papiery zauważyłem, że parę dokumentów nie były zapisane do końca

- Panie Tarrou proszę się nie przemęczać i tak pomaga Pan w szpitalu z własnego dobrego serca.

Tarrou usłyszawszy mały komplement uśmiechnął się do doktora, a ten ujrzawszy jego rozweselenie pomimo ogromnego zmęczenia posłał mu ten sam delikatny uśmiech.

- odwiozę Pana, Panie Tarrou, niech się Pan dobrze wyśpi

- myślę, że nie będę miał z tym najmniejszego problemu. Panu również radzę dobrze wypocząć

Kolejny cichy uśmiech zagościł na twarzy Doktora Rieux, a po chwili dało się słyszeć szuranie opon o ciemną ulice.

Nie minęło wiele czasu kędy znaleźli sie tuż przed wejściem do hotelu w którym zagnieździł się Pan Tarrou. Pożegnawszy się pośpiesznie Tarrou wyszedł z samochodu. Pchnął z dżentelmeńską delikatnością drzwi samochodu i kierował sie ku wejściu budynku.

Po usłyszeniu odpalanego silnika Pan Tarrou spodziewał sie, że zmęczony Doktor jest już w drodze powrotnej do swojego mieszkania.

Poczuł niepohamowaną i jakże dziwacznie absurdalną małą chęć spojrzenia w oczy Doktora. Nie wiedzieć dlaczego, przecież przed chwilą się pożegnali, poczuł delikatną tęsknotę muskającą jego serce.

Nie powstrzymując nakazującego głosu zdecydował się jeszcze by raz spojrzeć na swojego przyjaciela.

Gdy patrzył tak na niego usłyszał kolejne odpalenie samochodu

I kolejne

Podszedłszy nieco bliżej Pan Tarrou z niepokojem zapukał delikatnie w szybę samochodu.

Rieux jakby na zawołanie od razu uchylił okno i spojrzał krzywo to na kierownicę, próbując znów daremnie zapalić samochód, to na swego przyjaciela, który od razu zauważywszy problem jaki w tym momencie miewał Pan Rieux, przyglądał się tej sytuacji.

- Chyba się zepsuł - odezwał się w końcu doktor - spróbuje spojrzeć do maski

- O nie nie to niezbyt dobry pomysł teraz się tym zajmować Panie Rieux. Niech Pan to zostawi do rana.

- Ale Panie Tarrou nie mogę-

- Może Pan, zapewniam. Jesteśmy przecież przy hotelu

Tarrou miał rację. Pomyślał Rieux. Niezbyt mądre byłoby przy takim zmęczeniu jaki w tym momencie miewał Pan Rieux przyglądać się samochodowi. Również pora nie jest adekwatna do sytuacji. Ciężko przecież trzymać latarkę i grzebać w tej skomplikowanej maszynerii, zwłaszcza, że doktor niezbyt interesuję się tym tematem.

- Ma Pan rację Panie Tarrou, nie jest zbyt rozważne teraz nad tym ślęczeć, zwłaszcza, że jutro trzeba wracać do szpitala

- Ciesze się, że Pan to zrozumiał

Pewnym krokiem Tarrou pokazał wejście do hotelu i ruszył tuż za doktorem, który kierował sie do recepcji.

Ukłoniwszy się z szacunkiem zwrócił uwagę wychudłej kobiety spod kasztanowego biurka.

- Dobry wieczór, mieli by Państwo mały pokój z jednym łóżkiem?

Zauważywszy zamieszanie na jej twarzy, która spoglądnęła ukradkiem to na mnie, to na mego przyjaciela zrozumiałem co ma na myśli.

- To znaczy tylko dla mnie - pośpiesznie dodałem w nerwowym śmiechu

- Tak wiem, domyśliłam się - powiedziała z niemałą arogancją

Wtedy doktor Rieux zarumienił się strasznie. Dlaczegóż to pomyślałem, że tak ta kobieta nas spostrzegła. Ale.. dlaczego wogule przyszło mi to na myśl. Przecież to absurdalne.

Spojrzał tedy doktor na swego przyjaciela. Był on trochę niższy od niego. Miał lekko kręcone włosy, wzrok utkwiony gdzieś daleko, musiał się nad czymś mocno zamyślić. Sprawiał mu przyjemność widok jego przyjaciela tak spokojnego, nie często Tarrou był taki. Z natury nieco porywczy, a teraz tak skupiony i piękny.

Zamyślił się jednak, bo zniecierpliwiona recepcjonistka już czwarty raz wołała go aby zwrócić jego uwagę.

- Proszę Pana nie mamy więcej pokoi.

- Słucham?

Wytrzeźwiejąc z sytuacji Rieux spojrzał na nią zdezorientowany.

- Na chwilę obecną nie mamy wolnych pokoi - dodała z jeszcze większym naciskiem

- Och..

Tarrou jakby na zawołanie wyłonił swoje myśli i szybko uporządkował, by skoncentrować swoją uwagę na zaistniałej sytuacji. Gdy jego ręka spoczęła mimowolnie na ramieniu Doktora uśmiechnąłwszy się znacznie powiedział.

- Ależ niech że się Pan nie martwi Panie Rieux. Może Pan przespać się u mnie, niestety nie mam ani by kanapy żadnej więc jeśli by Panu nie przeszkadzało abyśmy razem w moim-

- Tak Tak Tarrou, dziękuję ci przyjacielu za propozycje

Niedokończywszy zdania Rieux spostrzegł kolejny oceniający i niegrzeczny bynajmniej wzrok panienki, przerwał pośpiesznie swojemu przyjacielowi, złapał go mimowolnie za talię i już prowadził wzdłuż korytarza.

Zdezorientowany Tarrou jeszcze tylko wspomniał pośpiesznie.

- Panie Rieux mój pokój.. w drugą stronę

- Ach.. oczywiście

Tarrou wsunął niecierpliwie klucz do zamka i szarpnął zdecydowanie za klamkę. Ta jednak jakby na złość nawet się nieporuszyła.

- Akurat teraz, przepraszam Panie Rieux, czasami się zacina, co za kretyństwo, kto te zamki wymyślił!

Patrząc na tę scenę rozbawiony Rieux ze spokojem odsunął wzburzonego przyjaciela, od którego pałała już niezliczona energia roztargnienia, i ze spokojem pociągnął za klamkę, a drzwi jakby na zawołanie cicho i powoli się otworzyły.

Jakaż zabawna była mina Tarrou gdy zobaczył, że tak łatwo można było to załatwić. Jednak ujrzawszy uśmiech doktora, który pochylił się z gracją i puścił Tarrou pierwszego rozweselił się od razu i wchodząc pośpiesznie posłał mu mały uśmiech.

- Dobra dobra tutaj Pan wygrał, ale następnym razem to ja będę lepszy

- Ha ha, jak Pan sobie życzy Panie Tarrou

Pokój Tarrou był nieco mały, ale jakże przytulny. Na prawo skromny piecyk kuchenny przy nim nieduży stolik z dwoma wsuniętymi pośpiesznie krzesłami. Oprawione w gustowny czerwony materiał idealnie wpasowały się w klimat krwistych ścian ze skromnymi brązowymi zdobieniami. Po lewej mały pokój. Drzwi na wpół otwarte, ale Rieux dostrzegł tam nie pościelone dość duże jak na pomieszczenie łóżko, oraz ciemno brązowe ściany. Na podłodze nie trudno było zauważyć porozwalanych ogromu dokumentów, aby to do końca były dokumenta. Niezliczone notatki w swym osobistym chaosie lub możnaby pomyśleć porządku, ale to gorzko smakowało na języku Doktora. Nie chcąc zbyt nachalnie oceniać skomplikowanego ładu swego poczciwca usiadł grzecznie na krześle, które pokazał mu Tarrou.

Nabierając zbytecznej energii Tarrou już zaczął pośpiesznie nastawiać wodę.

- Może herbaty Panie Rieux?

Rieux czuł, że jest to wcale nie było potrzebne, powinni pośpiesznie zająć się odpoczynkiem, ponieważ jutro czeka ich może nawet bardziej wyczerpujący dzień niż zwykle. W takowej epidemii nic przecież nie jest przewidywalne. Ale jednak coś niewidzialnego ciągnęło go do spędzenia choćby chwili z tym życzliwym człowiekiem.

- Poproszę

Na to stwierdzenie Tarrou uśmiechnął się hojnie, czując nutkę radości, że będą mogli jeszcze chwilę porozmawiać.

Po chwili Tarrou siedział już z doktorem popijając cicho zieloną herbatę i nasłuchując jego głosu.

- Więc jak to było do końca Panie Rieux? Dlaczego został Pan akurat lekarzem? Czy by to przez pasję ratowania biednych ludzi od zguby choroby, a może to Pana rodzice tak naciskali bez kszty samowoli?

Rieux przyjął z entuzjazmem ową ciekawość przyjaciela.

- Poprostu - zaczął namyślając się nieco - od dziecka czułem powołanie, nie zastanawiałem się zbytnio nad tym tematem

Tarrou powoli konsumował w swym umyśle ten prosty przekaz.

- Rozumiem

I nie wiedząc co dalej, Tarrou powiedział bez jakiegokolwiek namysłu swych słów.

- Jakie Pan ma piękne oczy Panie Rieux

Ach.. dlaczego tu jest tak gorąco

- D-dziękuję Panu. To aż za miłe na tą okoliczność...

Nerwowy śmiech Doktora ulotnił się w powietrzu błagalnie rozładowując całe to wyznanie. Nagła nerwowość, która go odwiedziła nie pomagała w opanowaniu nieuniknionej reakcji jego ciała.

Po chwili jednak sam nadawca zdając sobie sprawę ze szczerości jaką nadażyła mu się okazja wykorzystać, nie do końca spowodowała pozytywny skutek sytuacji.

Dopiero teraz doktor zdał się zauważyc dziwne spojrzenie jakim zostawał obdarzany przez Tarrou. Ale to nie pierwszy raz gdy Tarrou tak na niego spoglądał prawda? Znał już to szczere spojrzenie, tajemnicze, dziwnie przyciągające, zawierało w sobie jakiś niespokojny rodzaj materii, która jakby hipnotyzowała powiernika.

Ohoho ale przecież sam Doktor nie był niewinny takowej sytuacji. Ile razy sam zdawał sobie sprawę, obdarzać przyjaciela dłuższym spojrzeniem, takim przecież z pozoru niewinnym i nic nieznaczącym.

Jakiż głupi i naiwny jest ludzki umysł, i my ludzie, aż trując swój organizm i podświadomość, którą może świadomie może nieświadomie oszukujemy. To takie proste i skomplikowane zarazem. Każdy głupi przechodzień z jasnością stwierdzi, że to sama miłość obdarzyła twoją duszę, a ty? Ile razy my głupi ludzie nie zdajemy sobie sprawy z tego czystego i pięknego uczucia jakim jest miłość? Jasne miłość może nosić za sobą oblicze zła czy dobra, ale miłość jest uczuciem prawdziwym, nie da się oszukać miłości. Gdy już zawiąże nas w swoje sidła nie jesteśmy w stanie się z niej wydostać.

Więc doktor Rieux już wie, a jakie to niesie za sobą konskekwencje, przez opór strachu, nigdy się nie dowie.

Tak jakby wyrwany z przemyśleń spojrzał jeszcze raz na uśmiechniętego Tarrou. Dawno go takiego nie widział, sam też całe dnie żyje w nieszczęściu nie potrafiąc oderwać myśli od czegoś innego niżeli tylko pacjentów, krzyków i jęków rozlegających w zatłoczonym szpitalu.

Cały wieczór nieważne, że przemęczeni śmiali się i rozmawiali na przeróżne dziwne i nietypowe tematy, by chodź przez chwilę móc zapomnieć o nieszczęściu, które wcale ich nie opuściło a tylko odłożyli je na chodźby chwilkę w niepamięć, ciesząc sie swoją obecnością i ani jeden, ani drugi nigdy nie wyznał swoich uczuć.

Notes:

Będę kontynuować, ale napewno nie regularnie. Mam nadzieję, że się podoba :3

Series this work belongs to: