Actions

Work Header

Hell Is Your Son From Another Dimension (tłumaczenie)

Summary:

Zdesperowany Zakon Feniksa postanawia zwrócić się do alternatywnego wymiaru, aby przyzwać bohatera, który ma moc pokonania Voldemorta. W wyniku rytuału otrzymują... kogoś.

Chapter Text

Lily zawsze chciała odwiedzić Stonehenge.

Nawet zanim dowiedziała się o magii i zbadała magiczne właściwości kamieni, uznała ich tajemnicę za czarującą. W tym miejscu było coś nieziemskiego. Nawet świat magii nie wiedział, jak powstały kamienie. Wiodąca teoria głosiła, że był to pewnego rodzaju pierścień wróżek, choć rzadko widywano tam wróżki.

W chłodną noc pełni księżyca, z siedmioma czarownicami i czarodziejami stojącymi wewnątrz kręgu, wydawało się, że jest to rodzaj magii, w którą dobra czarownica światła, taka jak ona, nie powinna się wplątywać. Ale desperackie czasy wymagały desperackich środków.

- Myślisz, że to zadziała? - Zapytał James, patrząc jak Albus pokrywa każdy centymetr ziemi wewnątrz kręgu eliksirem, który dymił i bulgotał w dużym kociołku unoszącym się w powietrzu. - To wciąż wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

- To prawda, ale musiałam porzucić swoje wątpliwości, kiedy zrezygnowałam z prawie każdej chwili ostatniego miesiąca, by spędzić go zamknięta w laboratorium eliksirów z Severusem. Jeśli to nie zadziała, zrobię - cóż, nie wiem, co zrobię, ale nie będzie to przyjemne.

Trzydzieści dni niemal ciągłego zajmowania się eliksirem, którym Albus pokrywał ziemię. Dni, które mogła spędzić z mężem i dziećmi, ponieważ w środku wojny nigdy tak naprawdę nie wiadomo, ile czasu będziesz mógł spędzić z najbliższymi. Jeśli to nie zadziała, znajdzie Severusa i upije się z nim do nieprzytomności. James i reszta gangu mogliby do nich dołączyć, jeśli byliby gotowi razem z nimi upijać się do upadłego.

Odsunęli się na bok, by Albus mógł zająć miejsce na ziemi, na której stali, i zajęli swoje pozycje, stojąc w szerokim kręgu. Albus, James, Lily, Syriusz, Minerwa, Severus, Bill. W chwili, gdy ostatnia kropla uderzyła o ziemię, buchnęło z niej oślepiające białe światło.

- Teraz! - Albus krzyknął, choć nie musiał. Światło było wystarczającą wskazówką.

Oczy Lily były zamknięte, by uniknąć oślepiającego blasku, ale mogła stwierdzić, gdzie są pozostali, dzięki ich głosom, z których każdy skandował w nieco innym tempie. To było chaotyczne, brutalne, a dłoń Jamesa była mocno zaciśnięta wokół jej. Nie mogło to być więcej niż dziesięć minut intonowania, ale jej głos był obolały od gardłowych dźwięków, które musiała recytować, a klatka piersiowa napięta ze stresu. Jeśli wypowie choćby jedną literę niepoprawnie...

Rozległ się trzask podobny do aportacji, ale tysiąc razy głośniejszy. Lily kontynuowała intonowanie, aż dotarła do końca swojego tekstu. Jeden po drugim zatrzymywali się, aż został tylko głos Albusa na tle hałasu, którego Lily nie potrafiła nawet opisać. Był to świdrujący, złowieszczy dźwięk, który jej mózg zarejestrował jako groźbę.

Głos Albusa ucichł. To był koniec jego roli w rytuale, ale część Lily myślała, że dźwięk go zabrał. Nie słyszała go, nie widziała przez oślepiające białe światło. Kolana Lily trzęsły się z wysiłku, by pozostać w jednym miejscu. Policzki miała mokre i zdała sobie sprawę, że w pewnym momencie zaczęła płakać.

A potem bez ostrzeżenia wszystko ucichło. Dźwięk został wyciszony. Jej powieki zmieniły kolor z białego na czerwony i czarny. Lily ostrożnie otworzyła oczy, puszczając uścisk Jamesa, by wytrzeć policzki. Obok niej, James również był niepewny, całe jego ciało się trzęsło. Pozostali byli w podobnym stanie, ale wszyscy stali.

W samym środku kręgu stał mężczyzna w czarnych szatach. Lily nie widziała go zbyt wyraźnie z powodu plam na oczach i słabego światła księżyca, ale nie było wątpliwości, że to on. Osoba, która miała moc pokonania Voldemorta.

- Cóż, to dość interesujące. - Powiedział mężczyzna, jego głos był głęboki i nieznany. Miał brytyjski akcent i ton, który był bardziej zainteresowany niż przestraszony. Dobrze... potrzebowali kogoś na tyle szalonego, by zgodził się im pomóc. - Nie czułem czegoś takiego, odkąd próbowałem świstoklika zarówno pijany, jak i naćpany.

- Nazywam się Albus Dumbledore. - Albus przemówił. Zbliżył się o krok do mężczyzny, wyciągając rękę do uścisku. - Rozumiem, że musisz mieć pytania, ale czy zaufasz nam, że zabierzemy cię w bezpieczne miejsce? Magia rytuału mogła zostać zauważona przez siły Voldemorta. Nie byliśmy też w stanie rzucić odpowiednich anty-mugolskich osłon, więc jest prawdopodobne, że w każdej chwili ktoś może po nas przyjść.

Serce Lily załomotało w piersi. Jeśli odpowiedź brzmiała "nie", to i tak zamierzała go złapać i aportować się, moc zniszczenia Voldemorta czy nie.

- Siły Voldemorta? Mugole? - Mężczyzna brzmiał na całkowicie zdezorientowanego. - W porządku, czemu nie? Niebezpieczeństwo jest dla frajerów. Lepiej nie próbuj mnie nakarmić na siłę żadnymi cytrynowymi dropsami, kiedy tam będę.

Ścisnął dłoń Albusa i rozległ się charakterystyczny trzask aportacji. Lily nigdy nie będzie w stanie usłyszeć tego dźwięku bez przypomnienia sobie tej nocy, pomyślała z westchnieniem. Podzieliła się spojrzeniem z Jamesem i Syriuszem, pozostali ruszyli zaraz po tym.

- Pierwsze wrażenie? - Zapytała.

- Zbyt swobodny. - Syriusz natychmiast odpowiedział. - Został tu ściągnięty przez nie wiadomo kogo i jedyne, co robi, to żartuje i zgadza na aportację do czegoś, co może być celą?

- Nie mam tu żadnych argumentów. - Powiedział James. - Możliwe, że nas rozpoznaje. Z pewnością wie coś o Albusie, sądząc po komentarzu o cytrynowych dropsach.

- Albo powiedział to, żebyśmy tak pomyśleli. - Zastanawiała się Lily.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. - I Syriusza już nie było.

Ze skinieniem głową w stronę Jamesa, Lily zrobiła to samo. Pojawiła się w miejscu, które specjalnie wybrali do tego celu, małym domku należącym do dalekiej krewnej Minerwy. W tym momencie nie był używany od lat. Ani Voldemort, ani reszta Zakonu nigdy tu nie byli, co czyniło to miejsce idealnym punktem pośrednim. Gdyby ich gość się nie zgodził, doszliby do wniosku, że nie mają mocy, by ujarzmić kogoś, kto mógłby pokonać samego Voldemorta. Przynajmniej jeśli zwróciłby się przeciwko nim, nie dopadłby reszty Zakonu. Nie była to najbezpieczniejsza z misji, ale Albus potrzebował każdej pomocy, a oni byli jednymi z najlepszych wojowników Zakonu.

Okrągły stół kuchenny był już zajęty. Ich gość siedział plecami do ściany kuchni. Severus siedział naprzeciwko niego, Minerwa obok Severusa, a Albus robił herbatę w kuchni.

- Gdzie jest Bill? - Usłyszała pytanie Syriusza.

Lily zignorowała komentarz Albusa o tym, że Bill musi wykonać kolejne zadanie.

To nie miało znaczenia.

Liczył się sposób, w jaki bolała ją klatka piersiowa, gdy patrzyła na ich gościa. Miał jej oczy. Nigdy nie byłaby w stanie tego przegapić. Wydawały się być jeszcze bardziej zielone niż jej, niemal przerażająco jak Klątwa Zabijająca, ale podstawa należała do Lily. Ciemne włosy nie przypominały niczego poza mopem Jamesa, zanim stał się na wpół szanowanym biznesmenem. Jego rysy były przystojne, kanciaste, a tuż pod końcem grzywki widniała blizna, którą Lily pamiętała tak wyraźnie, mimo że widziała ją tylko przez jeden dzień, zanim pochowała syna.

- Jak masz na imię? - Zapytała, czując, że coś w niej pęka.

- Lily. - James mruknął obok niej.

- A tak właśnie wydawało mi się, że wyglądacie znajomo. - Powiedział ich gość, jego słowa zabrzmiały głośno w ciszy pokoju. - Harry Potter, do usług.

Nie wiedziała, co powiedzieć, ale to, co wyszło, to:

- Jesteś taki przystojny. - I był, był jej uroczym chłopcem jako przystojny młody mężczyzna po dwudziestce.

- Dzięki. - Harry powiedział, uśmiechając się do niej. Przeczesał palcami włosy, ponownie zwracając jej uwagę na tę samą bliznę, która wyglądała na ogromną na czole jej biednego małego chłopca. Na tym mężczyźnie była szorstka i czerwona na tle skóry, ale wyrósł na kogoś, kto dobrze ją nosił. - To chyba całe przedstawianie się, jakie potrzebujemy? Chyba, że ktoś z was zmienił nazwisko. Właściwie to bardzo możliwe. - Jego spojrzenie spoczęło na każdym z nich po kolei. - Severus Snape, Minerwa McGonagall, Syriusz Black, Lily Evans, James Potter.

- Zazwyczaj posługuję się nazwiskiem małżeńskim. - Lily powiedziała, drgając wargą. Zajęła miejsce po prawej stronie Harry'ego.

James usiadł po jej drugiej stronie.

- Zajęło mi wystarczająco dużo czasu, by przekonać cię do zaakceptowania go. Cześć, Harry. - Jego dłoń spoczęła na dłoni Lily na powierzchni stołu.

- Jesteście uroczy. - Powiedział Harry.

- Obrzydliwie. - Syriusz się zgodził. - Czy w twoim świecie nadal byłem twoim ojcem chrzestnym?

- Jasne, że tak. - Harry odpowiedział, jego oczy rozbłysły. - Najlepszym ojcem chrzestnym na świecie. Tak w sumie to jedliśmy dziś brunch razem.

- Najlepszy posiłek dnia. - Syriusz odpowiedział, kiwając mądrze głową.

- A ty byłaś kiedyś moim profesorem transmutacji. - Harry powiedział, zwracając się do Minerwy. - Moje najmilsze wspomnienia z Hogwartu związane są z tym, jak nazywasz mnie panem Potterem tym tonem, który masz, kiedy zdenerwuję cię na śmierć.

- Drogi Merlinie. - Powiedziała Minerwa. - Współczuję jej. Przypuszczam, że byłeś podobny do Jamesa? Nieustanne psoty, lekkomyślne przygody...

- Narażanie innych uczniów na niebezpieczeństwo. - Severus dodał z drwiną.

Lily powstrzymała westchnienie, ale w jej oczach pojawił się szczególny rodzaj spojrzenia. Severus i Huncwoci zawarli chwiejny rozejm lata temu, pozostawiając tylko okazjonalne cięte słowa, ale bez prawdziwej przemocy, i nie było powodu, by być okrutnym dla kogoś, kto tylko wyglądał jak James. Na litość Merlina, ten człowiek spotkał Harry'ego niecałe pół godziny temu.

- Głównie to narażałem samego siebie na niebezpieczeństwo. - Harry powiedział łatwo. - Dobrze cię widzieć, Severusie.

Lily nie doszukała się w tych słowach cienia kłamstwa. Harry nawet uśmiechnął się do Severusa. Jej serce zaszło ciepłem. Przynajmniej waśń nie przeniosła się na następne pokolenie w wymiarze Harry'ego.

- Tylko mi nie mów, że był twoim ulubionym profesorem. - Syriusz jęknął. - Nie łam mi serca w ten sposób.

- Cóż, nie do końca. - Usta Harry'ego drgnęły z rozbawienia, gdy spojrzał między nich. - Ale poznałem go dobrze po Hogwarcie. To znaczy, teraz jest moim współojcem chrzestnym przez małżeństwo.

Gdy słowa Harry'ego dotarły do Syriusza, jakby całe światło i dobroć świata opuściły jego oczy.

- Nie.

- Albo jesteś wyjątkowo dobrym kłamcą, albo nie kłamiesz. - Severus powiedział zdumiony. - Co, do diabła, mogło się stać, że moje drugie ja porzuciło zdrowy rozsądek?

- Dlaczego miałbym kłamać o czymś takim? - Zapytał Harry. - Byłem oficjałem na waszym ślubie. Ten brunch, o którym mówiłem wcześniej? Był z wami oboma. Rozmawialiśmy o tym, jak przebudowywaliście dom.

- Przestań. - Severus przerwał, wyglądając na lekko chorego.

Lily nie mogła się powstrzymać od lekkiego rozbawienia. Ale Harry wcale nie ukrywał swojego rozbawienia, nawet śmiał się cicho z nich dwojga. Musiał być niezłą zmorą za dziecka, skoro był taki psotny jako dorosły. James byłby z niego dumny. Jej rozbawienie zniknęło, pozostawiając po sobie tak dziwną mieszankę szczęścia i głębokiego smutku.

- Syriuszu. - James powiedział uroczyście. - Nigdy, przenigdy nie dam ci o tym zapomnieć.

- Nienawidzę cię.

Harry najwyraźniej zdecydował się przestać torturować Syriusza i Severusa, bo skupił się w stronę mężczyzny, który właśnie do nich dołączył, lewitując filiżankę dla każdego z nich i półmisek ciastek na środek stołu. Usiadł po drugiej stronie Harry'ego, choć nie tak blisko jak Lily.

- Albus Dumbledore. - Harry przywitał się. - Musiałbym być pozbawiony głowy, żeby cię nie rozpoznać.

- Żałuję tylko, że nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. Obawiam się, że twój odpowiednik odszedł dwadzieścia trzy lata temu i mogłem się tylko domyślać twojej tożsamości, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem twoją twarz. To zaszczyt, mój chłopcze.

- Przepraszam. - Harry powiedział, niezręcznie zerkając na Jamesa i Lily.

Lily pozwoliła Jamesowi się odezwać, obserwując, jak Harry stuka o brzeg filiżanki. Prychnął cicho, kręcąc głową. Potem Harry bezczelnie podniósł swoją filiżankę, sięgnął i zamienił ją z filiżanką Albusa.

- Tęskniłem za tobą, Albusie. - Powiedział Harry, bez gniewu, który mogłaby usłyszeć w jego głosie. - Jaja ze stali na miejscu, jak widzę.

Wyrażaj się, Lily prawie powiedziała z przyzwyczajenia. Ale powstrzymała się. Harry był dorosły, a ona nie była w stanie go zganić, jego matka z alternatywnego wymiaru czy nie. To było zadanie dla prawdziwej matki Harry'ego, pomyślała z bólem. Tej innej Lily, która była w stanie wychować swojego pierwszego syna, zamiast go pogrzebać.

- Musiałem spróbować. - Albus powiedział jowialnie. - Powiedz mi, Harry, czy nie martwisz się o swoje bezpieczeństwo, ponieważ troszczysz się o nas, czy dlatego, że jesteś wystarczająco potężny, by nas ujarzmić?

- Trochę jednego, trochę drugiego. - Ton Harry'ego był spokojny. Lily zdała sobie sprawę, że od jego przybycia nie słyszała w nim ani krzty napięcia. To było dziwne. - Minęło trochę czasu, odkąd miałem do czynienia z przemocą. Nasza wojna skończyła się pięć lat temu. Najgorsze, co mnie spotkało od tamtego czasu, to wypadek podczas eksperymentu Niewymownych. - Skrzywił się na to. - Ale tak naprawdę to dlatego, że w dzisiejszych czasach nie jestem przyzwyczajony do tego, by ktokolwiek stanowił dla mnie realne zagrożenie. To byłoby niedorzeczne.

Jeszcze jedno stuknięcie palcem i Harry upił łyk herbaty, jakby na co dzień został wciągany do innego wymiaru.

- Czy to groźba? - Zapytał Severus. Jego oczy były skupione na twarzy Harry'ego.

Lily poczuła instynkt opiekuńczy i już miała go bronić, ale to James przemówił.

- Odczep się od niego.

- Odczepić się od potężnego czarodzieja, o którym prawie nic nie wiemy? Przypuszczam, że jesteś teraz sentymentalny, bo jest twoim zmarłym synem, który ożył... - Severus urwał, a jego spojrzenie powędrowało do gniewnej twarzy Lily. - Przepraszam, Lily. - Gdy Lily nadal na niego patrzyła, wypluł: - James. Ale mój punkt widzenia wciąż pozostaje aktualny. Nie mamy pojęcia, jakie życie prowadził ten Harry Potter.

- Może powinniśmy go zapytać. - Wtrącił się Albus.

- Przesłuchanie pod słodszą nazwą? - Harry zapytał, unosząc brew.

- Rozmowa, z której na pewno łatwo się wykręcisz. - Albus sprostował. - To nie jest przesłuchanie, kiedy obie strony wymieniają się informacjami. - Severus wyglądał, jakby miał się znowu odezwać, ale Albus kontynuował: - Wezwaliśmy cię tutaj, używając starożytnego rytuału, który odpowiada tylko tym, którzy bardzo tego potrzebują. Czasy w naszym wymiarze są mroczne i z dnia na dzień stają się coraz mroczniejsze. Nasza druga wojna czarodziejów trwa już dziesięć lat i nie widać jej końca. Poprosiliśmy rytuał, aby przyniósł nam naszą największą potrzebę: moc pokonania Voldemorta. Zostaliśmy obdarzeni tobą.

- Mały, typowy ja. - Mruknął Harry.

- Czy to prawda? Masz tę moc? - Minerwa zapytała, nachylając się.

Palce Harry'ego stuknęły o brzeg filiżanki, choć tym razem nie wydawało się, by sprawdzał, czy przy niej nie majstrowano.

- Czy mam moc? Jasne. Wojna z Voldemortem zakończyła się lata temu w moim świecie i to właśnie moja strona zwyciężyła. Czy mam chęć wam pomóc? - Rozejrzał się po stole, patrząc każdemu po kolei w oczy. - Jak możecie oczekiwać, że się zgodzę? Za kogo dokładnie mnie uważacie?

- Za odważnego człowieka, syna dwojga najsilniejszych, najwspanialszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Który już pozwolił nam się tu sprowadzić, kiedy nic nie zmuszało go do wzięcia mnie za rękę. To nie jest twój obowiązek, ale mamy nadzieję, że zgodzisz się nam pomóc.

*

Harry spojrzał na nich wszystkich, na kruchą nadzieję, która zdawała się tkwić w każdym z ich wyrazów twarzy, bez względu na to, czy była głęboko ukryta, czy jawna. To było niepokojące. Nikt nie patrzył na niego w ten sposób od wieków. Przypuszczał, że to spojrzenie, które jego mąż otrzymywał od swoich sługusów, gdy mieli nadzieję, że nie dostaną Crucio, ale Harry nie był typem zbierającym sługusy.

Kiedy po raz pierwszy wylądował w środku Stonehenge, Harry był zdezorientowany i zdziwiony tymi wszystkimi znajomymi twarzami, które wyglądały niezupełnie tak, jak powinny (w niektórych przypadkach były żywe), ale poszedł z nimi z ciekawości. A teraz kot z worka, bo te palanty chciały, żeby wykonał ich brudną robotę. Harry prawie odmówił dla zasady. Był współwładcą całego czarodziejskiego narodu, a nie jakimś zabójcą do wynajęcia. Z drugiej strony, cóż. Nie byłoby źle spróbować udowodnić swoją moc przeciwko alternatywnej wersji swojego męża. Od dawna spierali się o to, kto jest naprawdę najsilniejszy, a to byłby cholernie fantastyczny punkt na jego korzyść. Voldemort byłby konkretnie wkurzony.

- Przypuszczam... - Harry przeciągał tę chwilę, bo co mu tam. Unikał patrzenia na Jamesa i Lily, których miny wprawiały go w zakłopotanie. - Szukałem wymówki, by wyjechać na wakacje. Nawet jeśli są to wakacje dla pracy, zakładam, że będę w stanie spędzić trochę czasu na słońcu.

Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi oczekiwali, ale wyglądało na to, że ją zaakceptują. Miał tylko czas, by wyciągnąć z nich jeszcze kilka informacji, zanim Albus zdecydował się położyć spać, twierdząc, że troszczy się o Harry'ego i że to musiał być długi dzień. Harry nie mógł się kłócić, był. Poranny, bardzo energiczny seks, brunch z mężem i ojcami chrzestnymi, by omówić szczegóły nowo zaproponowanego traktatu z goblinami, sparing z mężem, gdy krzyczeli na siebie nawzajem o tym, czego należy wymagać w traktacie (i naprawdę nie było to trzymanie goblinów jako niewolników na zawsze i sprawdzanie, czy ewoluują, by stać się bardziej jak skrzaty domowe, poważnie, klan Gryfków wciąż patrzył na Harry'ego z mordem w ich paciorkowatych oczach, a nie z potulnością), rozstrzygając kilka drobnych sporów, których ministerstwo nie mogło rozwiązać, a jego mąż zdołał zrzucić na niego, potem podróż wbrew swojej woli do innego wymiaru, spotykając swoich rodziców po raz pierwszy w pamięci... Tak, to był długi dzień.

Lily i James zaprosili go do swojego domu w Dolinie Godryka, kiedy tylko miał na to ochotę następnego dnia, nie zdając sobie sprawy, że będą musieli podać mu adres. Harry był tam tylko raz i jego wspomnienia były zamazane. W końcu naprawdę będzie musiał powiedzieć tym wersjom swoich rodziców, że nie znał ich zbyt dobrze. Po prostu nie przyszło mu to wcześniej do głowy. To było kłamstwo, ale cóż. Oboje wydawali się dziwnie miękcy, a Harry lubił wyzwania, a nie miękkie cele, które mógł zranić, przywołując dziecko, które stracili.

Oczywiście to nie mogło być wszystko. Harry pomyślał, że będzie grał, dopóki nie dowie się, gdzie ukrywają swoją ciemniejszą stronę. W głównej bazie Zakonu musiała znajdować się jakaś komnata tortur dla więźniów albo spisek Dumbledore'a, w wyniku którego wszyscy byli uzależnieni od niego. Nieważne, jak dobrzy by się nie wydawali, zło i tak wyjdzie na jaw. To była pocieszająca myśl. Pomysł, że urodziło go dwoje naprawdę dobrych ludzi - nawet jeśli nie byli dokładnie jego rodzicami - był dość przerażający.

Gdy Zakon rozproszył się na noc, Harry wycofał się do jedynej sypialni w kryjówce i usiadł na łóżku, opierając się plecami o wezgłowie i krzyżując nogi.

Nie był zbyt dobry w medytacji. Trudno było dopasować praktykowanie czegoś, co rzadko było konieczne w jego zajętym życiu, bez względu na to, co mówił jego mąż o medytacji otwierającej połączenie z magią. Harry nie mógł znieść spędzania części dnia na leniuchowaniu z zamkniętymi oczami, kiedy zamiast tego mógł otworzyć to połączenie z mężem poprzez robienie fellatio.

Zajęło to trochę czasu, ale zaczął wyczuwać więź między nim a Voldemortem. Zwykle połączenie było szeroko otwarte, stała zdolność do rozmowy ze sobą, odczuwania wzajemnych stanów emocjonalnych i pozwalania drugiemu widzieć przez jego oczy, jeśli jeden z nich robił coś szczególnie interesującego. Lub interesująco brutalnego. Był taki miesiąc, kiedy próbowali prześcignąć się w przemocy i Harry nie mógł pozbyć się zapachu krwi przez wiele tygodni. Teraz połączenie było wyciszone, niewygodnie. Koncentrując się, Harry mógł stwierdzić, że Voldemort był bardzo wkurzony, ale nie na co.

Harry wysłał w jego stronę trochę spokoju i otrzymał w zamian dwa razy więcej gniewu.

Możliwe, że jego mąż nie pochwalał tego, że Harry przechodzi w inne wymiary.

No cóż.

Lepiej prosić o przebaczenie, niż czekać, aż taka okazja mu umknie. Najprawdopodobniej, gdyby nie wszedł do portalu, który pojawił się przed nim, rytuał próbowałby zlokalizować innego Harry'ego Pottera. Harry'ego Pottera, który nie doceniłby zabawności tego przywołania. Prawdą było, że Harry nigdy nie studiował obskurnych magii tak dogłębnie jak jego mąż, ale rozpoznał wyczucie magii wokół Stonehenge. Ich dwa światy były teraz połączone, dopóki połączenie nie zostanie specjalnie przerwane. Harry będzie musiał sprawdzić, czy uda mu się tymczasowo otworzyć połączenie, aby porozmawiać z Voldemortem i uspokoić go do jego zwykłego poziomu irytacji. Wolałby, żeby jego mąż nie był na niego zły.

Jakkolwiek interesujący wydawał się ten świat, Harry nie chciał utknąć tutaj, ponieważ Voldemort rzucił mu wyzwanie i zamknął połączenie po swojej stronie, zmuszając Harry'ego do pracy, by wrócić.

Na wszelki wypadek Harry wysłał swoją miłość przez ich więź.

Dodał też sporo pożądania, ponieważ seks na zgodę zdecydowanie będzie konieczny.