Chapter Text
My perfect cousin
What I like to do he doesn’t
He’s his family’s pride and joy,
His mother’s little golden boy [1]
James wzbił się w powietrze, jego czerwone szaty powiewały, a miotła była prosta jak strzała – jak kolumna przy łóżku. To wywołało u Petera zwykłe podniecenie, połączone z chorobliwą zazdrością. Był siódmy rok, jeśli do tej pory nie był w drużynie, to prawdopodobnie nigdy nie będzie. Próbował prawie co roku – z wyjątkiem roku, w którym Syriusz został pałkarzem, najlepiej było trzymać się od tego z daleka, mógł sobie poradzić bez dokuczania.
Zadrżał pod płaszczem. Zostały tylko dwa dni do świąt Bożego Narodzenia. Część niego nie mogła się doczekać. Żadnych lekcji przez całe dwa tygodnie. Prezenty. Indyk. Ciasta pani Potter. Ale wtedy nie był nawet pewien, czy wracają do domu. Pełnia księżyca wypadała w noc Bożego Narodzenia i z jakiegoś powodu nikt nie chciał o tym rozmawiać.
Remus nigdy nie mówił o pełni, co wydawało się Peterowi dziwne, ale Remus zawsze był dziwny. James był zwykle najbardziej praktyczny, ale ostatnio cały jego czas zajmowała Lily, więc on nie zamierzał im mówić, co mają robić. Syriusz był Syriuszem i nigdy nie można było z nim porozmawiać o czymkolwiek związanym z Lunatykiem, chyba że chciało się mieć odgryzioną głowę. Może to był jednak problem Petera, który zawsze mówił nie to, co trzeba.
James był teraz w posiadaniu kafla, zagwizdał i rzucił go innemu ścigającemu, Emelii Eriksson. Złapała go i wycelowała w słupki bramki, ale chybiła. Peter mlasnął językiem, zdenerwowany. Zawsze pudłowała. W ostatnim meczu upuściła to cholerstwo – uratował ją James, który podleciał pod nią i zręcznie złapał piłkę, zanim Ravenclaw zdążył ją przejąć. Gdyby Peter postawił na swoim, wyleciałaby z drużyny.
James był przekonany, że Emilia się poprawi i nie słuchał rad Petera. Co było w porządku. Nie tak, jakby Peter sam mógł zrobić coś lepiej.
Problem polegał na tym, że jedyną pozycją, na której Peter kiedykolwiek był dobry, był obrońca. Odgrywał tę rolę prawie wyłącznie w dzieciństwie, kiedy każdego popołudnia był tylko on i James. Tęsknił za tymi dniami, kiedy miał Jamesa tylko dla siebie. Peter wielbił Jamesa odkąd pamiętał. Ale czas, który poświęcał, nie liczy się zbytnio – wiedział o tym. Podobnie jak pozycja obrońcy. Peter był dobry, ale nie wystarczająco. James był bardzo miły, ale James zawsze był miły.
Niewystarczająco dobry. Powszechna krytyka i, jak przypuszczał Peter, sprawiedliwa. Słyszał ją od matki od najmłodszych lat – i od ojca (który odszedł krótko po tym, jak Peter skończył sześć lat i od tamtej pory tylko sporadycznie pojawiał się gościnnie w życiu syna). Był albo nie wystraczająco cichy, albo za cichy, zbyt powolny lub zbyt niezdarny. Za mało czytał. Za mało ćwiczył. Największym wstydem Petera było to, że nie wykazywał żadnych oznak magii, dopóki nie skończył prawie jedenastu lat, podczas gdy James („chłopiec Potterów”, jak nazywano go w domu Pettigrewów) był w stanie lewitować różne przedmioty gospodarstwa domowego od drugiego roku życia.
W Hogwarcie było podobnie – Peter rzadko błyszczał na lekcjach, z wyjątkiem astronomii, do której miał dobrą pamięć. Mimo to w szkole była mniejsza presja niż w domu. Kiedy twoimi najlepszymi przyjaciółmi byli trzej najzdolniejsi czarodzieje na roku, nikt tak naprawdę nie zauważał, jeśli nie nadążałeś. Jeśli byłeś czystej krwi, to nawet lepiej – zwłaszcza w dzisiejszych czasach. A jednak. Peter wiedział, że jeśli ktoś przyjrzy mu się uważnie, będzie w stanie to stwierdzić. Nie był wystarczająco dobry.
Dezzie to widziała.
Peter zagryzł wnętrze policzka, by rozproszyć swoją uwagę. Robił to często, zwłaszcza gdy myślał o Desdemonie Lewis. Była kompletną anomalią w jego życiu, wyjątkiem, który potwierdzał regułę. Niespotykanie ładna, mądra (cholerna Krukonka!), miła, zabawna. I zainteresowana nim. Nudnym, podrzędnym, pyzatym Peterem Pettigrew. Tęsknił za nią każdego dnia. Myślał, że może był w niej zakochany. Ale w końcu to było niemożliwe. Nawet gdyby go nie rzuciła, była półkrwi. Matka by się na to nie zgodziła.
Czuł jednak jej nieobecność. Nigdy wcześniej nie potrafił nazwać tego uczucia, ale teraz wiedział, że to samotność. Czuł ją od dawna, może od zawsze. Peter pamiętał pierwsze ukłucia, gdy Filomena poszła do szkoły, a potem, gdy wyjechała na dobre. Pamiętał, jak poczuł to w chwili, gdy James i Syriusz po raz pierwszy uścisnęli sobie dłonie.
Miało to mniejsze znaczenie, kiedy Dezzie była w pobliżu. Peter często zastanawiał się, czy to były jego lata świetności – kto by pomyślał, że będzie pierwszym Huncwotem, który zdobędzie dziewczynę? Pierwszym, który się obściskiwał, pierwszym przyłapanym na obmacywaniu w schowku. Nawet McGonagall była zszokowana, kiedy dała im pierwszy szlaban za „niedyskretne zachowanie na korytarzach”.
Był też oczywiście klub szachowy. Black na drugim roku błagał Jamesa, by dołączył do niego, ale oczywiście James był zbyt wyluzowany na takie rzeczy, a Syriusz – który w rzeczywistości był irytująco dobry w szachy – śmiał się Peterowi w twarz na samą myśl o Huncwotach robiących coś tak dobrego, jak kluby szachowe. (W każdym razie Dezzie przekonała go na czwartym roku, że jeśli tak bardzo lubi szachy, to powinien do nich dołączyć. Więc dołączył.
Okazało się, że Peter mógł być najmniej fajnym Huncwotem, ale był najfajniejszym dzieciakiem w klubie szachowym Hogwartu. Byli w porządku. Nie byli to ludzie pokroju Jamesa i Syriusza, w większości czystej krwi, a wielu z nich należało też do Slytherinu. Od czasu do czasu pojawiał się nawet Snape i (choć Peter nigdy nie odważyłby się wspomnieć o tym Jamesowi) przez większość czasu udawało im się odłożyć różnice na bok i rozegrać kilka całkiem niezłych partii. Cóż, aż do tej katastrofy na piątym roku, a to nawet nie była wina Petera, zrzucał winę na Syriusza. Winił Lunatyka.
James zagwizdał i gracze wciąż znajdujący się w powietrzu zaczęli opadać. Peter również wstał i zaczął schodzić po drewnianych stopniach na ziemię. Może uda mu się porozmawiać z Jamesem o taktyce na kilka minut przed pojawieniem się Lily. Narzekał do siebie, gdy dotarł do dolnych stopni. Cholerna Lily, była gorsza od Syriusza. James prawie zniknął, odkąd zaczęli się spotykać.
Jak to będzie, gdy skończą szkołę? Peter będzie musiał wrócić i zamieszkać z mamą, a ona oczekiwała, że dołączy do ministerstwa. Jego ojczym może być w stanie załatwić mu pracę w administracji lub coś w tym stylu. Nie sądził, by był zły w pracy biurowej. Niektórzy z jego przyjaciół z klubu szachowego wspominali, że mogliby mu pomóc. Wielu z nich miało naprawdę dobre kontakty. Mówili, że ktoś tak dobry w taktyce jak on nie powinien mieć problemu z dopasowaniem się.
Nadeszła Lily. Mary też. Peter westchnął, odsuwając się. Nie widzieli go. Rozważał przemianę i łatwą ucieczkę. Mógłby pójść i znaleźć Dorcas. Była trochę irytująca, ale przynajmniej pozwalała mu się czasem pomacać.
Mógł też poszukać Remusa, który na pewno był w bibliotece – wciąż musiał zacząć swój esej z Zaklęć i zapomniał zrobić notatki. Stary dobry Lunatyk był na ogół dość obowiązkowy, jeśli przekupiło się go wystarczającą ilością czekolady.
Lily pomachała do niego z okolic szatni. Podniósł rękę i pomachał jej. Włożył ręce do kieszeni, uśmiechnął się łagodnie i ruszył w jej stronę. Szybka pogawędka, pożegnanie z Jamesem, a potem znalezienie czegoś innego do roboty. Może ktoś miał ochotę na partyjkę szachów.
[1] The Undertones – My Perfect Cousin, rok wyd. 1980
