Work Text:
Szelest cienkiej żółtawej kartki pomiędzy palcami nie był dla doktora Rieux najmniejszym zaskoczeniem. Ostatni kwadrans spędził na ponownej analizie wydrukowanych czarnym tuszem liter układających się w krótką wiadomość zaczynającą się od „Z przykrością informuje się, że dnia…” poprzez „…odeszła pańska żona – Pani…” aż do podpisu „Zarząd Sanatorium…”. W górnym prawym rogu odręcznie zapisana była data sprzed ośmiu dni. Myśli mężczyzny, co prawda, oscylowały wokół organizacji transportu ciała zmarłej do miasta, znalezieniu godnego miejsca na cmentarzu – co w obecnych warunkach graniczyło z cudem, listy gości na obiedzie po pogrzebie, lecz nigdy w pełni się nie zatrzymywały na żadnym z tych zagadnień.
Bolała go głowa. Nie umiał ocenić która była godzina, lecz przez okno w swoim pokoju widział, że słońce jeszcze nie zaszło. Wiedział, że położył się spać zaraz po jego wschodzie, po tym, jak jego matka przyniosła mu trzymany obecnie w rękach telegram szorstko zawiadamiający o zgonie żony. Miał suche usta i gardło, jego kark był spięty. Potrzebował tych kilku godzin, chociażby płytkiego snu, gdyż odmawiał go sobie przez poprzednie dwie noce.
Zaczął zastanawiać się, ile podobnych wiadomości jest teraz, ósmego lutego – w dniu otwarcia bram wolnego od choroby Oranu, masowo pisanych, każdy zgodnie z tą samą formułą: „Z przykrością informuje się o zgonie…” zmieniając jedynie imię nieszczęśnika, który padł ofiarą dżumy, stając się jednie statystyką na kartach historii.
Nagle zasępił się, do jego wyobraźni wkradła się mroczna i przytłaczająca niczym chmura burzowa wizja analogicznego telegramu wysyłanego daleko do europejskiej części kraju z wystukanym na maszynie do pisania tak bliskim mu nazwiskiem: Jean Tarrou.
Mimo, że Rieux widział w ostatnich miesiącach dżumę na tysiącach twarzy, w różnych częściach miasta, żadna z walk, żadnego mężczyzny, kobiety, a nawet dziecka, nawet pierwsze starcia z chorobą, gdy ta dalej była zupełnie nowym zagrożeniem, nie pochłonęła doktora tak bardzo jak ta, toczona w jego własnym mieszkaniu przez ostatnie dwie doby.
Rieux czuł, jakby był to jego osobisty punkt kulminacyjny epidemii, pożegnalny atak wycofującej się choroby, tak zgodny z jej zawistną naturą: jakby całe zło, które zostało jeszcze na zapleczu dżumy skumulowało się w małym pokoju i zostało wycelowane w człowieka, który to zło próbował wcześniej zwalczyć. Tarrou był ostatnią osobą, która zasługiwałaby na śmierć z rąk dżumy, szczególnie w niechybnym czasie, gdy choroba oficjalnie była w odwrocie. Jednak nawet podczas szczytującej gorączki jego szare oczy nigdy nie utraciły spokoju i za każdym razem gdy napotykały wzrok opiekujących się nad nim doktora lub matki, mężczyzna, mimo wielkiego wysiłku, starał się posłać łagodny uśmiech.
Rieux w głębi duszy nie wierzył, gdy przyjaciel stwierdził, że „przegrywa partię”. Nie mógł w to wierzyć. Poza tym, w ostatnich tygodniach w Oranie każdy był chociaż trochę natchniony duchem nadziei. Od kiedy z choroby wyszedł Grant, a w ślad za nim coraz to więcej pacjentów, każdy szukał nadziei jeśli nie we wracającym oddechu bliskiego, to w tuszu w gazet informujących o coraz mniejszej liczbie zachorowań, śmierci i o cudownych wyzdrowieniach. Dlatego Rieux wierzył, mimo schematu choroby jaki obserwował, i mimo racjonalizmu, którym zawsze się kierował, w ciszy wierzył, że ta walka na ostatniej prostej nie będzie przegraną.
Z myśli wyrwał Rieux szelest drzewa. Poruszał się na nim zwinny ciemny kształt. To kot wdrapał się na jedną z najwyższych gałęzi drzewa obok okna. Rieux zorientował się, że to pierwszy jakiego widzi od kiedy zaczęto pozbywać się czworonogów na początku epidemii. Ogarnęło go wzruszenie, pomyślawszy jak zwierzę nieświadome jest wszystkich nieszczęść i przemian dziejących się w mieście, i jaka jest siła życia które przetrwa nawet w tak tragicznych warunkach. Wtedy usłyszał głos:
– Panie Rieux.
Pomyślał, że to wiatr za oknem. Szelest liści. Może traci już zmysły, nie byłoby to zadziwiające.
Odwrócił głowę w stronę drzwi. Nie, to pomalowany w promienie zachodzącego słońca, acz wyraźnie blady, z podkrążonymi oczami, opierając się o framugę Jean Tarrou.
Rieux zerwał się z fotela i kilkoma gładkimi krokami znalazł się obok przyjaciela. Wahając się ostrożnie złapał go za ramiona.
– Jean… – głos doktora się załamał, a na jego twarzy samoistnie malowały się troska i zmartwienie. – Panie Tarrou, powinieneś leżeć w łóżku.
Ten uśmiechnął się lekko, choć nie bez wysiłku.
– Koło południa odeszła gorączka. Usłyszałem, że wstałeś i postanowiłem przyjść.
Pod warstwami zmęczenia, w oczach Tarrou zdawało się malować coś na kształt radości, takiej, której nie czuł od przyjazdu do Oranu. Powoli i delikatnie przytulił przyjaciela obejmując go pod pachami. Rieux był sparaliżowany.
– Dziękuję, że byłeś przy mnie cały czas, Bernard.
„Zawsze będę przy tobie.”
– Powinieneś się położyć. Nic nie jest jeszcze pewne.
– Nigdy nie jest – westchnął Tarrou.
– Będę za nią tęsknić.
Wieczór Rieux spędzał paląc papierosy ze swoją matką przy kuchennym stole. Wcześniej zbadał Tarrou i gorączka rzeczywiście spadła, a oddech nie sprawiał trudności, lecz obaj wiedzieli jak zdradliwe są polepszenia w tej chorobie. Przyjaciel odpoczywał w gościnnym pokoju, który w poprzednich tygodniach de facto stał się jego własnym.
Na wspomnienie przez matkę swojej żony, Rieux poczuł dziwny ciężar na serdecznym palcu prawej ręki. Wydawało mu się, jakby był surowo sądzony za pustkę w miejscu, gdzie powinna być obrączka; za niedopełnienie obowiązku nakazanego przez przysięgę i tradycję. Starał się przypomnieć sobie, gdzie obecnie znajduje się prosty złoty pierścionek. Był zły na siebie za niepamięć, lecz nie z powodu nagłej potrzeby dotrzymania dawnej obietnicy lub z sentymentu, ale zorientował się pierścionek ze szczerego materiału mógłby mieć dużą wartość u jubilera w razie nagłego kryzysu. (Szybko jednak uznał te przemyślenia za bezsensowe, gdyż ostatnio przekonał się, że nawet karaty złota nie pomagają w obliczu śmierci).
Gdziekolwiek się znajdowała obrączka, leżała tam od ponad dekady – od czasu gdy państwo Rieux przeprowadzili się do swojego mieszkania. Rok po ślubie, zakup ten był pierwszą poważną wspólną decyzją młodego małżeństwa i pierwszym dużym testem ich związku, który jednak zakończył się fiaskiem. Mimo że pobrali się z miłości, okazało się, że jej żar nie wystarczył, gdy opinie w sprawie tak dużej wagi były podzielone. Doktor Rieux chciał zamieszkać w dużym mieście, najlepiej w Algierze, stolicy kraju. Jego żona jednak wolała spokój i prostotę mniejszych miejscowości, a nawet wiosek, gdzie planowała w przyszłości wychowywać gromadkę dzieci (którymi Bóg ich jednak nie obdarzył). Decyzja koniec końców stanęła na średniej wielkości portowym Oranie, jednak po dojściu do niej małżonkowie uznali, że potrzebują więcej przestrzeni, a obrączki nie świadczą przecież o uczuciach.
– Mimo waszych ostatnich kłótni, lubiłam ją.
Rieux jedynie zaciągnął się dymem i pusto patrzył na kwieciste wzory wyhaftowane na białej ceracie. Za oknem leniwie szumiał wiatr. Wszystko w kuchni, od popielniczki na środku stołu, do brudnych naczyń w zlewnie zdawało się być zawieszonym i czekać.
Po chwili, widząc połączenie zamyślenia i apatii na twarzy syna matka postanowiła brnąć głębiej:
– Nie kochałeś jej, prawda?
Rieux poczuł jak gwałtownie przyśpiesza mu bicie serca, a ręce stają się zimne, jakby nagle zbiło się coś drogocennego. To nie tak, że nie kochał swojej żony, kochał ją gdy oświadczał się jej wiele lat temu i gdy wyznawał to przed kobiercem, i gdy tańczył z nią na weselu, i podczas nocy poślubnej… Z czasem po prostu przywykł do jej obecności, a ona do jego, to normalne; kłócili się, ale to też się zdarza w każdym małżeństwie; i to prawda, czasami po sprzeczkach nie zamieniali ze sobą słowa przez tygodnie, i czasem podczas gorszych okresów jedno z nich spało w pokoju gościnnym lub na kanapie, ale przecież zawsze byli przy sobie. Lub przynajmniej obok siebie.
Jednak ostatnia rozłąka z żoną pozwoliła mu spojrzeć na ich relację z dystansu. Otoczony ogólnym marazmem w mieście, z trudem zrozumiał, że nie łączy go absolutnie nic z kobietą, której kiedyś wyznawał miłość. Nie przeciął żadnej więzi pomiędzy nimi, po prostu zauważył, że była ona na tyle spróchniała, że przy najmniejszym ruchu zamieniała się w proch. Nie sprzeczało się to z jego duszą, jednak dalej stało w konflikcie z dokumentami które podpisał lata wcześniej. Krępował go przytłaczający ciężar winy, przygniatał on go za samą myśl o wolności. Czuł się, jakby jego matka widziała wszystkie jego nietaktowne refleksje, wszystko to, co przyznał tylko przed samym sobą i czego się wstydził. Jego myśli pędziły nieustannie, lecz jego usta nie umiały nic odpowiedzieć jak sparaliżowane.
– Kochasz za to kogoś innego – matka powiedziała to jako diagnozę, nie hipotezę.
– Kocham ludzkość, mamo – szybko zbierając myśli wypalił Rieux. Prawdą było, że nie ważne jak akurat układała się sytuacja w małżeństwie, zawsze na pierwszym miejscu stawiał pomoc potrzebującym – dlatego codziennie wychodzę z tego mieszkania by ryzykować życie, by pomóc każdemu komu się da. To jest sens mojego życia.
– Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli – słowa matki cięły niczym naostrzony nóż. – Może jestem prostą kobietą i nie mam dyplomów z uczelni tak jak ty, ale mam za to swoje lata i dużo widziałam w życiu – melancholijnie wypuściła dym z płuc – Patrzysz na niego z taką czułością, to niedorzeczne!... – zakręciła głową.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz – niepewnie bronił się mężczyzna starając się kontrolować drżenie głosu.
– Nie udawaj, synu. Ah… Widziałam was jednego wieczoru – jej spojrzenie przebijało przez Rieux, który zdawał się cały płonąć. – Pocałowałeś go.
Gdy Rieux po raz pierwszy skosztował ust Tarrou były one słone od morskiej wody. Było to nocy, gdy przyjaciel zaproponował mu by popływać razem w morzu; by przez krótką chwilę udawać, że potrafią zapomnieć o dżumie i ukraść kilka godzin „dla przyjaźni”. Pijani zabawą w bunt przeciwko rzeczywistości, wrażliwością wcześniejszych zwierzeń i adrenaliną powstałą w ich ciałach pozwolili by srebrzysto-blade światło księżyca zagęściło powietrze między nimi. Byli na głębokości, która pozwoliła im stabilnie stać na ziemi i zatopić się w sobie nawzajem, powoli acz dogłębnie. Do końca wieczoru nie zamienili ze sobą ani słowa, bo nie musieli.
Rieux pewnie nie musiałby teraz płonąć przed swoją matką, gdyby to był tylko ten jedyny raz.
Co prawda, już od kiedy Tarrou wprowadził się do mieszkania Rieux samoistnie pojawiła się między nimi pewna naturalna domowa czułość. Mężczyźni rano poprawiali swoje kołnierze od koszuli lub krawaty. Jeden robił dla drugiego śniadanie. Wracali razem samochodem do wspólnego mieszkania.
Pocałunek w morzu i wszystko w jego następstwie w istocie nie zmieniły aż tak dużo, jedynie detale. Gdy Rieux szykował śniadanie, drugi mężczyzna kładł głowę na jego ramieniu i po przywitaniu z uśmiechem cmokał go w policzek. Kiedy Tarrou poprawiał krawat przyjaciela przed wyjściem, muśnięcie ust stało się naturalną częścią podziękowania razem z wyszeptanym „dziękuję”. Gdy wracali samochodem, Tarrou kiedy mógł kierował tylko jedną ręką, a drugą trzymał się z przyjacielem. Do ich wieczornej rutyny wkradły się momenty z rzędu Tarrou na kanapie piszącego w swoim dzienniku a Rieux na jego ramieniu czytającego gazetę lub po prostu przysypiającego ze zmęczenia, przeplatane ulotnymi muśnięciami ust w czoło lub szyję. (Zgoła, nie sposób było dojść, o który wieczór mogło chodzić matce Rieux.)
Nigdy nie zamienili słowa o tych czułościach, bo nie musieli. Ale może powinni.
– Myślałeś, że nigdy się nie dowiem? Chciałeś mnie oszukać? Zapominasz, że jestem twoją matką, Bernard? – zapadła między nimi niebezpieczna cisza, jakby krył się w niej czekający do ataku drapieżnik. Rieux starał się ułożyć jakąś odpowiedź, ale jego myśli przelatywały jak woda przez palce. – Nawet nie zaprzeczysz.
– Źle stawiasz sprawę, mamo, ja… – czuł się jak dziecko karcone przez rodziców bez środków by się im przeciwstawić.
„Ja nie wiem. Kocham go. Nie kocham go. To nie tak. To co między nami… To mój przyjaciel. Nie kocham go. Nie jestem taki. To jest zupełnie co innego.”
Pani Rieux jedynie zanurkowała wypalającym się papierosem w popielniczkę i westchnęła cicho. Jej twarz wykrzywiła się kwaśnym zawodem i niedowierzaniem.
– Synu – przełknęła ślinę i zaczęła – jesteś dorosłym mężczyzną. Sam podejmujesz decyzje, nie ważne czy chcesz akurat ratować umierających czy robić… cokolwiek innego – tu machnęła w nieokreślony sposób ręką, a Rieux opuścił głowę. – Co chcę przez to powiedzieć to to, że… Powinnam być teraz w domu. Jeśli ostatnie miesiące, całe to… cierpienie i nieszczęście, które spadło na to zapadłe miasto czegokolwiek nas nauczyły, to tego, że nic o przyszłości nie jest pewne. Nie wiem czy jutro nie odejdę z tego świata, czy ty nie odjedziesz! – chciała spojrzeć w oczy Rieux, lecz ten zasłaniał ręką zbierającą się w nich wilgoć. – Och, nie płacz już jak panienka. Powinieneś żyć swoim życiem, synu. Nawet jeśli ja, stara i zmęczona, nie rozumiem tego… Chcę jedynie, abyś był szczęśliwy.
Dorosły mężczyzna siedzący naprzeciw niej przełożył rękę na brodę, odwrócił głowę w stronę okna i kilka razy pośpiesznie mrugnął by przywrócić się do porządku. Próbował wymamrotać coś podobnego do „mamo” lub „przepraszam”, ale jego gardło było zaciśnięte. Czuł w brzuchu ciężar swoich uczuć i powolnie ulatujący z niego żar wstydu. Pani Rieux cynicznie chichocząc zakręciła głowa z niedowierzaniem i dodała w cierpkim uśmiechu:
– Poza tym Tarrou to dobry chłopiec.
Gdy matka Rieux poszła przyszykować się do snu, ten jak posłuszne dziecko zmył naczynia i posprzątał kuchnię, a następnie sam wziął długi gorący prysznic. Starał się wyciągnąć jakiekolwiek rzeczowe wnioski ze słów, które usłyszał, jak to zawsze robi, lecz pierwszy raz od kiedy pamiętał miał w głowie pustkę. Patrzył się pusto na białe kafelki i liczył, że ciepła woda zmyje z niego druzgocące poczucie winy.
Nie spodziewał się że kiedykolwiek nie chciał wchodzić do pomieszczenia, w którym jest Tarrou. Stał niczym duch w zamyśleniu w ciemności nocy pod drzwiami do pokoju gościnnego. Słowa matki uświadomiły mu, że nie rozumiał, co czuje, i nie wiedział, jak zareaguje jego serce, gdy skonfrontuje się z przyjacielem. Przerastał go lęk o to, co powinien w powiedzieć i co może powiedzieć pod wpływem emocji. W górę wziął jednak obowiązek jako lekarza opiekującego się chorym, więc naciskając na klamkę pchnął drzwi i zapytał się starając jak najbardziej ukryć nerwy w głosie:
– Śpisz?
– Nie.
Rieux wszedł do pokoju, zapalił lampkę nocną wypełniając pokój miękkim ciepłym światłem i przysiadł na fotelu obok łóżka.
– Jak się pan czuje? – zapytał kładąc rękę na czole przyjaciela; nie miał gorączki.
– Wyobrażam sobie, że tak właśnie się czuł zmartwychwstający Jezus – zaśmiał się słabo Tarrou.
Doktor cicho odwzajemnił uśmiech i nawiązał kontakt wzrokowy z leżącym. Obaj mężczyźni odnaleźli w swoich oczach nawzajem komfort i łagodność, o jakich istnieniu zapomnieli od dawna. Lęk ogarniający Rieux złagodniał jak rana, na którą nawożono plaster i w jego miejsce pojawiła się buzująca ekscytacja. W pokoju wisiała cisza, podobna do tej, gdy udało im się na kilka chwil uciec od dżumy w morskie fale; jednak ta cisza była cieplejsza i bardziej wyrozumiała, zdawała się otaczać ich jak kaszmirowy koc, nie słyszeli w niej tykającego zegara przywracającego do rzeczywistości; mogli zgubić się w tym momencie i nie szukać drogi powrotnej. Wtedy Rieux bez pośpiechu wstał z fotela i przesiadł się ostrożnie na miękkie łóżko. Złapał lekko dłoń przyjaciel, uniósł ją i delikatnie musnął ustami.
– Bardzo się o ciebie bałem, Jean – szepnął, jakby każde słowo, które wypowie mogło rozwiać coś delikatnego i nieopisanego. – Nadal się boję – zapadła cisza. – Potrzebuję cię.
– Bernard… – Tarrou patrzył się na mężczyznę, którego widział przed sobą w przygaszonym świetle i czuł, że go rozumie, a on rozumie jego. Kontynuował ostrożnie:
– Co planujesz teraz robić? Teraz, znaczy po otwarciu bram… Bez dżumy.
– A co uważasz, że powinienem zrobić?
Tarrou zawahał się.
– Wyjedź ze mną do Europy – zaoferował z pełną powagą głosu. – Będziesz tam mógł dalej pomagać chorym. Ale będziemy razem, tak jak teraz.
Wyciągnął rękę by ująć gorący policzek spanikowanego Rieux.
– Proszę cię.
Rieux ostrożnie nachylił się, przesuwając rękę, by delikatnie złapać Tarrou za ramię. Oddychał płytko i szybko. Począł zastanawiać się, czy to on sam nie ma gorączki. Tracił kontrolę nad swoimi myślami i słowami.
– Pójdę za tobą gdziekolwiek zechcesz – wyszeptał niespokojnie.
To ostatnie słowa jakie zawibrowały między nimi zanim złączyli swoje usta w szybkim, ale czułym pocałunku. Teraz stracił kontrolę także nad swoimi ruchami.
– Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie – powiedział Rieux sykając ich czoła.
Mimo okoliczności pojawienia się Tarrou w życiu doktora, mimo szczurów, paniki, choroby i śmierci, jedynym co wnosił do jego życia mężczyzna było ciepło, zrozumienie i wsparcie. Tarrou był jedyną rzeczą, jaka wyszła z dżumy, którą Rieux chciał zachować. Jeśli kiedykolwiek czuł prawdziwą miłość było to wtedy, gdy byli obok siebie, złączali ręce; usta. Rieux bał się jednak, by to uczucie, teraz gdy umie je nazwać, nie przeleciało mu przez palce, więc kontynuował:
– I nie chcę cię przerazić – mówił – ale taka jest prawda. Gdybym mógł, chciałbym być przy tobie każdego dnia – bił się z myślami, lecz nie mógł zatrzymać raz otwartego potoku szczerości. – Mam nadzieję, że czujesz chociaż trochę podobnie wobec mnie... – zacisnął oczy.
Tarrou położył na twarzy mężczyzny drugą rękę i przyciągnął go jeszcze bliżej do siebie, tak, że ich oddechy stały się jednym. W ciszę drżącą pomiędzy nim wyrzucił z siebie:
– Bernard, ja… – wystarczyło niewiele słów. Uśmiechnął się. – Kocham cię.
Po czym gładko wpił się w usta Rieux, przyciągając mężczyznę na łóżko, tak, aby leżeli na bokach równolegle do siebie. Pocałunek był jak spokojne fale uderzające o brzeg, jednak każda z nich nasilała burzę tańczącą w umysłach i zacieśniała żołądek w podekscytowaniu. Tarrou wsunął dłoń w gęste włosy drugiego mężczyzny, niegdyś krótkie, lecz nie ścinane od początku epidemii. Rieux za to objął go pożądliwie w talii, jakby bał się, że w każdej chwili może mu on przelecieć przez palce. Każde muśniecie warg i każdy ruch języka wydawały się być chaotyczną celebracją wygranej nad chorobą, nie tylko w ich mieszkaniu, ale i w całym mieście, finalnym zwieńczeniem wyzwań i wyrzeczeń; były także rozwiązaniem niewypowiedzianych między nimi dotąd słów i uwolnieniem gotujących się w środku emocji, czekających na bezpieczny moment.
– Kocham cię, Jean – wydyszał Rieux.
Zasnęli w ten sposób, wtuleni w siebie, pijani pocałunkami i w ciszy kontemplujący wypowiedziane słowa, na które obaj czekali od tak dawna. Do umysłu Rieux zakradł się lęk przypominający o dżumie, niepewnej w swojej naturze, która w każdej chwili może powrócić. Pomyślał jednak, że jeśli śmierć przyszłaby po Tarrou tej nocy, musiałby siłą wyrwać go z ramion trzymającego go blisko Rieux.
Rieux obudził się w pustym łóżku. Za oknem świeciło pełne słońce, zapowiadał się ciepły jak na luty dzień. Pierwsza fala szoku uderzyła go, gdy ujrzał na zegarze wskazówki oznajmujące kwadrans po dwunastej. Nawet przed epidemią, nigdy nie sypiał tak długo. Podparł się łokciami by usiąść na łóżku i zaczął myśleć ile rzeczy ma dziś do zrobienia, ilu już nie zdąży zrobić i jak do tego doszło.
Wtedy uderzyła go druga, silniejsza fala szoku, już nie jak fala morska, lecz jak fala uderzeniowa po wybuchu pocisku. Wszystkie resztki snu opuściły go w mgnieniu oka, myślenie otrzeźwiło się momentalnie, a serce zdawało się podejść mu do gardła. Wspomnienia poprzedniej nocy przeleciały mu przez umysł: od niezręcznej rozmowy z matką aż do nierozważnego wyznania wobec przyjaciela i delikatności jego ust – po raz w pełni należącej do Rieux bez niedomówień. Kilka sekund, które równie dobrze mogłyby być minutami, siedział jak ogłuszony na materacu odtwarzając w głowie te momenty.
Poczuł chwilowy zalążek euforii i lekkość na sercu, lecz ta momentalnie ustąpiła miejscu wątpliwości. Co, jeśli Tarrou, obrzydzony całą sytuacją, wstał o zaraniu świtu, szybko się spakował i, jako że czuł się już lepiej, wypłynął najwcześniejszym statkiem, zostawiając na stole byle krótki list pożegnalny? Widział twarz mężczyzny na zatłoczonym porcie w tłumie innych opuszczających Oran, najszybciej jak tylko dostali taką możliwość. W ręku ściskał bilet w stronę Francji i…
Tą wizję przerwała dochodząca z kuchni harmonia śmiechów: głośniejszego starszej kobiety i cichszego mężczyzny. Rieux wrócił do rozsądku i zauważył na biurku notatnik i piórnik należące do przyjaciela. Poczuł ulgę, orientując się, że Tarrou nie mógł jeszcze wyjechać. Narzucił na siebie szlafrok, poprawił włosy w lustrze obok szafy i zabrał w sobie odwagę by pociągnąć za klamkę od drzwi i stanąć twarzą w twarz z czymkolwiek, co czeka go w kuchni.
Przy tym samym stole, gdzie poprzedniego wieczoru pani Rieux paliła papierosy z synem, teraz piła kawę z Jeanem Tarrou, gawędząc i śmiejąc się na pełen głos.
– O! Któż to zaszczycił nas swoją obecnością! – zauważyła zakłopotanego Rieux jego matka. – Ileż to można spać? Chodź do stołu, kawa dobrze ci zrobi.
Wtedy mężczyzna napotkał wzrokiem na siedzącego na przeciw niej Tarrou. Pierwszy raz od początku choroby jego twarz nabrała na prawdę zdrowego koloru, zaróżowione usta układały się w szczery uśmiech, a jak zawsze spokojne oczy teraz dodatkowo rozpalone były wesołością. Rieux niepewnie zasiadł do stołu.
– Dzień dobry, Bernard – przywitał go Tarrou z uśmiechem łapiąc go za tą rękę, którą Rieux nie nalewał sobie kawy. – Jak spałeś?
– Yhm, dobrze – odparł mężczyzna ciągle starając się zrozumieć jak to, co zaszło wczoraj, ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Podniósł kubek do ust.
– No, na pewno dobrze – wtrąciła się matka – ze swoim gołąbeczkiem w jednym łóżku!
Rieux gwałtownie wypluł łyk kawy, częściowo do kubka, częściowo na swoją brodę. Szerokimi oczami spojrzał to na Tarrou, który zdawał się być zarówno zawstydzony jak i powstrzymywać śmiech, to na matkę, i rozbawioną i oczekującą odpowiedź.
– Chyba… będę musiał szykować się do pracy – zmienił temat. – Jest już późno, a szpital-
– Zadzwoniłam już do nich rano – przerwała mu pani Rieux. – Masz wolne jeszcze dzisiaj i jutro, należy ci się. Poza tym, chorych jest tak mało, że radzą sobie.
– To dobrze – patrząc się w stół wziął kolejny łyk kawy, tym razem bez przeszkód.
Tarrou lekko potrząsnął jego dłonią, którą cały czas trzymał, przywołując na siebie wzrok mężczyzny. Zdawał się mówić coś oczami, lecz bez skutku.
– Ah, zapomniałem się zapytać. Jak się czujesz? – zatroskał się Rieux.
– Naprawdę dobrze – zachichotał. Nie o to mu chodziło. – Szczególnie po pysznym śniadaniu pani Mamy.
– Ojej, Jean! Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziała pani Rieux, orientując się, że jej syn na prawdę podjął dobrą decyzję.
– Bernard – kontynuował z czułością Tarrou. Rieux nie spuszczał z niego wzroku, ciesząc się każdą chwilą we wspólnej obecności. – Chyba czuję się na tyle dobrze, by gdzieś się dzisiaj przejść. Miasto ciągle świętuje, możemy iść do restauracji, posłuchać jakiejś kapeli na placu lub obejrzeć fajerwerki…
– Brzmi świetnie – głos Rieux z jakiegoś powodu załamał się. Tym powodem najprawdopodobniej była radość, której nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek posiądzie. Czuł, że jego policzki płonął, a usta nie mogą opuścić uśmiechu.
– Oj, chłopcy! – przewróciła oczami pani Rieux. – Tak, możecie się pocałować! Nie musicie pożerać się wzrokiem!
Jej syn zwrócił się do niej, jakby nie zrozumiał polecenia lub prosił o ponowną zgodę, lecz matka jedynie pokazała palem, by wrócił do śmiejącego się Tarrou. Rieux najpierw podniósł dłoń drugiego mężczyzny, którą trzymał, i musnął ją ustami, a następnie zakrył swoją drugą dłonią. W tym drobnym geście chciał zawrzeć cały swój szacunek i szczerość oraz powiedzieć wszystko to, co jeszcze nie padło między nimi na głos. Wtedy Tarrou nachylił się, Rieux w ślad za nim i złączyli swoje usta.
– Cieszę się, że tu jesteś – wyznał Rieux mając na myśli tak wiele rzeczy: od zwycięstwa nad chorobą, do samej obecności w domowej kuchni.
– Ja też, skarbie – uśmiechnął się Tarrou.
