Work Text:
Nie pamięta już, jakie to było uczucie, gdy nie trzęsły mu się dłonie. Rozumując logicznie, jest pewien, że był kiedyś taki okres w jego życiu. Jego większość. Pamięta, powinien pamiętać, że kiedyś tak nie było. Jednak choćby bardzo się starał, sięgając pamięcią wstecz, jedyne uczucie poza bólem, jakie towarzyszy jego dłoniom, to omdlewający dreszcz. Zaraz pod skórą, nie dość płytko jednak, by dosięgnąć sztychem noża i uciszyć go raz na zawsze. Nie dość głęboko, by złamana kość przebiła to drżenie i wykrwawiła je z jego ramion do ostatka. Czasem ma wrażenie, że drżenie to podnosi się od kości i zbliża do skóry, przez wszystkie warstwy jego mięśni. Podchodzi bliżej. Drży, jakby to trzęsło nim coś… ktoś… coś na zewnątrz, trzymając go lodowatymi łapskami za ramiona, dygocząc nim tak mocno, że to cud, że jeszcze nie wypadły mu oczy.
Zrywa się, szuka i choć wrażenie mija, dreszcz zostaje. Jego dłonie drżą, gdy sięga nimi do piekących z niewyspania oczu. Drżą, gdy traci cenne sekundy, nie mogąc poprawnie zawiązać butów. Drżą, gdy wychodzi z namiotu. Drżą, gdy sięga po broń, gdy siada na konia, gdy unosi ramię, by osłonić oczy przed ostatnimi promieniami słońca uderzającymi o tę zapomnianą przez ludzi krainę. Przez zgniłą ziemię przebijają się pierwsze skrzepy lodu. Końskie kopyta ślizgają się na nich, jak ludzkie dłonie na krwi, jak jego palce na skórze sakwy, z którą się siłuje. Gdy wyprostuje rękę, nie drży. Zazwyczaj. Gdy jego rozłożone palce dygoczą, jest już gorzej. Zazwyczaj wyglądają, jakby nie drżały. On czuje ich dygot nawet wtedy. Nie widzi go, więc go nie ma.
Zabawne. Musi więc wybrać pomiędzy nagłym nawrotem wiary w niedostrzegalne, a paranoją. Z tych dwóch woli chyba paranoję. Brzmi bardziej swojsko. A ręce nie przestają mu drżeć. Gdy je zaciska, dygot wędruje po nadgarstku, na ramię, dalej, wyżej, aż Smuga czuje jego echo na swoich szczękach. Gdy rozluźnia palce, czuje, jak uderzają o siebie i o cokolwiek, o co je oprze. Miękko, cicho, niedostrzegalnie. Nie zauważyłby, gdyby ciągle tego nie czuł.
Nie zauważa już, bo ciągle to czuje. Stało się zwyczajne, jak ból za lewym oczodołem, jak uczucie naciągnięcia skóry na lewym ramieniu. Zwyczajne jak to, że gdy zamyka oczy, sen nie nadchodzi, a myśli nie cichną. Powszednieje im zmienianie opatrunków i trzęsienie się zimna, więc czemu jemu miałby nie spowszednieć dygot rąk. Mierzy się z tym znacznie dłużej, niż z zimnem. Kiedyś było to nowe. Kiedyś przeszkadzało. Kiedyś nie musiał brać poprawki na to za każdym razem, gdy unosił karabin i za każdą chwilą, gdy nie był w stanie utrzymać w dłoni sznurówek albo noża, nakazując sobie spokój, na tyle swobodny, by nikt nie zauważył.
To złudzenie, powtarza sobie teraz, gdy trzęsie nim to, co przerażało go parę lat temu. Nie zamknie do końca lewej pięści, nie ma siły strzelić w niej palcami, nie ufałby lewemu ramieniu w walce. Kiedyś było inaczej, musiało być. Ale martwienie się o to nie zwróci mu zdrowia, a reszcie sprawnego dowódcy. Zostali z pogruchotanymi ciałami i ciemnymi duszami, jeśli jakieś mają. Kiedyś było inaczej, na pewno, musiało być i to, że tego nie pamięta, niczego nie zmienia.
Kiedyś, Smuga pamięta to jak przez mgłę, spał. Kiedyś nawet śnił. Kiedyś, prycha na samą myśl. Na co mu kiedyś?
Andrzej kiedyś się uśmiechał. Tadek kiedyś nie rzygał z bólu w pękniętej głowie po każdym odcinku wyboistej drogi. Tomkowi kiedyś usta się nie zamykały. A on kiedyś byłby w stanie zabić kogoś lewą dłonią. Kiedyś, kiedyś, kiedyś. Do diabła z kiedyś.
Nie ma już „kiedyś”.
Czasami myśli, że nie ma już nic. Jest tylko ten ciemny las wokoło, te niekończące się połacie pięknej, ciemnej, obrzydliwej zieleni, która robi się coraz zimniejsza z każdą godziną. Szare, ciężkie, obrzmiałe od chmur niebo wisi im nad głowami, końskie kopyta albo grzęzną w syfie rozmokłej ziemi, albo stukają bez rytmu o zmrożone plamy na niej. I nie ma już nic i nikogo prócz nich. Rozgląda się, jadąc na czele i nie widzi nikogo. Żadnej zwierzyny, żadnego człowieka. Nie krzyczy ani jeden ptak. Z nieba nie pada deszcz, na ziemi nic nie rośnie. Kiedyś musiało, skoro wyrosło tu tak wiele drzew. Dziś są tu tylko oni i goniący ich chłód.
Odhacza każdy dzień. Odlicza każdy postój. I nadal dopada go wrażenie, że nigdzie się nie przemieszczają. Drzewa są takie same, ramię boli go tak samo, tak samo krzyczą na niego, by się zatrzymał, bo Tadek prawie stracił przytomność. Godzina za godziną, dzień za dniem.
Nie wyjdą nigdy z tego lasu.
Kiedyś było coś poza nim. Widział, przeżył, pamięta. Pamiętał. Teraz to wszystko nie jest warte nawet myśli, cóż dopiero słów. Kiedyś. To jego „kiedyś” sięga tak daleko, że gdy o nim myśli, Smuga ma wrażenie, jakby słuchał legendy. Jakieś ziarno prawdy, dawno zapomniane echo dziecięcego śmiechu, upału, radości. Jakieś inne spojrzenia innych ludzi, którzy mieli w sobie jakieś inne życia, jakieś inne myśli i inne serca. I on sam, inny, kiedyś. Przed tym wszystkim.
Każdy dzień tworzy sumę. W ten sposób jest pewien, że jeden z nich się skończył, a zaczął się nowy, choćby tak bardzo podobny. Ma odliczone postoje, czynności, słowa i gesty. Wszystko kosztuje. Ma coraz mniej siły na to wszystko, odbiera więc miejsce w tej sumie składnikom, które nie mogą nikogo zbawić.
Musi pamiętać o postojach. Musi pamiętać o pilnowaniu ich, o wyznaczaniu trasy, o sprawdzaniu odzieży, żeby nie zamarzli, o wydawaniu polecenia, by wszyscy zjedli, o ustaleniu warty, o skontrolowaniu stanu ekwipunku, o tym, by stale posuwali się naprzód. Musi robić to wszystko każdego dnia. Ale rozmawiać nie musi.
Nie musi, nie może robić nic więcej.
I nie robi. Powoli, stopniowo, aż zapomina jak było kiedyś, również do tego uczy się przywyknąć. Kiedyś by rozmawiali. Teraz liczy się ten las, ta droga i ta suma, ile czynności wykonają każdego dnia. Jeśli zapomni o czymś, w najlepszym wypadku będą mieli opóźnienie, robiąc to kolejnego dnia. W najgorszym razie, zabije kogoś swoją nieuwagą. Kogoś, ich wszystkich, to bez znaczenia. W tym układzie może albo ocalić wszystkich, albo nikogo.
Nie ma tu nikogo, kogo mogliby zostawić za sobą. Zwykle mieli kogoś takiego w zapasie. To obrzydliwe i niegodne człowieka. Zabawne, jak jego umysł wrzeszczy na niego głosem Andrzeja, gdy o tym myśli. To nieludzkie. Ale taka jest prawda. Prawdą jest też, że na tej wyprawie, nawet w najgorszych wizjach, nie może godzić się na to, by został ktokolwiek.
Cóż, póki on wyznacza trasę.
Na początku pilnował, by Tomek śledził marszrutę na bieżąco, na wieczornych postojach nanosząc na mapę przebytą dotąd trasę. Jednego dnia zapomniał. Drugiego dnia Tomek zasnął i Smuga pozwolił mu spać. Nadrobili notatki kolejnego dnia. Kosztowało go to dwadzieścia minut z trzech godzin snu, jakie sobie przyznaje. Suma się zmniejsza. Kolejnego dnia już nie miał siły do nich mówić.
Nanosi notatki samodzielnie. Stosuje znaki, które wszyscy znają, trzyma się ustaleń, które Tomek rozpozna. W najstraszliwszej wersji wydarzeń może to wystarczy. Musi.
Kiedyś by go to martwiło. Teraz jest tylko zmęczony. Lasem, zimnem, drżeniem rąk, bólem głowy, bólem ramienia, nie wie już czym dokładnie. Wszystko wydaje się istnieć od zbyt dawna wokoło, by wytyczyć konkretnie chwilę, w której zaczęło być męczące.
Jeden tylko moment Smuga może bez wahania osadzić w czasie i przestrzeni.
Cisza, którą otrzymał i która tak wyraźnie podkreślała, że ten jeden raz nie mógł tłumaczyć sobie, że to tylko złudzenie, że to on na siłę wyszukuje powody, by uważać, że dzieje się coś, czego nie było kiedyś.
Cisza. I to spojrzenie, które w pierwszej chwili wyraża tylko szok, powoli coraz bardziej oszołomione, bez śladu faktycznego namysłu, bez jednej chwili wahania. Spojrzenie, które ucieka od niego, opada na ziemię i już się nie podnosi.
Tomek milknie. Wraz z nim milkną wszystkie rozmowy. Wszystkie oczy zwracają się na nich i choć nie rozgląda się, Smuga czuje, jak gapią się, zdziwieni. Jakby to był pierwszy raz. To nie może być pierwszy raz. Kiedyś już na pewno… kiedyś…
To jest pierwszy raz.
Dociera to do niego, gdy Tomek siada obok bez słowa i pochyla się nad mapą. Wie to, gdy wstaje od ogniska i odchodzi, a oni wszyscy patrzą za nim, gdy znika w namiocie. Wie to, bo to jest jedyna myśl, jaką w tej chwili jest w stanie myśleć.
Jedyny moment, który pamięta. Pierwszy raz, gdy krzyknął na Tomka, by ten na chwilę chociaż przestał do niego mówić.
Trzęsą mu się ręce, ale to nic nowego. Nie pamięta jak to było, gdy się nie trzęsły. Jest mu tak cholernie zimno, ale to w porządku, bo nie istnieje żaden logiczny powód, by nie było mu zimno. Boli go głowa i bark, i cierpną mu ramiona, ale nic z tych rzeczy go nie zaskakuje. Mimochodem notuje tylko, że oddycha mu się trudniej niż zwykle. Ale to nic nowego.
Absolutnie nic nie jest nowego w tym, jak paskudnie się czuje.
Tylko ta cisza.
* * *
Z namiotu wychodzi, żeby wyznaczyć warty. Dopiero, gdy zostaje sam przy ognisku, przypomina sobie, że powinien był zwrócić większą uwagę na to, czy coś do niego mówili, jak patrzyli, czy dalej się nie otrząsnęli.
Nabijając fajkę tytoniem, myśli. I nie wie. Nie pamięta. Widział ich twarze kilka minut wcześniej, ale naprawdę nie ma pojęcia, jak wyglądały. Oczy pieką go od dymu. Przez chwilę cały świat pachnie spalanym tytoniem, który osadza mu się na palcach. Zamyka oczy na dziesięć sekund. Liczy. Nie może spać. Warta. Trzy godziny.
Wraz z kolejnym oddechem dym sięga dalej. Nie krztusi się już od wielu lat. Oczy mu nie łzawią. Musi pamiętać o wypuszczeniu dymu, gdy się zamyśla. Cierpkie drapanie w gardle jest znajome, na skraju dyskomfortu, który zmusiłby go do kaszlu, gdyby tego nie opanowywał. Skupia się na tym uczuciu, osiada myślami wokół tego jak wreszcie zamiast cierpnącej, czołgającej się skóry dłoni i karku, czuje ten nacisk w gardle. Gdy się zaciąga, wreszcie ma wrażenie, że oddycha pełną piersią, choć przecież tak naprawdę właśnie teraz się dusi. Idiotyzm.
Nie pamięta, ile tytoniu jeszcze mają. Przypomina sobie swoją niewiedzę, gdy drapanie ustaje, a on siedzi przy ognisku z pustą fajką w trzęsącej się dłoni. Żenujące. W sakwie ma jeszcze paczkę papierosów trzymanych na czarną godzinę od Nerczyńska. Śmieszne. Wszystkim od lat powtarza, by nie pomijać niczego w spisie zaopatrzenia, a sam od tylu dni chomikuje paczkę fajek. Jest to tak śmieszne, że gdy ulega rozbawieniu, drżenie dosięga jego żuchwy.
Głowa znowu boli. Gdyby miał kawałek węgla, mógłby narysować sobie na czaszce kształt bólu, który towarzyszy mu od kilku dniu. Za okiem, skroń, promieniując na szczękę, drażniąc kłuciem trochę nad karkiem. Piękna mapa skutków braku snu i zapewne czegoś jeszcze. Nie wie, nie jest to ważne w tej chwili. Przyzwyczaił się. Nie jest to najgorszy ból, jaki przeżył.
Jego palce drżą, gdy odszukuje nimi pustkę w papierowej paczuszce. Kiedyś liczył, ile palił. Kiedyś by pamiętał. Wyrzuca pustą paczkę do ognia. Zrywa się na nogi, gdy dociera do niego, że zostawiłby w ten sposób ślad. Nie wyjmie jej już. Rozbija płonący papier na kawałki, patrząc jak wyginają się, kurczą i czernieją. Zapach ogniska uderza w niego i to jest śmieszne, to jest tak boleśnie śmieszne.
Musiał zostać jeszcze co najmniej jeden papieros. Ognisko właśnie go spala. Smuga odsuwa się od dymu. Nie jest jeszcze aż tak zdesperowany. Niszczy papier do końca i siada z powrotem. Do karku dokłada grudę brudnego lodu. Śnieg jeszcze nie spadł. Lód wystarczy. Jest w nim chyba jakiś kamień, ale to nie szkodzi. Kilka razy dostał już w głowę kamieniem i jakoś przeżył.
Tej nocy drugą wartę ma bosman. Tomka Smuga zobaczy rano. Przeprosi. Powinien. Tak, tak, przeprosi. Jeśli starczy mu sił, by coś powiedzieć. Póki co drżą mu palce, od chłodu kamienistej bryły lodu drżą trochę mocniej niż zwykle. Ale to nie szkodzi. Przetrwał chwile znacznie większego mrozu. Jeszcze nawet nie spadł śnieg.
Powinien wstać od ogniska i okrążyć obozowisko, ale nie ma siły.
„Fajka na obiad,” śpiewał mu kiedyś ktoś, komu od mrozu zgniły płuca. Dalej było coś o przegryzaniu więziennych krat, ale tego Smuga nie pamięta dokładnie. Nie jest nawet pewien, czy ta piosenka kiedykolwiek istniała. Może zmyślił ją któryś z nich, może nigdy jej nie słyszał. Nieważne.
Przypomina sobie, że chyba nic nie jadł wieczorem, gdy zaczyna się nad tym zastanawiać. Może dlatego nie ma siły. To w sumie byłaby najbardziej logiczna rzecz w jego życiu ostatnimi czasy. Ale już późno, zapasy schowane, a poza tym jemu na myśl o jedzeniu robi się niedobrze. Nieważne. Przetrwał wiele dni bez jedzenia i jakoś jeszcze żyje.
Nawet to uczucie słabości zbierające się przy skroniach jest znajome. Przeleżał wiele dni, otoczony nim, gdy trucizna psuła mu krew. I wcześniej, kiedyś… i później, ostatnio… to właściwie tak częste uczucie, że aż mu dziwnie pusto, gdy go nie ma. Przynajmniej drżenie rąk jest zawsze i nigdzie się nie wybiera.
Wszystko to już kiedyś było. Nie raz.
Tylko ta cisza i ten wzrok…
Tadek nie przychodzi na zmianę warty. Smuga nie stara się usłyszeć jego kroków, ale na dźwięk szelestu klapy namiotu, podnosi głowę. Już minęły trzy godziny? Ostatnio nie jest w stanie odliczyć poprawnie nawet kwadransa, choć tyle lat spędził polegając na swoim wyczuciu upływającego czasu.
Rozpoznaje kroki, których nie słyszy. Rozpoznaje cięższy niż zwykle oddech, jeszcze nim którykolwiek z nich coś powie. Nie mówią nic. Nie witają się. Nigdy się nie witają.
Czasami nawet nie mówią do siebie z początku, gdy się spotykają. Ale to w porządku. Nie wszyscy ludzie potrzebują rozmów. A może oni kiedyś potrzebowali, ale ignorowali to tak długo, aż przestali? Nie jest już pewien. Ale teraz to już nieważne. Teraz ma wrażenie, że Andrzej wcale nie milczy dlatego, że często ze sobą tak milczą, zamiast rozmawiać.
Andrzej czeka, aż on coś powie.
- Tadek? – Smuga pyta cicho.
Jego głos jest dziwnie zachrypnięty. Zbyt cichy, zbyt niewyraźny. Ale Andrzej rozumie, Andrzej zawsze rozumie i prawie zawsze tego nie okazuje. Po prostu patrzy, tym zamyślonym, niemalże obojętnym spojrzeniem, za którym może kryć się wszystko. Kiedyś wiedziałby co.
- Zmęczony. Niech śpi.
Andrzej brzmi obco. Nie, nie, jako obcy człowiek był miły. Andrzej brzmi sucho. Ostro. Nieprzyjaźnie. I patrzy na niego, jakby na coś czekał.
Na co czeka? Smuga powinien coś powiedzieć, tak, tyle to wie sam. Tylko naprawdę nie ma siły myśleć, co takiego powinno od niego wybrzmieć. Kiedyś by wiedział. Kiedyś to on by wiedział i czekał, co Andrzej powie. Ale teraz naprawdę ledwo ma siłę na niego patrzeć. Odwraca wzrok, gdy myśli. Myśli… i wszystko, co wie, to że ręce mu cierpną, gdy ma je tak oparte o kolana. Powinien wstać, poruszać się. Ale naprawdę boli go głowa. Jeśli wstanie, zachwieje się na nogach. Na pewno. Nie może się chwiać. Musi się skupić i wpaść na to, czego chce od niego Andrzej.
Przeprosić, tak powinien przeprosić.
Powinien zapytać…
„Czy Tomek się gniewa?” chce spytać, ale nie pyta.
„Czy ty się gniewasz?” może powinien spytać.
Nie pyta o nic. Patrzy znów na Andrzeja, ale nic nie mówi. Wątpi, by Andrzej odezwał się pierwszy. Może kiedyś. Przed… przed tym wszystkim, przed Pawłowem, przed Hemis, przed nosorożcem… przed ludźmi-lampartami. Tak, kiedyś. Istniało dla nich jakieś kiedyś. Ale to było dawno. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś było coś innego poza tą ciszą.
Ale było. Smuga pamięta. Czasem wolałby nie pamiętać.
Andrzej patrzy na niego przez jeszcze chwilę, ciężko i obojętnie, bardziej mu obcy, niż kiedy spotkali się po raz pierwszy. Na jego twarzy nie ma nawet śladu uśmiechu, jego oczy zgasły, jego plecy są sztywne, jego słowa suche. I to jest jego, Smugi, wina. Jak zawsze, jak kiedyś.
Tylko kiedyś Andrzej udawał, że nie jest tego świadomy. Ale teraz obaj są za bardzo zmęczeni, by cokolwiek udawać.
- O co się tak gniewasz, co?
To nie jest pytanie, jakiego oczekiwał. Smuga patrzy na niego w ciszy, może zdając się przy tym nawet nie rozumieć, co właśnie usłyszał. Nie rozumie poniekąd. Rozumie słowa, tak, aż tak zmęczony nie jest póki co.
Ale nie rozumie…
On… on się nie gniewa. Nie jest pewien, czy pamięta, jak to jest się gniewać. Gdzie się to czuje. Jak. Od kiedy. Czym różni się od strachu.
Musi coś powiedzieć. Kręci głową ostrożnie, bo za bardzo boli go oko, gdy rusza się mocniej. Skóra na karku mu się zwija. Chciałby móc zamknąć na chwilę oczy.
- Nie gniewam się. Jestem… jestem zmęczony.
Andrzej milczy.
„Wszyscy jesteśmy zmęczeni,” mówią jego oczy. Przynajmniej nie milczą do niego. Smuga patrzy w nie o jeden moment za długo, ale tak długo milczały, że musi zapamiętać ten moment, gdy coś wyraziły. Poczuły. Andrzej poczuł coś na tyle, by pokazać…
- Idź spać.
- W porządku, jest… jest w porządku, naprawdę.
Nie ma siły wstać w tej chwili od ogniska i obawia się, że jeśli się wywróci, wstając, ziemia zaboli znacznie bardziej niż zapamiętał, że bolało. Kiedyś. Nie raz już upadał. Wie dobrze, że to boli. W tej chwili jest po prostu zbyt zmęczony, żeby przyjąć więcej bólu.
- Jak masz tak na wszystkich warczeć, bo jesteś zmęczony, to idź spać. Obudzę obóz o świcie.
Powinien podziękować, a potem przeprosić. Albo odwrotnie. Nie jest pewien. Na pewno Andrzej zasługuje na oba. I Tomek… biedny, cichy Tomek. Ma oczy tak podobne do Andrzeja i na myśl o tym, że i one tak zobojętnieją i będą do niego milczeć, Smuga odwraca wzrok na ognisko.
Powinien był od razu porozmawiać z Tomkiem. Każda chwila… teraz Tomek śpi, albo i nie, ale nie wolno go budzić. Musi odpocząć. Jeśli Smuga zawiedzie, cała ta wyprawa będzie na Tomka głowie. Nikt inny… nie, daliby radę, oczywiście. Ale Smuga nie wierzy, by ktokolwiek inny udźwignął to na tyle, by przeżyć.
Zostali z Tomkiem sami. Tomek został sam. Uciszony przez kolejnego dorosłego, który ma go dosyć. Tomek ma już prawie dwadzieścia lat. Tomek nadal ma siłę się uśmiechać.
Czy będzie ją miał też jutro?
Zamyka oczy, bo ognisko go razi. Powinien był zamknąć je, gdy rozmawiał z Tomkiem. Odciąć bodziec, zamknąć oczy, ukoić tak ból głowy. I słuchać. Choć tyle mógł zrobić, to żaden wysiłek, żadne poświęcenie, choć mógłby milczeć raz i słuchać, póki istniał jeszcze ktoś, kto chciał do niego mówić.
- Janie. Idź spać.
Andrzej nadal stoi nad nim i nie usiądzie, póki Smuga stąd nie pójdzie. Czeka. Czeka, że Smuga sobie wreszcie pójdzie.
Smuga wstaje powoli, z uwagą na każdy ruch. Jeśli upadnie, odejście zajmie mu więcej czasu. A Andrzej nadal będzie stał i patrzył. I czekał.
Kiedyś czekałby na niego.
Kiedyś by porozmawiali. Kiedyś usiadłby obok.
- Jak twoje rany? – Smuga pyta cicho, gdy stoi naprzeciw obojętnie spokojnych oczu i twarzy, której nie widzi w pełni w ciemnościach nocy.
Andrzej kręci głową. Gestem go ponagla, kiwając na namiot.
- Idź spać.
Idź stąd. Idź sobie. Idź stąd wreszcie. Idź.
Idzie. Nic już nie mówi. Nie ma do kogo.
Nagle tak strasznie mu źle z myślą, że nie pamięta nawet, co Tomek mówił do niego, nim na niego nakrzyczał. Może to były ostatnie swobodne słowa między nimi. Może już koniec. Może od jutra Tomek też będzie jego „kiedyś”.
I to będzie jego, Smugi, wina. Jak zawsze. Jak kiedyś.
Świat jest taki wielki, powtarza sobie za każdym razem, gdy kogoś traci. Nikt go w nim nie znajdzie, jeśli postanowi któregoś dnia zniknąć. Tak, jest tego pewien. Tylko dalej troszkę boli świadomość, że raczej nikt nie będzie szukał. Finalnie, Smuga jest tylko sumą durnych ludzkich uczuć i błędów. I sam sobą za to gardzi.
Kiedyś uznałby tę myśl za głupią. Teraz kołysze go ona do krótkiego, niespokojnego snu, z którego budzi go ból żołądka. Nie ma czym wymiotować, bo nie jadł i nie pił nic od dawna. Głowa mu pęka. W ustach czuć smak spalonego kilka godzin wcześniej tytoniu.
Przez jakiś czas drży na całym ciele, czekając, aż zamroczy go ból głowy. I nawet odpływając znów, czuje jak drżą mu dłonie.
* * *
Rano czeka na niego śniadanie, ale nie wie, kto je zostawił, bo wstaje ostatni. Tadek musi do niego zawołać, bo Smuga ignoruje inne komendy. Nikt nie wchodzi do środka. Skulony pod kocem, przez moment zastanawia się, jak długo by czekali, gdyby nie wstał nawet na to wołanie.
Ludzie zbierają się normalnie, szybko i rutynowo. Większość zjadła już śniadanie, gdy on siada przy ognisku. Za mało czasu. Żołądek dalej go boli, więc jedzenie na szybko to zły pomysł. Ale coś zjeść musi. Musi prowadzić wyprawę.
Przed wyruszeniem Tadek częstuje go papierosem. Chyba jest z nim lepiej. Przynajmniej już nie mdleje co chwilę. Głowa musi go dalej cholernie boleć, ale znieczula się rumem. A Smudze oddaje swoje papierosy. Nic nie mówią, ale może naprawdę nie muszą.
Tomek też nic nie mówi, ale dołącza do niego na czele wyprawy, jak czynił to każdego poprzedniego dnia. Wygląda jak zawsze, jest spokojny jak zawsze, tylko trochę cichszy. I Smuga nie wie już sam, czy powinien zaczynać jakikolwiek temat. Powinien. Dobrze, tak, powinien. Tylko nie ma siły się w to wszystko zagłębiać, a zna Tomka na tyle, by być pewnym, że ten nie zadowoli się krótkimi przeprosinami. Będzie pytał. Smuga nie siły na jego pytania.
Jadą prawie w milczeniu, cały dzień, aż do zmierzchu. Tomek czasami coś mówi, ale najczęściej Smuga orientuje się po fakcie. Gdy na niego zerka, Tomek zwykle zbywa kwestię machnięciem dłoni lub sam sobie podsuwa odpowiedź. Nie oczekuje już, by Smuga chciał odpowiadać na jego pytania.
Bardzo chciałby wybić mu to z głowy. Zapewnić, że to wszystko nieporozumienie i oczywiście, że on chce rozmawiać z Tomkiem, że go słucha i to pilnie, i będzie z nim rozmawiał, jak zawsze, jak dotychczas… jak kiedyś.
Ale najczęściej rezygnuje w ogóle z odzywania się, gdy Tomek sam ucina temat. Nie ma dość siły, by spytać o co chodziło, wysłuchać go i wysnuć wnioski, a potem jeszcze odpowiedzieć. Musi dzielić siły. Tych trzech czynności nie ma w sumie koniecznych do wykonania, by przeżyć kolejny dzień. Smuga nie wie, ile jeszcze takich dni zostało. Musi liczyć z zapasem. Musi prowadzić wyprawę.
Ale Tomek nie musi tego rozumieć.
Kolejnego dnia nic już nie powie…
Ciężka akceptacja tego przychodzi wraz z wieczorem. Tomek rozmawia z bosmanem, a Andrzej im się przygląda. Smuga nie ma siły. Zbyszek i Natasza idą spać od razu. Dobrze, rozsądni ludzie. Tomek ma jakieś obserwacje o lesie, którym jadą i Tadek słucha go, mimo bolącej głowy i kończącego się rumu, i zmęczenia na jego twarzy. Smuga też powinien. Smuga milczy i nie słucha. Skupia wzrok na płomieniach i czeka, aż wreszcie wszyscy sobie pójdą, żeby mógł chwilę odpocząć w ciszy, to może wtedy zdoła faktycznie coś pospać przez te kilka godzin zmiany warty. Kolacja jest już zimna. Niezjadliwa. Żołądek znów go boli, a ręce dygoczą. Nie nabija przy nich fajki, bo zauważyliby, że mu ręce drżą tak mocno, że ledwo kryje to w rękawicach.
A może nie zauważyliby. Może nie patrzą. Nieważne, zaczeka. Zaraz sobie pójdą. Muszą sobie pójść. Są zmęczeni. A on musi chwilę odpocząć. Chociaż godzinę bez dźwięków wokoło, bo wtedy głowa będzie boleć mniej. Chociaż godzinę w ciszy i ciemności, czy to jest naprawdę tak wiele? Czy robiąc wszystko to, co robi, naprawdę jest skończonym skurwysynem, bo oczekuje godziny ciszy?
Może jednak się gniewa. Może jest tylko zmęczony. A może to bez różnicy. Wie tylko, że czeka, aż sobie pójdą i jednocześnie przeraża go myśl, że nigdy nie wrócą. Nie pierwszy raz, pociesza go rozbawione drżenie przy obolałych zębach. Nie pierwsi tacy ludzie. Nie pierwsza taka chwila, taka noc.
Nie pierwszy raz tak się czuje.
Przetrwał znacznie gorsze rzeczy. Umysł zaraz usłużnie podsuwa argumenty, obrazy chwil, gdy zdołał znieść ból i zmęczenie w znacznie bardziej… przystępny, porządny sposób. Gdzie nie zamieniło go to w milczącego grobowo, na wpół nieprzytomnego kogoś, z kim ciężko dzielić przestrzeń przy ognisku. Tyle zniósł. Tyle bólu… i nigdy, nigdy nie krzyknął, by dali mu wreszcie spokój i się odjebali, bo chyba są dorosłymi ludźmi i mogą raz jeden zadbać o siebie bez niańki, którą on naprawdę stara się być, ale aktualnie krwawi, gorączkuje i ledwo pamięta własne imię. Nigdy.
Marnował resztki sił i ostatnie chwile przytomności w Afryce, by rozmawiać z Tomkiem o nosorożcach. Nie kazał mu zjeżdżać, gdy dzieciak znów go zagadywał. Nigdy. Szacując w myślach, czy przy odnotowanych dotychczas objawach, jest w ogóle prawdopodobne, by dożył pomocy, czy to bardziej kwestia paru godzin i zeżre go choroba, na głos rozważał różnice między gatunkami nosorożców. Siedział w tej izbie podczas uczty, choć mu się ciemno robiło przed oczami. Siedział z nimi w Hemis i słuchał, jak cieszą się na wyprawę, usiłując nie dać po sobie poznać, że ostatniej nocy skończyły mu się łzy, bo trzymał w ramionach ostatniego bliskiego mu człowieka, który pluł krwią na jego koszulę, bo mu się płuca zapadły. Zapadały się godzinami. I Michał kaszlał, kaszlał i krzyczał, aż się utopił we własnej krwi. Gdyby Tomek zjawił się godzinę wcześniej, widziałby jeszcze te kałuże krwi i twarz Smugi siną i poplamioną łzami. Na szczęście przyszedł później. Na szczęście nie wiedział. Nikt nie wiedział.
Smuga nie powiedział im wtedy, jak bardzo chce, by wreszcie go zostawili i dali mu godzinę… kwadrans, chociaż dziesięć minut, by mógł uporać się z wyjściem z kaplicy po raz ostatni. Nawet się nie złościł, bo nie było o co. Powinien być wdzięczny, że przybyli i był. Bardzo. I był równie zmęczony, ale tego nie musieli wiedzieć. To nie byłoby w porządku, gdyby miał jakiekolwiek pretensje. Wytrzymał. Wiele w życiu wytrzymał. Znacznie gorszych chwil. Znacznie większego bólu. Znacznie silniejszego zmęczenia.
A teraz boi się, że jeśli powie cokolwiek, zacznie krzyczeć. Nawrzeszczy na nich, by sobie poszli, by zostawili go samego, bo usiłuje ich doprowadzić żywych na wybrzeże, ale nie ma już sił, ledwo siedzi w siodle, nie może jeść ani spać, skończyły mu się papierosy, a ręce trzęsą mu się za bardzo, żeby nabić fajkę. Sklnie ich od ostatnich, zacznie krzyczeć o wszystkim, o czym dotychczas nawet nie szeptał. Jeśli odezwie się raz, nie zamilknie już. Będą musieli go zostawić albo czekać aż wykrzyczy wszystko, czego nigdy nie powinni usłyszeć. Wszystko, na co żaden z nich nie zasługiwał.
Bo to nie była ich wina. To nigdy nie była ich wina. Może jednak na tym świecie nie zawsze byli winni. Nie wie, nie ma pojęcia, nie dba o to. Jest mu tylko tak cholernie ciężko utrzymać głowę bez opierania jej na dłoniach, które czuje jak dygoczą. Na szczęście na niego nie patrzą.
Nie wiedzą. Nigdy nie wiedzieli. I nigdy mu to nie przeszkadzało.
A teraz czuje, jakby miał się udusić, jeśli zaraz stąd nie pójdą i jeśli nie zacznie krzyczeć. Może to już nie ma znaczenia. Może powinien na nich huknąć, że już pora, by poszli spać. Może to i tak z góry przegrana walka i niepotrzebnie w ogóle odciąga ten moment. Na Tomka już nakrzyczał. Reszta jest kwestią czasu. I może to i lepiej…
Przynajmniej nie będzie im z tym źle, gdy Tomek zostanie jako kierownik wyprawy. To niewykluczone. Smuga nie ma pewności. Nigdy jej nie miał. Każdy z nich mógł zginąć na setki sposobów w każdej chwili na każdej wyprawie. Kilka razy czuł, jak jego chwila się zbliża. Czuje w tej chwili. I po raz pierwszy ma wrażenie, że nie będzie walczył. Nie będzie walczył, bo walczy już teraz. Gdy nadejdzie ostatni moment, w nim nie będzie już ani kropli krwi, by napędzić jego serce do walki. Wszystko zużywa teraz.
Choć bywało już gorzej. Kiedyś. Nie pierwszy już raz… ale może ostatni. Jakoś go ta wizja nie przeraża. Każdy kiedyś musi umrzeć. Może to nie będzie taka zła wizja i taka zła śmierć. Gdyby tylko tak strasznie nie bolała go głowa, może nawet mógłby ją z drwiną nazywać heroiczną. Nie ma nic heroicznego w bólu głowy i skurczach żołądka.
- Kierowniku? – głos musi się powtórzyć, by zwrócić jego uwagę. Smuga unosi głowę, ale nie rozumie z początku. Tadek. Tadek kiwa na niego delikatnie dłonią. – Panie Smuga? Pan się weź połóż w kimę, bo nam tu zaraz kipniesz w ognisko czołem.
I tak nie zaśnie, jest zbyt zmęczony. Kręci głową, nim przypomina sobie, że nie ma siły, by mu odpowiedzieć. Ale Tadek nie czeka na jego odpowiedź.
- No podział wart ciut niesprawiedliwy był dotąd, ale już możemy wrócić na stary dobry tryb, że nie wszyscy niewyspani są. Ja do grafiku chcę być znów włączony. Dziś pierwszą wartę biorę. Pan idziesz spać. Wy dwaj też, bez dyskusji. Hop, hop, bo wam godziny snu lecą, a noc wiecznie trwać nie będzie.
Dzięki niech będą niebiosom za bosmana Nowickiego, który potrafi sam ze sobą prowadzić całą rozmowę i nikt już niczego mówić nie musi. Smuga wstaje od ogniska dopiero gdy czyni to też Tomek. Przez krótką chwilę patrzą na siebie i oczy Tomka nie milczą.
Martwi się. Boi? Smuga nie wie. Ale Tomek nie patrzy na niego z gniewem. Chyba tak właśnie patrzył w Hemis. Smuga nie wie. Resztki jego sił skupiają się na postawieniu kilku kroków w stronę namiotu. Tomek nie patrzy za nim, też znika. Ale przez chwilę…
Nie wszystko może stracone.
A może to pożegnanie? Smuga naprawdę nic już nie wie. Gdy przyciska twarz do posłania drżenie jego dłoni sięga już karku. Czuje jak drży mu oddech, serce, krańce obolałego żołądka. Cały chyba się trzęsie, z zimna, ze zmęczenia, z bezsilności. Oczy go pieką. Myśli o tym, że za trzy godziny będzie musiał wstać i jest mu tak słabo na tę myśl, że w jego oczach zbierają się łzy. Z bólu, z gniewu, ze zmęczenia. Wszystko jedno.
Zamyka oczy i zatapia się w tym, jak zmęczenie nim kołysze. Kilka godzin. Spać. Spać, proszę. Chociaż godzinę.
Jego ręce bolą tak bardzo, że nie jest w stanie zasnąć. Drżenie nie znika, ale przygasza je ból, od palców aż do naczepów ramion. Nieważne, jak położy ramiona, boli. Podciąga się do siadu i wiruje mu w głowie, ale ból trochę znika. Trochę, bo zaraz wraca ból za okiem.
Smuga zwija się, obejmując głowę ramionami, czołem uderzając raz o własne kolana i tak zostaje. Pochylony, prawie głową w dół, dygoczący od drżenia dłoni. I tak mijają minuty, a sen nie nadchodzi. I minie tak cała noc. A rano będzie musiał wstać i jechać, i prowadzić wyprawę. I przeżyć, jakoś przeżyć.
Przeżył tak wiele, przeżyje i to. Musi. Musi, jak kiedyś. Może nie każde kiedyś było stracone. Nie musiało być. Wystarczy, że jego własne było.
Boli go kark, gdy tak siedzi. Może spaść na ziemię. Ale na moment przestają boleć go ręce. Oczy bolą. I wszystko drży. I znów ściska go w żołądku. I znów pieką go oczy. I czeka już świtu jak wybawienia, choć dzień nie może nijak wpłynąć na jego zmęczenie i ból. Ale jakoś łatwiej wtedy udawać, jakoś wygodniej, sprawniej to idzie, jakoś… naturalniej.
W nocy jest sam. On i jego ból. Smuga zaczyna już godzić się z myślą, że to jedno opuści go dopiero w godzinę jego śmierci. Kto wie… może nie zostało im już wiele czasu razem?
* * *
Budzi go szelest. Kroki. Namiot.
Zmiana warty.
Zaćmiony umysł pamięta schemat. Smuga nie otwiera oczu, gdy się budzi. Leży twarzą na kocu, czuje jego szorstkie zimno. Położył się niedawno. Ile spał, kwadrans, dwa?
Ważne, że zasnął cokolwiek. Dawał sobie już radę przez wiele dni bez snu w ogóle. Da sobie i teraz. Byle do wybrzeża. Odnajduje swoje ramię po bólu, jaki znów nim drży. Napina mięśnie. Podnieść się, wstać, iść do ogniska. Zmiana warty. Wyprawa. Jeden, cholerny cel. Jeden dzień jeszcze, jeszcze jedna doba. Dał radę tak wiele razy, da radę i teraz.
Jeszcze jeden dzień.
Tym razem porozmawia z Tomkiem. Przypomni mu trasę na mapie. Przeprosi. Wyjaśni. A potem niech się dzieje, co chce.
Wszystko ma swój kres.
Myśl o tym, że ma jeszcze jedną rozmową do odbycia, to jedyne, co zmusza go do przezwyciężenia słabości na tyle, by podnieść się na łokciu. Ból głowy wraca, ale Smuga jest na to gotowy. Zawsze wraca. Tak samo ból żołądka i lewego ramienia. Nic nowego. Może to już ostatni raz?
Napotyka opór, gdy podnosi się do siadu. Jest za słaby, albo jeszcze za bardzo śpi. Próbuje znów i tym razem opór nabiera kształtów dłoni, która pcha go za ramię, zmuszając, by opadł na posłanie. Nie chce. Nie może. Jeszcze musi… jeszcze jeden dzień, da radę jeszcze jeden dzień! Musi!
- Niech pan śpi, niech pan odpoczywa…
Dłoń jest większa niż się spodziewał, rozpoznając jego głos. Przytrzymuje go, a potem przesuwa się po jego barku. Nakrywa go kocem. To nie ukoi bólu, nie sprawi, że przestanie się trząść. Ale dzięki temu dłoń zostanie na dłużej na jego barku. Smuga mruga powiekami, starając się je otworzyć.
Głos wraca, zaraz nad jego głową, kojący i cichy. Znacznie doroślejszy niż myślał. Kiedy się taki stał? Teraz ten chłopiec to kolejne „kiedyś”, a on nie chce, ma za dużo tych „kiedyś”. Za dużo za sobą zostawia i za mało ma czasu, by cokolwiek na niego czekało. Za mało mu siły zostało, by cokolwiek jeszcze przeżyć. To tak męczy, żyć tylko tym, co utracone.
- Niech pan śpi, proszę. Wszystko jest w porządku. Ja będę czuwał. Pan niech śpi. Jeszcze wiele godzin do świtu.
Za wiele… jeszcze jeden dzień…
Dłoń opiera się na jego czole. Może wyczuwa drżenie, które nim trzęsie, a może szuka gorączki. Ale wgniata go w posłanie, zatrzymując go w tej jednej chwili, więc to w porządku. Już w porządku.
Wszystko jest w porządku.
- Proszę. Musi pan spać…
- Tomku – stara się powiedzieć, bo coś powiedzieć musi.
Nie mówi chyba nic, bo Tomek nie odpowiada. Może już nigdy nie odpowie. To byłoby zrozumiałe. Sprawiedliwe. Przewidywalne nawet.
- Już dobrze. – Dłoń cofa się z jego czoła, na moment przystając na jego barku. Koc sięga wyżej, opiera się o jego kark, o bok głowy. Na ucho, żeby nie słyszał tak silnie całego świata. Wysoko. Ciepło. Tomek nakrywa go kocem, jak kiedyś Smuga sam się okrywał, gdy miał jeszcze dość siły, by faktycznie spać. – I już dobrze. I niech pan śpi.
Nie zamierza spać. Zamierza podziękować. I zaraz to zrobi, zaraz.
Tylko na minutę zamknie oczy. Oddycha głębiej. Już dobrze.
Tylko minuta… i już zaraz mu wszystko powie.
* * *
Powietrze smakuje żelazem. I chyba boli go serce….?
Ale to nic. Ciepła dłoń trzyma jego rękę. Drżą razem. Już dobrze.
Nawet gdy zaczyna kaszleć krwią, Smuga jest pewien. Już wszystko jest dobrze. Lepiej nawet niż kiedyś. Już dobrze.
