Actions

Work Header

O tej podróży będą pisać legendy

Summary:

O tym, jak bard nieprzypominający barda i czarodziej niewyglądający na czarodzieja spóźniają się na smoka.

Notes:

W tej historyjce pan ochroniarz jest wędrownym muzykiem, a Jesse - uczonym czarodziejem.

Work Text:

Przez smoczy port przetoczyła się rozgorączkowana plątanina ludzkich ciał, sypiąc bluzgami na prawo i lewo, czym ściągała na siebie uwagę podróżnych przemieszczających się między peronami. Wyglądało na to, że strażniczki odprowadzały awanturującą się klientkę poza plac manewrowy - dość typowy widok w tygodniu świątecznym, gdy wielu podróżnych zwyczajowo nosiło ze sobą manierkę ulubionego trunku, by wznosić radosne toasty przy każdym spotkaniu. Ze względu na zagrożenie pożarowe nie wszystkie przewozy smocze zezwalały na transport alkoholu i wiele osób dowiadywało się o tym dopiero wchodząc na pokład.

Głowy gapiów obracały się ciekawsko, śledząc trasę interwencji. Nie wszyscy jednak mieli na to czas. Pewien barwnie ubrany mężczyzna przebijał się przez tłum w stronę pracownicy stacji, która właśnie wyłoniła się ze swojej budki z naręczem chorągwi. Szybko oblegli ją podróżni, domagając się wyjaśnień. Kolorowy pan dołączył do grupy, żeby usłyszeć fragment rozmowy:

– ...kwadrans temu?

– Przyleci, jak przyleci! – odburknęła stacyjna, której ani trochę nie interesowała narastająca rozpacz otaczających ją ludzi.

– Więc jeszcze go nie było? – zainteresowali się kolejni oblegający.

– Jasne, że nie! Trzeba czekać! – Stacyjna wywróciła oczami z otwartymi ustami i zaczęła się wspinać na słup sygnalizacyjny, daleko poza zasięg natrętnych pytań.

Pan w barwnym płaszczu nieco się tym zmartwił, ale nie dało się tego po nim poznać. Dobrze było wiedzieć, że nie przegapił swojego smoka, z drugiej jednak strony zależało mu na tym, żeby dostać się do Skrzypiec jeszcze przed zmrokiem. Opóźnienie było do przewidzenia, do ostatniej chwili jednak liczył, że tym razem będzie inaczej.

Ostrożnie zaczął wracać na swoje wcześniejsze miejsce, uważając, żeby ciżba nie uszkodziła lutni, którą niósł na plecach. Dwa perony dalej smoczęta kończyły właśnie posiłek - smocza matka wkładała jednemu z nich do pyska całą baranią nogę, podczas gdy poganiacz próbował ustawić pozostałe młode gady w szyku. Kabiny pełne pasażerów kołysały się niepokojąco na ich grzbietach, przymocowane mocnymi pasami uprzęży.

Na peronie muzyka wciąż nie było ani śladu smoka. Gęstniejący tłum zdawał się składać z podróżnych udających się w różnych kierunkach - barwni wesołkowie z pewnością wybierali się do Skrzypiec na festiwal muzyki, ponurzy pątnicy na pewno pielgrzymowali do Światła, a bogato ubrani mieszczanie niechybnie obrali za kierunek Spichlerz, słynący z wykwintnych świątecznych wypieków.

Muzyk usłyszał nagłe poruszenie wśród zgromadzonych i podążając za ich wzrokiem zauważył nadbiegającego z oddali smoka, a za nim ciąg około tuzina smocząt. Razem z resztą zebranych sprawnie ustawił się do wejścia i w kilka chwil znalazł się w swojej kabinie.

Czekał jeszcze w przejściu, aż pasażerowie pozajmują swoje miejsca i zwolnią dostęp do jego fotela, gdy poganiacz dał sygnał do odlotu. Startujący gad szarpnął mocno kabiną i stojącego muzyka rzuciło parę metrów do tyłu, prosto na stojącego tam mężczyznę w kapeluszu czarodzieja. Szybko wymienili przeprosiny, po czym muzyk odsunął się nieco, czekając, aż czarodziej dogada się z siedzącą pasażerką.

To nie pierwszy raz, jak był świadkiem nieporozumienia w kwestii miejsc. Ludzie mylili numer kabiny, datę odlotu, a nawet smoka...

Nagłe ukłucie niepokoju kazało muzykowi wyjrzeć na zewnątrz. Smoczyca-matka, prowadząca klucz smocząt, powinna mieć na boku wypisany kierunek podróży. Czy to możliwe, że...

W rzeczy samej. Muzyk przypadkiem znalazł się w smoku lecącym nie do Skrzypiec, jak zamierzał, lecz do Spichlerza. Próbując zebrać myśli, rozejrzał się dokoła, i napotkał zaniepokojone spojrzenie czarodzieja.

– To nie jest smok do Skrzypiec? – zapytał mag cichym głosem. Muzyk potrząsnął głową i bez słowa wskazał palcem smoczycę.

Czarodziej powoli pokiwał głową, zacisnął usta i wskazał głowę ich smoka. – Musimy porozmawiać z poganiaczem – oznajmił i energicznie ruszył na przód kabiny, przeciskając się obok muzyka. Ten, nieco zdziwiony, szybko ruszył za nim.

Smoczęta nie były w żaden sposób połączone ani ze sobą, ani z matką. Nie było to konieczne - powszechnie wiadomo było, że smoczęta nigdy nie opuszczają matki, więc wystarczyło, żeby wykwalifikowany woźnica nadał właściwy kierunek smoczycy, a pozostałe gady posłusznie podążały w tym samym kierunku. Na wypadek jednak, gdyby miały się rozproszyć, każdy mały smok był nadzorowany przez poganiacza. W przypadku naszych bohaterów poganiaczem okazał się być krasnoludek, usadowiony wygodnie w niszy na barierce kabiny.

Czarodziej zrobił poważną minę i odchrząknął głośno.

– Mówić! – zażądał krasnoludek, nawet na nich nie patrząc.

– Pan wybaczy, głupia sprawa... otóż przypadkiem znaleźliśmy się nie w tym smoku, co chcieliśmy. W porcie było zamieszanie, wszystkie smoki opóźnione, a w pośpiechu nie sprawdziliśmy kierunku...

Woźnica pokręcił głową. – Mogę wam co najwyżej sprzedać bilety na tego smoka, ale nie liczcie na to, że go zatrzymam. Najbliższy postój w Młynie.

– To całkiem w przeciwnym kierunku... – załamał się muzyk.

Mag nie tracił fasonu. Zapytał uprzejmie: – Czy z Młyna będą w najbliższym czasie odlatywać smoki w tym kierunku?

Krasnoludek, który był poważnym pracownikiem firmy przewozowej i miał zapamiętane rozkłady lotów wszystkich smoków ze wszystkich miast kraju, potrzebował jedynie dziesięciu sekund na udzielenie odpowiedzi, po czym spojrzał na obu zbłąkanych wędrowców ze współczuciem i dodał: – W taki ruchliwy dzień świąteczny jak dziś pewnie i tak wszystkie będą opóźnione. Nie będzie wam łatwo wrócić.

– I co teraz? – zapytał muzyk, kiedy woźnica z powrotem skupił się na pilnowaniu wierzchowca. – Naprawdę muszę dostać się dziś do Skrzypiec, czekałem na to cały rok!

Mag pokiwał głową zamyślony. – Ja też nie mogę sobie pozwolić na opóźnienie. Muszę... Muszę do kogoś napisać. – Nie wiedzieć skąd wyjął kawałek pergaminu i dziwnie świecącym piórem zaczął spisywać wiadomość. Kiedy skończył, zamienił list w jerzyka, który błyskawicznie odfrunął w dal.

Muzyk ze zdumieniem odprowadził ptaszka wzrokiem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z prawdziwym czarownikiem. Sam kapelusz go nie przekonał, bo na twarzy mężczyzny brakowało długiej brody, znaku rozpoznawczego wszystkich czarodziejów. Co prawda mężczyzna chował dół twarzy w obszernym szalu, nie był on jednak dość długi, żeby móc w całości ukryć imponujący czarodziejski zarost, gdyby taki tu występował.

Artysta nie był jednak skłonny oceniać. Sam, będąc bardem, raczej na niego nie wyglądał. Chęć odkrywania zapomnianych pieśni ludowych pchała go w najdziksze rejony kraju, gdzie łatwo było o guza, musiał więc nauczyć się bronić przed zagrożeniami ze strony ludzi, czarów i potworów. Z wyglądu bardziej przypominał najemnego żołnierza, niż śpiewaka, i z każdej opresji do tej pory wychodził cało. Jego zdolności nie miały jednak żadnego zastosowania w obecnej sytuacji - chcąc nie chcąc jedyne, co mógł zrobić, to obserwować towarzysza.

Czarodziej wyjął z torby sporawą księgę i, sprawdziwszy coś w jej treści, wysłał jeszcze dwa jerzyki. Następnie schował księgę i zaczął coś notować we zwoju. Niedługo po tym wrócił pierwszy jerzyk i, lądując w jego dłoni, zamienił się w list. Czarodziej spochmurniał po zapoznaniu się z jego treścią, szybko naskrobał odpowiedź i posłał jerzykiem w świat. Kolejny z ptaków nadlatywał właśnie z oddali.

Muzyk zaczynał rozumieć, co to oznaczało. Zapytał nieśmiało: - Przepraszam, jeśli to nie kłopot, czy byłaby szansa, żebym zabrał się razem z panem do Skrzypiec?

Rozkojarzony mag spojrzał na niego ze smutkiem. – O ile tylko uda mi się coś załatwić, to jak najbardziej! Jakikolwiek transport znajdę, nie będzie tani, i lżej by mi było, gdybym mógł się tym kosztem z kimś podzielić. Póki co jednak... – złapał nadlatującą wiadomość, zajrzał w jej treść i potrząsnął głową – Nie wygląda to najlepiej.

– Bardzo dziękuję. – Muzyk bardzo chciał pomóc, nie potrafił jednak nawet zrozumieć, co właściwie robił mag. Ten właśnie wyjął inną księgę z torby i, wertując ją to w przód, to w tył, wyłapywał jakieś informacje, po czym wysyłał jerzyka za jerzykiem.

Nagle niosący ich smok gwałtownie szarpnął w bok, podniecony widokiem pasących się owiec nieopodal. Czarodziej stracił równowagę i byłby wypadł za barierkę, gdyby w porę nie złapał go muzyk. Podziękował niezręcznie. Obaj wiedzieli, że przebywanie poza kabiną nie było najbezpieczniejszym pomysłem, w środku jednak nie było już ani jednego wolnego miejsca.

Woźnica szybko skorygował gada i przeprosił obu podróżnych. Czarodziej wydawał się nieco roztrzęsiony, zwłaszcza po tym, jak jeden z jerzyków dostarczył mu gruby pęk ulotek.

Muzyk poczuł, że przyszedł jego czas. Sięgnął po swoją lutnię i zapytał dla pewności woźnicę: – Czy smok się nie spłoszy, jak coś zagram?

Krasnoludek spojrzał na niego ciekawsko. – Bez obaw, one słuchają tylko matki. Żaden inny dźwięk do nich nie dociera.

Zadowolony muzyk nastroił instrument i zaczął grać balladę, której nauczył się w podupadłej mieścinie zdanej na łaskę rozbójników. Z początku cicha, smutna melodia przywodziła na myśl przytłaczające nieszczęście i obezwładniający strach, stopniowo jednak narastała, coraz głośniej i dobitniej dając do zrozumienia, że nie jest to lament uciśnionych, tylko świadectwo ocalałych – znak, iż mimo krzywd, zawsze ktoś przetrwa, gotowy iść dalej.

Muzyk przeplatał utwór inną melodią – pieśnią o wiośnie, którą poznał na dożynkach w tradycyjnie rolniczym rejonie. Była to odwieczna opowieść o odradzającym się życiu, o zieleni zastępującej nagość zimy i radości powracającej w najmniej spodziewanym momencie. Skoczna melodia przywodziła na myśl drzewa rozkwitające i dające owoce, owady brzęczące głośno o zachodzie słońca, stawy pełne żab...

Czarodziej oderwał się na chwilę od pisania, słysząc, jak w utworze pojawiają się pojedyncze fragmenty marsza. Przywodziły na myśl nie tak odległą w czasie bitwę o wieżę magów. Radosne dźwięki ludowej pieśni pomału cichły, pozostawiając po sobie rytmiczną, nieco niepokojącą melodię, budzącą napięcie i oczekiwanie, co będzie dalej. Muzyk nie kazał długo czekać i stopniowo, nuta za nutą, zaczął dodawać do utworu inną melodię. Czarodziej słuchał z niedowierzaniem i poczuł, jak napływają mu łzy do oczu, kiedy rozpoznał w pieśni hymn swojej niepozornej, często wyśmiewanej czarnoksięskiej uczelni.

Muzyk nie zaśpiewał ani jednego słowa, nie chcąc przeszkadzać towarzyszowi w pracy. Samymi dźwiękami instrumentu posłał jednak dobitną wiadomość:

„Dasz radę”.

Czarodziej uśmiechnął się lekko i z nowym zapałem zabrał się do organizacji przejazdu. Rozłożył ulotki w powietrzu jakby na niewidzialnym blacie i cichym zaklęciem zaczął je sortować. Po chwili zostało ich przed nim już tylko kilka. Kiwając głową, zaczął posyłać jerzyka za jerzykiem, aż w końcu jeden z powracających ptaszków przyniósł wyczekiwaną odpowiedź.

Czarodziej nie mógł ukryć radości. Schował wszystkie sprzęty i spokojnie oczekiwał na przystanek, słuchając występu swojego towarzysza.

Po ostatniej nucie nastała chwila ciszy. Czarodziej i muzyk spojrzeli na siebie, zanim jednak zdążyli coś powiedzieć, z kabiny rozległ się głośny aplauz. Pasażerowie zebrali się przy wyjściu, żeby pogratulować wykonawcy, ten zaś zdjął czapkę z głowy i dość szybko zebrał sporo drobniaków, sypanych szczodrze przez mniej lub bardziej pozerskich mieszczan. Czarodziej poklepał go radośnie po ramieniu.

Gdy wysiedli w Młynie, na dworcu czekał już na nich jeździec ze żmijem. Muzyk nie mógł uwierzyć własnym oczom na widok rzadkiego stworzenia.

– Prawdziwy skrzydlaty wąż! – zachwycał się głośno. – O tej podróży będą pisać legendy!

Panowie zapłacili za podróż z góry i, usadowiwszy się w niewielkiej kabinie na grzbiecie stworzenia, rozpoczęli podróż powrotną.

Żmij był istotą bez porównania szybszą od smoka, więc mieli realne szanse zdążyć z powrotem do portu na przesiadkę do Skrzypiec – i tym razem wejść do właściwego smoka. Mag wyczarował jeszcze kilka jerzyków i ostatecznie panowie mieli już nawet kupione bilety. Wszystko zaczynało się układać i muzyk bardzo chciał zagrać tryumfalny hymn z tej okazji, okazało się jednak, że żmij jest wrażliwy na dźwięki i jeździec wymagał, żeby zachowywali się cicho.

Siedząc razem w budce wreszcie mieli okazję porozmawiać.

Muzyk opowiedział o tym, jak zależało mu, żeby zdążyć na doroczny zjazd bardów w Skrzypcach, po drodze jednak chciał jeszcze zbadać legendę o wielkim pająku z puszczy, o którym ponoć pisano piosenki. Jakimś zbiegiem okoliczności znalazł się wewnątrz jamy, której wejścia pilnował ów pająk, i, niezauważony, zmuszony był koczować tam kilka dni, aż pająk ruszył na łowy i opuścił stanowisko. Mało brakowało, a przegapiłby święta.

Czarodziej wyjaśnił, że dostał spore zamówienie na eliksiry i musiał je dostarczyć do klienta, zanim stracą moc. Ze względu na ich magiczne właściwości musiał sam nadzorować transport. Kilka godzin opóźnienia mogło go kosztować miesiące zmarnowanej pracy. Pracy, podczas której doszło też do kilku drobnych wypadków, z których bodaj najbardziej widowiskowy całkowicie spalił mu brodę.

Podróż minęła im tym razem bez przeszkód. Zdążyli na ostatniego smoka do Skrzypiec i, zorientowawszy się, że mają bilety w różnych kabinach, pożegnali się serdecznie i odeszli, każdy do swoich spraw, niosąc w sercu wspomnienia wspólnej przygody.