Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 7 of A gdyby nie byli menedżerem i ochroniarzem?
Stats:
Published:
2024-07-31
Words:
1,287
Chapters:
1/1
Comments:
2
Kudos:
2
Bookmarks:
1
Hits:
23

Gdy zegarek nam odmierzał wspólny czas

Summary:

O tym, jak zegarek Jessego kończy odliczanie do poznania bratniej duszy akurat w godzinę, kiedy odwiedza warsztat zegarmistrza.

Notes:

W tej historyjce pan ochroniarz jest zegarmistrzem, a Jesse - klientem jego warsztatu.

Work Text:

„Co, kiedy przyjdzie także do mnie?” – zastanawiał się zegarmistrz. Purpurowe światło poranka przechodziło już w błękit, a rzemieślnik rozkojarzony bełtał herbatę z miodem, rozmyślając nad tym, co skrywała najbliższa przyszłość.

Ciche dzwonienie łyżeczki uderzającej o ścianki kubka zlewało się z chóralnym tykaniem zegarów i zegarków porozstawianych na półkach regałów sięgających aż po sufit warsztatu. Stare, dekoracyjne mechanizmy sąsiadowały z tanimi bibelotami z supermarketu, szuflady wypełnione były zegarkami na rękę, osobna gablota prezentowała stopery i minutniki, natomiast za ladą w specjalnie zabezpieczonej szafce przechowywane były miłosne czasomierze.

To właśnie tym czasomierzom przyglądał się zegarmistrz. Osobliwe urządzenia, których odkrycie miało nastąpić przed ponad dwoma stuleciami, były powszechnie znane w społeczeństwie. Nawet producenci odzieży podchwycili ten trend i zaczęli wszywać dodatkowe, małe kieszonki wewnątrz prawej przedniej kieszeni spodni, przeznaczone specjalnie dla tych urządzeń. Ogólnie rzecz biorąc, zasada ich działania była prosta: po nabyciu nowego, nieużywanego czasomierza należało go mocno przytulić do serca, a po chwili na cyferblacie rozpoczynało się odliczanie. Zgodnie z obietnicą producenta, gdy zegarek wskaże zero, jego właściciel spotka swoją prawdziwą bratnią duszę. I w rzeczy samej tak właśnie się działo - właściciele czasomierzy spotykali swoje nowe sympatie i zakładali z nimi wieloletnie związki.

Nie wszyscy jednak stosowali te miłosne wynalazki. Przede wszystkim nie każdego było stać na taki gadżet. Ponadto, sceptyków w społeczeństwie nie brakowało, a cała zasada działania zegarków wydawała się dość niejasna.

Pan zegarmistrz był człowiekiem konkretnym, z zamiłowaniem do faktów i dowodów naukowych. Sporą część wolnego czasu poświęcał więc na badanie czasomierzy. Były to mechanizmy bardzo podobne do zwykłych zegarów, czasami się zacinały i psuły, a ich właściciele szukali pomocy właśnie u zegarmistrzów takich, jak on.

Miały jednak wiele tajemnic, przykładowo nikomu nie udało się dotąd ustalić, co jest ich źródłem zasilania. Po zakończeniu odliczania czasomierz zwyczajnie się wyłączał. Zegarmistrz prowadził skup zużytych czasomierzy, rozkręcał je i badał, starając się je jak najlepiej zrozumieć.

Graniaste bryły czasomierzy intrygująco załamywały światło i stanowiły same w sobie fascynujący widok. Zegarmistrz potrafił się im przyglądać godzinami i wciąż wydawało mu się, że odkrywa je na nowo od zupełnie nieznanej dotąd strony.

Kolorowe światło przesuwające się po ściankach zegarków zasygnalizowało pojawienie się klienta jeszcze zanim dał się słyszeć dzwonek zawieszony przy witrażowych drzwiach wejściowych.

Zegarmistrz zajął miejsce za ladą i uprzejmie przywitał się z przybyszem.

Młody mężczyzna o zmartwionej twarzy wydawał się nieco zagubiony wśród hałaśliwych, ruchomych mechanizmów. Szybko podszedł do lady i zaczął grzebać w torbie, aż wydobył zawiniątko.

– Podobno pan się zajmuje takimi rzeczami... – Klient niepewnie odwijał warstwy papieru, a na widok zawartości zegarmistrzowi zaświeciły się oczy. Kolejny miłosny czasomierz.

– Dobrze pan trafił – zapewnił rzemieślnik i sięgnął po okulary, aby lepiej przyjrzeć się zegarkowi. – W czym problem?

– Widzi pan, pewnie zabrzmi to dziwnie, ale... Czy dałoby się przerobić to ustrojstwo na zwykły zegarek? Taki, co by chodził do przodu, jak każdy normalny zegar?

Zegarmistrz spojrzał zdziwiony na klienta. – Nigdy nie próbowałem, ale, tak, powinno to być możliwe. Czy czasomierz jest zepsuty, jeśli wolno spytać? Czy może już się rozładował?

Klient pokręcił głową i nerwowo poprawił okulary. – Nie, wszystko działa jak należy. – W jego głosie dało się słyszeć ledwo skrywaną niechęć. – Chciałbym po prostu zrobić z tego zwykły zegar. Żeby, żeby w końcu był z niego jakiś pożytek. Dużo by to kosztowało?

– Nie więcej, niż nowy zegarek. – Zegarmistrz pogładził się po brodzie, układając w głowie plan działania. – Jeśli nie zależy panu na wysokiej precyzji, wystarczyłoby, żebym dodał baterię... To zajmie tylko chwilę.

– Świetnie, poczekam. – Klient usiadł ciężko na stołku i przyglądał się, jak rzemieślnik przygotowuje narzędzia.

– Czy to pański czasomierz? – Zagaił zegarmistrz.

– Tak, ale... Od dawna mam go dość.

– Nie wierzy pan w magię? – Gospodarz ostrożnie próbował wybadać sytuację.

Klient zaśmiał się gorzko. – Pracuję jako nauczyciel... Już dawno straciłem wiarę w cuda. A ten zegarek od początku tylko sprawiał mi zawód. Kupiłem go jako nastolatek i kiedy go uruchomiłem, odliczanie pokazało piętnaście lat. To przecież drugie tyle, ile sam miałem!

– To pewnie trudne, czekać tyle czasu? W końcu są dowody, że czasomierze naprawdę działają.

– Nie chciałem czekać. I źle na tym nie wyszedłem. Jestem w dobrym związku, i to od lat. Chciałbym już zapomnieć o tym głupim zegarku. Gdyby dało się go przerobić na zwykły, to przynajmniej nie byłaby to całkowita strata pieniędzy.

Zegarmistrz pokiwał głową. – To bardzo sprytne rozwiązanie. Obawiam się jednak, że nie uda mi się przerobić mechanizmu, dopóki odliczanie się nie zakończy.

– Och, tak podejrzewałem, dlatego przyszedłem właśnie teraz... – klient przycisnął czasomierz do serca i po chwili na tarczy pokazała się jedynka.

– Ostatnia godzina! – Zegarmistrz od razu się ożywił. – Niech pan chwilę poczeka, coś panu pokażę... – Zanurkował pod ladę i po chwili postawił na niej drugi czasomierz, którego tarcza, dziwnym trafem, również wskazywała jedynkę.

Klient z lekkim zdziwieniem potarł nos. – To pana...? – Nie zdążył dokończyć pytania, bo gospodarz uniósł ostrzegawczo palec, po czym odwrócił się w stronę szafki za plecami. Po chwili na ladzie stało pięć identycznych czasomierzy, każdy z nich wskazujący jedynkę. Nie minęła minuta, a wszystkie równocześnie pokazały zero i wyłączyły się.

Zegarmistrz z uśmiechem patrzył, jak klient próbował zrozumieć, co to wszystko oznacza.

– Pan pozwoli, że wytłumaczę... – zaoferował, na co klient odpowiedział pytającym spojrzeniem i energicznym kiwaniem głową. – Badam czasomierze od lat i mam pewną teorię co do zasady ich działania. Producent odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji, więc to wszystko są niepotwierdzone domysły, ale wydaje mi się, że już wiem, o co tu chodzi... – Zegarmistrz snuł opowieść, równocześnie rozkręcając zegarek klienta. – Wygląda na to, że każdy czasomierz opuszczający fabrykę ma z góry ustaloną datę końcową. Nie ma znaczenia, kto go uruchomi, bo i tak będzie odliczać czas do tej samej daty.

– Przecież to oszustwo... Jak to możliwe, że ludzie się nie zorientowali?

– Rzecz w tym, że zegarki z tą samą datą naprawdę trafiają do ludzi, którzy po raz pierwszy spotykają się właśnie w ten dzień. – Zegarmistrz był bardzo zadowolony z siebie. – Ale myślę, że to nie ma nic wspólnego z bratnimi duszami. Miłość jest wyborem, i to nie los decyduje o tym, z kim się uda stworzyć związek na całe życie.

– W pełni się z tym zgadzam – przytaknął klient. – Można zmarnować całe życie, szukając tej jednej, idealnej osoby, a i tak nigdy jej nie znaleźć. Dużo prościej jest nauczyć się akceptować kogoś, kogo już się zna, nawet, jeśli trochę mu do ideału brakuje. Ale mimo wszystko, jak to się dzieje, że to działa? Czy to możliwe, że te zegarki jakoś przewidują przyszłość?

– Raczej wątpię. – Zegarmistrz zabrał się właśnie do montażu baterii. – Moim zdaniem, tutaj dzieje się coś innego. Zamiast przewidywać, kiedy dana osoba spotka potencjalnego kandydata na partnera, czasomierze z tą samą datą przyciągają się nawzajem... Zbliżają do siebie swoich właścicieli.

– Czy to w ogóle możliwe? – Klient słuchał bardzo uważnie.

– Nie potrafię zrozumieć, jak te czasomierze się że sobą komunikują, jak to jest, że potrafią się przyciągać nawet na bardzo duże odległości. Wygląda jednak, że naprawdę działają. W końcu w tym mieście jest paru zegarmistrzów, a trafił pan akurat do mojego warsztatu... Myślę, że ich główne działanie polega na czymś naprawdę prostym: stwarzają szansę na spotkanie. A kiedy dwoje ludzi już się spotka, decyzja o tym, co z tego wyniknie, należy tylko do nich. – Zegarmistrz zatrzasnął obudowę czasomierza i oddał go zadowolonemu klientowi.

Gość pokiwał głową z uśmiechem. – Może jednak wcale nie są takie złe te zegarki.

Kiedy miał już wychodzić, przypomniało mu się, że nie dostał odpowiedzi na jedno pytanie.

– Niech mi pan jeszcze powie: czy jeden z tych czterech zegarków należał do pana?

Zegarmistrz nieco się zakłopotał, ale odpowiedział: – Tak, w rzeczy samej. Też czekałem wiele lat, aż odliczanie się zakończy.

Klient pokiwał głową z uśmiechem. – Bardzo miło było pana poznać.

– Mnie również – odpowiedział gospodarz.

Przez chwilę stali tak, wpatrzeni w siebie, ciesząc się tym niecodziennym spotkaniem, po czym, jak to w życiu, osobliwe wydarzenie przeszło do historii, a panowie rozstali się i powrócili do codziennych obowiązków, jak gdyby nigdy nic.