Chapter Text
Pukanie do drzwi nieprzyjemnie wkomponowało się dźwięk muzyki wypełniającej kawalerkę. Postanowił je zignorować. W końcu nie spodziewał się żadnych gości a z przyjaciółmi, którzy wpadali do niego bez zapowiedzi już od dawna nie utrzymywał kontaktu.
Ponownie odchylił głowę na nieco wysłużonym fotelu, lekko poruszając trzymaną w dłoni szklanką, wprawiając w ruch kostki lodu, które wydały charakterystyczny dźwięk.
Jego umysł ponownie, niemal całkowicie zanurzył się w Bachu wypływającym z głośników starego gramofonu. Tego samego, który jego przyjaciel przywlókł skądś przed laty. W lepsze dni Martin śmiał się, że w popłochu zapomniał go zabrać. Jednak tych było niewiele. Tak bardzo mało. A on został jedynie ze starym gramofonem i roztrzaskanym sercem, którego wiele fragmentów wciąż zalega na kamiennej podłodze w pokrytym warstwą kurzu klasztorze nie pozwalając mu pozbierać się.
Kolejne rytmiczne uderzenia w drewnianą powierzchnię zakłóciły jego spokój. Powoli podniósł się z siedzenia z cichym brzękiem odkładając szklankę na róg kuchennego blatu niemal całkowicie zawalonego przeróżnymi rzeczami. Czuł, jak jego humor drastycznie się zmienia, jakby przewidywał coś niedobrego co zaraz miało się wydarzyć. Czy on naprawdę nie zasługiwał już na dobre chwile?
Podszedł do drzwi starając zrobić to na tyle cicho, by osoba po drugiej stronie go nie usłyszała. Lewą ręką sięgnął do gramofonu ściszając „Dla Elizy", drugą zaś oparł na płaskiej, drewnianej powierzchni.
Pukanie rozległo się po raz trzeci a mężczyzna zdążył już po stokroć przekląć nachalnego osobnika wraz z całą jego rodziną do trzech pokoleń wstecz.
— Wiem, że tam jesteś. —Dobiegł go głos zza drzwi a on zamarł. Głos wydawał mu się znajomy. Ale nie, to nie może być on, prawda? To nie możliwe. Jego umysł znów płata mu figle, tak jak ostatnio. Przeklął się w myślach za brak wizjera w drzwiach.
— Wiem, że tam jesteś Martin . — powtórzyła stojąca po drugiej stronie osoba.
Dłoń mężczyzny zawisła nad zaśniedziałą klamką, gdy jego ciało na powrót zamarło. Jego umysł zaś działał na najwyższych obrotach na jakie mógł sobie pozwolić, analizując każdą z sytuacji jakie tylko przyszły mu do głowy. Przebiegło mu przez myśl, że może udać głos sąsiadki z naprzeciwka, tej starej kobiety z pięcioma kotami albo tej z piętra niżej, która zawsze uderzała miotłą w sufit próbując w ten sposób zmusić go do uciszenia się.
Słysząc kolejne pukanie postanowił w końcu uchylić drzwi, ale tylko na tyle by mógł zobaczyć kto od tylu minut męczy tę biedną, drewnianą powierzchnię. Najdelikatniej, jak tylko mogł przekręcił klucz i uchylił je z lekkim skrzypnięciem. Gdy tylko zobaczył stojącą przed nimi osobę, stłumiony krzyk opuścił jego usta a on z powrotem zatrzasnął drzwi.
Oparł się o drewnianą powierzchnię biorąc kilka głębszych wdechów. Dopiero wtedy zdecydował się na ponowne ich otwarcie.
— Sergio. — Powiedział beznamiętnie, nonszalancko opierając się o framugę. Lustrował go wzrokiem. Miał na sobie strój, który Martin zawsze określał mianem bibliotekarskiego. Błękitna koszula w kratkę i szara marynarka z łatami na łokciach. Widział, jak zza ciemnych oprawek przyglądają mu się bystre oczy.
— Martin. M-
— Zgubiłeś się? — przerwał mu. — Żeby dojść do Biblioteca Medicea Laurenziana musisz iść w prawo, przejść przez Ponte alla Carraia i Piazza della Repubblica. Możesz też podjechać pierwszą linią metra, będzie szybciej. Chyba, że chodzi ci o Galleria dell'Accademia wtedy -
— Martin. Nie zgubiłem się i nie chce dojść do muzeum. Ani biblioteki. — powiedział stanowczo. — to ciebie szukałem. — Martina niezwykle zdziwiła ta odpowiedź. Dlaczego Sergio go szukał? Nie miał zielonego pojęcia.
— Co w takim razie cię do mnie sprowadza, bo na pewno nie chęć spędzenia czasu w moim jakże wybornym towarzystwie. — Odchylił głowę zarzucając włosy do tyłu, a parsknięcie wydobyło się spomiędzy jego warg.
— Mogę? — Sergio wskazał ręką w stronę mieszkania. Martin zastanowił się przez chwilę, po czym pokiwał głową.
— Witaj w moich skromnych progach. — Odsunął się i mocnej otworzył drzwi pozwalając hiszpanowi na wejście do środka. Ten uważnie rozglądał się po ciemnej kawalerce.
Martin nie mógł pochwalić się dobrym widokiem z okna, te wychodziło na małą uliczkę niezbyt przypominającą te urocze włoskie z klimatycznymi kawiarenkami wzdłuż nich. Okno zresztą i tak przysłonięte było do połowy ciemnymi zasłonami, które lata świetności miały już dawno za sobą, jednak mieszkającemu tam mężczyźnie zupełnie wystarczały. Nie uważał ich za ładne a jedynie akceptowalne, tak jak całą resztę mieszkania, chociaż wiedział, że ta granica niebezpiecznie się przesunęła w ostatnich kilku miesiącach. Pod pokrytą okropną brązową tapetą ścianą stała rozłożona kanapa, na której leżała zmięta już nie pierwszej świeżości pościel. Na stojącej obok komodzie, i części podłogi wokół niej, zalegały przeróżne papiery, mapy i plany. Mały kącik kuchenny również zawalony był przez różne odręczne zapiski i mapy. W całej stercie znalazło się też kilka wykonanych polaroidem zdjęć i butelek po różnych trunkach. Jedynym w miarę uporządkowanym miejscem w mieszkaniu był skórzany, wysłużony fotel i mały stolik obok wejścia, na którym stał stary gramofon i kolekcją płyt obok.
Martin wziął do ręki wcześniej odłożoną szklankę i z powrotem zapadł się w fotelu nie zwracając uwagi na niezapowiedzianego gościa. Sergio odwrócił się w jego stronę. Czuł, jak czujne oczy hiszpana przyglądają mu się z zaciekawieniem.
— Jak się trzymasz? — zapytał nie patrząc mu w oczy.
— Cudownie. Jak miło z twojej strony, że pytasz. — zaśmiał się szyderczo. — Naprawdę czuję się świetnie po tym, jak kazałeś mu wybierać. Jak rozkruszył moje serce pozwalając bym pokaleczył się próbując je pozbierać. — Jego głos przesiąknięty był jadem. W końcu mógł wygłosić te słowa, powiedzieć je w twarz osobie, której tak mocno w tej chwili nienawidził. — Oddał pocałunek, wiesz? Oczywiście, że wiesz! Pocałował mnie a potem i tak odszedł! Opuścił mnie! I co wszystko przez ciebie! — Wstał w kilku krokach znajdując się przed hiszpanem. — Spójrz mi w oczy. Spójrz mi w oczy i powiedz, że wiedziałeś że tak będzie, ale i tak kazałeś mu wybrać. — Okularnik niepewnie podniósł wzrok spoglądając w twarz argentyńczyka.
— Nie wiedziałem. — Powiedział dość niepewnie. Wydawało się, że nie mógł znaleźć odpowiednich słów. — Nie przypuszczałem, że to tak cię zrani.
— To co w takim razie tu robisz? Bo raczej nie jesteś tu po to, żeby rozmawiać o moim cudownym samopoczuciu czy jego braku.
— Ja… Chcę to naprawić. — odetchnął głęboko. — Chcę zaproponować ci współpracę.
— Tylko nie mów, że mówisz o tym swoim planiku napadu na mennicę. — zaśmiał się.
— Właśnie o tym mówię. — Odparł hiszpan na co oczy argentyńczyka wykonały obrót.
— I on się niby na to zgodził. — Powiedział kpiąco od razu zakładając jego udział w planie Sergio. — Przecież napad na bank-
— To samobójstwo. — przerwał mu. — I sam dobrze o tym wiesz.
— Nie jeśli-
— Martin. Znowu wracamy do tego samego. — Hiszpan przeczesał dłonią lekko kręcone włosy. Martin zgromił go wzrokiem. — Przecież wiesz, że napad na mennicę na większą szansę powodzenia.
— Bank jest bardziej efektowny.
— I ryzykowny.
— Ależ czym jest życie bez ryzyka, mój drogi. — Hiszpan westchnął na słowa Martina. — Chcesz ukraść kilka banknotów i ryzykujesz życie wszystkich w środku. — powiedział poważnie.
— Dwa miliardy. — poprawił go. — Kradniemy dwa miliardy euro.
— My? — zdziwił się. — To znaczy, że zamontowałeś już ekipę? Kogo niby? Podrzędnych złodziejaszków z ulicy? — zapytał drwiąco.
— Specjalistów w swoich dziedzinach. Ale brakuje nam inżyniera. — spojrzał mu w oczy z wyraźną nadzieją. — Najlepszego inżyniera.
— Sergio-
— On uważa, że jesteś najlepszy.
On.
Martin zamknął usta próbując przeanalizować wszystko. Z tego co pamiętał pomysł Sergio nie należał do tych złych. Jasne, miał kilka luk, ale mężczyzna usilnie próbował go dopracować. Znał go na tyle, że musiał być gotowy skoro zbierał ludzi do jego wykonania. Kto jak kto, ale Sergio Marquina nie ryzykowałby ludzkiego, jeżeli nie byłby całkowicie pewny swojego.
No i on tam będzie. Nie widział go od tak dawna. Kiedy odszedł czuł się, jakby ktoś odciął mu dopływ powietrza. Jakby w samolocie, którym leciał doszło do dekompresji a jego maska tlenowa nie wydostała się z podczepianego sufitu. A bez powietrza przecież nie da się żyć. Postanowił więc.
— Opowiedz mi o planie.
