Actions

Work Header

Podręczny przewodnik po nawiedzonych miejscach i nieodpowiednich zauroczeniach

Summary:

A więc wreszcie wyrwałeś się z domu i jedziesz do szkoły z internatem? Pierwsze wyjście “w wielki świat”? To może być trudne. Zwłaszcza, jeśli jesteś nieco specjalny. Bez urazy. Czekają na ciebie wyzwania. Chcesz być cool bardziej niż twoje wkurzające rodzeństwo. Chcesz mieć dziewczynę, jasna sprawa i wreszcie jakichś przyjaciół. A do tego musisz unikać duchów. Uważać na energię zmieniającą się wraz z fazami księżyca. Pilnować, żeby twoje “bycie specjalnym” nie rzucało się w oczy i nie przyniosło ci wstydu. I może jeszcze przydałoby się rozgryźć, dlaczego kontakt wzrokowy z bardzo nieodpowiednimi młodzieńcami przyprawia cię o szybsze bicie serca. I unikać kłopotów!

 

No tak, zapowiada się porażka.

Notes:

Obszerniejszy wstęp i słowo wyjaśnienia na końcu rozdziału, zachęcam do zajrzenia.
Słowem wstępu o referencjach trigger warningach, reprezetacjach i innych takich
Świat przestawiony jest odrobinę podobny do naszego, ale nie jest tym samym światem i gdyby porównywać trzeba by go uznać za raczej anachroniczny. Myśląc o klimacie tego konkretnego tekstu, proponuję przyjąć jako luźną referencję estetyczną: solidna baza klimatu dark academia z prywatnymi szkołami, księgami w skórzanych oprawach, ciemną boazerią i ciężkimi meblami, z soczystym retro-wkładem z płyt winylowych, kaset magnetofonowych, aparatów na kliszę i telefonów z tarczą, a wszystko to posypane lśniącą wiedźmowatą posypką gwiazd, księżyców, kryształowych amuletów i runicznych tatuaży.
Nie mamy tutaj (przynajmniej tak, gdzie dzieje się akcją, bo gdzieś indziej być może) systemowego rasizmu. Zaszłości postkolonialne wybrzmiewają raczej w konfliktach klasowych i na linii użytkownicy magii/nie-użytkownicy magii. JEDNAKŻE pojawia się element ksenofobii (ponieważ ludzie są ludźmi, co oznacza, że bywają beznadziejni + jeśli chcesz się do czegoś przyczepić, to do odmienności najłatwiej), ponieważ nie mamy w miejscu akcji dużej różnorodności etnicznej. Nie mamy również systemowej homofobii, szybko zorientujecie się, że chociażby małżeństwa jednopłciowe funkcjonują zupełnie normalnie i to od wieków. JEDNAKŻE analogicznie jak powyżej, ludzie są ludźmi i czasem odnoszą się do tego negatywnie (w pewnych środowiskach). Tych elementów nie ma dużo i nie są brutalne, ale lojalnie uprzedzam, że mogą wystąpić.
Nie uważam, żeby było tutaj coś, przed czym szczególnie trzeba ostrzegać, zamieszczam jednak listę ewentualnych trigger warningów, jeśli ktoś potrzebuje się zapoznać:
- wulgaryzmy, ksenofobia, problemy tożsamościowe, homofobiczne slury, nieletni pijący alkohol, palący papierosy i podejmujący aktywność seksualną, śmierć rodzica, nieobecność rodzica, toksyczne i trudne relacje rodzinne, elementy grozy/horroru, samookaleczenie, dysforia, lęki, bezsenność, przemoc rówieśnicza
NIC Z TEGO NIE WYSTĘPUJE NAGMINNIE I W SZCZEGÓŁOWYCH OPISACH.
To nie tak, że wszyscy są bohaterowie są queerowi. Ale większość owszem. Możecie też znaleźć odniesienia do nienazwanej wprost neuroatypowości. Jedno i drugie wynika z faktu, że mocno czerpię z własnych doświadczeń w tym względzie oraz tego, że brakowało mi podobnych odniesień w literaturze, kiedy byłxm w wieku bohaterów. (więcej w notce końcowej).

Miłego czytania!

Chapter 1: Jak wyfrunąć z gniazda, wkraczać w dorosłość i zawierać nowe przyjaźnie w szkole, w której twoje rodzeństwo okazuję się być już całkiem (nie)sławne.

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Duch wyszedł z bramy obok zakładu szewskiego, zachwiał się i zafalował w bladym, zimowym świetle, a potem zniknął za rogiem. Obserwowany zza prześwitu wytartego w zaparowanej szybie wydawał się tak samo mętnie rzeczywisty jak wszyscy inni przechodnie. Wystarczyło znów chuchnąć na szkło i nie przyglądać się zbyt długo. Jedna więcej niewyraźna postać w staroświeckim zimowym płaszczu. Odwróciwszy wzrok wystarczająco szybko można było udawać, że był całkiem żywy, materialny i prawdziwy. Nic, czym należałoby się przejmować.

Rok zaczynał się szaro i nieciekawie, wilgotnym zimnem bez prawdziwego mrozu i wiszącymi nisko chmurami. Niewiele zostało ze śniegu, który, co Dima pamiętał jak przez mgłę, sypał obficie w dniu zimowego przesilenia. Bajkowa pogoda w święta, prawdziwy prezent dla wszystkich dzieciaków, które mogły wyjść na łyżwy czy sanki. Oczywiście Dima nie był już dzieciakiem i nie zależało mu na sankach. Miał inne rzeczy na głowie. Przygotowania do swojego pierwszego semestru w prawdziwej szkole, chociażby. 

Ostatnie tygodnie wlokły się niemiłosiernie, ferie świąteczne były niemal nie do wytrzymania. Byłoby łatwiej bez męczącej go gorączki. I bez Zayna, który spędziwszy w domu niespełna tydzień już marudził: “Ale mamooo… Może mógłbym pojechać na wieś, no wiesz, tam jest jezioro i w ogóle, nudzę się, Ned i Percy mnie zapraszali, już w zeszłym roku, mam piętnaście lat, nie chcę spędzać całej przerwy siedząc w domu! Ned wczoraj dzwonił i pytał czy w końcu przyjadę…” Dima był zdania, że przesiedzenie w domu dwóch tygodni nie może być takie trudne, ostatecznie on sam przesiedział w nudzie i samotności ostatnie dwa lata, odkąd jego starszy brat poszedł do szkoły, skazany na towarzystwo trzęsącej się nad nim matki, drętwego ojczyma i męczącej dwuletniej siostry. Matka zresztą też pozostawała nieugięta: “Skarbie, daj spokój. Jestem pewna, że Blacklock i Nightgate wytrzymają bez ciebie dwa tygodnie, skoro mają cię na co dzień, w przeciwieństwie do twojej własnej matki. Widuję cię tylko od święta! Was obu będę teraz widać już tylko od święta…” Lekko łzawy ton, w który wpadała za każdym razem wspominając o tym coraz bardziej działał Dimie na nerwy. Doskonale widział zresztą, że Zayn też wymownie przewraca oczami (od pójścia do szkoły opanował tę sztukę do wybitnie wkurzającej perfekcji), chociaż ostatecznie zarzucił wykłócanie się. Przynajmniej o to. Zamiast tego poświęcił się z nową zajadłością wojowaniu z ojczymem o włosy i ubrania.  

Dima nigdy nie miał szczególnego problemu z nowym mężem swojej matki, nawet jeśli nigdy nie uważał go za swojego faktycznego rodzica. Zayn miał z nim problem od początku. I nawzajem. A od kiedy wyprowadził się do internatu zrobiło się tylko gorzej. Dima odwrócił wzrok od szyby i zerknął na brata, wciśniętego niemal w drzwi samochodu matki po przeciwnej stronie tylnego siedzenia. Jakby chciał siedzieć jak najdalej od niego. Jakby był obrażony na cały świat. Nie trudno było zrozumieć co działało ojczymowi na nerwy, pomijając już nawet tę nabzdyczoną postawę. Jego włosy, czarne i falujące, opadały już znacznie poniżej podbródka, ale chłopak stanowczo odmawiał strzyżenia. Zaczął je zapuszczać zaraz po pójściu do szkoły, wcześniej matka obcinała go na całkiem krótko, tak jak Dimę do tej pory, bo to była jedyna metoda na ujarzmienie niesfornych loków. Włosy Zayna nie kręciły się tak mocno jak u młodszego brata, ale wcześniej też przypominały bardziej siano. Teraz lśniły i zwijały się nonszalancko, ale to bynajmniej nie sprawiało, że wyglądał schludnie. Nieosiągalne, skoro w międzyczasie zaczął nosić te powyciągane, ciemne łachy. Siedział teraz niemal tonąc w workowatych czarnych spodniach i za dużej czarnej kurtce, spod której wylewały mu się poły i mankiety jeszcze bardziej za dużej flanelowej koszuli (którą musiał wyciągnąć z jakiegoś śmietnika, bo matka na pewno nie kupiłabymu czegoś podobnego). Przypominał nastroszone pisklę jakiegoś drapieżnego ptaszyska, a haczykowaty nos tylko pogłębiał wrażenie. “To wpływ tych jego kolegów” , twierdził ojczym zrzędliwie, a Dima w głębi ducha przyznawał mu rację. Ironiczne, biorąc pod uwagę, że matka wysłała go do renomowanej szkoły (od lat starannie oszczędzała na czesne), w nadziei, że narobi sobie odpowiednich znajomości, których jej niestety zabrakło. Poniekąd jej oczekiwania zostały spełnione. Dima słyszał to w jej głosie, kiedy mówiła Blacklock i Nightgate , takim tonem jakby wyobrażała sobie rodowe artefakty i grube książeczki czekowe ich ojców, zaproszenia na przyjęcia charytatywne, listy członkowskie elitarnych stowarzyszeń i towarzyskie pogawędki z damami w rękawiczkach przy okazji meczów krykieta czy zawodów wioślarskich. Tymczasem Zayn mówił Ned i Percy (nigdy pełnymi imionami, więc Dima mógł się tylko domyślać; Edgar i Percival, zapewne) z drażniącym podziwem i w jego zachwyconym tonie były raczej papierosy wypalane po kryjomu na dachu internatu, nielegalnie zdobywany alkohol, mandaty za szybką jazdę sportowym samochodem spłacane bez mrugnięcia okiem, niezliczone brudne, ekscytujące sekreciki szeptane na ucho, może nawet całowanie dziewcząt na zakrapianych imprezach… Chociaż Zayn nigdy nie wspominał o żadnej dziewczynie z którą by chodził, czy która choćby mu się podobała. Zawsze tylko Ned i Percy , w kółko, do znudzenia. 

Dima chciał mieć dziewczynę, tego był pewien. Wśród jego przygotowań do rozpoczęcia szkoły, poza dopasowaniem mundurka, skompletowaniem podręczników, spakowaniem skromnego dobytku, który miał zabrać ze sobą do internatu oraz oczywiście zmierzeniem się z matczyną paniką, zajął się też przygotowaniem sobie listy celów. Mieć dziewczynę oraz być fajnym zajęły priorytetowe miejsca. To było dla niego naprawdę ważne. Naprawdę fajny, naprawdę cool , nie jak nabzdyczony Zayn i jego beznadziejni, nadęci, wkurzający koledzy. Tak normalnie. Prowadzenie normalnego, szkolnego życia, mając normalnych spoko przyjaciół i dobre (ale bez przesady) oceny… Tak. To właśnie go czeka. Nikt nie będzie się nad nim trząsł. Będzie super. 

 – …I Zayn, kochanie, bardzo cię proszę, miej na niego oko, wiesz przecież, że trzeba szczególnie uważać… – Głos siedzącej za kierownicą matki przebił się przez jego zamyślenie i Dima z trudem powstrzymał jęknięcie. Nie musiał nawet zerknąć w bok, żeby wiedzieć, że w tym samym czasie Zayn przewraca oczami. 

– Nie jestem dzieckiem, mamo! – zaprotestował.

– Nie mogę cały czas za nim łazić! Pamiętasz może, że będę chodził na swoje zajęcia, a on na swoje? Nie wiem nawet, czy też dostał pokój w zachodnim akademiku. 

– Jesteś jego bratem, masz obowiązek…

– Mamo!

– No właśnie, mamo! Bratem, nie niańką. To nie tak, że zamierzam się do niego nie przyznawać czy coś, ale daj żyć, nie mogę nad nim wisieć. Nic mu nie będzie. Nie jedziemy w dzicz, nauczyciele cały czas będą go pilnować, w akademiku też są opiekunowie, a kto wie, może nawet znajdzie sobie jakichś przyjaciół. Percy ma kuzyna, który też w tym semestrze zaczyna, to podobno taki grzeczny kujonek, więc może się dogadają…

– Ja nie jestem kujonem! – warknął Dima, wkurzony już nie na żarty. Może i nieźle się uczył (na edukacji domowej nie było trudno) i po prostu lubił czytać. Co z tego? Nie miał zresztą wielu innych rozrywek, kiedy musiał siedzieć w domu. Nie czyniło go to od razu kujonem, chociaż oczywiście nie było w tym nic złego. W porządku jeśli ktoś jest, on po prostu nie był. A także, co pomyślał sobie z pewną wewnętrzą zajadłością, prędzej zje własne sznurowadła niż zaprzyjaźni się z tym młodym Nightgatem. Bynajmniej nie z powodu jego kujoństwa. Po jego trupie, nie i już.

– Chodzi o syna Penelope Nigthgate? – zainteresowała się matka niemal równocześnie, a w jej głosie zabrzmiała aprobata. 

Dima odetchnął z ulgą na widok budynku dworca. Wyskoczył z samochodu niemal w tej sekundzie, w której matka zaparkowała. Z walizką ciążącą mu w ręce zatrzymał się dopiero w przestronnym, wysoko sklepionym holu, patrząc na czarną tablicę z rozkładem, na której właśnie ze klekotem obracały się litery. 

– Piąty peron. Zawsze jest z piątego – rzucił Zayn, szturchając go lekko. 

Dima i tak zaczekał, patrząc. 9.35, do: Eastboren, przez: Mirfield, Camden Brocc… per.5 . Camden Brocc. Wypowiadał tę nazwę w głowie jak zaklęcie, ciągle nie wierząc, że się udało. Matka chciała, żeby poszedł do szkoły na miejscu. Żeby codziennie po lekcjach wracał do domu. Żeby był blisko, najlepiej w jakimś nowoczesnym budynku, w miejscu, do którego w razie potrzeby ona może dotrzeć samochodem w dwadzieścia minut. Nie w miasteczku oddalonym o ponad trzy godziny jazdy pociągiem, w kompleksie budynków, z których najstarsze liczyły dobre pięć wieków, a wzniesione zostały z kamienia, który musiał nasiąkać energią znacznie, znacznie dłużej. W miejscu, w którym starożytni zaklinacze śpiewali swe pieśni wśród głazów na wzgórzu, w zakolu rzeki, pośród lasów. Oni mogli odejść, ale rzeka, wzgórza i lasy trwały nadal. Wspaniałe miejsce na uprawianie magii. Wspaniałe miejsce by dostrzec ducha. 

Dima był uparty. “Pójdę do tej szkoły co Zayn, albo w ogóle do żadnej!”  powtarzał jak mantrę. Chciał iść do szkoły, chciał się uczyć, chciał wreszcie wyrwać się z domu. Chciał życia. A jego życie czekało w Camden Brocc, trzy godziny dwadzieścia pięć minut jazdy pociągiem na zachód, pomiędzy Mirfield a Eastboren. Było tuż tuż. Pod warunkiem, że matka wypuści go z objęć. 

Pozwolił jej przytulić się długo i mocno, trochę zażenowany, ale w głębi duszy wiedząc, że niedługo zatęskni za tym ciepłym uściskiem, gdy znajdzie się w zupełnie nieznanym miejscu, wśród zupełnie nieznanych ludzi. To była nowość, tak ekscytująca, ale i trochę przerażająca. 

  – Pamiętaj, żeby pisać regularnie. I dzwonić! I zgłosić komuś dorosłemu, jeśli tylko poczujesz się dziwnie. Moje dziecko, nie wiem, kiedy ten czas upłynął… – Wypuściła go w końcu z ramion, żeby przytulić też starszego syna. Znacznie krócej i mniej zaborczo, co nie umknęło uwagi żadnego z nich. 

– Tak, tak, mamo, wiem, pamiętam, będę uważał na młodego. Jeśli dasz nam szansę wsiąść do pociągu. 

Szybko cmoknąwszy matkę w policzek Zayn pociągnął Dimę przez spory tłum kłębiący się na peronie. Głównie młodzież w wieku szkolnym i zatroskani rodzice, oczywiście. Zayn sprawnie lawirował między okutymi rogami walizek, łokciami i wózkami bagażowymi. Jakieś dzieci biegły wzdłuż pociągu, jakaś babcia płakała głośno, ktoś śmiał się i wołał. Czarnowłosa dziewczyna w skandalicznie krótkiej, podwiniętej sukience siedziała na ramionach wysokiego chłopca i wrzucała walizkę przez okno prosto do przedziału. Jeszcze trochę i wszyscy zobaczą jej majtki pomyślał Dima z niesmakiem. Zatrzymał się, wyrywając ramię z uścisku brata. 

–  Dobra, puść mnie. Poradzę sobie. Możesz uciekać do tych swoich kolegów – rzucił buńczucznie. – Wiem, że tak przebierasz nogami z tęsknoty, że zaraz się potkniesz. 

Zayn posłał mu rozzłoszczone spojrzenie, skrzywił się i, rzecz jasna, wywrócił oczami. 

– Jak sobie chcesz. Wskakuj do wagonu, bo jeśli odjedzie bez ciebie zostaniesz w  domu już na zawsze – wskazał mu otwarte drzwi tuż obok, a potem faktycznie odwrócił się i odszedł. 

Dima zdusił chęć, by pokazać język jego plecom, postawił stopę na stopniu wąskich schodków, podciągnął się i zachwiał, kiedy walizka prawie go przeważyła, ciągnąc w tył. W panice pomyślał, że zaraz wyląduje plackiem na peronie (albo co gorsza spadnie na tory), ale jakaś dłoń wylądowała na jego plecach i pchnęła lekko, pomagając odzyskać równowagę. 

– Ajć, uwaga. Te stopnie są zdradliwe. Pomogę – stojący za nim chłopak poprawił zsuwające się z nosa okulary i uśmiechnął się, jakby nie stało się nic takiego. Złapał jego walizkę i podał mu ją, kiedy Dima stanął pewnie na nogach już w pociągu, a potem wskoczył za nim. Był bardzo wysoki i wyraźnie starszy, musiał mieć z szesnaście albo siedemnaście lat. 

– Dzięki – Dima starał się zabrzmieć na równie swobodnego i pewnego siebie, ale nie był do końca pewien, jak mu wyszło. 

Starszy chłopak uśmiechnął się raz jeszcze, klepnął go w ramię, a potem żwawo ruszył korytarzem w głąb wagonu, by po chwili zniknąć w jednym z przedziałów. Dima podążył za nim. Dyskretnie zajrzał do przedziału, ale ten okazał się pełen. Sami starsi chłopcy i dziewczęta (jedna z nich właśnie witała okularnika całusem w policzek), swobodnie rozparci i roześmiani. Z westchnieniem poszedł dalej. Kolejny przedział okazał się zajęty przez niemal dwudziestoletnich wyrostków, absurdalnie postawnych, głośnych i na pierwszy rzut oka niezbyt sympatycznych. Jeden z nich palił papierosa wydmuchując dym przez okno. Gdyby nie szalik w barwach szkoły zwisający z półki bagażowej Dima może nawet nie wziąłby ich za uczniów. Kolejny przedział – starsze panie. Dalej. I w końcu! Następny był pusty, jeśli nie liczyć bladego blondyna mniej więcej w jego wieku, skulonego z książką przy oknie.  

– Hej! – przywitał się, otwierając drzwi. – Tu jest wolne? Mogę się przysiąść? 

Blondyn spojrzał na niego znad książki, nie wykazując entuzjazmu. 

– Wolne – potwierdził w końcu. – Siadaj, skoro musisz. 

Nieszczególnie zachęcające, ale Dima nie zamierzał zrażać się tak łatwo. Władował się do przedziału. Walizka jego towarzysza podróży leżała równiutko na półce bagażowej. Pewnie powinien położyć swoją obok, ale już się przekonał jaka jest ciężka. Półka była wysoko, a Dima nie grzeszył wzrostem (na razie! już niedługo wyrośnie jak chłopacy z tamtego przedziału), postanowił więc nie ryzykować, że upuści ją sobie na głowie i po prostu postawił ją na ziemi. 

– Jestem Dima. – Wyciągnął rękę na powitanie. – Dima Rookwood, a ty?

– Ephraim Whittemore. – Dłoń Ephraima była chłodna, a jego uścisk równie mało entuzjastyczny jak powitanie. I może to było tylko wrażenie, ale trochę zrobił minę, gdy Dima się przedstawił. Ale przynajmniej nie zignorował jego wyciągniętej dłoni, to już coś. Obrzuciwszy go ostatnim krótkim spojrzeniem wrócił do lektury.

Dima nie chciał sprawiać wrażenie narzucającego się desperata, zresztą czarująca osobowość jego sąsiada wcale nie kusiła, by się mu narzucać. Wydobył z walizki szkicownik i ołówek, po czym zaczął pokrywać stronę szkicami, gotów przez najbliższą godzinę sprawiać wrażenie jakby był bardzo zajęty (i bardzo interesujący), miał jednak wrażenie, że jego pozytywne nastawienie topnieje jak śnieg po Brumie. “DUPA” zaczął starannie kaligrafować na środku strony. 

Pociąg ruszył. Przez moment siedzieli w ciszy. Dima zorientował się, że drugi chłopiec od czasu do czasu zerka na niego dyskretnie, upewnił się więc, że wysoki kołnierz swetra dokładnie ukrywa metalową obręcz na jego szyi. Wyglądało na to, że owszem, może więc jednak nie był aż tak niechętny interakcji. Dima już miał zagadać ponownie, kiedy drzwi do przedziału otworzyły się z rozmachem. Stanęła w nich dziewczyna, niemal młoda kobieta, odziana w szkolny mundurek, z beretem na rudawych włosach i wpinkami w klapie granatowej marynarki, wśród których pyszniło się duże, złote ozdobne “P”. Za nią Dima dostrzegł postawnego, przysadzistego młodzieńca, również szkolnej marynarce z “P” (srebrnym) w klapie i jasnowłosą dziewczynkę o zaczerwienionych od płaczu oczach. 

– No i proszę, mówiłam, że znajdziemy ci jakieś odpowiednie miejsce! – Dziewczyna w berecie wciągnęła tę zapłakaną do przedziału wskazując jej miejsce naprzeciwko Dimy. – Jak tam, chłopcy, wszystko dobrze? Jesteście z Camden Brocc, prawda? Nie macie nic przeciwko temu, że Seraphina usiądzie tu z wami, prawda? Wspaniale! Dunstanie, proszę wsadź jej walizkę na półkę. I tę też, nie może tak stać na środku. Doskonale. Mam nadzieję, że teraz podróż upłynie wam już spokojnie. Jakbyście mieli jakieś problemy to zawsze możecie mnie znaleźć. Jestem Brianna Underhill, przewodnicząca rady prefektów. Siedzę w wagonie drugim, przedział czwarty. Zapamiętacie? Świetnie! Chodźmy Dunstanie, mamy jeszcze dwa wagony, do sprawdzenia. Miłej podróży, pamiętajcie, żeby nie biegać po pociągu!

Wyrzuciła z siebie ten potok słów tak szybko, że mogli tylko kiwać głowami w odpowiedzi i chodźby chcieli zaprotestować lub coś wtrącić – nie mieli na to przestrzeni, po czym zamknęła drzwi i ruszyła dalej wraz ze swoim pomagierem. Zostali we trójkę. Dima uśmiechnął się do dziewczyny przyjaźnie, nawet jeśli wizja spędzenia podróży w towarzystwie beksy i odludka nie była szczególnie przyjemna. Nie chciał jednak być palantem. 

– Jesteś Seraphina, dobrze usłyszałem? – zagadnął. – Ja mam na imię Dima, a to jest Ephraim. Wygląda na to, że będziemy razem w klasie, co nie? Dobrze się składa, że razem jedziemy, fajnie będzie już kogoś znać, prawda? Raźniej. 

Seraphina potaknęła nieśmiało. 

– Dla mnie to żadna nowość, chodziłem już w zeszłym semestrze na zajęcia przygotowawcze – rzucił Ephraim lekceważąco znad swojej książki.

– Wow, jesteś aż tak kiepski, że musiałeś zacząć wcześniej? – Nie powinien, ale nie mógł się powstrzymać. Spojrzenie, którym odpowiedział drugi chłopak mogłoby sprawić, że mleko skwaśnieje. 

Aj. Chyba jednak nici z przyjaźni. Dima spojrzał na swój szkicownik, a potem starannie przerobił napis “DUPA” na “DUPEK” (chociaż wyglądało to bardziej jak “DUPÆK”) i zaczął otaczać go kwiatowym wzorem. Czuł, że to będzie długa podróż. 


Ostatecznie nie było tak źle. Spędzili trochę czasu w ciszy, nieco krępującej. Ephraim najwyraźniej obraził się całkiem na serio, a Seraphina była chyba zbyt nieśmiała i wystraszona, żeby odezwać się niepytana (chociaż uśmiechała się do Dimy niepewnie za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się spotkały). Obydwoje tkwili w ciszy na przeciwległym siedzeniu, oboje tacy jaśni – płowe włosy i twarze bladziutkie, jak przystało na środek zimy, oboje schludni w wypastowanych butach i wyprasowanych kołnierzykach. Wszystko co mieli, od walizek po rękawiczki, wyglądało na nowe i robione na zamówienie. Dima tymczasem donaszał sweter po bracie (żółty, więc oczywiście, że Zayn już go nie chciał) i można było powiedzieć o nim wiele, ale na pewno nie to, że był blady. Wiedział, że będzie się wyróżniał, ale ostatecznie lepiej karnacją niż innymi rzeczami. 

Zdążył już niemal wypełnić stronę ozdobnym roślinnym wzorem, kiedy do przedziału jak gdyby nigdy nic wtargnął Zayn i władował się na siedzenie obok młodszego brata. 

– No siemasz młody, jak tam? – zagadnął, trącając go łokciem. Łypnął na Ephraima. – A ty na co się gapisz?

Ephraim momentalnie przestał się gapić, chowając się za książką. Dima nie miał mu za złe, bo jeśli on sam odstawał, to Zayn jakby dwa razy bardziej. Jego karnacja była nawet ciemniejsza, a prezencja daleka od wizerunku przykładnego ucznia z prywatnej szkoły. Pozbył się co prawda kurtki, ale teraz workowata koszula wisiała na nim jak na strachu na wróble, z rękawami prawie zasłaniającymi dłonie (Dima dałby głowę, że kiedy wychodzili z domu nie miał jeszcze pomalowanych na oberżynę paznokci). Wyglądało na to, że czuję się jednak najzupełniej swobodnie, rozsiadł się bowiem, wyciągając przed siebie nogi w buciorach na grubej podeszwie.    

– Czego chcesz? – Dima burknął na niego, zamykając z trzaskiem szkicownik. 

– Luz, przyszedłem tylko sprawdzić jak leci. I przyniosłem ci ciastka. 

Wcisnął mu w dłonie starannie owinięty papierem mały pakunek. Dima nie miał pojęcia, że mama upiekła im ciastka, on nie dostał swojego przydziału. Najwyraźniej dała wszystko Zaynowi, zakładając, że będą siedzieć razem. Niedoczekanie. 

– Dzięki – mruknął. 

– No dobra, to spadam. Na razie, dzieciarnio!

– Nie jestem…

Ale Zayna już nie było. Wypadł również gwałtownie jak wpadł. Było jeszcze słychać jak woła do kogoś na korytarzu. Używając słownictwa, za które rodzice jak nic wlepiliby mu szlaban.  

Błękitne oczy Seraphiny zrobiły się jakby bardziej okrągłe. Dima westchnął. 

– To był mój brat – wyjaśnił. – Palant. 

– Oczywiście – mruknął Ephraim zza książki, nie precyzując, co dokładnie jest oczywiste.  

Och, chrzanić to. Dima rozpakował pakunek, poczęstował ciastkiem Seraphinę, a po chwili wahania również naburmuszonego Whittemore’a. Zaczął godzić się z tym, że jeśli ma tu nastąpić jakaś konwersacja, to jej ciężar będzie spoczywał właśnie na nim. Ugryzł ciasteczko. Było smaczne, z kawałkami orzechów laskowych i jakiejś suszonej jagody, której nie rozpoznał (nowy przepis?) i nawet poprawiło mu humor. Wychylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.  

– Więc… – zagadnął. – Też macie w szkole jakieś starsze rodzeństwo, które będzie robiło wam obciach? 

 

Dima gadał, rozdawał ciastka, starał się być zabawny i czarujący. Seraphina chichotała z jego żartów i nawet Ephraim dał się raz czy dwa przyłapać na ukradkowym uśmieszku. Może to nie były dokładnie takie znajomości, jakie Dima wyobrażał sobie zawrzeć na początek, ale zawsze coś. Starał się nie tracić ducha. Pomógł współtowarzyszom podróży ściągnąć walizki z półki, a potem zdjął też własną (jemu nikt nie zaoferował pomocy) nabijając sobie przy tym solidnego sińca. 

I oto był niemal u celu. Wysiadł z pociągu, opatulony podbitą barankiem kurtką i kolorowym kraciastym szalikiem na stację, która z powodu swoich niewielkich rozmiarów wydawała się absurdalnie zatłoczona. Szybko dostrzegł przewodniczącą, która w asyście swojego postawnego pomagiera nawigowała grupkami pierwszoklasistów. Za bratem i jego kolegami nawet się nie rozglądał, po prostu ruszył na przód. Ostatecznie nie mógł się zgubić idąc tam gdzie wszyscy. Tuż przy stacji był też drogowskaz z grawerowanymi ozdobnymi tabliczkami. Miasteczko Camden Brocc na lewo, Szkoła Camden Brocc (maleńkie logo z borsukiem i szachownicą obok napisu, żeby nie pozostawić wątpliwości) na prawo. 

Tutaj uchowało się więcej śniegu niż w mieście, ale na drodze go nie było. Pachniało wilgotnym chłodem i pobliskim lasem. Głosy i śmiechy innych uczniów wydały się Dimie jakby nagle lekko stłumione, przysłonięte przez wrażenia z tego miejsca, zupełnie nowego, zupełnie unikatowego. Było inaczej . Intensywnie. Dima przez moment miał ochotę dotknąć obręczy na szyi, ukrytej pod wywiniętym kołnierzem swetra i szalikiem. Stłumił tę chęć i ruszył raźnie przed siebie. Oczywiście, że było tu inaczej. Wiedział, że tak będzie. Przechodząc ponad rzeką kamiennym mostem niemal czuł, jak stare są kamienne płyty po których stąpa. Zatrzymał się na moment, pozwolił by tłum pływał go jakby był kamieniem w nurcie rzeki. Ktoś prawie wpadł na niego i zaklął głośno, ale Dima nawet nie zauważył. Kuta żelazna brama prowadząca na teren szkolnego kompleksu była szeroko otwarta, jak żarłoczne usta bestii. Od setek lat połykała kolejne pokolenia uczniów.  O to właśnie w tym wszystkim chodziło. To miejsce było właśnie takie. Przyzwyczai się. Będzie wspaniale. 


Budynek internatu był nowszy niż wiele innych szkolnych zabudowań, co oznaczało, że liczył sobie sto, góra sto pięćdziesiąt lat. Wykonany z ciemnoczerwonej cegły, trzypiętrowy i podłużny, dzielił się (co Dima wiedział) na dwie administracyjnie odrębne części – skrzydło Wschodnie i Zachodnie. Każdy z akademików miał osobne wejście, przy których teraz wisiały wywieszone listy z przydziałami. Zayn mówił, że mieszkańcy obu skrzydeł toczą nieoficjalną wojenkę i konkurują ze sobą na każdym niemal polu. Twierdził też, że Wschodni jest generalnie dla frajerów, nie pozostawiając wątpliwości co do tego, w którym on sam został zakwaterowany. Dima ruszył do zachodnich drzwi i przesunął palcem wzdłuż listy szukając swojego nazwiska. Zatrzymał się na moment, myślał, że znalazł, ale nie. Przy numerze pokoju 113b widniało tylko “Zayn Rookwood, Eadmond Blacklock”. Nie żywiąc już większych nadziei, dotarł do numeru 130b (“Silas Nightgate, -”). Poniżej, oddzielone długą linią, od pokoju 131b (“Alethea Wardell, Ismena Redfern”) zaczynały się pokoje dziewcząt. 

Niepewny, czy czuje rozczarowanie czy ulgę przemieścił się do drugich drzwi. I oto był: numer 58a “Cornelius Montgomery, Dima Rookwood”. Odczekawszy chwilę w kolejce odebrał swój klucz, a także grubą teczkę, w której jak mu wyjaśniono znajdzie wszystko czego potrzebuje, od mapy kampusu i planu lekcji zaczynając, na zbiorze szkolnych regulaminów i broszurach o zajęciach klubowych kończąc. Gdy dotarł do pokoju okazało się, że jego współlokator jest już w środku. Jego walizka leżała otwarta u stóp łóżka po lewej, a jeden rzut oka na tę stronę pokoju upewnił Dimę, że na pewno nie mieszka tu od dzisiaj. Nad takim rozgardiaszem pracowało się tygodniami. 

Cornelius Montgomery w istocie okazał się uczniem drugiej klasy, lokatorem pokoju 58a już od roku. Miał brązowe, ostrzyżone jak od garnka włosy i piegowatą, niezwykle plastyczną twarz. Z werwą potrząsnął dłonią Dimy na powitanie. 

– Tylko nie nazywaj mnie Corneliusem – zastrzegł na wstępie. – Dosłownie wszyscy mówią do mnie “Monty”. No to ty też. Nie mam nic przeciwko temu, że przydzieli mi pierwszaka, wydajesz się równy. Na początku jest trochę dziwnie, co nie? Ale nie ma strachu, totalnie oprowadzę cię po starych śmieciach, raz dwa się połapiesz. Powiem ci, z którymi belframi jest luźno, a którym lepiej nie podskakiwać. Wystarczy wiedzieć co i jak. Z prefektami tak samo. Przewodnicząca Underhill jest miękka i chce zastąpić ci matkę, ale jak trafisz na Driscolla to uważaj, bo to zawzięty kutafon. Creighton jest spoko, nie będzie utrudniał ci życia, ale nie da sobie wciskać kitu…

Wyglądało na to, że Monty potrafi nawijać bez końca, ale Dimie to nie przeszkadzało. Cieszył się, że trafił na starszego współlokatora, który w dodatku nie miał nic przeciwko bujaniu się z nim. Wylewał z siebie potoki słów kiedy Dima rozpakowywał swoje rzeczy i układał je po na razie pustej stronie pokoju, a potem zaproponował szybkie oprowadzanie, zanim będzie można się załapać na podwieczorek. Na zewnątrz pokoju przyjrzał się nazwisku Dimy na tabliczce przy drzwiach i zacmokał. 

 – A więc jesteś bratem Zayna Rookwooda, co nie? – zagadnął z czymś na kształt niechętnego uznania. 

– Nie – wypalił Dima buńczucznie. – To on jest moim bratem. Znasz go? 

– A, no wybacz, jasne – Monty pokojowo rozłożył ręce, a potem kiwnął na Dimę, ruszając przez korytarz akademika. – I pewnie. Znaczy, nie kumplujemy się ani nic, chyba nawet nigdy z nim nie gadałem, ale wiesz. Tak jakby wszyscy znają tę trójkę z Zachodniego.  – wyszczerzył zęby widząc powątpiewający wzrok Dimy. – No wiesz… Te trzy czarne wrony. Czarnoksiężnicy. Snują się po całej szkole jakby to było ich królestwo, uprawiają te swoje podejrzane czary, nikt normalny z nimi nie zadziera, pół szkoły buja się w przynajmniej jednym z nich. A niektórzy co bardziej walnięci w całej trójce na raz. Jakby co ja nie, ja nie bardzo lecę na czarną magię. Swoją drogą, może ty wiesz… Oni się tak dobrali po nazwiskach specjalnie?   

– Pierdzielisz. Zayn nie jest żadnym czarnoksiężnikiem, po prostu dojrzewanie objawiło mu się alergią na kolory czy coś. Zakład, że ci jego kolesie to też po prostu zwyczajni pozerzy. Nie ma się czym podniecać. Gnojki z przerośniętym ego i kasą od rodziców…

Monty gwizdnął z podziwem. 

– No, no, muszę przyznać, że animuszu to ci nie brak. Dałbym dychę, żeby zobaczyć jak mówisz Blacklockowi w twarz, że jest gnojkiem z przerośniętym ego. Zwłaszcza, że co jak co, ale trochę racji to w tym jest…  

Dima był pewien, że tak. Ale miał szczerze dość gadania o nich. 

– A co jest tam? 

– Doskonałe pytanie! Droga na stołówkę. Ale to później, najpierw oblecimy sobie kampus, co nie? Będziesz już wiedział, którędy jutro na zajęcia. Ja się zgubiłem mojego pierwszego dnia. I spóźniłem na historię z profesor Allsopp, a ona tego nie lubi. Wygląda jak poczciwa babcia, ale mówię ci, czepliwy babsztyl. Całe dziesięć semestrów, nawet jeśli nie bierzesz rozszerzenia, przechlapane. Od wkuwania dat cierpnie mi skóra. Zabrałeś kurtkę? Dobrze, idziemy na zewnątrz. Tędy do wyjścia, ale to już pewnie wiesz. Tam jest administracja i biura, jeśli dyrektorka wezwie cię na dywanik. No, ale to chyba nie tak od razu. Na pierwszym semestrze tak z połowę zajęć będziesz miał… o tam. 

– A biblioteka? 

– No wiesz, ledwo przyjechałeś i już biblioteka? Toś ty taki?

– Nie jestem żadnym kujonem – zapewnił Dima pośpiesznie. – Po prostu chciałem wiedzieć. 

– Nie no, dla mnie spoko. Pokażę ci, jasna sprawa. Ze mną nie zginiesz. O, a tam ludzie z mojego roku, idziemy zbić piątkę.  


Trzeba było Montiemu przyznać, że solennie wywiązał się z obowiązku przewodnika. Ciągał za sobą Dimę w te i wewte przez dobrą godzinę, pokazując mu wszystko co uważał za chociaż trochę przydatne bądź interesujące i przedstawiał każdej znanej sobie osobie jaką napotkali. To było niby miłe, ale też frustrujące. Błysk rozpoznania na kolejnych twarzach, kiedy wymieniał swoje nazwisko. Litości. Chęć schowania się w bibliotece zaczęła w nim narastać, ale najpierw dał się zaciągnąć na podwieczorek. Od śniadania nie miał w ustach nic poza spakowaną na drogę kanapką i kilkoma ciastkami. Jadalnia była wielka i jak na ten moment sporo brakowało jej do bycia choćby w połowie pełną. Nic dziwnego, pewnie nawet nie wszyscy uczniowie już zdążyli przyjechać. Dima nalał sobie kubek kakao, naładował na talerz co się dało z bufetu i pozwolił, żeby współlokator wybrał im miejsce. Monty zatrzymał się przy jednym ze stołów, nieopodal grupki dziewcząt plotkujących przy herbacie i bułeczkach z rodzynkami.

– Heej – przywitał się, a potem utkwił wzrok w jednej z nich, brunetce o ładnej, okrągłej twarzy. – Część Dolores – dodał bardziej przymilnie. 

– Cześć. – Dolores zaszczyciła go tylko krótkim, obojętnym spojrzeniem. 

“Bez szans” pomyślał Dima, siadając kawałek dalej. Inna dziewczyna, z zadartym nosem i brązowymi lokami, posłała mu miły, sympatyczny uśmiech, pomachała też do Montiego, zanim odwróciła się z powrotem do koleżanek. Monty westchnął tęsknie, po czym wbił wzrok w kiełbaski na swoim talerzu. Obejrzawszy jej sobie dokładnie odkroił kawałek, wpakował do ust i równym zaangażowaniem przeżuł. 

– Fatalne zauroczenie? – zapytał Dima współczująco, odnotowując w myślach, że musi lepiej wybrać kandydatkę na swoją dziewczynę. 

– O, stary. Nawet nie pytaj… – Kolejne szybkie, tęskne spojrzenie między kęsami kiełbaski.

– I co, obraziła się? – pytała właśnie Dolores konspiracyjnie, nie zwracając na nich ani odrobiny uwagi więcej. 

– W sumie nie wiem, nie rozmawiałam z nią jeszcze – odpowiedziała sympatyczna szatynka. – Ale chyba nie, ona nie jest taka. 

– No jasne, nie obraża się, po prostu od razu podpala ci łóżko – zachichotała złośliwie siedząca obok trzecia dziewczyna. Jej włosy były bardzo jasne, a usta umalowane na kolor świeżych malin. 

– Nie bądź wredna, Ann. To się zdarzyło tylko raz, na samym początku. I jestem pewna, że nie specjalnie. Poza tym wcale nie była najgorszą współlokatorką. W sumie i tak prawie jej nie było w pokoju. 

– No tak, przecież woli chłopięce piętro, czyż nie? 

“Wow, wredne” pomyślał Dima, czując się nieco niezręcznie z tym, że to wszystko słyszy. Może powinni byli usiąść trochę dalej. Monty też zrobił minę, jakby coś sobie pomyślał, ale szybko zajął się swoim talerzem. 

– … nie, ale tak naprawdę to lepiej tak, niż w drugą stronę. Poważnie, to strasznie niezręczne. Wyobraź sobie, że wracasz spod prysznica w szlafroku, wchodzisz do pokoju, a tam Zayn Rookwood rozwalony na łóżku jakby był u siebie. 

Dima prawie zakrztusił się puddingiem. Monty uparcie gapił się, teraz dla odmiany, na trzymany w dłoni kawałek tosta. 

– Żartujesz? Ja tam bym zażalenia nie składała, choćby to i było moje łóżko. W sumie nawet lepiej. 

– Ann! 

– Mówię jak jest! A co, ty może nie? Przecież jest ciachem. Dolores się zgadza, patrz, zarumieniła się! – złośliwa blondynka wystudiowanym ruchem założyła włosy za ucho. – Ja tam zresztą wybredna nie jestem, gorącym czarnoksiężnikiem też bym nie wzgardziła. Nie czaję tylko jak można być taką egoistyczną suką i potrzebować koniecznie aż dwóch na raz… Jakby, dziewczyno, ogarnij się, zostaw coś dla innych! 

– Cicho, ona tam stoi! Zaraz cię usłyszy… 

– Och nie. Nie gap się, bo jeszcze zauważy i… cholercia, za późno. 

Dima szczerze żałował, że złowił cokolwiek z tej rozmowy, ale teraz już nie mógł się oprzeć i zerknął. Rozpoznał czarne jak noc włosy i krótką sukienkę z kraciastego tweedu, wystającą spod powyciąganego czarnego swetra – to była ta dziewczyna, która na peronie wrzucała walizkę przez okno. Zmierzała ku nim pewnym siebie krokiem, stukając obcasami ciężkich botków. 

– No hejka – zatrzymała się, kładąc dłoń na ramieniu szatynki. Jej paznokcie miały kolor lśniącej oberżyny. Jakiś puzzel w głowie Dimy z kliknięciem wpasował się na swoje miejsce. 

– Percy – blondynka uśmiechnęła się przymilnie, zupełnie jakby przed sekundą nie skończyła obrabiać jej tyłka. – Nie gniewasz się, że pokradłam ci współlokatorkę, prawda? Elma trochę się martwiła, że możesz mieć nam za złe.

Szatynka – zapewne Elma –  spaliła buraka. Dolores skubała bułeczkę, udając, że w ogóle nie uczestniczy w rozmowie. Percy Nightgate rozciągnęła usta w uśmiechu. Był to szeroki, podszyty złośliwością uśmiech osoby, która doskonale wiedziała co się o niej mówi i jak się panikuje na myśl, że mogła usłyszeć. 

– Żaden problem, kochaniutka – zapewniła wspaniałomyślnie. – Wydaje mi się, że w szafie zostało parę twoich rzeczy, wpadnij po nie później. 

Odwróciła się jak gdyby nigdy nic, a jej wzrok spoczął na Dimie. Uśmiech poszerzył się. 

– No i proszę, oto jest – oznajmiła, siadając na ławce obok niego. – Gdzie się ukrywałeś? Przydzielili cię do Wschodniego, czyż nie? Szkoda. Jakiś ty śliczny, wypisz wymaluj mały Zayn! 

Dima wcześniej uznał, że tamte dziewczyny są podłe, ale po namyśle mógł zrozumieć, czemu jej nie lubią. Skrzywił się. 

– To, że mamy podobny kolor jeszcze nie sprawia, że wyglądam jak on – poinformował z wyższością, przekonany, że zrobi jej się głupio, jeśli ma w sobie chociaż odrobinę wstydu. 

Najwyraźniej nie miała. 

– Oczywiście, że nie, głuptasku. To przez to, że jesteście rodzeństwem. Nie wyprzesz się tego, nawet jeśli ty masz uroczy mały nosek. 

Nim Dima zdążył mrugnąć kościsty blady palec pstryknął go w czubek nosa. Gdyby nie to, że nie chciał robić widowiska (jeszcze bardziej), chyba zacząłby krzyczeć z frustracji.   

– Nawet mina ta sama! – ucieszyła się Percy. – Dobra, spadam, rozpaczliwie potrzebuję kawy. Do zobaczenia później, Rookwood. –  Zerwała się ławki, posłała mu buziaka w powietrzu i odeszła, nie czekając na reakcję. 

Czując, jak płoną mu uszy, a w głowie szumi ze złości, Dima patrzył jak przemierza stołówkę –  “ jak swoje królestwo”, jak to ujął Monty i naprawdę coś w tym było. Zgrabnie wślizgnęła się na miejsce między Zaynem, a chłopakiem, który, drogą eliminacji, musiał być Nedem Blacklockiem i przynajmniej widziany z daleka jako tako odpowiadał wyobrażeniu dobrze urodzonego dupka z tym klasycznie przystojnym profilem i zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami. Cała trójka siedziała tak blisko siebie, że praktycznie zlewali się w jeden ciemny kłąb samozadowolenia i arogancji. Zayn zaśmiał się z czegoś, odrzucając głowę do tyłu, taki rozluźniony i swobodny jakim młodszy brat nie widział go od miesięcy. 

Jego talerz był nadal w połowie pełen, ale Dima stracił cały apetyt. Coś ciążyło mu w żołądku jakby połknął kamień. Siedzące obok dziewczęta zerkały na niego, jakby dopiero teraz pomyślały, że mógł słyszeć ich gadaninę. Na twarzy Montiego malował się nieco głupawy uśmieszek. Dima wstał.

– Dzięki za oprowadzanie, ale teraz chyba pójdę do tej biblioteki – powiedział to jak gdyby nigdy nic, a przynajmniej taką miał nadzieję, chociaż uszy nadal trochę go piekły. 

Wysilił się jeszcze na uśmiech, zanim pośpiesznie zrejterował. 


Użył biblioteki jako wymówki, ale ostatecznie przecież chciał tam pójść. Nie miał zresztą innego pomysłu, może poza powrotem do pokoju. Perspektywa znalezienia się w nowym miejscu i poznania tych wszystkich nowych osób była taka ekscytująca, ale jakoś nie pomyślał o tym, że obecność Zayna będzie wszystko psuła. Gdyby wiedział, może wybrałby inną szkołę. Jednak te sugerowane przez matkę zupełnie mu się nie podobały, a na nic innego nie miałby szansy. Przecież nie puściłaby go w jakieś odległy zakątek wysp zupełnie samego. Nie, ostatecznie to było jego miejsce. Poradzi sobie z tym. 

Stanął przed budynkiem biblioteki i odetchnął. To mu się podobało. Widział ciepłe światło, sączące się z kilku okien na piętrze przez szyby z ukośnymi szprosami. W zimowe popołudnie, kiedy na zewnątrz było chłodno i już niemal ciemno wyglądało to szczególnie zachęcająco. Ciepłe, jasne schronienie pełne książek. Dima poszedł do ciężkich, drewnianych drzwi i przez ich prawe skrzydło wślizgnął się do środka. Żelazna klamka uformowana była w ozdobny kształt, który miał chyba przestawiać borsuczą łapę. Wewnątrz tabliczka “WYPOŻYCZALNIA” zaprowadziła go w górę po drewnianych schodach o stopniach wyślizganych od użytkowania do kolejnych dwuskrzydłowych drzwi, tym razem przeszklonych. Zamiast zwykłych szyb wstawiono witraże przedstawiające takie same nieco pokraczne borsuki jak ten w szkolnym herbie, ale dla odmiany trzymające w łapach nie sakiewkę lecz księgę (ten po prawej) i pergaminowy zwój (ten po lewej).   

Jak przystało na szanującą się bibliotekę, przynajmniej w wyobrażeniu Dimy, wnętrze były pełne ciemnego drewna – od szafek katalogowych przy wejściu zaczynając, na ciągnącym się w głąb labiryncie regałów kończąc. Było też oczywiście bibliotekarskie biurko, tak wysokie i długie, że przypominało bardziej aptekarską ladę. Młodzieniec w pełnym szkolnym mundurku właśnie starannie je wycierał. Gdy Dima podszedł poczuł dziwnie przyjemny zapach środka do czyszczenia drewna. Chłopak spojrzał na niego znad niedużych okularków, unosząc grube, ciemne brwi. Miał w sobie coś stoickiego, niemal flegmatycznego, co wydawało się dziwnie pasować do całego otoczenia. Za jego plecami widniały drzwi z tabliczką “Tylko dla upoważnionych”, zza których dobiegały swobodne kobiece głosy i gwizd czajnika. Wszystko wskazywało na to, że chociaż biblioteka była otwarta praca nie ruszyła tu jeszcze pełną parą.  

– Chciałem się zapisać – poinformował Dima. Chciał oprzeć dłoń o biurko, ale pomyślał, że może lepiej nie palcować świeżo przetartego blatu, zaplótł więc ręce za plecami. 

– Pierwszak? Nic z tego, wasz dzień organizacyjny jest jutro, będziecie mieć wyznaczone godziny na zakładanie kart… Wszystko jest w broszurze, na pewno ją dostałeś. 

Rzeczywiście, dostał broszurę, a nawet kilka, ale nie zdążył się jeszcze zapoznać. Poczuł cierpki smak rozczarowania. 

– Ale ja chciałbym wypożyczyć coś już dzisiaj – spróbował raz jeszcze. 

– Powiedziałem już…

– Ale mi naprawdę…

Ktoś stanął obok Dimy, na wypolerowanym blacie wylądował mały stosik książek.

– Słownik runiczny z przypisami Appletone’a znowu zniknął. Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale szukałem ze dwadzieścia minut i jak kamień w wodę. 

– Sprawdzałeś na leksykonach i lingwistyce? Może być jeszcze przy historii magii, ludzie bez przerwy go tam odkładają, widzą Appletona i mają tylko jedno skojarzenie. Albo znowu ktoś go sobie odłożył w czytelni na później. Zaraz ci znajdę. 

– Nie trzeba, skoro jesteś tu zajęty.

– Ależ nie. Pierwszak chciał założyć kartę, powiedziałem mu, że jutro. – Bibliotekarz popatrzył na Dimę karcąco. –  Jutro! No już, idź sobie, widzisz chyba, że jestem zajęty.

Dima westchnął z rozczarowaniem i już miał odejść, kiedy chłopak od słownika runicznego położył mu rękę na ramieniu, zatrzymując go w miejscu. 

–  Daj spokój, Benedict. Ile z tym jest roboty? Załóż mu tę kartę, ja poczekam. No, zrób mi tę uprzejmość, tak po starej znajomości. 

Uśmiechnął się i wtedy Dima go rozpoznał. To był ten sam wysoki okularnik, który na dworcu pomógł mu z walizką. 

– Tak to się właśnie zaczyna. Zrobisz jeden wyjątek, a potem nagle wszyscy chcą  i zanim się obejrzysz – chaos! – sarknął Benedict, ale odwrócił się, by wyciągnąć z szafki formularz i czystą kartę biblioteczną. – No dobrze, tutaj wypełnij. Najlepiej, żebyś nauczył się regulaminu czytelni na pamięć. I zapamiętaj sobie, jak pomieszasz karty w katalogu, to nie daruję. 

Dima przytaknął skwapliwie. Cała procedura faktycznie nie była skomplikowana, więc po chwili miał już swoją kartę w ręce, a bibliotekarz mógł udać się na poszukiwanie zaginionej książki. Dima po chwili wahania podszedł do swojego wybawcy, którzy czekając cierpliwie przeglądał jedną ze swoich książek.  

–  Heej. Chciałem tylko powiedzieć, że dzięki za pomoc. Znowu. 

Starszy chłopak uniósł wzrok znad książki, niedbale poprawił zsuwające się okulary. Trudno było go nazwać uderzająco urodziwym, ale było coś interesującego w jego pociągłej twarzy i zmierzwionych popielato-brązowych włosach. Robił na Dimie nieodparcie sympatyczne wrażenie. 

– Po prostu rozumiem potrzebę zaczęcia semestru od wieczoru z dobrą książką. Więc do usług, polecam się na przyszłość. 

– W takim razie może polecisz mi też książkę. Wygląda na to, że znasz się na rzeczy. 

– Ha, widzę, że nie jesteś z tych co przepuszczają okazję. Bardzo dobrze. Coś ci znajdziemy – odłożył własną lekturę, wyciągnął rękę. – Linus Redfern.

– Dima – zawahał się na moment. – …Rookwood. Ale błagam, nie pytaj, czy jestem bratem Zayna, bo zacznę wyć. 

Linus zaśmiał się, obdarzając go krótkim, pewnym uściskiem dłoni. 

– Naprawdę nie zamierzałem pytać. Zwłaszcza, że to raczej oczywiste. Wybacz – dodał, widząc minę Dimy. – No dobrze, dział beletrystyki mamy tutaj. Lektur jeszcze zdążysz się naczytać, więc teraz znajdziemy ci powieść. Jest w tym coś ironicznego, że ten system edukacji nie pozostawia nam wiele czasu na czytanie tego na co mamy ochotę i ogólny samorozwój, a potem wymaga się od nas żebyśmy byli oczytani i indywidualnie rozwijali kompetencje. Nie, żebym chciał ci truć, to tak z przyzwyczajenia. Tak… nie wiem, co lubisz, ale ja w twoim wieku lubiłem tę serię… oczywiście nadal uważam, że jest dobra, inaczej bym ci jej nie podsuwał. 

– A teraz co czytasz dla przyjemności?

– Och, różne rzeczy, czasami takie, które mało kto uznałby za szczególnie rozrywkowe. Chcesz, żeby ci zdradzić moją metodę?

Dima, rzecz jasna, chciał. 

– Czasem po prostu wchodzę między półki, zamykam oczy i biorę coś na chybił trafił. I cokolwiek by to nie było, przynajmniej próbuję przeczytać. Żeby wyjść ze strefy komfortu i trafić czasem na coś, czego może sam z siebie bym nie wybrał. Znalazłem tak kiedyś książkę, która teraz jest jedną z moich ulubionych. Chociaż, żeby być szczerym czasem trafią się też Wyimki z prawa podatkowego . W takich wypadkach jednak się poddaję po rozdziale lub dwóch. Ale nie mogę powiedzieć, że nie spróbowałem. 

– Powinienem się też zakręcić dla lepszego efektu? – Dima od razu przeszedł do wcielania tej sugestii w życie. 

Spodobał mu się pomysł zdania się na ślepy los, to brzmiało całkiem zabawnie. Ale nawet gdyby teraz Linus udzielił mu najbardziej nudnej porady na świecie, Dima prawdopodobnie i tak by się zastosował. Ten starszy chłopak był chyba pierwszą osobą w Camden Brocc, która naprawdę zrobiła na nim wrażenie (a przynajmniej dobre wrażenie). A do tego nie traktował go jak smarkacza, nawet jeśli różnica wieku między nimi była nie do przegapienia. Widać wystarczyło mieć trochę oleju w głowie, by zauważyć, że Dima jest już prawie dorosły. 

Zakręciwszy się z zamkniętymi oczami pacnął dłonią w półkę, a potem zaczepił palcami o książkę, na którą trafił. Wyciągnąwszy ją przyjrzał się okładce. Wzgórze trzech wiedźm głosił tytuł, a pod nim na okładce obłożonej zielonkawym materiałem widniał tylko wytłoczony rysunek liścia. Dima uniósł książkę, prezentując swoje znalezisko. 

– Nie mam pojęcia co to takiego – przyznał Linus. – Nie musisz jej czytać, jeśli nie chcesz. 

– Wezmę ja. Żeby nie móc powiedzieć, że przynajmniej nie spróbowałem. I może też tą o której mówiłeś wcześniej, gdyby jednak okazała się okropna. 

Linus podał mu drugą książkę z uśmiechem, który wydawał się przyjazny i może nawet wyrażający aprobatę. 

– W takim razie mam nadzieję, że przynajmniej ta ci się spodoba, inaczej będzie mi przed tobą głupio. 

 Wrócili do głównej części biblioteki, ale Benedicta jeśli nie było. Dima wahał się chwilę, zanim znowu zagadnął. 

– Linus… Mogę mieć pytanie?

– Wydaje mi się, że masz całą masę pytań. Strzelaj, bez obaw. W najgorszym razie nie będę umiał odpowiedzieć.  

– W którym akademiku mieszkasz?

– We wschodnim.

– To dobrze! – wyrwało się Dimie pod wpływem ulgi. – To znaczy… no bo ja też. Ale mój brat jest w zachodnim i zawsze mówił, że wschodni jest no… jakby gorszy. A ja nie chcę, żeby patrzył na mnie z góry i chociaż on jest czasami taki beznadziejny, to też nie chciałbym, żeby to jakoś między nami stało, czy coś. 

– Moja siostra też trafiła do zachodniego, a jakoś się dogadujemy. Myślę, że nawet całkiem dobrze. Chociaż ona również bywa niezłym ziółkiem.

 – Naprawdę?

– Oczywiście. Posłuchaj, wiem, że na samym początku to się może wydawać ważne. To naturalne, że ludzie tworzą grupy, czasem na podstawie zupełnie symbolicznych podziałów. A w tym przypadku również całkiem przypadkowych. Każdy chce przynależeć, a nic tak nie cementuje przynależności jak istnienie drugiej grupy wobec której można się antagonizować. Jeśli chodziłeś wcześniej do szkoły podstawowej na pewno już to odczułeś. 

– Nie bardzo. Nauczanie domowe – wtrącił Dima, ale chyba zaczynał łapać, o co Linusowi chodzi. 

– No tak. Mniejsza o to i tak pewnie szybko się połapiesz. Może na początku będziesz się zadawał bardziej z ludźmi z twojego skrzydła, ale potem ważniejsze będzie do jakiego klubu się zapiszesz. Jakie fakultety wybierzesz. Wiesz, kiedy jest jedyny moment, kiedy przynależność do skrzydła naprawdę się liczy? – Linus spojrzał na niego znad okularów, uśmiechając się konspiracyjnie, a kiedy Dima zaprzeczył ruchem głowy, podjął: –  Kiedy szkolny klub krykieta gra przed przesileniem letnim wewnętrzny mecz. Wtedy dzielą się na drużyny według akademików i to jedyny moment w którym robi się naprawdę brutalnie. Jesteś wielkim fanem krykieta?     

Nie był. 

– Na jesień zwykle przyjeżdża klub z jakiejś innej placówki na mecz międzyszkolny i wierz mi, to niepowtarzalna okazja do obserwowania jak wszelkie podziały znikają w obliczu zewnętrznego wroga. 

– Mówisz o tym, jakbyśmy nie byli uczniami z prywatnej szkoły tylko jakimiś… dzikimi plemionami.

– Edukacja domowa, co? Mój młody przyjacielu, niedługo się przekonasz, że jest w nas znacznie więcej z dzikich plemion niż chcielibyśmy przyznać.

Notes:

Czasem ma się takie historie, które chciałoby się przeczytać. Konkretny klimat do którego się tęskni. Zbiór wspomnień i wrażeń, które chciałoby się przywołać. Kiedy jest się, jak ja, wychowanym na opowieściach, można odczuć tę tęsknotę naprawdę dojmująco. Przeczytałxm (i usłyszałxm) w życiu naprawdę dużo historii. Setki. Tysiące. Ale ciągle mi mało.
Tęskniłxm za historią, której nie mogłxm przeczytać we wczesnej młodości, a która byłaby mi bliska. Historią w której będzie magia, tajemnica, duchy, odrobiny grozy i niesamowitości, ponieważ takie historie uwielbiałxm od dziecka. Za światem który wyrosnął na magicznych korzeniach, kryjących się pod powierzchnią jak podziemne rzeki, trochę podobnym do naszego, ale mającym swój specyficzny folklor i tradycje, trochę retro-anachronicznym, trochę przeestetyzowanym. Za kameralną szkolną przygodą, przyjaźnią, rywalizacją i romansem. Za tym, żeby była to historia na wskroś queerowa – jako queerowa osoba, która wychowała się nie widząc niemal żadnej reprezentacji w mainstreamie. Queerowość, neuroatypowość, poczucie wyobcowania oraz poszukiwanie tożsamości, akceptacji i wolności bycia sobą, które niegdyś mnie ukształtowały czekały by oddać im sprawiedliwość dobrą historią.
To w dużej mierze sprawka mojego partnera, który, jak się okazało, też zawsze chciał przeczytać dokładnie tę samą historię. Więc opowiedziałxm mu ją, a raczej opowiedzieliśmy ją sobie wzajemnie i okazało się, że to całkiem dobra historia. Historia warta zapisania. Zapisałxm więc, a teraz oddaje w wasze ręce, drodzy czytelnicy. Mam nadzieję, że będzie bawić się tak dobrze jak ja i że może znajdziecie tutaj odrobinę klimatu, komfortu, humoru i emocji, których pragnęlibyście i których szukacie.