Work Text:
Loki rozejrzał się przerażonym wzrokiem po ciasnym korytarzu, oświetlonym jedynie przez kilka niewielkich źródeł nadeń. Pięści zacisnął mocno, aż zbielały mu knykcie. Już dawno zapomniał, jak to jest stanąć oko w oko z mrocznymi, nieznanymi siłami. W jednym momencie wszystkie chwile, które prawie skończyły się jego śmiercią, wydawały się być błahe, wręcz niegroźne. Cała odwaga opuściła jego ciało w ciągu ułamka sekundy, sprawiając, iż czuł, jak uginają się pod nim kolana. I nie w ten przyjemny, chodź-tu-no-już-chodź-szybko-Loki-proszę sposób. Chciał uciec, lecz mógł stać przerażony i przewidywać śmierć, która na pewno czyhała na niego za drzwiami na końcu korytarza.
– Nie pójdę tam – wymamrotał, oddychając płytko, ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Czuł się, jakby zaraz miał zemdleć i naprawdę mu się to nie podobało.
– Rogasiu, daj spokój – odpowiedział mu Stark, z mieszanką nieudolnie ukrytej czułości i jawnego rozbawienia w głosie, jednocześnie popychając Asgardczyka lekko do przodu. – Ten cholerny ząb boli cię już tygodnia.
