Chapter Text
Maciek nie lubił nie rozumieć rzeczy.
Był przyzwyczajony, że wiedza wchodziła mu gładko do głowy bez żadnych problemów. Od najmłodszych lat rodzice zachęcali ich – jego i młodszą siostrę – do rozwijania swoich pasji. Kiedy zauważyli, że jako chłopiec bezwiednie powtarza słowa angielskich piosenek puszczanych w radiu, zapisali go na naukę języka. Kiedy zafascynował się gitarą, postanowili, że będzie uczęszczał do szkoły muzycznej, jednak pod warunkiem, że dostanie się do najlepszego liceum w mieście. I Maciek oczywiście się dostał. Godzinami siedział nad książkami i znienawidzoną matematyką, jak burza przeszedł przez egzamin gimnazjalny, na liście przyjętych do klasy humanistycznej był pierwszy. Co prawda ojciec sarkał coś pod nosem, że ze swoimi zdolnościami chłopak mógłby celować w jakiś ambitniejszy profil, na przykład do biol-chemu, bo co komu po historii i książkach, ale nie zaprotestował. Co do mamy, to wystarczało jej to, że jej dzieci były szczęśliwe.
Tak, Maciek wiedział, że miał szczęście.
Miał szczęście wychować się w pełnej, kochającej go rodzinie, nawet jeśli Agnieszka czasami doprowadzała go do szału swoim fałszowaniem na pianinie (pan Bóg lubił równowagę – nie miała za grosz talentu muzycznego, ale, szczęściara, zadania z matmy trzaskała jedno po drugim) i nie mógł przez to czytać. Miał szczęście uczyć się tego, co kochał, miał szczęście rozwijać się, planować, brał udział w kółkach zainteresowań i olimpiadach. Kupował jak szaleniec książki, chociaż ojciec złościł się, że kiedyś ten papier wypchnie ich wszystkich z domu. I czytał, wchłaniając wiedzę jak rośliny karmią się słońcem, wodą i tlenem. Wszystkie słowa, które poznawał, padały na żyzną glebę.
Tylko jakimś dziwnym trafem Maciek nie był szczęśliwy. A może – nie był szczęśliwy przez pierwsze dwadzieścia sześć lat swojego życia. Lata w seminarium spędził nad książkami, przyzwyczajony do samotności tak bardzo, że zdawała mu się nie przeszkadzać. A przecież do przyjazdu tu, do Wilkowyj, malutkiej wsi na krańcu świata i diecezji, która położenie rekompensowała sobie wykwitem ekscentrycznych mieszkańców, nie znał świata. I ludzi.
To nie zagraniczne wycieczki z rodziną ale właśnie Wilkowyje nauczyły go rozmowy z drugim człowiekiem, zauważania problemów parafian i obudziły w nim chęć pomocy. Angażował się we wszystko – od udziału w radzie gminy - co skończyło się niezbyt fortunnie, a pani Michałowa załamała ręce nad stanem jego sutanny - po założenie kościelnego chóru. To drugie przyniosło wreszcie oczekiwane rezultaty (głównie dzięki koniakowi z barku doktora Wezóła), a Maćkowi nie cierpła skóra, nie przypominała się mała Agnieszka i nie ciążyło kapłańskie sumienie.
Tylko jednego nie mógł zrozumieć i tylko jedna osoba stanowiła nierozwikłaną zagadkę.
Kiedy pod koniec sierpnia biskup Sądecki postanowił zrobić im trojgu, proboszczowi, jemu i Michałowej niespodziankę, przywożąc drugiego wikarego, Maciek nie mógł być bardziej zawiedziony. Po cichu liczył na decyzję biskupa o jego wyjeździe. Oczami wyobraźni wędrował po skąpanych w słońcu ulicach Rzymu, otoczony przez księży, którzy Słowo kochali tak bardzo jak on. Po nocach śniły mu się strony ksiąg z Biblioteki Watykańskiej, których nie mógł odczytać, bo łacińskie słowa zamazywały się, kiedy tylko otwierał powieki. Postanowił nie nastawiać się za bardzo, bo już raz okazało się, że bliżej od obu księży do awansu było pani Michałowej. Ale... no, marzenia żyły własnym życiem i Maciej nie mógł się od nich powstrzymać. W najśmielszych oczekiwaniach nie domyśliłby się, że niespodzianka biskupa będzie miała czarne okulary i skórę wciąż ogorzałą od włoskiego słońca - które należało przecież do niego! Zazdrość nie bez powodu należała do grzechów głównych i młody ksiądz musiał potem długo się modlić, żeby wyparowała mu z głowy. Oraz że będzie utrudniać mu życie, mieć pretensje o zajęcie miejsca na plebanii i wytykać mu wiek. Mawiają, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i Robert na pierwszy rzut oka okazał się nadętym bufonem, który nie zdawał sobie sprawy, jaki spotkał go zaszczyt i nie umiał go wykorzystać. Potem, kiedy pani Michałowa zagroziła odejściem z plebanii, Maciek poznał go trochę lepiej – Robert też miał swoje ambicje i skryte plany, które Maciej nie bardzo rozumiał, bo bycie proboszczem parafii, zwłaszcza tak... wyjątkowej jak Wilkowyje, było przerażające i jak w ogóle można było się bać, że Maciek będzie próbował z nim o to rywalizować?! Był też inteligentny – na swój własny sposób. Nie czytał tyle co on (o to, prawdę mówiąc, było trudno), ale miał swoje zdanie na każdy temat, był dobrym organizatorem i chyba lubił ludzi. A ludzie lubili jego. Oczywiście miał łatwiej – wszyscy go już znali, kiedy szli we dwóch przez wieś, starsi parafianie po zwyczajowym „szczęść Boże” opowiadali o swoich bliskich, którzy dzięki Robertowi znaleźli pracę i życie w Anglii czy Holandii – Maciej nie bardzo umiał pytać, jak dokładnie im pomógł. Był za to niezłym obserwatorem i widział sympatyczny, łagodny uśmiech na twarzy Roberta, za każdym razem kiedy słyszał kolejne „dziękuję”. Ale bywały też inne momenty, w których twarz Roberta zamieniała się w ściągniętą, nieprzeniknioną maskę, pełną chmurnych myśli, których Maciek, mimo wielkich chęci nie potrafił odczytać i jeszcze czegoś w rodzaju... wstydu?
Zupełnie nie rozumiał, o co w tym chodzi.
Często, kiedy siadywali razem na tarasie, pogrążeni w swoich zajęciach – Robert sprawdzał kartkówki z religii, albo planował nowe wspaniałe księżowskie inicjatywy, takie jak pielgrzymki do Częstochowy i Lichenia (bo na Medjugorie i Fatimę było jeszcze za wcześnie, jak ocenili sami) a Maciek po swojemu zapadał w kolejną lekturę, chciał go o to zapytać. Kilkukrotnie otwierał i zamykał usta jak ryba, bo opadał go strach przed tym, co usłyszy.
Dlaczego się tym tak przejmował? Coraz więcej pytań kłębiło mu się pod czaszką, a z żadnej strony nie nadchodziła odpowiedź.
- Co jest? - Robert spojrzał na niego podejrzliwie, łapiąc kolejne zerknięcie z jego strony. Ręka z czerwonym długopisem zawisła nad kartką, przerywając sprawdzanie pracy Muńka Solejuka.
- Nic. - Wycofał się natychmiast Maciej, zapadając się w fotel i przyciskając do siebie Wyznania świętego Augustyna, jakby mógł schować się za niewielką książeczką.
- Przecież widzę. Jesteś dzisiaj wyjątkowo cichy. Nawet jak na ciebie – dodał Robert, unosząc brwi i sięgając po filiżankę wystygłej już nieco kawy, podanej im wraz z babką piaskową przez panią Michałową. - Stało się coś?
- Nn-nie! - zaprzeczył Maciej dużo gwałtowniej i zrozumiał, że tym samym zaprzepaścił możliwość bezbolesnego ucięcia tej rozmowy i zmiany tematu. Robert popatrzył na niego uważniej. Młodszy wikary nie wiedział, gdzie ma podziać oczy, bo zakłopotanie prawie go zjadło. Spoconymi z nerwów dłońmi zamknął Wyznania i odetchnął głęboko. Raz kozie śmierć, pomyślał.
- Czy tobie też było tak trudno... na początku? Tu? - sprecyzował, bo Robert patrzył na niego nierozumiejąco.
- W Wilkowyjach? - upewnił się Robert, odstawiając filiżankę na spodek. W jego twarzy znowu zaszła ta niepokojąca zmiana – ściągnął brwi nad jasnoszarymi oczami. Te oczy przewiercały Maćka na wskroś, a serce zaczęło mu łomotać, bo uświadomił sobie, że zadał jakieś bardzo, bardzo niewłaściwe pytanie. Był w stanie tylko kiwnąć głową.
- Łatwo nie było – odpowiedział krótko i ostro Robert odwracając głowę, a Maciek miał wrażenie, jakby zamknęły się przed nim jakieś drzwi, przez które bardzo chciał zajrzeć do środka, ale nie miał klucza. Starszy wikary zebrał pospiesznie i nieskładnie kartki zapisane koślawym, dziecięcym pismem i unikając jego wzroku podniósł się od stolika.
- Chyba Michałowa szykuje się do podania obiadu – wymamrotał, chociaż obaj wiedzieli, że było na to za wcześnie. - Lepiej pójdę i pomogę jej nakryć do stołu, bo znowu będzie gadanie. Poza tym zanosi się na deszcz – zakończył, nie patrząc na niego i szybko wszedł do środka.
Oszołomiony Maciej został na tarasie sam z mętlikiem w głowie. Na wrześniowym niebie nie było ani jednej chmurki.
