Work Text:
Mich trieb die Sehnsucht her zu Dir! Ich finde nicht Ruhe im Grab!
“Manor”
Karl Heinrich Ulrichs
Głód był nie do zniesienia. Jego wycieńczonym rozpaczą ciałem targała żądza krwi, która zdawała się pogłębiać z każdą minutą, nie, sekundą, która mijała od jego ostatniego posiłku. Miał wrażenie, że powoli zapomina, jak smakuje ciepła krew, jakim uczuciem jest pełny brzuch. Gdy jeszcze żył, a nie błąkał się po Ziemi jako obrzydliwa perwersja ludzkiego ciała, w każdej chwili mógł dokładnie opisywać ten metaliczny, wstrętny smak, który gościł w jego ustach codziennie. Nie tęsknił często za tymi czasami, jedynie wtedy, kiedy głód zmuszał go do wspominania z tęsknotą najprostszego ludzkiego jedzenia - ile by dał, żeby jeszcze raz, bez obrzydzenia, móc zjeść pajdę chleba z masłem czy napić się czarnej, mocnej kawy…
W takim opłakanym stanie zjawił się w Konstantynopolu, zwabiony obecnością pewnego człowieka, z którym kontakt stał się nagle największym priorytetem w jego życiu. Nie był w stanie do końca wytłumaczyć tej potrzeby, tej kompulsji, jednak była silniejsza od niego. Znał oczywiście potencjalne ryzyko spotkania z kimś, z kim wiązał silne emocje będąc tak wygłodzonym, jednak starał się przekonać samego siebie, że da radę. Że opanuje dzikie instynkty, że będzie w stanie po prostu z nim porozmawiać.
Turcja w tym roku była niezwykle piękna, zwłaszcza teraz, nocą, kiedy snuł się po ulicach, unikając ludzi i świateł gazowych latarni, które nieprzyjemnie go raziły. Charles kiedyś powiedział mu, że głód wzmaga światłowstręt i widocznie miał rację. Ostatnio często okazywało się, że Charles miał rację.
Po ulicach nie chodził jednak bezcelowo, o nie. Jego pobyt w obcym kraju był w końcu czymś spowodowany. Człowiek, którego szukał zupełnie nieświadomie bardzo dobrze się przed nim ukrywał - dzisiejsza noc była jednak inna. Poznał jego adres. Usłyszał go w morzu szeptów wydobywających się z cieni i uznał to za przyzwolenie ze strony Boga lub tego, co Boga zastępowało stworzeniom dotkniętych klątwą, którą podarował mu wiele lat wcześniej pewien diabeł w szatach młodego, pięknego dżentelmena o włosach kolorem przypominających kłosy pszenicy i oczach tak błękitnych, że bezchmurne niebo przy nich bladło.
Dostanie się do upragnionego mieszkania nie było trudnym zadaniem - ludzie nieświadomi wielu niebezpieczeństw świata, w którym żyli, lubili zupełnie przypadkiem zostawiać wejścia dla wszelkich nieszczęść. Korzystał z tego nierzadko - wkradał się przez niezamknięte drzwi, usypiał dozorcę czy wślizgał przez otwarte okno. Z ostatniej z tych opcji skorzystał tym razem, dziękując w sercu za ciepłe noce, które zmuszały ludzi do częstego wietrzenia.
Zaskoczyła go świeca paląca się na biurku i sylwetka całkowicie obudzonego mężczyzny, który z niezwykłym ferworem coś zapisywał, zupełnie nieświadomy niebezpieczeństwa w postaci swojego niezapowiedzianego gościa. Na blacie porozrzucanych było parę losowych przedmiotów, kartki, zapałki, mały nożyk, służący pewnie do obierania owoców, których kilka świeżych, niesprzątniętych skórek leżało wraz z resztą bibelotów.
Bycie niezauważonym przez tego człowieka przepełniło go nagle znajomą złością, frustracją. Jego zdrowy rozsądek od niego odszedł (chociaż nie był pewien, czy kiedykolwiek takowy posiadał), zastąpiły go instynkt i jakieś dawno uciszone pragnienie. Wyciągnął szczupłą, bladą dłoń i ostrymi paznokciami przypominającymi zwierzęce szpony przejechał po szybie okna, wywołując przeszywający, skrzypiący pisk, przez który mężczyzna poderwał się i spojrzał prosto na niego.
— Adamie – przywitał się zdawkowo, patrząc na przerażoną twarz starszego już człowieka, który przecież i tak zawsze wyglądał na parę lat więcej, niż naprawdę był. Widocznie niedawno skrócone siwe włosy opadły mu na zmarszczone po część strachem, a po części czasem czoło. Adam po omacku znalazł leżący na blacie biurka nożyk i złapał za rękojeść, wyciągając go w stronę nieproszonego gościa. – Dość tępa broń, nie uważasz?
— Kim jesteś i czego chcesz? – wymamrotane przez zaciśnięte zęby pytania na moment zawisły w powietrzu - były niby proste, jednak odpowiedź na nie była dość zawiła.
— Chcę porozmawiać, nic więcej – jego nienaturalnie spokojny głos zdawał się obniżać temperaturę w pomieszczeniu. Odpowiadając bez słowa na drugie z pytań powoli wyszedł z cienia z miękkością kota, pozwalając, żeby świeca oświetliła jego trupio bladą skórę. Adam spanikowany nabrał haust powietrza w płuca i odsunął się, uderzając udem o biurko i sycząc z bólu.
Stało przed nim stworzenie o kształcie niby to ludzkim, przypominające do złudzenia czterdziestoletniego mężczyznę z ciałem niegdyś silnym, teraz jednak wychudzonym suchotami, poruszające się jednak z jakąś zwierzęcą manierą. Oczy miało takie, jak kiedyś - wielkie, ciemne, ale z jakimś drapieżnym błyskiem. Palce były nieprzyjemnie długie, szczupłe, z ostrymi, białymi paznokciami. Gdy stworzenie uśmiechnęło się, odsłoniło tym samym swoje długie kły, które migotały w blasku płomienia świecy. Było odrażające, okropne i demoniczne, a jednocześnie niepokojąco aż znajome - Adam dobrze wiedział, kto stoi tuż przed nim.
Jego twarz prędko przybrała kolor zbliżony do leżącego na biurku papieru, na którym jeszcze chwilę temu bazgrał list do najstarszej z córek. Otworzył usta, jednak nie wydobył się z nich ani jeden dźwięk.
— Ty nie żyjesz – wymamrotał, próbując opanować mętlik w głowie. Stworzenie westchnęło ciężko i wbiło wzrok swoich ogromnych, ciemnych oczu w podłogę. – Jesteś duchem? Zjawą? Przyszedłeś się zemścić za krzywdy? Gdybym…
— Nic z tych rzeczy, Adamie – przerwało mu, po czym podeszło do małej sterty książek leżącej na podłodze, podniosło jedną z nich i od niechcenia zaczęło ją przeglądać. – Czy znana jest ci postać Polidoriego? Trzymał się blisko Byrona, Shelley’ego…
— Obiło mi się o uszy – odpowiedział niepewnie, zaciskając mocniej palce na rękojeści noża.
— Znałem… Znam kogoś, kto przy nim był, gdy umierał. Mówi się, że odebrał sobie życie, ale to nieprawda, ponieważ Polidori został zabity. Rozszarpany na strzępy przez swoją plugawą rasę za to, że wyjawił ich sekrety – stworzenie zacisnęło sine usta i z dziwną melancholią spojrzało w stronę okna. – Wampir… Naprawdę fascynujące opowiadanie. Czytałeś?
— Próbujesz mi powiedzieć, że ty…
Usta Stworzenia rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, po raz kolejny prezentując jego długie, błyszczące kły, wyglądające na zrobione z kości słoniowej. W Adamie coś się zagotowało, gorąco uderzyło jego umysł i wnętrzności. Znajomy supeł w jego brzuchu zaciskał się mocniej z każdą sekundą spoglądania w te wystające, małe ostrza, które pobłyskiwały w ciepłym blasku świecy. Sięgnął do swojej szyi i drżącymi opuszkami palców przejechał po miękkiej skórze, oceniając jej grubość.
Adam czuł, jakby wzrokiem i słowami Stworzenie otaczało go niczym drapieżnik otacza swoją ofiarę tuż przed atakiem. Prawdopodobnie dokładnie tak było, gdzieś w głębi wiedział, że za moment stanie się jedynie kolejnym posiłkiem. Rozsądek kazał mu uciekać, dopaść do drzwi, jednak nie mógł tego zrobić - nagły zew empiryzmu obudził się gdzieś w jego umyśle.
— Boisz się? – zapytało cicho, zbliżając się bliżej, bezszelestnie stawiając kroki z lekkością skradającego się kota. Z bliska wyglądało jeszcze bardziej nieludzko, ostro… Fascynująco. Miał ochotę je dotknąć, dowiedzieć się, czy ta niemożliwie biała skóra przypomina porcelanę tylko wyglądem, czy też odczuciem. Ogarnęła go chorobliwa, niemożliwa do zignorowania ciekawość.
— Powinienem?
Nagły wściekły błysk zatlił się w oczach Stworzenia, które dopadło do Adama i złapało go za szyję, wbijając w jego skórę ostre paznokcie. Gdy spróbował się wyrwać, jedynie zacisnęło mocniej zimne, kościste palce, przez co jęknął z bólu. To coś było niemożliwie silne jak na tak wychudzone.
— Powinieneś. To, czy zobaczysz następny wschód słońca jest tylko i wyłącznie moją decyzją, która zależy od tego, czy nasza rozmowa mnie usatysfakcjonuje – z każdym słowem wzmacniało uścisk.
— Zabij mnie więc – wycedził Adam, patrząc prosto w pełne furii oczy Stworzenia. – Zabij, moja śmierć i tak już jest bliska, czuję to przecież.
Przez chwilę patrzyło na niego z czymś, co mógł zinterpretować tylko jako obrzydzenie. Wzdrygnął się. Pochyliło się, zbliżając do siebie ich twarze tak mocno, że ich nosy praktycznie się stykały.
— Masz dzieci, prawda? Pamiętam je – wymruczało tonem niemalże zalotnym, jednak nadal ociekającym chłodem. Adam ostro wciągnął powietrze przez zęby i znów spróbował wyrwać się z uścisku, który zaczynał go dusić. Nie udało się, jednak przypomniał sobie o jeszcze jednej opcji - małym nożyku, który cały czas trzymał w dłoni. Zacisnął mocniej palce na rękojeści i nagle pchnął nożem w Stworzenie, które krzyknęło i odskoczyło, pozostawiając zakrwawiony nóż w dłoni Adama. Zaczął kaszleć, jednocześnie sięgając do drzwi. Stworzenie na to jednak nie pozwoliło, odciągając go za ramię.
Przewróciło go i całym swoim ciężarem przygniotło go do ziemi. Szponami rozdarło materiały na jego piersi, po czym z sykiem ukazało swoje długie, białe kły, które bez dłuższego zastanowienia wbiło w miękką, żywą skórę, które spenetrowały mięso ludzkie tak, jakby tam było ich miejsce, jakby miały tam zostać już na wieczność. Czuł pulsujący, rozrywający ból, który przechodził płynnie w praktycznie podniecającą przyjemność. Nie był w stanie myśleć. Ostatkiem sił uniósł trzymany w dłoni nóż, który po raz kolejny wbił w ciało obrzydliwego okropieństwa, które jedynie wydało z siebie przeciągły skowyt, nie oderwało się jednak od ofiary. Instynkt podpowiadał mu aby wyjąć nóż i dźgnąć jeszcze raz, i jeszcze, jeszcze, ale nie mógł - ostrze więc tkwiło we wnętrzu przygniatającego go ciała, ogrzewając się ciepłem ich wspólnej krwi.
Z oczu Adama powoli uciekało życie, a na twarz Juliusza wracały kolory, zaś jego rany prędko zaczęły się goić. Oderwał się od białego ciała, prostując plecy i odchylając głowę. Przymrużył powieki i rozchylił udekorowane czerwienią usta, z których wypłynęło ekstatyczne, drżące westchnienie. Coś niezwykle pięknego było w tym zwykłym akcie spełniania jednej z najbardziej prymitywnych potrzeb każdego stworzenia, które stąpało po tej samej ziemi co on. Czuł ciepło pod sobą i w sobie.
Spojrzał w dół i zaczął z pewną fascynacją słuchać szybkich, nieregularnych oddechów agonalnych swojej ofiary. Bezwiednie wyciągnął dłoń i zaczął gładzić policzek Adama. Każdy kolejny świst powietrza mocniej jednak przywracał go do rzeczywistości, sprawiając, że coraz więcej sensownych myśli napływało do jego umysłu.
Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa.
— Nie, nie…
Taki właśnie był, było dokładnie tak, jak mówił Charles. Nie mógł być pozostawiony sam, bo to się zawsze tak kończyło. Matka bała się go aż do swojej śmierci, siostra nie chciała go znać, Charles… A teraz przez swój brak wstrzemięźliwości jego ostatnia nadzieja już ostatecznie wykrwawiała się pod nim.
Panika. Panika i szaleńcze poszukiwanie jakiegokolwiek rozwiązania. Trzeba zmienić, naprawić to, co się zepsuło. Nie mógł pozwolić mu umrzeć, za dużo ostatnio przesypywało mu się przez palce. Nagły ból w boku przypomniał mu o czymś - o wystającym z niego nożyku, który przed chwilą jeszcze w samoobronie wbił w niego Adam. Wyrwał go, krzywiąc się z bólu i pozwolił niewielkiej ranie zniknąć.
Podsunęło mu to pewien pomysł, który przy trzeźwym umyśle prawdopodobnie wydałby się okropnym - jednak tonący brzytwy się chwyta, a on musiał widocznie chwycić za nóż.
Zacisnął zęby, wbijając ostre kły w swoje dziąsła i szybkim ruchem przeciął skórę na swoim nadgarstku, pozwalając świeżej krwi wypłynąć. Patrzył na nią tylko przez moment, szybko jednak przystawił ją do sinych już ust Adama, który nie reagował w żaden sposób.
— Pij, żesz – wyszeptał.
Nie był w stanie ocenić, czy jego pomysł działa, a z każdym ułamkiem sekundy zaczynał bardziej się bać. Panika znów zaczynała się w nim gotować, przycisnął do ust Adama mocniej swój krwawiący nadgarstek.
— Do jasnej cholery, pij, ty stary, gruby… – uderzył wolną pięścią w umazaną krwią klatkę piersiową swojej ofiary. Jak na zawołanie poczuł, że w jego skórę wbijają się zęby, że z początku nieśmiało, delikatnie, a później z każdym łykiem odważniej Adam (lub to, co z niego pozostało) zaczyna pić.
Udało się.
Nie chcąc zostać zupełnie pozbawiony krwi, wyrwał dłoń z uścisku szczęk i opadł na adamową pierś, uśmiechając się i zamykając na parę sekund oczy. Jakoś to będzie. Coś wymyśli.
— Co się stało? – usłyszał zachrypnięty głos, który wybudził go z chwilowej euforii.
— Umarłeś – wytłumaczył cicho. – Umarłeś tak, jak ja. Ale teraz jest już dobrze.
Przetoczył się na podłogę, wbijając wzrok w jasny sufit. Jego ubrania przesiąkły lepką, ciepłą mazią, włosy zlepiały się w strączki. Rana na jego nadgarstku przestawała krwawić, jednak nie znikała i wciąż piekła. Kątem oka widział, że Adam podnosi rękę i zaczyna się jej przyglądać.
— Co ty…
— Jesteś teraz jednym z nas – Juliusz również uniósł dłoń, porównując ich jasne, ostre paznokcie.
Nowonarodzony wampir przez moment jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ich ręce, jakby nie był pewien, jak ma zareagować. Kto by mu się dziwił, przemiana Juliusza była jeszcze bardziej dezorientująca. Jeszcze bardziej… Och, gdyby Charles tu tylko był! Od razu odwołałby wszystko, co mówił, och!
Adamowa ręka zaczęła nagle drżeć.
— Coś ty zrobił?! – Adam nagle wrzasnął i poderwał się na nogi. – Coś ty najlepszego narobił?!
Zaczął w jakimś przerażającym ferworze, jak w gorączce kręcić się po pokoju, szukając czegoś, sam prawdopodobnie nie wiedząc czego, a Juliusz z niekrytym niepokojem wpatrywał się w jego chaotyczną szamotaninę z samym sobą. Adam dopadł do wciąż otwartego okna i wychylił się, biorąc w płuca zupełnie niepotrzebny, łapczywy haust powietrza. Odwrócił się i na ułamek sekundy obdarzył swojego stwórcę pełnym strachu i obrzydzenia spojrzeniem, po czym… Wyskoczył.
Na to Juliusz wstał gwałtownie, ślizgając się na swojej… Jego… Nie ważne, od teraz już ich wspólnej krwi. Podbiegł do okna i wyjrzał, panicznie rozglądając się za swoim nowym dziełem, wręcz swoim opus magnum. Nie odnalazł go wzrokiem, zniknął gdzieś pośród nocy, gdzieś w ciemnościach. Musiał znaleźć go jak najprędzej, zanim nastanie świt, zanim spali się na wiór nieświadomy niebezpieczeństwa.
Och, gdyby Charles tu tylko był!
