Chapter Text
Pewnej czarnej nocy, w pewnej alejce, gdzie światło lamp nie dotrzymywało obietnicy wiecznego blasku, a rozbryzgane niczym akwarela płomyki małych iskierek na niebie można było ledwo dostrzec gołym okiem.
Miejsce, w którym próżna czerń powlekała każdy zakamarek, każdy najmniejszy szczegół oplatany był szarą mgłą, a mdła woń stęchłej krwi w powietrzu nosiła wspomnienie bólu i cierpienia.
Do tego miejsca dochodziły ciche odgłosy szeptu kół samochodowych, szybko poruszających się po ulicy pustkowia, gdzie jedynie neonowe kolory szyldów emanowały jakimkolwiek światłem - ale żaden głos nie opuszczał tego miejsca, choćby spod klawiszy donośnie wybrzmiewała smutna melodia strachu i rozpaczy.
W tym miejscu jedynie Bóg usłyszeć mógł odgłosy cierpienia, ale ich nie słuchał.
To tutaj, doszło do czegoś, do czego nie powinno dojść, powstało coś, co nigdy powstać nie miało.
Nasienie, które wiatr przywiał zupełnie przypadkiem, zasadzając obcy kwiat na pełnym polu maków. Niechciane nasionko, z którego wyrosły piękne, owiane błękitem nieba płatki, kontrastujące z krwistą czerwienią tych drugich.
Jednak gdyby niebieski kwiat róży rozkwitł na polu maków, przydmuchany przez lekką melodie wiatru, nie sprawiłoby to zbyt wielkiego problemu, jednak tutaj, wcale nie chodziło o kwiat, a o człowiecze życie - niechciane, powstałe ze zbrodni, cichej złodziei nasienia i zasadzenia go w miejscu, w którym wcale nie powinien być.
Jego matka była ziemią, którą pokrywała obficie urodna trawa, w kolorze cytrusowej zieleni; była kawałkiem gleby, na której jeszcze nic nie wyrosło, a ona naprawdę nie chciała, by cokolwiek wyrastało. Chciała przeżyć jeszcze pare wiosen, czekając na swoje idealne małe nasionko, które rozpieszczać będzie słońce, a ona gilgotać źdźbłami rosnącej na niej trawy.
Jednak zanim jeszcze zdążyła marzyć o tym kwiecie, w glebie zaczęły rozprzestrzeniać się małe korzonki czegoś obcego, a gdy zdała sobie z tego sprawę, było już za późno.
Jej słabe nogi wstały spod śmietnika, krew i perłowa maź sączyła się z jej środka, gdy poruszała swe drżące ciało ostatnimi resztkami nadziei.
Modlitwa na jej mokrych wargach — popękanych, szkarłatnych.
Modlitwa tak krucha jak kreda, tak ciężka jak ołów, tak cicha jak krople deszczu odbijające się od małych wodnych oczek, wypełniających pęknięty asfalt.
Nie wie nawet do kogo skierowana.
Znalazł ją przechodzień, dopiero rano, gdy jej nagie ciało oświetliło słońce, a ona - jak trup, leżała bezczynnie wylana z wylotu alei, jej prawa ręka nadal wyciągnięta w kierunku światła, jak gdyby przed utratą świadomości zdeterminowanie dążyła do jakiejś pociechy.
Wstające promyki rozjaśniały jej posiniaczoną twarz, oddzielając resztę ciała skopanego w cieniu. Jej twarz była blada niczym porcelanowa lalka. Oczy zamknięte na kłódkę. Włosy długie, barwą przypominające te same złote kłosy, które oświetlały jej cerę.
Kobieta piękna, obdarowana niebiańską urodą bogini, leżała jednak nie w swojej chwale i boskości, a pod śmietnikiem - nieprzytomna, posiniaczona, z czerwonymi śladami na białej skórze, krew i sperma zaschnięte na jej długich nogach.
Zupełnie rozdarta, jak bezbronne zwierzę
Obrzydliwy obraz ukazujący drapieżnika i rozszarpaną na kawałki ofiarę.
Tamta noc pozostała nocą tak ciemną, że budzące się każdego poranka słońce nigdy więcej nie okryło dnia tym samym płaszczem bieli, a na jej glebie już nigdy nie wyrosła ta sama bujna, cytrusowa trawa.
Pękło nie tylko naczynie, ale też dusza — raniona powoli kolcami niebieskiej róży, rozprzestrzeniającej się po jej bladości.
Jednak decyzja jej, była jej decyzją.
To ona pozwoliła zamienić się w krzew.
Pozwoliła, by z jej ciała wyrosły błękitne pąki.
To ona sprawiła, że kolce kłuły jej wnętrze.
Dopiero gdy ze snu przebudziła się róża, rozpościerając z aksamitną lekkością swoje płatki, zrozumiała, jak bardzo nienawidziła być krzewem
— i jak bardzo pragnęła być różą.
Ponieważ róża nie kwitnie dla innych — kwitnie, bo wreszcie sama chce żyć.
-----
Cierpki, lekko kwaskowaty smak dżemu wiśniowego, to smak, który towarzyszył Nessowi całe jego dzieciństwo. Widok jego matki stojącej nad ogromnym garem wypełnionym czerwoną mazią, delikatnie mieszającej powstałą z wiśni substancję, pozostał mu w pamięci na stałe.
Ile minęło czasu od kiedy smakował tego, starego, cierpkiego dżemu?
Za dzieciństwa nie potrafił docenić tego, co posiadał, schylić nisko głowy.
Nie — potrafił, ale nie w sercu.
Wszystko co robił sprawiało, że czuł się z tym okropnie, bo w sercu — nie potrafił docenić tego czego miał.
Stawiał swe pierwsze kroki w marnym domku w małej, zapomnianej wsi, do której powracały jedynie wspomnienia, gdzie doglądał jabłka spadające z drzew jabłoni, które gniły, i gniły z czasem.
Lekki wiaterek towarzyszył mu, gdy biegał po polu, wśród kłosów zboża, w których odbijały się promienie letniego słońca, lub gdy błąkał się pośród buszu i krzewów, próbując uciec gdzieś daleko, daleko od domu. Ale zawsze, gdy niebo zamieniało się z koloru jasnego błękitu w ciemny granat, wcześniej jeszcze topiąc się w kolorze dojrzałej brzoskwini — wracał, gdy zdawał sobie sprawę jak naprawdę przerażające było samotne stawienie czoła czerni nocy.
Ness nie rozumiał, dlaczego w dzieciństwie uciekał, dlaczego tak bardzo pragnął biec, aż jego płuca nie wydadzą ostatniego tchnienia, aż w jego ciele nie powstanie rana na tyle głęboka, by polała się krew.
Skąd te pragnienie wolności? Dom był wszystkim co miał, wszystkim co znał całe swe życie, więc dlaczego uciekał?
Świat w którym obecnie żył, był jeszcze okrutniejszy, jeszcze bardziej milczący na cierpienie niż pola zboża, które otaczały jego dom, te same pola, które nie zwracały uwagi na krzyki, a jedynie kołatały źdźbłami, jak gdyby były stworzone z piór, a cenne były jak sztabki złota.
Dlatego tak bardzo pragnął jeszcze raz, ostatni raz, posmakować tego smaku...
Ale był zbyt uparty.
Przysiągł, że nigdy nie wróci z płaczem do domu, jak za dzieciństwa z pola zboża, lub zieleni lasu.. ale co ma zrobić, gdy noc tak ciemna? Nie ma tu nikogo, nie ma rodzeństwa, nie ma matki...
I pewnego letniego dnia, gdy słońce ku górze, muskało lekkim gorącem jego plecy, dostrzegł czerwień mieniąca się wśród listków drzewa wiśniowego, mały owoc. Wziął wiadro i nazbierał parę tych czerwonych oczek, a gdy nocą, znów chciał wrócić do domu, wrócił z pełnym ich wiadrem.
I był jedynym z rodzeństwa, który tak bardzo pragnął poczuć smak tego, co przygotowywała jego matka w ogromnym kotle, która nie wiedząc co zrobić z owocami, postanowiła zrobić z nich mały pożytek, robiąc dżem wiśniowy, którego sposobu przygotowania matka jej nauczyła, a ona nigdy samemu nie robiła.
Może dlatego był tak cierpki:
Bo smakował jak coś ciężkiego, jak coś co nie powinno się zdarzyć, a zdarzyło się i zdarzyło się na zawsze.
To koniec, wszystkiego, nawet jeśli wróci, nic nie będzie takie samo, nigdy znów nie będzie dzieckiem.
Nigdy nie wróci do domu - tak sobie wmawiał, gdy uciekał w las lub pole, ale nigdy z tego nie wyrósł. Znów uciekł.. i znów, jak za dawnych czasów - za nocy powróci.
Cierpki, lekko kwaskowaty smak dżemu wiśniowego — poczuł go na wargach, ale gdy dotknął ust, zastał krew. Nie było dżemu, nie było domu, nie było rodziny. Była murawa, było zdarte kolano... I cieknący z wargi szkarłat.
I już wolał się poddać, niż znów marzyć o czymś niemożliwym.
Marzenia się nie spełniają.
Smutno jest wierzyć,
smutno pragnąć,
ale jeszcze smutniej jest wiedzieć jak jest naprawdę.
Gdy promienie słońca zakrył cień, a Ness podniósł lekko głowę w górę, by zobaczyć kto blokuje mu ciepłe promyki — jego ostatnią nadzieję, zobaczył sylwetkę, zobaczył ten sam prześwit słońca w bujnych, jasnych włosach stojącego nad nim chłopaka. A za nim błękitne niebo, wyglądające na nieskończone, jak gdyby chłopak przed nim był słońcem — centrum całego nieba, a władza jego dorównywała Bogu. Jego oczy, wywołujące ten sam strach i podziw, co anielskie, ironicznie w kolorze Bożego królestwa. Wpatrywały się w niego, leżącego na boisku, zapłakanego... wyglądającego tak żałośnie, tak marnie, jak gdyby przyszedł go wybawić. Aż nie odrzekł:
"Czy wierzysz w rzeczy niemożliwe?"
I wtedy w oczach dostrzegł — samotność, tę samą , która go zdobiła; światełko pociechy tego, że są tacy sami — ale nie byli.
Chłopak przed nim nie płakał z samotności, nie szlochał żałośnie leżąc na sztucznej trawie, a przełykał jej gorzki smak bez żadnego bólu, bez żadnej reakcji. Potrafił powstrzymać się od płaczu, potrafił spojrzeć samotności prosto w oczy i wyzwać ją na pojedynek, jak gdyby łamiąc każdą kiedykolwiek stworzoną boską zasadę.
Więc... ile ich tak naprawdę łączyło?
Chyba tylko ten posmak cierpkiego dżemu wiśniowego na ustach.
A gdy matka mieszała dużą drewnianą łyżką substancje w garze, on stał przy niej, wpatrując się w szkarłatny sok, który pozostawiały wiśnie na podłodze, a wszystko zmoczyło się czerwienią, i on przed oczyma widział tylko purpurę.
Lekki wiatrek, kołysał złote kłosy zboża za dzieciństwa, w polu, i teraz też złociste kłosy, ale włosów jasnych, gdy z oczu spływało łez pare.
I tak zaczęła się przyjaźń chłopaków obu, których połączyła samotność.
I to był dzień, w którym wszystko Kaisera - stało się Nessa, a Ness stał się Kaisera
