Chapter Text
Szymon leżał w łóżku, czytając znów oświetlone przez lampę strony konstytucji. Patrząc wokół pokoju, zdał sobie sprawę, jak bardzo jest szczęśliwy. W sumie, to mieszkanie było małe, ale zapewniało mu wszystko, czego potrzebował.
Miał swoją ulubioną książkę w rękach, a jego ulubiona torba wisiała przy drzwiach, czekając na wypełnienie jakimiś nowymi gadżetami. Wielka i dostojna hulajnoga była oparta o ścianę z fotografiami, pełną pięknych zdjęć — pełnych emocji selfie i pamiątek z ostatnich kilku lat.
Najbardziej cennym skarbem jednak była najnowsza dodana pamiątka. Bezwstydne selfie, które Sławek strzelił w trakcie ostatniej debaty. To robiło sens, był to doskonale zaplanowany ruch polityczny. Ale i tak, Szymon nie mógł uwierzyć, że odważył się zrobić to tak publicznie, tak otwarcie.
Oczywiście, nikt nie podejrzewałby, że są razem. Byli rywalami walczącymi o tą samą wymarzoną pozycję. Powinni się nienawidzić, i może się nienawidzili. Ale też byli tak sobie bliscy, a uczucie, które czuł w piersi, kiedy debatował ze Sławkiem… to było niezrównane.
Szymon jeszcze raz przeczytał ostatnią linijkę a potem zamknął książkę i ostrożnie położył ją na stoliku nocnym. Spojrzał na zegar.
21:37. Sławek był spóźniony.
Na szczęście Szymon nie miał nawet czasu się martwić, bo drzwi otworzyły się, ukazując jego oszałamiającego urodą chłopaka. Lecz Szymon nie został powitany typowym uśmiechem. Zamiast tego, Sławek wyglądał na smutnego, wręcz przestraszonego. Jego oczy były zapłakane, jakby to on czytał konstytucję.
— Co się stało? — zapytał Szymon. Sławek nie odpowiedział, tylko markotnie się rozebrał i opadł na łóżko.
Po długiej pauzie i bardzo głębokim westchnieniu, odezwał się.
— Szymon — zaczął — nie wiem, jak to się stało, byliśmy tacy ostrożni.
— Ale co się stało? Coś z kampanią? — Szymon nie chciał tego przyznać, ale miał nadzieję, że to właśnie to. Choć kochał swojego chłopaka, chciał wygrać. Potrzebował każdej możliwej przewagi.
Ale Sławek odpowiedział — Nie, to nie to. Chciałbym, żeby to było to. Ale to jest coś znacznie gorszego.
— Martwisz mnie, Sławek. Powiedz mi, co się stało.
Wziął głęboki oddech. — Jestem w ciąży.
W ciąży? Szymon nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Sławek w ciąży? Jak to możliwe? Od kiedy? To musiał być jakiś żart.
— Na pewno?
— Tak, byłem dzisiaj u lekarza. Według wszystkich badań jestem w ciąży.
Jego głos brzmiał ponuro. To było nierealne.
Myśli Szymona szalały. Ważył wszystkie możliwości. Przerwać ciążę? Nie, to byłby grzech. Sławek nigdy by się na to nie zgodził. Szymon czuł się głupio, że w ogóle rozważał tę opcję. Co więc zostało? Nie mogli go zatrzymać, nie teraz. Nie powinni nawet być razem, a co dopiero mieć wspólne dziecko. Adopcja była możliwością, ale nawet wtedy media mogłyby się dowiedzieć o całej sprawie. Wkrótce brzuszek Sławka stanie się widoczny i nie będą mogli zaprzeczyć żadnym oskarżeniom.
— To tragedia, Szymon. Co mam zrobić?
Nie wiedział. Chciałby mieć plan, ale go nie miał.
— Idź spać, a zdecydujemy, gdy oboje będziemy już wypoczęci — powiedział. — Będzie dobrze.
Sławomirek uśmiechnął się delikatnie. Jego oczy wypełniły się miłością i błyszczały jak u małego szczeniaka. Gdy wtulił się w pościel, Szymon zwinął się obok niego. Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Dziecko.
Ale jakoś tą aferę przeżyjemy, pomyślał. Wszystko się ułoży.
Mimo stresu, szybko zasnęli, przytuleni do siebie jak dwie przesłodkie chihuahua.
