Work Text:
(Późny wieczór. Gabinet generała sir Anthoniego Cecila Hogmanay'a Melchetta)
— Czarna Szyjo, musisz iść na ziemię niczyją i podpatrzeć, dlaczego te przebiegłe Szwaby rozpaliły tam ogień — powiedział zdecydowanym tonem generał Melchett. Edmund stał przed nim wyprostowany niczym struna od gitary i w myślach poprawił „Szyję”, wypowiedzianą przez tego niedojdę, na „Żmiję”.
— Myślę, że gotują kiełbaski na polu, ponieważ my jak zwykle nic nie robimy. — Posłał generałowi krzywy uśmiech. Mężczyzna odchylił głowę i spojrzał do góry. Chrząknął i przygładził swoje czarne wąsiska.
— To możliwe, ale wolałbym, byś ty, Szyja, poszedł to sprawdzić — zakomunikował i usiadł na wygodnym krześle, które znajdowało się za potężnym, drewnianym biurkiem. Mina Edmunda wskazywała na to, że nie był zadowolony z tego polecenia. Trzeba wypełnić kolejny bzdurny rozkaz generała. Kiedy ta przeklęta wojna się skończy? Kevin, który do tej pory nie dawał znaku, że znajduje się w pomieszczeniu, odezwał się z zadowoleniem:
— Może cię zaproszą na grillowanie. — Jak zwykle chciał dokuczyć Żmijce. Jego stosunki z nim były dość napięte. Wtem generałowi zaświtał wspaniały pomysł.
— O Szyja... Weź kapitana Kochanie. Niech sobie chłopak odetchnie świeżym powietrzem.
Tak, kapitan Kevin Kochanie na pewno będzie mu za to wdzięczny.
Biedak od tego siedzenia w tym dusznym pomieszczeniu zrobił się białego koloru , pomyślał Melchett.
Czarna Żmija uśmiechnął się pod nosem. Nie znosił kapitana Kochanie, a teraz ten tchórz będzie mu towarzyszyć w wyprawie! Kevin miał już protestować, ale głos Edmunda mu na to nie pozwolił.
— Tak jest, generale! Ja i Kochanie na pewno będziemy się dobrze bawić wśród czołgów i Niemców uzbrojonych w karabiny po uszy. — stwierdził z przekąsem, a sir Anthony jedynie uśmiechnął się, w ogóle nie słysząc wyczuwalnej kpiny w głosie Żmii.
Kapitan, a jednocześnie przyjaciel generała, z podniesioną głową wyszedł wraz ze Żmijką z gabinetu.
Niech cię trafi armatnia kula, Melchett!
*
(Noc. Ziemia niczyja)
Edmund szedł lekko przygarbiony. Do jego uszu dochodziły śpiewy zapijaczonych Niemców. Schowawszy się za górą piasku, obserwował, co też wróg wyczynia.
— Oni chyba rzeczywiście zorganizowali ognisko z kiełbachą — powiedział szeptem zmieszany, widząc, jak żołnierze wroga Anglii trzymają w rękach kije z nabitą kiełbasą i chlebem. Obejrzał się do tyłu by sprawdzić czy być może bomba nie porozrzucała po terenie kawałków ciała Kevina, a on był na tyle głuchy, by nie usłyszeć eksplozji. Niestety. Kapitan prócz tego, że był blady jak duch i trząsł się niczym osika na wietrze, to wyglądał na całego i zdrowego.
Boże, jak zwykle robisz mi na złość, pomyślał Edmund i odwrócił się do biesiadujących Niemców.
Może by się tak zakraść i ukraść tę soczystą kiełbaskę? Czarna Żmija i cała jego brygada od trzeciego miesiąca wojny byli na szczurzej diecie, a szczur to nie zadłużenie w banku, kiedyś musi się skończyć. Zresztą ten cholerny Baldrick nigdy nie potrafił ich porządnie przyrządzić. Świadczyć mógł o tym pewien fakt, że kiedyś on - Czarna Żmija, znalazł w swojej misce odciętą od reszty ciała, ale jeszcze ruchliwą głowę owego nieszczęsnego zwierzęcia, które nie dość, że puściło mu oczko, to jeszcze ruszało wesoło wąsikami. Samo to wspomnienie budziło w nim zniesmaczenie. Najgorszym momentem wtedy było, gdy musiał wziąć tego paskudnego gryzonia do ust. Za pierwszym razem spanikował i ledwo zdołał się opanować przed odruchem wymiotnym. Za drugim razem sytuacja była dość podobna, ale żołądek już się tak nie buntował, gdyż nie miał czym wszczynać protestu. Był wtedy na głodzie trzeci dzień. Natomiast za trzecim razem musiał koniecznie się przymusić. Patrząc śmierci prosto w oczy, trzymał jedyną nadzieję przeżycia — gryzonia. Żeby to życie zależało od jakiegoś zwierzaka zamieszkującego w kanalizacji! Toż to śmieszne, ale w tamtym momencie nie było mu do śmiechu. O nie.
Do końca życia nie zapomni tego przeklętego dnia. Na początku, ze wstrętem wypisanym na ziemistej twarzy, patrzył jak Baldrick ze smakiem jadł szczura tak, jakby to było najwspanialsze danie, jakie w życiu skosztował. Naprawdę to mogło być pierwsze smakowite danie tego sługusa. Edmund zamknął oczy i użył całej siły wyobraźni by zobaczyć, że zamiast szczura na talerzu ma złocistego, pachnącego kurczaka. Wziął gryzonia do ręki.
Kurczak w miniaturowej wersji, pomyślał. Powoli przyłożył go sobie do ust. Nieśmiało rozchylił wysuszone wargi. Wziął głęboki oddech i szybkim ruchem włożył zwierzątko do środka. Na początku krztusił się, gdyż kłębki mokrego włosia utkwiły mu w gardle. Kilka kaszlów później myślał, że zaraz płuco wypluje na talerz. Udało się jakoś przełknąć te kłaki. Potem zębami rozbierał na czynniki pierwsze mięso. To była jakaś tragedia. Wyobraźnia nie mogła mu już pomóc. Szeroko otworzył oczy, w których pojawiły się łzy. Ten szczur był ohydny. Żmija czuł, jakby gryzł jakąś starą oponę, a nie gryzonia. Toż to smaku nie miało! Postanowił nie rozdrabniać dalej ciałka, tylko od razu połknąć. Nawet nie wiedział, jak ten zwierz przeszedł przez jego przełyk. Niestety, żołądek nie był przystosowany do takiego dania, a konsekwencją tego szczurobójstwa była nocna warta z wypiętym zadem nad dziurą w podłodze, która robiła za kibelek. Za każdym razem jedzenia tego „rarytasu” było z kolejnym przełknięciem lepsze. Organizm też się już nie buntował. Najsmaczniejszy był ogon szczura. A tu nagle zobaczył kiełbaskę. Smaczną, pachnącą, ociekającą tłuszczykiem kiełbaskę nabitą na kij!
— Żmijo, spójrz. — Usłyszał, jak Kevin powiedział cicho do jego prawego ucha, przy tym wskazując ręką na coś czerwonego leżącego niedaleko tuż przy samotnie stojącym drzewie.
Swoją drogą, jak temu półłysemu drzewku udało się przetrwać na tym zbombardowanym zadupiu? — zastanawiał się Edek, póki nie spojrzał na punkt pokazywany przez jego towarzysza. Na ziemi niczyjej, tuż przy prawie że bezlistnej roślince, spokojnie leżała dojrzała, czerwona papryczka chili.
Co ona tu do cholery robi? Może to on i jego towarzysz mieli omamy? Toż to niemożliwe, by tam tak spokojnie leżała. Zdecydowanie wzrok płatał mu strasznego figla. Jemu i kapitanowi, któremu pociekła ślina na mundur Edmunda.
— Przestań się ślinić jak pies. To jakaś fatamorgana — upomniał Kevina szeptem. Na wszelki wypadek przetarł oczy. Może ona tam rzeczywiście była? Leżała tak bezbronnie na ziemi i nie miał kto jej podnieść. W głowie Czarnej Żmijki zabłysnęła pewna myśl. Nie zaszkodzi sprawdzić, czy papryczka jest prawdziwa. I mimo usilnego trzymania trzeźwości umysły zobaczył siebie jedzącego to warzywko. Starał się, jak mógł o tym nie myśleć, ale uwielbiał ostre potrawy, pikantne sosy i chili. A siedząc w tych okopach, nie mógł i nie miał jak, pozwolić sobie na taki zaszczytny rarytas. Nie namyślając się wielce, pchnąwszy kapitana Kochanie w ramię, rzucił się na bezbronnie leżącą papryczkę. Nie zdążył nawet jej powąchać, kiedy będąc już niemal u celu, ziemia pod jego stopami zaczęła lekko drżeć.
Bóg mnie nienawidzi, zdążyło mu przejść przez myśl, a chwilę później dyndał wesoło na drzewie zaplątany w siatkę. Papryczka leżała nietknięta na tym samym miejscu. Niemalże uśmiechając się diabelsko, kapitan patrzył, jak Edmund wije się na drzewie, niczym nadgorliwy małpiszon, z małym owłosieniem na rękach, siłą odciągany od samicy.
— Wykiwany przez chili — szepnął pod nosem zdenerwowany Żmija. Lina wpijała mu się w rowek, co wprawiło więźnia siatki w niemałą frustrację. Po chwili zobaczył, jak ten śliniący się bałwan z zawrotną szybkością pokonuje odstęp między piaskową górką a papryczką. Kapitan myślał o papryczce. Nie mogło być przecież dwóch pułapek. Kevin ledwo stanął przy warzywie, a ziemia znów się złowrogo zatrzęsła. Chwilę później znalazł się w wielkiej dziurze. Leżał w niej niczym kłoda, z półotwartymi oczami i z przyśpieszonym oddechem, ledwo dolatywały do niego czyjeś słowa. Dźwięk stawał się coraz mniej wyraźny. Zaczynał widzieć oślepiającą biel. Zamknął powieki.
— Akurat teraz musiał się zdrzemnąć, co za kretyn — szeptał pod nosem Edmund. Nie zwracając na nic uwagi, zaczął szarpać linę, mając nadzieję, że wiązanie jest wadliwe i dzięki tej niedoskonałości będzie mógł wyjść z tej sieci. Powoli zaczynał czuć się jak złowiona ryba. Po chwili przestał targać linę.
To i tak nic nie da, pomyślał, patrząc na znajdującą się pod nim dziurę z imbecylem w środku. Wziął głęboki wdech i ze świstem wypuścił powietrze. To wcale nie było śmieszne.
— Heil Hitler! — usłyszał niewyraźny bełkot jakiegoś nieźle podchmielonego niemieckiego idioty, który stał pod nim i machał zawzięcie łapą, jakby chciał odgonić od siebie wyjątkowo natrętną muchę. Widocznie ten szeregowiec nie odróżniał niemieckiego żołnierza od angielskiego. Cudownie.
— Heil Jurek piąty! — powiedział parodiując niemiecki akcent i spróbował zrobić ten dziwaczny gest z wyprostowaną ręką wystrzeloną do przodu, ale niestety łokieć zaplątał mu się w siatkę, co wprawiło ją w ruch.
*
(Ta sama noc. Lochy w obozie niemieckim)
Kevin powoli otworzył oczy. Czuł się tak, jakby przejechało po nim stado czołgów. Pojękując, spróbował wstać.
— Kochanie, dobrze, że już się obudziłeś. Zaczynałem pomału myśleć, że będę musiał złożyć na twoich popękanych ustach pocałunek prawdziwej miłości, który przywróci cię do życia. A ta wizja jakoś nie przyprawia mnie o niepohamowaną radość, wręcz przeciwnie... Strasznie mnie brzydzi — powiedział Edmund, widząc, jak kapitan opiera się o ścianę i dyszy, jakby właśnie przeżywał najwspanialszy orgazm w swoim nudnym życiu. Mężczyzna spojrzał półprzytomnie na siedzącego na pryczy Edka, który nie mogąc się powstrzymać, poważnym tonem dodał: — A i tak byś zaraz zdechł, bo teraz właśnie ostrzą na nas swoje karabiny, którymi podziurawią nas jak szwajcarski ser — dokończył dramatycznym tonem.
Kapitan rozejrzał się. Nie dość, że w tym lochu było cholernie wilgotno, to na dodatek, śmierdziało truposzami. W takich warunkach to nawet Budda nie odnalazłby wewnętrznego spokoju, a co dopiero on, biedny i nieszczęsny Kevin, którego nękała dodatkowo wizja namiętnego buziaka z tym głupkiem. Na samą taką myśl chciał wyrwać sobie włosy spod pachy. Jak to się w ogóle stało, że ich złapano? Ostatnie wspomnienie, jakie pamiętał to - to, że wpadł do jakiejś dziury przez tą cholerną papryczkę. Diabelskie chili! Już miał się pytać tego głąba, jak ich złapano, gdy niespodziewanie drzwi zaskrzypiały. Do środka weszli trzej rośli niemieccy szeregowcy. Jeden ze Szwabów zalotnie puścił oczko do angielskiego kapitana. Przysunął się bliżej do Kochanie i delikatnie, koniuszkiem palca przejechał mu po dłoni. Umysł Kevina przestał zadawać pytania, na które chciał poznać odpowiedź. Oczy mężczyzny niemal wylazły na zewnątrz. Głośno przełknął ślinę i odsunął rękę, chowając ją za siebie.
— Szkodo takiego szlicznotka jak wy. Ja... ja... szkodo, szkodo — zaświergotał ów zalotnik, dość mocno kalecząc język angielski. Kapitan żałośnie jęknął.
— To nie zabijajcie mnie.
Mężczyzna przeraził się wizją śmierci. Był pewny, że go rozstrzelają. Nie chciał wąchać kwiatków od spodu. W ogóle ich nie chciał wąchać. Nie znosił tego przeklętego zielska. Edmund chrząknął.
— Ekhem... a ja? — zapytał swojego towarzysza niedoli. Ten jedynie prychnął, teatralnie przewrócił oczami i pogardliwym tonem głosu wyjaśnił:
— Twoje szycie tfu... życie i tak nie jest wiele warte. Prędzej czy później i tak zbombardują twój okop i wykitujesz schowany pod stołem.
Edmund zamrugał oczami.
A to wredny fajfus z durnym lokiem na czole, dzięki któremu wygląda jak jednorożec, pomyślał.
Zalecający się do Kevina żołnierz parsknął śmiechem, który dźwiękiem przypominał odgłos, jaki wydobywał się z zarzynanej świni.
— Wy muszić. — Zacmokał ustami. Anglicy momentalnie pobledli. Serce kapitana Kochanie zaczynało coraz szybciej bić, jakby brało udział w jakimś wyścigu i za wszelką cenę chciało wygrać.
Nie! Nie! Nie! Mamo, ratuj! Kevin w myślach przywołał obraz swojej mamy, która by potężnym wałkiem do ciasta przepędziła tych przebrzydłych Niemców. Panika, jaka odmalowała się na jego twarzy, była aż nazbyt widoczna. Edmund zaś emanował spokojem. Przecież te niemieckie świnie nie będą zdolne do jego zabicia. Na kilometr można było wyczuć, że te żółtodzioby, nawet przystawiając broń do czoła swojej ofiary, spudłowałyby.
Do pomieszczenia wszedł generał niemieckiej armii. Był to przysadzisty mężczyzna z rudym wąsem i świńskimi, czarnymi oczkami. Kiwnął głową, a Czarna Żmija i jego towarzysz zostali przez Niemców przygwożdżeni do kamiennej ściany lochu w ekspresowym tempie. Stali plecami do celujących w nich facetów, z rękoma uniesionymi ku górze. Edmund zdał sobie nagle sprawę z tego, że jednak może zostać rozstrzelany. I to w takich karygodnych warunkach. Swoją śmierć wyobrażał sobie nieco inaczej.
— Na pewno jakoś się dogadamy — odezwał się wystraszony, ale gotowy do negocjacji.
— Wy chcieć ukrycz niemieczka, wielkiej moczy, czewona papri. Nie ma gadanu — powiedział jeden z szeregowców. Żmijka wstrzymał oddech, a w myślach przeklinał swoją słabość do tego cholernego chili i tego niedojdę, co nawet poprawnie nie potrafił mówić po angielsku. Kevin zaś nic nie powiedział tylko rozpłakał się, a jego zawsze wspaniale uniesiony lok, który znajdował się na czubku czoła, nagle opadł, powodując dostanie się włosia do brązowych oczu kapitana.
— Na drei strzolacz — powiedział głośno stojący przy drzwiach dowódca. Z satysfakcją patrzył na tego mazgaja przy ścianie. Skąd on się wziął na tej wojnie? Anglicy musieli naprawdę być zdesperowani.
— Ein.
Żmija pomyślał o biednym Baldricku — synu świniarza i kobiety z brodą*, o którym nikt zapewne nie będzie pamiętać. Co ten nieszczęśnik beze mnie zrobi?, pomyślał. Edmund! Nie masz o czym myśleć przed śmiercią? Tylko o tej małej parówce Baldricku? Nawet umrzeć spokojnie mi ten tuman nie daje.
— Zwei...
Kapitan Kochanie palcami próbował unieść loka, który tak niespodziewanie opadł. Chociaż chcę wyglądać godnie będąc truposzczakiem. Skutek był dosyć marny, a na dodatek ręce uniesione w górę zaczynały powoli mu drętwieć.
— I... — Pauza dla większego efektu. — Draaaawaj!
*
Edmund poczuł, że ktoś go szarpie, trzymając oburącz za ramiona. Wyrwany z letargu spojrzał na nierówno przystrzyżone wąsy znajdujące się tuż przy jego oczach. Zdezorientowany brutalnie odepchnął od siebie kapitana Kochanie.
— Chyba nie zamierzałeś złożyć na moich jakże boskich ustach pocałunku prawdziwej miłości, prawda Kochanie? — ledwo wykrztusił te słowa. Ogarnął wzrokiem okolicę, na której się znajdował.
Ziemia niczyja, pomyślał widząc dookoła tony piachu i jakieś samotne drzewo z połową liści nieopodal jego położenia. Westchnął i niemal natychmiast do jego uszu doszły wesołe śpiewy lekko zapijaczonych Niemców.
— Żmijo, spójrz! — Kevin wskazał kościstym palcem na kiełbaskę leżącą blisko drzewa. Jego towarzysz spostrzegł soczystą, lekko popękaną od pieczenia, zapewne niemiecką kiełbachę. Wstał i zatrzymał się w pół kroku. Kochanie stał obok niego i obłąkańczym wzrokiem patrzył na opuszczone jedzenie. Co tam, że leżało na brudnej ziemi. Już czuł jej wykwintny smak w swoich ustach. A ona tam tak bezbronnie leżała. Miał dosyć tych owsianych rzygowin, którymi pożywiał się on i generał. Dobrze, że nie musiał przechodzić na szczurzą dietę, jak Edmund i jego popaprańcy. Zatrzymał go mocny uścisk na ramieniu.
— Kochanie, ja bym nie szedł — rzekł Czarna Żmija przypomniawszy swój jakże żałosny koniec w śnie. Opuścił prawą rękę, którą trzymał Kevina. Na twarzy kapitana odmalował się smutek. Brązowymi oczami spojrzał na biesiadujących Niemców, którzy właśnie podawali sobie zawzięcie słoik z papryczką chili. Co za frykasy! Spuścił głowę niczym pies, który został przyłapany na brojeniu.
— Dobra, zobaczyliśmy, usłyszeliśmy i przysnęliśmy, znaczy konkretnie to ty przysnąłeś. Wracajmy. — powiedział Kevin, a Edmund kiwnął głową, na znak, że rozumie i pochyliwszy się, zaczął zmierzać do angielskich okopów. Nie chciał tu już być i ryzykować swoje, i tak marne, życie. Kochanie po raz ostatni rzucił okiem na kiełbasę i nagle coś w nim drgnęło. Niewiele myśląc, ruszył w jej stronę.
*pochodzenie Balricka zapożyczyłam z odcinka specjalnego BlackAdder — The Cavalier Year.
