Work Text:
“Musisz mi pomóc, Henryku.”
Wiosenny wiatr przyjemnie przeczesywał włosy syna kowala, smagał jego wilgotny od potu kark, przynosząc ulgę. Słońce niemal szczytowało, radosne promienie piekły jego policzki i dłonie, uświadamiając go o nadchodzącej opaleniźnie. Był to piękny dzień. Taki, podczas którego masz ochotę wylegiwać się na rozgrzanej trawie, moczyć stopy w rzece, piwo zagryzać ogórkiem i skupiać się jedynie na nicnierobieniu.
Henryk niestety nie miał takiego przywileju.
Od wczesnego świtu skupiony był na treningu miecza i tarczy; jego ofiarami powietrze, okazjonalnie kukły treningowe – lecz przez większość czasu on sam, kiedy zamachnął się za mocno i stracił równowagę, uderzył klingą tam gdzie nie trzeba albo otrzymał rykoszetem. Kiedy godzina była już odpowiednia i chłód poranku odszedł w zapomnienie, zjawił się kapitan Bernard. Co prawda Henryk poprawił posturę, zaczął używać odpowiednich mięśni, nie machał więcej na ślepo; ze wskazówkami mężczyzny trenowało mu się o wiele lepiej, lecz nie oznaczało to, że łatwiej – nim Henryk spostrzegł jego kończyny zaczęły się trząść, a oddech stał się płytszy. Bernard odesłał go na odpoczynek.
Odpoczynek, którego Henryk nie mógł się doczekać – i nigdy się nie doczekał. Kiedy tylko wstąpił na dziedziniec karczmy, ramię pojawiło się na jego barkach, przyciągając go bliżej sprawcy.
“Jak dobrze cię widzieć, kiedy akurat cię potrzebuję!”
To był Ptaszek. Ptaszek i jego brak poczucia przestrzeni osobistej, Ptaszek i jego rozśpiewany głos kiedykolwiek widział Henryka (pewnie podekscytowany myślą o kolejnych zadaniach, na jakie będzie go skazywać), Ptaszek i jego rozświetlone spojrzenie, kiedy chytre pomysły jak uprzykrzyć mężczyźnie życie tańczyły przed nim.
To nie tak, że Henryk nie lubił szlachcica. Krótkie acz intensywne przygody, jakich doznali, zacieśniły ich więzi wystarczająco mocno, aby móc zwać go pewnego rodzaju przyjacielem. Jednak w chwilach, kiedy cwany uśmiech zdobił jego lica, Henryk wiedział, że już ma dla niego jakieś plany – zwykle takie, które będą korzystne jedynie dla jednej ze stron.
“Próbuję uwieść taką piękną niewiastę. Myślałem, aby zrobić dla niej bukiet, jakiego nigdzie nie kupi, co o tym myślisz?”
Wówczas, Henryk mu przytaknął. Teraz zastanowiłby się dwa razy, dlaczego akurat na niego padło takie zwierzenie z ust Ptaszka, i dopiero wtedy ostrożnie wybrał odpowiedź.
Henryk stał tyłem do słońca, mimo to miał wrażenie, że zaraz oślepnie. Gdyby miał wybór, dawno temu by rzucił to wszystko w pizdu i rozwaliłby się nad rzeką, znad której słyszał śmiechy dziewek, krzyki mężczyzn i plusk chłodnej, orzeźwiającej wody. Ale pan każe, sługa musi, więc dzielnie trwał w powierzonym mu zadaniu.
“No, czyli pozbierasz dla mnie te kwiaty, prawda? Masz w końcu niezły gust, ostatnio świetnie się spisałeś!”
Masz na myśli wtedy, kiedy nawet nie zdołałeś zobaczyć bukietu, bo prawie cię utopiono, Panie? , miał wtedy ochotę skontrować, lecz powstrzymały go resztki zdrowego rozsądku i zaciśnięte zęby na języku. Teraz, kiedy w pocie czoła okaleczonymi palcami zbierał kolejną obdarzoną w niepojęte ilości kolców różę, żałował, że tego nie zrobił. Może wtedy panicz zmieniłby zdanie i uznał, że skoro chce chwastów, to sam sobie tych chwastów nazbiera? Nie. To akurat by się na pewno nie zmieniło.
Większość polnych kwiatów miał już przygotowanych w kupce obok. Starannie dobrane kolory miały tworzyć rześką, wiosenną kompozycję, która zmiotłaby niejedną niewiastę z nóg. Do perfekcji brakowało mu jedynie róż, które zaparcie broniły swego życia, i nie chciały dać się zerwać. Z każdym kolejnym egzemplarzem Henryk mówił sobie, że to ostatnia – jedna wystarczy… dwie wystarczą… pięć wystarczy… – ale, gdy tylko chciał odwrócić wzrok, jego oczy napotykały nową, jeszcze piękniejszą, bez której nie był w stanie widzieć tego bukietu.
“Bez ciebie nie dam rady, Henryku! Liczę na ciebie!”
Gdy Henryk skończył, od razu udał się w umówione wcześniej miejsce. Chciał prędko skończyć powierzone mu zadanie, aby czerpać z resztek dnia i odpocząć, tak prawdziwie. Ptaszek siedział na ławce obok pola turniejowego ze spuszczoną głową.
— Możesz je zatrzymać, spóźniłeś się. Już poszła za innym — wymamrotał z zawodem i irytacją w głosie.
— Przepraszam, Panie. — Niezręcznie, Henryk podrapał się wolną dłonią po policzku. — Widzisz, bo te róże…
— Nie obchodzą mnie już. Możesz sobie zrobić z nimi, co chcesz. — Parsknął. Momentalnie jednak jego oczy rozświetliły się. — Albo wiesz co? Nie. — Powstał na nogi i wyrwał bukiet z ręki giermka. — Hm, naprawdę ładne, mówiłem, że masz talent.
— Dziękuję, Panie.
Przymknąwszy oczy, Ptaszek powąchał kwiaty.
— Postawię je w pokoju – jako pomnik do mojego złamanego serca. A to dla ciebie, za fatygę. — Ptaszek wyjął z bukietu jedną, małą różę i włożył ją za ucho Henryka, drapiąc tym samym jego skroń wystającym kolcem. Wydął usta w kontemplacji. — Nie, jednak nie. — Wyjął prędko kwiat. — Ani trochę nie pasuje ci do twarzy. Hmmm… A może ten… — Tym razem wybór szlachcica padł na walerianę. — No ten to ci w ogóle zasłania pół oka. — Następnie spróbował z makiem. — Tak samo jak z różą… Czerwony to chyba nie twój kolor. — Spojrzał na kapturek Henryka. Ptaszek wyjął kwiat bez dalszych komentarzy. — O! A co powiesz na to…?
Niezapominajka. Jedna z niewielu, jakie Henryk dodał do bukietu. Twarz Ptaszka rozpromieniła się.
— Pasuje ci do oczu, Henryku. — Jan poklepał go delikatnie po policzku.
Dotyk nagły i niespodziewany wprawił Henryka w zakłopotanie. Delikatne rumieńce ozdobiły jego lica, a kiedy Janek przesunął kciukiem po szorstkiej skórze, wzdłuż szczęki kowala, kolor pogłębił się. Skoro czerwony to nie jego kolor, to może Ptaszek powinien dwa razy się zastanowić nad tym, co mówi?! , przeklął Henryk w myślach. Mężczyzna chwacko odsunął rękę, i Henryk przyłapał się na tym, że jego głowa nieznacznie podążyła za dotykiem. Tym razem przeklął w umyśle samego siebie.
— No nic. — Ptaszek zdawał się nie zauważać zakłopotania Henryka, albo zwyczajnie udawał, że nie widzi szkarłatu zdobiącego jego kości jarzmowe. — Trochę zniszczyłem ten piękny bukiet głupimi harcami, ale przynajmniej teraz wiemy, że niebieski to twój kolor… — marudził, kręcąc sponiewieranym zbiorem kwiatów.
Henryk nawet nie wiedział, co odpowiedzieć. Podziękować? Przeprosić? Zaproponować nową wiązankę? Nie miał pojęcia, co wypadało rzec, więc zwyczajnie przytaknął.
— Udam się do mojej komnaty, aby go odłożyć. Co? Myślałeś, że żartuję z tym, że go zatrzymam? — Prychnął, widząc skonsternowaną minę Henryka. — Powinieneś już wiedzieć, że szlachcic nigdy nie rzuca słów na wiatr.
— Dobrze, Panie — odparł, kiwając.
— Z tego wszystkiego chyba pójdę wieczorem do łaźni… Przez stres moje barki strasznie się spięły, i jakoś cały taki obolały jestem. Chyba tylko zwinne dłonie Klary są w stanie to naprawić — zachichotał. Jego uśmiech prędko jednak zrzedł. — Tobie również przydałaby się kąpiel, Henryku. Dzisiaj, około dwudziestej, na przykład.
— Mam rozumieć to za zaproszenie? — spytał wiecznie-skonfundowany kowal.
— Może tak? Może nie? — Wzruszył ramionami, jednak jego sarkastyczne spojrzenie mówiło samo przez się. — Ale wiedz, że jeśli przyjdziesz bez kwiatka ode mnie, to nie mam zamiaru za ciebie płacić! Musisz go teraz nosić, dopóki nie zwiędnie!
— Dobrze, Panie! — odpowiedział.
Ptaszek pomachał mu na pożegnanie i prędko zniknął za murami.
Henryk stał tak, na środku placu, sam. Jego wzrok wciąż lgnął do miejsca, w którym przed chwilą jeszcze stał jego Pan. Palce Jana musiały być czymś zatrute, skażone jakąś niecną miksturą, bo policzek Henryka piekł go teraz niewytłumaczalnie. Henryk zbliżył do niego własną dłoń, pogładził się w ten sam sposób, w jaki został przed chwilą głaskany. Brak reakcji. Wraz z mocniejszym potarciem palców pieczenie ustąpiło.
To musiała być jakaś trucizna. Do tego słowa, jakich Ptaszek używał, wcale nie pomagały. Brzmiały tak samo, jak wypowiedzi jego matki, kiedy poprawiała mu włosy przed potańcówką, albo ojciec, gdy chwalił go za dobrze wykonany miecz. Nie do podważenia było również podobieństwo do deklaracji Blanki, kiedy wymieniali między sobą niewinne czułostki, gdy skryci byli przed spojrzeniami tłumu, ale tę myśl Henryk prędko zepchnął na dalszy plan. Rumieńce były spowodowane jedynie zawstydzeniem od niespodziewanego, przesadnego komplementu i niczym więcej .
Henryk sprawdził czy kwiatek faktycznie został wsadzony za jego ucho. Tak. Był tam, fizycznie, niczym miecz w jego futerale i sakwa przy pasie – niezapominajka siedziała stabilnie za jego uchem. Henryk westchnął. Do wieczoru jeszcze kilka godzin, był zbyt zmęczony na kolejny trening, a wizja wylegiwania się zdawała się zwiastować okropne skutki dla jego chłonnego dziwnych pomysłów umysłu.
Na szczęście karczma była blisko. Henryk potrzebował teraz piwa. Piwa i gry w kości. Może przeciwnicy nie będą brać go na poważnie z uroczym kwiatkiem przy skroni.
