Actions

Work Header

W Mondstadcie bez zmian

Summary:

Kaeya Alberich siedział przy stole na swoim zwyczajowym miejscu, gawędząc wesoło z Adelinde. Wyglądał na zmęczonego, jego jedno widoczne oko było lekko zaczerwienione, z cieniami sugerującymi zbyt krótki sen. Poza tym, wyglądał perfekcyjnie, uśmiechał się szeroko i tylko ledwo zauważalnie spowolniona mowa sugerowała, że coś było z nim nie tak. Czyżby nie spał w ogóle tej nocy? Diluc wolał o tym nie myśleć.

W ogóle wolał nie myśleć o Kaeyi, szczególnie siedzącym przy stole w jadalni jakby ostatnie cztery lata nigdy się nie wydarzyły, jakby ojciec miał zaraz zejść na obiad, jakby–

 

Czyli: Diluc powraca do Mondo po kilku latach i zauważa, że przez ten czas nic się nie zmieniło.

Notes:

W końcu wrzucam moją część zinka, którego sobie zrobiłyśmy z Xantippe, bo czemu by nie! Z miłości do pisania i do naszych comfort chłopców <3 Jeśli kiedyś wpadnie Wam w łapki "W każdym naszym wcieleniu" autorstwa Minke i Caerme, bierzcie i czytajcie, oto dzieło rąk naszych, które na ręce Wasze składamy :D

Work Text:

Dochodziła północ, gdy Kaeya przebudził się z lekkiej drzemki, w którą zapadł siedząc nad książką w opustoszałej bibliotece. Przez moment nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, chwilę zajęło mu umieszczenie się w czasie i przestrzeni, lecz gdy oszołomienie minęło, westchnął ciężko i poprawił się na krześle. Może to był dobry znak, aby wrócić do domu?

Kaeya nie czuł jednak potrzeby, by porzucić ciszę i półmrok biblioteki. Tu, wśród książek, które tak kochał, znajomych zapachów i blisko centrum akcji, gdyby coś się stało podczas nocnego patrolu, młody kapitan czuł się o wiele lepiej niż w swoich pustych czterech ścianach. Myśl o powrocie do ciemnego, chłodnego mieszkania i zakopaniu się w poduszkach nie była pocieszająca. I tak by nie zasnął. To była jedna z tych nocy, gdy mózg nie dawał mu spokoju, a natrętne myśli i tęsknota tworzyły kakofonię, która wypełniała jego głowę nieustannym szumem. Na domiar złego padało. Nie uśmiechało mu się biec do domu w strugach deszczu. Może po prostu powinien zwinąć się na kanapie i przeczekać? To brzmiało jak dobry pomysł.

Kaeya ziewnął, wziął książkę pod pachę i skierował się ku stojącej pod oknem kanapie. Nie chciał grzebać Lisie po szafkach w poszukiwaniu koca, jakoś da radę. Przynajmniej nie było bardzo zimno.

Choć jeszcze przed chwilą myślał, że nie da rady tej nocy zasnąć, w momencie, gdy zsunął buty i ułożył się wygodnie na kanapie, Kaeya poczuł przypływ zmęczenia. Ziewnął znowu, dwa razy, umościł się wygodnie na poduszce. Nie było to najprzyjemniejsze miejsce do spania, ale może dałby radę kontynuować swoją drzemkę sprzed chwili? Deszcz zacinający o szyby był dziwnie kojący, nawet pomimo tego, że niósł ze sobą szepty i wspomnienia, które młody kapitan najchętniej by pogrzebał wśród śniegów Dragonspine, ku wiecznemu zapomnieniu.

Zło zawsze przytrafiało mu się, gdy padało. Tamtej nocy, gdy ojciec porzucił go w okolicy winnicy, także zacinał deszcz. Grube krople przebijały się przez cienki kubraczek i moczyły włosy, lecz dzięki temu nie było widać jego łez. 

Lata później, w noc, gdy zmarł Crepus, a Diluc poznał prawdę, cienka warstwa deszczu zastygła w lodową skorupę na ich mieczach, a bogowie zachichotali na swoich tronach i zesłali mu swoją mroźną Wizję. Czy było warto? Nie, absolutnie. Kaeya nigdy świadomie nie wymieniłby swojego ukochanego przyjaciela nawet na największe skarby tego świata.

Nic dziwnego, że Kaeya nie lubił deszczu. Bezpieczniej było zostać w bibliotece i przeczekać do rana, kto wie, co czaiło się w skąpanym w deszczu mroku?

Nie przeczytał nawet jednego paragrafu, gdy jego oczy zamknęły się ponownie. Sen przyszedł szybko, niepostrzeżenie, unosząc Kaeyę w bezsenną nicość.

***

Mondstadt było takie samo, jak dawniej, nic nie zmieniło się przez lata, które Diluc spędził wśród śniegów Północy. Skąpane w strugach deszczu i ciemności, z okazjonalną plamą światła odbijającą się w mokrym bruku, miasto nawet w środku nocy zdawało się żyć i oddychać wolnością. Mimo niesprzyjającej aury, na ulicach wciąż można było dostrzec zataczających się rycerzy i mieszczan, wracających z tawerny. Młody panicz westchnął ciężko i mocniej otulił się płaszczem.

Mógł poczekać do rana i zakraść się przed pierwszą zmianą warty, ale wolał nie ryzykować. Jeśli nic się nie zmieniło, a wszystko na to wskazywało, nocna straż była właśnie pogrążona w błogiej drzemce, pozostawiając siedzibę rycerstwa bez obrony. Diluc sam przysypiał podczas takich wart, ukołysany do snu cichym szemraniem deszczu. Minęły lata od czasu, gdy jako szczeniak pilnował wejścia do budynku, dziś na pewno by wytrzymał, ale był niemal pewien, że młode pokolenia kultywowały tę tradycję bez żadnych zmian. W końcu… kto i dlaczego miałby chcieć zakraść się do siedziby Rycerzy Favoniusa w środku nocy, gdy deszcz zacinał jak wściekły, a deszczówka spływała rwącą rzeką przez samo centrum miasta?

Tym kimś był Diluc Ragnvindr, który ledwo dwa dni wcześniej powrócił ze Snezhnayi.

Tak jak Mondstadt nie zmieniło się ani trochę, tak samo niezmienne pozostały zwyczaje młodych wartowników. Diluka nie zdziwiły przygarbione sylwetki rycerzy, pochrapujących cicho pod daszkiem. Nie miał żadnego problemu, aby wyminąć ich i wejść do ciemnego holu, pozostawiając po sobie sążniste kałuże. Nie marnował czasu, od razu skierował się w stronę gabinetu Jean, gdzie planował zostawić napisany wcześniej list z wyjaśnieniami swojego nagłego powrotu oraz planem działania, który miał zamiar wcielić w życie od zaraz. Może powinien dopisać kilka zdań o nieudolności rycerzy… choć podejrzewał, że sama obecność listu na biurku zastępczyni mistrza Varki będzie wystarczająca.

Plan udał się bez problemu. Tu też nie napotkał na żadne problemy, Jean jak zawsze zostawiła drzwi otwarte, aby nocna zmiana mogła wejść w dowolnej chwili i zostawić jej na biurku nowe dokumenty do przejrzenia z samego rana. Diluc położył swój list na stercie papierów i przycisnął go kałamarzem, aby mieć pewność, że Jean zwróci na niego uwagę, a potem, jak gdyby nigdy nic, wyszedł z gabinetu, zostawiając go w stanie prawie nienaruszonym. Prawie, ale był niemal pewien, że mokre ślady na dywanie wyschną do rana. Misja zakończona sukcesem, teraz musiał tylko zakraść się do tawerny, wejść drzwiami od zaplecza i zająć jeden z wolnych pokoi. Nie było sensu jechać do domu w deszczu, już dość przemókł tej nocy. Wykradnie się rano, przed świtem.

Gdy zamknął za sobą drzwi i kierował się do wyjścia, coś przykuło jego uwagę: ciepłe światło lamp wydobywało się spod drzwi do biblioteki. Serce Diluka zabiło szybciej, gdy adrenalina uderzyła z pełną mocą. Nie mógł pozwolić, aby ktoś go zobaczył. Jeśli była to Lisa, pół biedy, lecz jeśli tajemnicza osoba w bibliotece okazałaby się kimś innym… Jego przykrywka byłaby spalona zanim w ogóle rozpoczął swoją przygodę jako nowy obrońca Mondstadt.

Diluc szybkim krokiem skierował się ku drzwiom wyjściowym, ale w momencie, gdy jego dłoń spoczęła na klamce, usłyszał głosy z drugiej strony; rycerze na warcie musieli się obudzić. Przeklął w duchu. W tym momencie był w potrzasku. Mógł wrócić do gabinetu Jean i tam spróbować przeczekać do rana, było to jednak ryzykowne. W każdej chwili ktoś mógł tam wejść, a samo pomieszczenie nie nadawało się na kryjówkę. Mógłby spróbować wyjść przez okno, ale nie chciał ryzykować, że wilgotne powietrze z dworu zniszczy dokumenty i książki, które wypełniały gabinet. Może i planował zostać wyjętym spod prawa strażnikiem miasta, ale nie zamierzał niszczyć cudzej własności.

Drugą opcją była biblioteka. Diluc znał tajne przejście ukryte za jednym z regałów, mógłby zakraść się tam i niepostrzeżenie wymknąć, o ile oczywiście nie wpadłby wcześniej na nikogo. Może Lisa jednak została po godzinach, aby uporządkować papiery albo nową dostawę książek..? Mało prawdopodobne, ale ryzyko było znacznie mniejsze, niż gdyby miał zostać w korytarzu.

Rozważanie opcji zajęło Dilukowi mniej niż minutę. Gdy po chwili drzwi otworzyły się i ziewający rycerz wszedł do holu, po młodym dziedzicu nie było już śladu, a drzwi do biblioteki wydawały się nienaruszone. Po paru sekundach kroki ucichły, a Diluc wypuścił powoli wstrzymywane powietrze. Był bezpieczny. A przynajmniej tak mu się zdawało.

Pomimo kilku lamp palących się w bibliotece, pomieszczenie zdawało się opuszczone. Nikt nie krzątał się między regałami, choć na jednym ze stolików leżał porzucony stos książek. W głównej sali panowała wręcz niepokojąca cisza, zmącona jedynie odgłosem deszczu zacinającego o parapet. Diluc ostrożnie, powoli stawiając stopy, ruszył w głąb biblioteki, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożenia. Nie uszedł jednak daleko. Gdy tylko wyminął stoły stojące przy wejściu, jego oczom ukazał się widok, którego nigdy nie spodziewałby się zastać o północy w rycerskiej bibliotece.

Serce zabiło mu mocniej na widok mężczyzny śpiącego na malutkiej kanapie, stojącej pod oknem. Ciemna skóra, granatowe włosy z charakterystycznym jasnym pasemkiem, równie charakterystyczna opaska na oko… Nie było wątpliwości, że śpiącym mężczyzną był Kaeya Alberich, lecz Diluc zupełnie nie spodziewał się tego, jak jego były przyjaciel wydoroślał przez ostatnie lata.

Kaeya, którego pamiętał, był niewysokim, przeraźliwie chudym nastolatkiem o wielkich oczach i łagodnym uśmiechu. Skryty, nieśmiały, siedemnastoletni Kaeya w niczym nie przypominał dwudziestodwuletniego Kaeyi.

Niedorzeczny kubrak z futerkiem to jedno, koszula rozchełstana na piersi to drugie. Dwudziestodwuletni Kaeya nie tylko ubierał się znacznie odważniej, ale również wyglądał jak przystojny, pewny siebie młodzieniec, a nie nastolatek o zbyt długich członkach, do których musiał dopiero dorosnąć. Długie, zgrabne nogi wciśnięte w absurdalnie wręcz obcisłe spodnie w niczym nie przypominały źrebięcych nóżek młodego Albericha. Jego rysy twarzy wyostrzyły się, nadając mu niemal drapieżny wygląd nawet pomimo głębokiego snu. Wizja srebrzyla się u jego pasa, a dłonie, skryte w rękawiczkach bez palców, delikatnie trzymały stary zbiór baśni, o którego istnieniu Diluc już dawno zdążył zapomnieć, lecz który Adelinde czytała im do snu, gdy byli dziećmi. Zapatrzony w śpiącego mężczyznę, Diluc na moment zapomniał, jak się oddycha. Gdzie się podział jego łagodny, spokojny Kaeya? Kim był ten młodzieniec, którego nie powinno tu być o tej porze?

Coś ścisnęło go w piersi, jakieś uczucie, którego nie potrafił nazwać. Gdzie był siedemnastoletni Kaeya? Tam, gdzie osiemnastoletni Diluc – zostawiony w przeszłości, do której nie było już powrotu. Mężczyzna, śpiący na kanapie w Mondstadzkiej bibliotece nie był tym samym, którego Diluc pamiętał… i którego niegdyś kochał. Przepaść, która otworzyła się między nimi tamtego pamiętnego wieczora cztery lata temu nie zarosła, wręcz przeciwnie. Obaj zmienili się nie do poznania, obaj byli zupełnie innymi ludźmi niż wówczas.

Czując ucisk w sercu, ale i dziwną lekkość w duszy, Diluc ostrożnie wyjął opasłe tomiszcze z bezładnych palców Albericha i odłożył je na pobliski stół. Przez moment zapatrzył się w śpiącego mężczyznę, a gdy za oknem rozległ się grzmot, Diluc zadygotał; jego płaszcz wciąż był przemoczony. Westchnął ciężko i skierował się na tyły biblioteki, gdzie Lisa zazwyczaj trzymała swoje prywatne rzeczy, które czasem przydawały jej się podczas pracy… lub pracowej drzemki. Nic nie zmieniło się przez te kilka lat, puszysty, ciepły koc wciąż leżał w skrytce za niepozorną półką z książkami o ogrodnictwie. Diluc wyciągnął go i wrócił do kanapy. Starał się być ostrożny i okryć Kaeyę w taki sposób, aby go nie dotknąć. Koc był za krótki i długie, zgrabne nogi Albericha pozostały odkryte, ale to nie było tak ważne. Nie zmarznie. Szkoda by było, aby przystojny kapitan kawalerii nabawił się przeziębienia tuż przed Windblume.

Diluc wycofywał się właśnie w kierunku drzwi, za którymi odgłosy kroków już dawno ucichły, gdy usłyszał ciche, boleśnie znajome westchnienie dobiegające spod okna. Nie śmiał się odwrócić. Nie śmiał spojrzeć na budzącego się Kaeyę, widok tak znajomy jak jego własna twarz. Kilka mlaśnięć, trzepot długich rzęs… Kaeya budził się szybko, a to oznaczało, że Diluc musiał zniknąć natychmiast. Przyspieszył kroku, nie odwracając się za siebie. Gdy jego dłoń spoczęła na klamce, usłyszał ciche, niemal nabożne westchnienie pełne ulgi.

– Diluc..? 

Cholera, cholera!!!

Diluc nie czekał, aż Kaeya w pełni się rozbudzi. Nie zważając na potencjalnych strażników na korytarzu, wyprysnął przez biblioteczne drzwi i popędził w kierunku wyjścia. Nie było czasu na rozglądanie się na boki i ostrożność, teraz to już i tak nie miało znaczenia… Przeklinając swoje sentymentalne serce, Diluc wybiegł prosto w ścianę deszczu i popędził przed siebie, poganiany krzykami wybudzonych z kolejnej drzemki rycerzy. Trzeba było zostawić Kaeyę w spokoju. Nie wtrącać się, nie przejmować, nie–

Nie tęsknić.

Biegnąc wśród strug deszczu, Diluc pomyślał, że to nie w porządku. Nie było go cztery lata, wyjechał wściekły i z poczuciem zdrady, przez tyle czasu pielęgnował je w sobie, licząc na to, że gdy wróci, będzie w stanie stawić czoła Kaeyi bez emocji, wpływających na jego osąd, bez tęsknoty. A jednak.

Sentymentalny głupek. Diluc zaklął pod nosem, przeklinając siebie i swoje wciąż zbyt porywcze serce.

Nie było trudno zgubić młodzików w za dużych zbrojach, w końcu było ciemno, mokro, a oni dopiero co wyrwani z radosnej drzemki. Nim dobiegł do sklepiku alchemicznego, Diluc zdążył pozbyć się ogona i do gospody dotarł już spokojnym choć raźnym krokiem. Wciąż jednak nie potrafił przegonić sprzed oczu obrazu śpiącego młodzieńca, jego dojrzałych, ostrych rysów i pewnej melancholii, która kryła się w kącikach jego ust.

Gdy zdejmował przemoczony płaszcz, by rozwiesić go do wyschnięcia przy kominku, Diluc pomyślał, że teraz nie uniknie już konfrontacji. Kaeya na pewno będzie chciał porozmawiać. Nie było najmniejszych szans na to, że uzna go za majak senny, na pewno nie po alarmie, który już wszczęli młodzi rycerze.

Cóż. To było nieuniknione. Jednak ku swojemu zdziwieniu, gdy chwilę później gasił lampę i układał się do krótkiego snu, Diluc czuł spokój. Być może była to jedynie iluzja spowodowana zmęczeniem… a może faktycznie był gotów, by stawić czoła przeszłości.

Trzaskające w kominku drwa skutecznie ukołysały młodego dziedzica do snu, wypełnionego zapachem świeżo zebranych winogron i słodkim smakiem młodzieńczych pocałunków.

***

Kaeya nawet nie zauważył, gdy zasnął, ukołysany do snu bębnieniem deszczu o szybę. Był zmęczony, to fakt, w końcu był na nogach od szóstej rano, gdy zaczął swoją zmianę od obchodu z nowymi rekrutami i porannego treningu. Gdy jednak zobaczył charakterystyczny, czerwono-czarny płaszcz, znikający za drzwiami, rozbudził się w mgnieniu oka.

– Diluc, czekaj!

Mężczyzna ani myślał czekać. Nim Kaeya wybiegł z biblioteki i niemal wpadł na pełniących wartę strażników, czerwony płaszcz znikał właśnie na pobliskich schodach, niemal niewidoczny w strugach deszczu. Kaeya zaklął pod nosem i popędził alternatywną drogą: po dachach. Planował odciąć uciekającemu drogę, może nawet zatrzymać go i porozmawiać, ale nie zdążył. Gdy był już na ulicy i pędził w stronę Angel’s Share, Diluc, bo mógł to być tylko on, znikał właśnie na zapleczu tawerny, a gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, rozległ się charakterystyczny dźwięk pospiesznego ryglowania. Kaeya został sam, w strugach deszczu, zupełnie tak jak cztery lata wcześniej.

Tylko tym razem nie miał siedemnastu lat i nie był nieśmiałym, zahukanym nastolatkiem z szalejącymi wyrzutami sumienia i pewnością siebie pomarszczonego ziemniaka. Był kapitanem kawalerii Mondstadt, a ktoś właśnie włamał się do siedziby Rycerstwa. Kaeya wiedział, że pukanie do drzwi tawerny nie ma sensu, Diluc nie otworzy. Pozostawało złapać go albo rano, albo następnego popołudnia, gdy wróci do winnicy i nie będzie się niczego spodziewał.

Przeklinając zimny, wiosenny deszcz i swoje bardziej niż prawdopodobne przeziębienie, Kaeya wrócił do siedziby dumny i wyprostowany. Pokręcił głową na pytania wartowników, otrzepał się z wody i ruszył do gabinetu Jean, by zostawić jej notatkę o tym niespodziewanym spotkaniu i swoich planach na następny dzień. Jednak, gdy dotarł do jej biurka i zerknął na stos dokumentów oczekujących jej uwagi, jego wzrok natychmiast przykuł niepozorny, zalakowany list na samej górze najbliższej kupki. Jego serce zabiło mocniej, gdy w ciemności dostrzegł zarys do bólu znajomej pieczęci, którą pamiętał jeszcze z czasów młodzieńczych.

Sowa wśród gwiazd. Pieczęć Diluka.

– Ty spryciarzu… Zostawiłeś wiadomość Jean, a mnie postanowiłeś zignorować? Zobaczymy, kto będzie górą – mruknął do siebie. Nie zważając na wilgotne, paskudnie lepiące się do ciała ubrania, szybko nagryzmolił krótką wiadomość i wetknął ją za klapkę koperty, aby Jean miała wszystko w jednym miejscu. Powinno wystarczyć. A teraz czas na odpoczynek.

Kaeya wiedział, że tej nocy nie będzie dobrze spał, zbyt przejęty powrotem… przyjaciela? Wroga? Po prostu Diluka. Tak, nie było co wyrokować zanim nie porozmawiają. Może Diluc nie żywił już urazy, może… może mu wybaczył?

Młody kapitan westchnął ciężko, gdy wszedł do biblioteki zgasić lampy. Jednak gdy tylko zrobił kilka kroków w stronę kanapy, na której dopiero co drzemał, zatrzymał się gwałtownie, a jego wzrok przykuł pluszowy, jasnofioletowy koc, do połowy zwisający na podłogę. Gdy kładł się wcześniej tego wieczora, na pewno nie przykrywał się kocem. Skąd–

Och.

Wdzięczność ścisnęła serce Kaeyi, gdy podszedł do porzuconego koca i podniósł go, by złożyć i schować do skrytki Lisy. Była tylko jedna osoba, która mogła owinąć go kocem, jedna osoba, która wiedziała o przesuwanej półce, która była w bibliotece, i która uciekła, gdy tylko usłyszała, że Kaeya się budzi.

Gdy wkładał koc z powrotem do skrytki za ogrodniczą półką, Kaeya uśmiechał się do siebie prawdopodobnie po raz pierwszy od lat. Nim zamknął drzwiczki, jeszcze raz przejechał dłonią po miękkim materiale.

– Dziękuję… przyjacielu – mruknął do siebie i skierował kroki do swoich kwater. Może jednak da radę zasnąć, ukołysany do snu nadzieją.

***

Diluc obudził się jeszcze przed świtem po zaledwie czterech godzinach snu. Nie miał czasu na długą pobudkę i wylegiwanie się; zmiana warty zaczynała się o szóstej, do tego czasu miał możliwość dyskretnego wymknięcia się z miasta pod nieuwagę strażników, zbyt zmęczonych po całonocnych patrolach i wypatrywaniu niebezpieczeństwa. Musiał dotrzeć do Springvale, tam poprzedniego wieczora zostawił Fritza wraz z dwoma końmi, aby przeczekali do jego powrotu. Było to prawie w połowie drogi do domu, ale nie takie odległości przebywał przez ostatnich kilka lat. Musiał jedynie dobrze zaplanować całą operację i opuścić miasto jak najwcześniej.

Gdy przemykał po wciąż mokrych od deszczu dachach, Diluc pomyślał, że absolutnie nic nie zmieniło się przez ostatnie lata. Trasy patroli były takie same, warty w tych samych godzinach rycerze tak samo nieodpowiedzialni. Jedynie Jean coś robiła, sterta dokumentów na jej biurku mówiła sama za siebie. Zawsze była pracowita, momentami aż do przesady. Tęsknił za nią, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, spotkają się już wkrótce.

Pozostawała jeszcze kwestia Kaeyi… Nie było najmniejszych szans, aby go zmylić, zawsze był uważny i widział więcej, niż mogłoby się zdawać. Diluc był pewien, że z samego rana odbędą naradę wojenną z Jean i będą radzić w sprawie tajemniczego powrotu dziedzica marnotrawnego. Diluc był na to gotowy. Nie wrócił ze Snezhnayi z pustymi rękoma, przyniósł nie tylko informacje, ale i dowody swoich podbojów: zarekwirowane i gotowe do zniszczenia Deluzje. Chciał współpracować, nawet pomimo swojej nienawiści do organizacji, która zamiotla sprawę śmierci jego ojca pod dywan. Bezpieczeństwo Mondstadt było najważniejsze, a dla osiągnięcia tego celu był w stanie nawet sprzymierzyć się z Rycerzami. Przynajmniej do pewnego stopnia.

To jednak był problem dla przyszłego Diluka. Tamtego ranka, gdy słońce jeszcze nie wychyliło się ponad horyzont i miasto skryte było w porannej mgle, Diluc wykorzystał moment, gdy strażnicy przy bramie przysypiali na stojąco i tuż przed zmianą warty wymknął się dyskretnie z miasta, pędząc ku Springvale. Dotarł tam, gdy słońce było już wysoko, znalazł Fritza odsypiającego wieczór spędzony nad kilkoma butelkami wina, i razem popędzili do winnicy, choć Fritz zdecydowanie zostawał w tyle. Przynajmniej nie spadł z siodła… Nic się nie zmieniło przez te cztery lata, nawet skłonności do alkoholu niektórych pracowników.

Na szczęście droga minęła szybko i bez większych problemów, choć gościńce nieco rozmokły po zeszłonocnym deszczu. Gdy Diluc dotarł na teren winnicy, wszystko zdawało się w porządku: praca wrzała, pracownicy pozdrawiali go radośnie, a z drugiej strony domu dochodziły śpiewy. Nastrój był pogodny, co bardzo go ucieszyło. Brakowało mu tego harmideru pośród mroźnych lasów i gór Snezhnayi.

Diluc zostawił konia w stajni i skierował się do domu. Był bardzo głodny, Angel’s Share nie oferowało zbyt wielu opcji posiłkowych, więc jedynie złapał coś na szybko nim wyruszył w drogę. Miał nadzieję, że kuchnia nie zawiedzie. Wszedł do domu w dobrym nastroju i z miejsca zauważył Adelinde, kręcącą się przy stole w jadalni. Już miał ją zawołać, gdy stanął jak wryty na widok człowieka, którego właśnie obsługiwała i którego nigdy nie spodziewał się tu spotkać.

Kaeya Alberich siedział przy stole na swoim zwyczajowym miejscu, gawędząc wesoło z Adelinde. Wyglądał na zmęczonego, jego jedno widoczne oko było lekko zaczerwienione, z cieniami sugerującymi zbyt krótki sen. Poza tym, wyglądał perfekcyjnie, uśmiechał się szeroko i tylko ledwo zauważalnie spowolniona mowa sugerowała, że coś było z nim nie tak. Czyżby nie spał w ogóle tej nocy? Diluc wolał o tym nie myśleć.

W ogóle wolał nie myśleć o Kaeyi, szczególnie siedzącym przy stole w jadalni jakby ostatnie cztery lata nigdy się nie wydarzyły, jakby ojciec miał zaraz zejść na obiad, jakby–

– Och, dzień dobry, paniczu Ragnvindr! – wesoły okrzyk wyrwał Diluka z rozmyślań i skierował jego wzrok na nieproszonego gościa, teraz patrzącego na niego znad splecionych dłoni, z okiem błyszczącym niepokojąco w jego ciemnej twarzy. – Jak dobrze, że już jesteś, właśnie dyskutowaliśmy z Adelinde czy czekać na ciebie z obiadem. Chodź, siadaj, mamy dużo do omówienia.

W Diluku nagle się zagotowało, fala złości niemal zapaliła rękawiczki na jego zaciśniętych w pięści dłoniach. Bezczelny..! Przychodzi jak do siebie, nie czeka na zaproszenie, rządzi się zupełnie jakby wciąż tu mieszkał…

– To mój dom, Alberich – odpowiedział Diluc, mrużąc niebezpiecznie oczy. – Nie potrzebuję zaproszenia, aby czuć się jak u siebie. W odróżnieniu od niektórych.

Kaeya zastygł na moment z otwartymi ustami, cień bólu przemknął przez jego twarz, ulotny niczym mgnienie oka. Diluc nagle poczuł się głupio ze swoją nadmiernie emocjonalną reakcją, ale zanim zdążył przeprosić, twarz Kaeyi znów się rozpromieniła. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco do pokojówki.

– To kiedyś był również mój dom – powiedział neutralnym, pozbawionym emocji głosem. – Bardzo cię przepraszam za kłopot, Adelinde. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia.

– Nic się nie stało, paniczu – odpowiedziała kobieta, uginając się w lekkim ukłonie. Zerknęła z ukosa na Diluka, posyłając mu karcące spojrzenie. – Ja również nie przypuszczałam, że panicz Ragnvindr nie okaże gościnności dawno niewidzialnemu przyjacielowi.

Och, naprawdę. Jeszcze tego brakowało, by Adelinde strofowała go za bycie niedobrym gospodarzem. Diluc wiedział doskonale, jak bardzo uwielbiała Kaeyę, jak każdy zresztą. Na pewno był częstym gościem pod jego nieobecność, zawsze witanym z honorami.

Diluc wziął kilka głębokich oddechów, by uspokoić łomoczące w piersi serce. Nie było sensu kłócić się z obydwojgiem. Nie było sensu wyrzucać Albericha, nawet jeśli nie miał najmniejszej ochoty go widzieć. Ten wybryk w nocy… Diluc dał się ponieść emocjom, pozwolił sobie na sentymenty i to go zgubiło. Trzeba było stawić czoła konsekwencjom swoich akcji, tym bardziej, że konsekwencje zdecydowały się przyjść do jego domu i siąść przy jego stole. Lepiej mieć to z głowy i… i może zobaczyć na własne oczy, jak bardzo obaj się zmienili.

– Przepraszam, Adelinde, jestem nieco rozstrojony po długiej podróży – wytłumaczył się, po czym zwrócił się do Kaeyi. – Oczywiście pan Alberich może zostać na obiad. Droga z miasta musiała być długa i męcząca.

– Oczywiście, paniczu – Adelinde dygnęła z gracją i posłała mu aprobujący uśmiech. – Za moment podamy do stołu.

Gdy chwilę później pozostali z Kaeyą sami, zapadła między nimi cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara i echem dochodzących z dworu śpiewów. Kaeya wciąż obserwował go znad długich, splecionych palców, wwiercając się wzrokiem w samą głębię Dilukowej duszy. Diluc zaś próbował nie kręcić się w miejscu pod intensywnością tego spojrzenia. Szybko podszedł do stołu i zajął swoje miejsce, naprzeciwko Kaeyi, pozostawiając krzesło u szczytu puste. Ojca nie było już tyle lat, ale Diluc wciąż nie był w stanie przejąć jego miejsca. Również tym razem pozostawił je wolne, na znak szacunku dla zmarłego.

Kaeya zdawał się zrozumieć jego intencje. Zawsze rozumiał, zawsze dogadywali się bez słów, nawet po takim czasie. Skinął głową i patrzył na Diluka w milczeniu, w niemym pojedynku na spojrzenia. Żaden z nich nie był w stanie odpuścić. Żaden nie chciał przegrać, choć Diluc musiał przyznać, że patrzenie na Kaeyę sprawiało mu niemal fizyczny ból. Był tak blisko, że Diluc był w stanie poczuć jego perfumy: chłodne nuty orchidei i bergamotki osadzone na silnej bazie z piżma. Kiedyś Kaeya nie nosił perfum. Kiedyś Kaeya nosił koszule zapięte pod szyję. Kiedyś–

– Zmieniłeś się. Aż przykro patrzeć na cień starego Diluka.

Głos Kaeyi był cichy, napięty. Diluc zadrżał, gdy włoski na karku stanęły mu dęba; kiedyś Kaeya używał tego tonu, by szeptać z nim po nocach, przyciśnięty do jego boku pod wspólną kołdrą, gdy wymykał się ze swojego łóżka, by spać razem z przyjacielem. Dziś… Dziś oznajmiał nim oczywistość. Obaj się zmienili. Pozostawało pytanie czy na dobre.

Diluc nie był w stanie na nie odpowiedzieć.

– Minęły cztery lata, zdziwiłbym się, gdybym pozostał taki sam – odpowiedział chłodno, raz jeszcze taksując Kaeyę wzrokiem. – Ty również się zmieniłeś. Nie sądziłem, że Rycerstwo upadło tak nisko, aby pozwalać kapitanom na paradowanie półnago.

– Och, proszę cię, nie mów, że ci się nie podoba – zakpił Kaeya, a jego oko błysnęło w skąpym świetle jadalni. Intymny ton zniknął, zastąpiony sztuczną nonszalancją. – Widziałem, gdzie uciekał twój wzrok. Może i brakuje mi trochę do twojej muskulatury, ale zrobiłem pewne postępy pod twoją nieobecność.

– To nie znaczy, że wypada ci pokazywać je całemu światu – Diluc odpowiedział, zakładając ręce na piersi. – Nie sądzisz, że przynosisz wstyd Rycerstwu?

– Czemu miałbym się przejmować? I czemu TY się przejmujesz? – Kaeya odparł i wzruszył ramionami. – Nikomu to nie przeszkadza, więc tobie też nie powinno. Bardziej przeszkadza mi to, że w środku nocy zakradasz się do siedziby lokalnej policji i zaglądasz w miejsca, w których nie powinno cię być, szczególnie o tej porze.

Touché. Diluc zmarszczył brwi jeszcze mocniej, przyjmując wygląd niezadowolonej z życia sowy. Jednak o to chodziło, to nie była jedynie przyjacielska wizyta. Można było się spodziewać, że Kaeya przejdzie do sedna bez owijania w bawełnę. Pod tym względem również się zmienił, lecz o tym Diluc uparcie nie chciał myśleć.

– Było otwarte, więc wszedłem. – Odpowiedział tonem neutralnym acz hardym. – Powinniście wzmocnić straże i pilnować, aby wartownicy nie zasypiali na stojąco. Każdy byłby w stanie wejść do gabinetu Jean i wykraść z jej biurka poufne dokumenty czy plany.

– Nie każdy jest na tyle bezczelny, aby próbować – Kaeya błysnął zębami w szerokim uśmiechu i lekko skłonił się przed Dilukiem. – Brawo, nawet pomimo naszych niewystarczających środków bezpieczeństwa, wciąż pozostajesz jedyną osobą, która kiedykolwiek włamała się do siedziby Rycerstwa. Powinienem cię aresztować na miejscu, ale ze względu na stare sentymenty, pozwolę ci najpierw wytłumaczyć się przed Jean.

– Moje wytłumaczenie znajduje się w liście, który jej zostawiłem – Diluc mruknął wyraźnie podirytowany odzywkami swojego towarzysza. – Aczkolwiek, jestem otwarty na rozmowę, gdy tylko znajdzie czas.

– Jaka szczodra oferta, paniczu – Kaeya zakpił lekko, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdy drzwi do kuchni otworzyły się i stół zapełnił się daniami, pieczołowicie przygotowanymi przez służbę. Adelinde dyrygowała pokojówkami, a gdy wszystkie dania znalazły się na swoim miejscu a pomieszczenie wypełniły aromaty zupy cebulowej i pieczeni, ukłoniła się przed nimi z wiedzącym uśmiechem.

– Czy życzą sobie panowie wina do obiadu? – spytała, choć zdawała się znać odpowiedź. Diluc już miał odpowiedzieć, gdy Kaeya uśmiechnął się promiennie i postukał palcem w kieliszek.

– Wiesz, że nigdy nie odmówię dobrego Caberneta – zaśmiał się i mrugnął swoim jednym okiem, choć w praktyce cała jego twarz zdawała się promienieć szelmowskim sprytem. – Nie słuchaj paniczyka, on pewnie woli wodę ognistą po latach w Snezhnayi.

– Zaskoczę cię, Alberich – Diluc założył ręce na piersi i spojrzał prosto na uśmiechającą się Adelinde. – Przynieś nam, proszę, butelkę półsłodkiego sprzed czterech lat. Ugościmy pana Albericha jak należy.

– Oczywiście, paniczu, już idę.

Adelinde zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a między Dilukiem i Kaeyą znów zapadła cisza. Diluc wciąż siedział z założonymi rękoma, wpatrując się w swojego gościa z intensywnością godną sokoła, a Kaeya… Kaeya uśmiechał się smutno, wpatrzony w złoty wzór na talerzu. 

– Heh. A jednak mnie zaskoczyłeś – powiedział po chwili ciszy, ale nie podniósł wzroku. – Naprawdę się za tobą stęskniłem, wiesz?

– Wiem. – Diluc odpowiedział krótko, gdy jego serce załomotało od dawno już zapomnianych emocji. Zdecydowanie był sentymentalnym głupkiem, wciąż uczepionym przeszłości niczym dziki zwierz wiszący nad przepaścią. Wziął głęboki wdech i zamknął oczy, aby nie patrzeć, jak Kaeya miętosi w palcach serwetkę. Nie był gotowy, by odpowiedzieć szczerze. Może nigdy nie będzie na to gotowy. Ale… – Nie chciałem, żebyś zmarzł.

– Słucham? – Kaeya odpowiedział cicho, niepewnie. Diluc nie otworzył oczu.

– Wczoraj. Gdy spałeś w bibliotece. Było zimno, nie chciałem, żebyś zmarzł i się przeziębił. Idzie Windblume, szkoda by było, abyś spędził święto zakochanych w łóżku z gorączką.

Między nimi zapadła cisza, może trochę niezręczna, może nieśmiała, a w tej ciszy Diluc poczuł się jak idiota. Po co o tym mówił… Powinien udawać, że go tam nie było, że Kaeya go nie obchodzi. Nie powinien siedzieć z nim przy stole, przyznawać mu się do czegokolwiek, nie po tym, co się wydarzyło…

Ciszę przerwał delikatny chichot, który postawił na sztorc wszystkie włoski na przedramionach młodego dziedzica. Diluc otworzył oczy tylko po to, by ujrzeć Kaeyę z twarzą w dłoniach, pochylonego nad stołem. Całym jego ciałem wstrząsał ni to śmiech, ni to szloch; dźwięk, którego jeszcze nigdy wcześniej nie słyszał. A słyszał wiele dźwięków, które wydawał Kaeya, od radosnych krzyków, gdy ganiali się między winoroślami jako dzieci, przez intymne szepty w środku nocy, gdy nie mieli dość swojego towarzystwa i wymykali się na dach, by patrzeć w gwiazdy, aż po słodkie pomruki i westchnienia, gdy byli starsi i bardziej świadomi łączącej ich więzi. Ale tego dźwięku Diluc nie słyszał, i ten fakt wybił go z równowagi.

– Bogowie, najpierw mówisz mi, że to już nie jest mój dom, potem obrażasz mój styl ubierania, mówisz mi po nazwisku… Tylko po to, by potem rzucić czymś takim? – Kaeya wychrypiał w swoje dłonie. – Wiem, że jesteś zły, też bym był. Ale minęły cztery lata. Myślałem– wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz.

– Kaeya…

– Oj, zamknij się, Ragnvindr – Kaeya przerwał mu i w końcu uniósł głowę, by spojrzeć prosto w oczy Diluka. Jego policzki były suche, chwała bogom… Ale jego wzrok wciąż sprawił, że Diluc zadrżał cały z niepokoju. To nie był Kaeya, którego znał, ten uroczy chłopak, w którym zakochał się lata temu. Z naprzeciwka patrzył na niego zraniony, cierpiący mężczyzna, którego nie znał, i którego bał się poznać.

Sytuację uratowała Adelinde, która wróciła z winem. Wystarczył jej jeden rzut oka, by zrozumieć, co się właśnie dzieje. Bez słowa zostawiła butelkę na stole i zniknęła w kuchni, a chwilę później dobiegł ich dźwięk pospiesznych kroków i podniesione głosy. Pewnie cała służba zebrała się, aby podsłuchiwać. Diluc nie mógł mieć im tego za złe, ale również… Nie chciał, aby ich moment stał się tematem rozmów całego dworku.

Decyzja była szybka i bardzo spontaniczna, ale coś powiedziało mu, że to będzie najlepsza opcja w tym momencie. Był głodny, nawet bardzo, ale ssanie w żołądku mogło poczekać. Diluc wstał gwałtownie i okrążył stół. W jedną rękę złapał butelkę, palce drugiej zamknął na nadgarstku Kaeyi. Mężczyzna spojrzał na niego ze zdziwieniem zmieszanym ze złością, ale dał się pociągnąć na nogi, a potem w górę schodów, ku wejściu na strych. Nie mówił nic, nie zadawał pytań. Jego skóra była ciepła pod palcami Diluka, oddech przyspieszony, gdy wspinali się po drabince na strych. A strychu Kaeya bez słowa wyciągnął z zakurzonego pudła stary koc, którego używali, gdy jako młodzieńcy wymykali się na dach, a potem, również w ciszy, wspiął się po drabinie na dach. Kaeya westchnął, gdy wyszli na chłodne powietrze.

– Ten widok nigdy mi nie zbrzydnie… – mruknął cicho i rozłożył koc tak jak wiele razy wcześniej. Usiadł nań, zapatrzony w rozpościerające się przed nimi winorośle. – Cokolwiek byś nie mówił, to zawsze będzie mój dom.

– Przepraszam. To było bardzo nie w porządku – Diluc wyszeptał, gdy usiadł ciężko obok Kaeyi. – Nie powinienem był tak cię potraktować.

Aby nie myśleć o cieniu bólu, który zauważył na twarzy przyjaciela, Diluc zabrał się za otwieranie butelki. Wyciągnął z kieszeni płaszcza podręczny nożyk, którym już wielokrotnie otwierał butelki, które jako nastolatkowie wykradali z piwniczki, by popijać radośnie między krzakami. Westchnął, gdy korek wyprysnął z szyjki butelki i w nos uderzył go zapach wina, znajomy do bólu i zarazem słodki jak pierwszy pocałunek. Nie pił wina od czterech lat. Nie tęsknił za tym smakiem, źle mu się kojarzył, ale tamtego popołudnia wydawał się idealnie pasować do tego spotkania.

Nie potrzebowali kieliszków. Kaeya przyjął butelkę i wziął duży łyk, nieprzystający do dobrego wina, ale widocznie tego mu było trzeba. Diluc poszedł w jego ślady, i choć wino nadal smakowało tak samo, jak zawsze, jego cierpki posmak zdawał się niemal nie do zniesienia. Przez chwilę siedzieli w ciszy, podając butelkę między sobą, zapatrzeni we wzgórza otaczające winnicę.

Dzień był chłodny, ale udo Kaeyi przyciśnięte do nogi Diluka zdawało się promieniować ciepłem.

Kaeya był pierwszym, który przerwał milczenie.

– Masz rację, to było nie w porządku – powiedział. – Przez te wszystkie lata dbałem o to, aby wszystko działało jak należy. Przyjeżdżałem tu kilka razy w tygodniu, aby spędzić czas z Adelinde, doglądać produkcji, sprawdzić dostawy. Myśleliśmy, że nigdy nie wrócisz i–

Jego głos załamał się, a moment później Kaeya zabrał butelkę z rąk Diluka i wziął kolejny łyk. Znów zapatrzył się w dal, a jego usta zaciśnięte były w cienką linię.

Diluc nie powinien czuć się w ten sposób, nie powinien mieć wyrzutów sumienia. Opuścił dom rozdzierany żalem i żałobą, chciał zemsty i zemstę dostał. Jednak dopiero po jakimś czasie, gdy trudno było już domyć ręce z krwi, a koszmary stały się nie do wytrzymania, pomyślał o domu i o tym, co został w Mondstadt. Wiedział, że winnica sobie poradzi, jego ojciec otaczał się kompetentnymi ludźmi, którzy pociągnęliby jego dzieło życia i nie pozwoliliby, aby Dawn Winery zeszło na psy. Diluc zostawił tych ludzi bez słowa, bez pożegnania, ogarnięty zemstą, która przesłoniła mu zdrowe myślenie. Zostawił Adelinde, która była dla niego jak matka. Zostawił Elzera i Connora, zaufanych współpracowników i ukochanych wujków. Zostawił Tunnera, Hartmana, Charlesa, Georga, Hillie, Moco… I Kaeyę. Najbliższego mu człowieka zaraz po ojcu.

Poczucie zdrady towarzyszyło mu przez dłuższy czas, ale gdy w końcu wyparowało, Diluc zrozumiał, że jest na świecie całkiem sam. Nie miał nikogo, wszystkich zostawił w imię porachunków z Fatui, a jedyna osoba, której ufał w pełni i której byłby w stanie zawierzyć swoje życie prawdopodobnie nienawidziła go za to, co zrobił. To miało sens. Taka była kolej rzeczy, Kaeya nie powinien chcieć mieć z nim nic wspólnego. A jednak…

– Zmieniłeś się – Kaeya powiedział po chwili i zerknął na Diluka z ukosa. Jego wzrok był nieodgadniony. – Zemsta robi to z ludźmi. Przykro się na ciebie patrzy, takiego rozdartego i milczącego. Jakbyś myślami wciąż był tam daleko, w górach.

– Może jestem – Diluc przyznał cicho i zwinnym ruchem odebrał Kaeyi butelkę. Wziął ledwie kilka łyków, ale już czuł, że wino uderza mu do głowy. Nigdy nie miał mocnej głowy. Czy miało to jednak znaczenie? Nie, chyba nie. – Dużo… Dużo się tam wydarzyło.

– Wiem – Kaeya odpowiedział miękko. Przysunął się bliżej, tak że teraz przylegał do Diluka już nie tylko udem ale i całą długością ramienia. – Widać to w twoich oczach. Przykro mi, że musiałeś tego doświadczyć.

– To było konieczne.

– Czyżby? – Pytanie Kaeyi było neutralne, choć Diluc mógł wyczuć w głosie byłego przyjaciela pewną nutkę niedowierzania. Westchnął, a gdy owionął go zapach Kaeyi, znów zamknął oczy. Tylko zapach i ciepło, i smak wina na języku. Tak jak dawniej.

– Nie wiem sam – przyznał. – Wtedy sądziłem, że było. Dzisiaj… Nie jestem już taki pewien.

– Ale wróciłeś. Przeżyłeś. Jesteś tu, choć nikt nie spodziewał się, że wrócisz – Kaeya odpowiedział i zawahał się przez moment. Gdy kontynuował, jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu. – Możemy– Jeśli będziesz chciał, oczywiście… Możemy spróbować jeszcze raz. Powoli, bez pośpiechu, ale… Naprawdę bardzo mi ciebie brakowało.

Serce Diluka znów chciało wyskoczyć mu z piersi, gdy fala wdzięczności objęła go całego. Kaeya, ten niewiarygodny Kaeya… Czyli jednak mu wybaczył? Mimo tych wszystkich okrutnych słów, mimo krzywd i ucieczki, Kaeya wciąż chciał być blisko, spróbować odbudować to, co kiedyś było dla nich tak oczywiste? Ten obrót spraw zdawał się wręcz niewiarygodny, ale Diluc stwierdził, że nie będzie się kłócił. Jeśli czegoś nauczył się w Snezhnayi, to tego, aby zawsze brać ofiarowaną pomoc, bo nigdy nie wiadomo, gdy nadarzy się kolejna taka okazja. Propozycja Kaeyi była niczym łyk wody na pustyni, niczym haust świeżego powietrza po wypłynięciu na powierzchnię.

Wiele się zmieniło. Obaj nie byli już tymi samymi ludźmi, co cztery lata temu. Ich więź była poszarpana i trzymała się na ostatniej nitce, ale wciąż była do uratowania.

Może ten nieśmiały, łagodny chłopak, w którym zakochał się tyle lat temu wciąż gdzieś tam był, skryty pod maską bawidamka. Może Diluc też wciąż nosił w sobie resztki swojej pasji sprzed lat, swojego pragnienia, by uczynić świat trochę lepszym.

Nie nachylił się bardziej, by objąć Kaeyę, ale gdy długie, eleganckie palce Albericha dotknęły jego dłoni, Diluc nie cofnął się. Nie odsunął się, gdy głowa Kaeyi spoczęła na jego ramieniu i jego przyjaciel westchnął głęboko, z ulgą.

– Wciąż nosisz swoje emocje jak na dłoni – powiedział cicho, a gdy Diluc nie zaprotestował, kontynuował. – Dziękuję. Za koc, i za to, że mnie nie wyrzuciłeś. Cieszę się, że wróciłeś.

– Ja też, Kaeya. Ja też – Diluc przyznał cicho. Chaos emocji w jego głowie nie ucichł i pewnie nie ucichnie jeszcze przez jakiś czas, ale cień nadziei wykiełkował w jego stęsknionym za domem sercu. – Myślę, że możemy spróbować, może… nie wszystko jest jeszcze stracone.

Nigdy nie odzyskają już tych straconych czterech lat, nie otrząsną się z pustki, która pozostała po Crepusie. Diluc nie zapomni prawdy, którą Kaeya wyjawił mu tamtej nocy, a Kaeya już na zawsze będzie nosił blizny, które pozostawił mu rozszalały żałobą Diluc. Obaj nie byli już tym, kim kiedyś, obaj musieli poskładać na nowo to, co zostało z ich przyjaźni. Może potrwa to lata, ale przynajmniej będą mieli szansę, aby spróbować.

Mondstadt było takie samo jak dawniej, Dawn Winery nie zmieniało się od lat. Śnieg nie stopniał na Dragonspine, a crystalflies wciąż snuły się leniwie wśród winorośli. A jednak Diluc poczuł, że coś się zmieniło. Jakiś ciężar został zdjęty z jego ramion, w zamian wypełniając je ciepłem Kaeyi i zapachem wina. Jeśli nadzieja była matką głupich, oni obydwaj byli największymi głupkami na świecie. I, mimo wszystko, tym razem Diluc nie miał nic przeciwko.