Work Text:
Psie łapki przebierały w pośpiechu po nierównym gruncie, by przy pełnej prędkości odbić się od krawędzi brzegu. Nieduży kundelek wzbił się w powietrze, majestatycznie przeszybował ładnych parę metrów, i tuż przed dotknięciem tafli wody zaczął wykręcać się we wszystkie strony, jakby przerażony zbliżającą się rzeką.
Jesse jęknął cicho, słysząc za plecami głośne chlupnięcie. – Pipo, znowu? Przecież kazałem ci zostać i pilnować... – Przerwał, widząc błagalny wzrok swojego psa, który dopłynął już do jego łódki. Poza tym, naprawdę nie miał wiele do pilnowania.
Ten zwierzak był niereformowalny. Kiedy tylko miał ochotę na rybę, płynął za swoim panem i udawał, że się topi – a kiedy Jesse go ignorował, zaczynał szczekać, żeby go pospieszyć. Chcąc nie chcąc, rybak musiał go wciągnąć na łódź, zanim spłoszy resztkę ryb.
Był młodym psem i rozpierała go energia, i to głównie dlatego Jesse go przygarnął – jego obecność pomagała nieco oswoić się z pustką po niedawnej stracie. Był dość mądry, żeby wiedzieć, że jego pan używa łodzi do połowu.
Był też ślepo przekonany o wszechmocy swego pana, jak to już bywa u prostych umysłów.
– Daj spokój, Pipo. Nic tu dziś nie ma – westchnął Jesse ze zrezygnowaniem. Nie miał dziś szczęścia, w pułapkach znalazł ledwie trzy płotki. A liczył, że uda mu się coś sprzedać na targu i może wreszcie byłoby go stać na nową koszulę.
„Albo na kość dla Pipa”, pomyślał, opryskiwany kroplami wody z sierści otrzepującego się pupila.
– Rybaku, uważaj! W tych wodach widziano ostatnio groźnego potwora!
Jesse obejrzał się, aby sprawdzić, komu to przyszło do głowy podnosić głos w obecności rybaka przy pracy. Ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, byli to gwardziści namiestnika. Dwuosobowy patrol płynął łodzią, uzbrojony po zęby.
– Czy to prawda, że zamordował już pięciu ludzi? – Jesse przypomniał sobie mrożącą krew w żyłach historię, którą słyszał ubiegłego tygodnia na targu.
– Zamordował i pożarł. Pięcioro niewinnych obywateli. – Przytaknął jeden z wojów, uważnie obserwując rzekę.
– Ale już niedługo będzie po sprawie. My, gwardziści, się nim zajmiemy. Pan wyznaczył hojną nagrodę za pozbycie się problemu – zapowiedział drugi, całkowicie pewny siebie.
– Dokładnie. My się nim zajmiemy, my dwaj. Nagroda będzie nasza. – Wyszczerzył zęby pierwszy. – Chłopie, może nam podpowiesz, gdzie moglibyśmy szukać? Znasz przecież te wody. Chyba należy się nam pomoc za to, że sprawujemy nad wami opiekę, czyż nie?
Jesse zastanowił się przez chwilę, jak mógłby pomóc żołnierzom. Pomyślał o straszliwym pożarze, w którym zginęło wielu wieśniaków, w tym jego ukochana, kobieta, której nie zdążył nawet wyznać uczuć, przez co nie czuł, jakby w ogóle miał prawo do żałoby – a dowiedział się, że pożaru nie udało się wtedy ugasić w zarodku głównie z braku wozów gaśniczych, które namiestnik wypożyczył jako dekorację na wesele swoich znajomków kilka dni wcześniej. Wspomniał swojego brata, napadniętego przez zbójców na ścieżce prowadzącej przez las, której gwardziści nie patrolowali, bo nie była oficjalnym traktem. Podumał nad poborcami podatkowymi, którzy odebrali mu, co miał, chociaż nie był nawet zdolny do pracy zmorzony chorobą. Skrzywił się na wspomnienie całkowitego braku jaj na targu przed Wielkanocą, cennego źródła białka, którego wszyscy chłopi zostali pozbawieni, kiedy wykupili je dworzanie, prześcigający się w malowaniu pisanek w celu zadziwienia wizytującego gród księcia. Nie mógł zapomnieć o wprowadzonym niedawno zakazie połowu dużych ryb, które z jakiegoś powodu uchodzić miały za własność państwową. Jak by nie liczyć, nie miał już nic do stracenia.
Rybak wzruszył ramionami. – Potwór-ludojad pewnie kręci się w pobliżu grodu. No, wiecie. Tam, gdzie są ludzie.
Jeden z wojów warknął gniewnie. – Głupi wsiok... Przecież już tam szukaliśmy.
– Zostawmy go i płyńmy w górę. Takie bydlę na pewno próbuje się schować w jeziorze.
Jesse odetchnął z ulgą, kiedy ich głosy wreszcie ucichły w oddali. Wrócił do przeglądania pułapek, ale w żadnym więcierzu nie znalazł już ryb. Podpływał już do ostatniego, kiedy nagle zmroził go lęk.
Coś tam było. W wodzie, przy samym więcierzu. Coś... wielkiego.
„Potwór?” Pomyślał w pierwszej chwili Jesse. Zaraz jednak rozpoznał kształt ryby, rzadko widywanej, ale jakże znajomej...
– Jesiotr gigant...! – Jesse nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. Wyglądało, jakby ryba utknęła głową w jego pułapce, być może w pogoni za ofiarą, która tam wpłynęła. Za takiego jesiotra mógłby dostać na targu tyle, że...
Rybak otrząsnął się i zaczął się zbliżać do ryby. Czuł, że nie będzie łatwo wciągnąć takiego olbrzyma na łódź, ale ryba była spokojna, nie ruszała się, być może opadła z sił próbując się uwolnić z pułapki, więc to nie powinno być trudne...
Niestety, kiedy tylko ryba wyczuła zbliżającą się łódź, natychmiast zaczęła się szamotać, i po kilku mocniejszych szarpnięciach zerwała liny pułapki i ruszyła przed siebie, w dół rzeki.
– Nie! Moja koszula! – jęknął Jesse i chwycił za wiosła. Pipo natychmiast podchwycił nastrój i rzucił się wpław za rybą. Rybak nie zastanawiał się, czy mają jakiekolwiek szanse w wyścigu z wodnym stworzeniem. Nic już nie miało dla niego znaczenia i jeśli miał siedzieć ciągle w tym samym miejscu, to już wolał gonić jesiotra.
Pipo głupi nie był i w końcu wyszedł na brzeg, ścigając rybę lądem wzdłuż brzegu. Jesse gonił ich łodzią, wiosłując bezmyślnie, wkładając w to całą swoją frustrację, aż w końcu, po wielu długich chwilach dotarło do niego, że jest sam.
Nie było już widać śladu ryby na powierzchni wody, nie było nawet słychać Pipa. Został tylko on, łódź, trzy płotki i szeroki zakręt rzeki.
– Co ja robię? Przecież już jej nie dogonię – zdenerwował się sam na siebie Jesse. Próbował uspokoić oddech, niezdolny płynąć dalej w takim tempie. Schował wiosła i, dryfując, gapił się w taflę wody. Wiedział, że to bez sensu, ale liczył po cichu, że ryba jednak zawróciła i czeka na niego gdzieś w szuwarach.
Woda. Woda, woda, jak okiem sięgnąć. Woda i szuwary, i więcej wody, i para oczu.
Jesse zamarł. Tak, tuż pod powierzchnią, pomiędzy odblaskami słońca na wodzie, wyraźnie widoczna była para dużych, niemal ludzkich oczu, osadzona w twarzy, otoczonej burzą włosów, a pod nią zawieszona reszta ciała, silnego, umięśnionego ciała...
– Potwór – wyszeptał Jesse, ale szybko opanował strach. Nie tak wyobrażał sobie potwora. Fakt, był potwornie brzydki, ale bardziej przypominał człowieka, niż cokolwiek nieludzkiego. Miał przecież twarz. Z oczami, nosem, ustami... chyba? Tylko te włosy jakoś dziwnie przypominały glony, a skóra była szara, srebrzysta, jak u tej płoci...
Potwór przyglądał mu się spokojnie, początkowo jakby nieufnie, a z czasem jakby z ciekawością. Jesse odwzajemniał to spojrzenie. Lęk zniknął i została tylko chęć poznania tego... kogoś.
Potwór podpłynął trochę bliżej i wyciągnął rękę w stronę powierzchni w błagalnym geście. Jesse również sięgnął w jego stronę, ale nagle, widząc te palce spięte błoną pławną, przypomniał sobie bajki słyszane w dzieciństwie o wodnikach, które łapały nieostrożnych ludzi za ręce, kiedy tylko zanurzyli je w niewłaściwym miejscu rzeki, stawu, jeziora... Jesse zatrzymał dłoń tuż nad powierzchnią, ale jej nie cofnął. Nie był pewien, czy był gotowy porzucić wszystko, co znał, na rzecz tego nieznajomego...
Natomiast nieznajomy nie marnował czasu. Sięgnął dłonią ponad powierzchnię i złapał rękę Jessego, po czym podciągnął się, tak, że jego głowa również się wynurzyła.
Oddech zastygnął w płucach rybaka na widok absolutnie niesłychanego zjawiska. Kiedy tylko ciało potwora wynurzyło się z wody, opadła z niego rybia łuska, odsłaniając niewątpliwie ludzką skórę na niewątpliwie ludzkich kształtach. Nawet włosy potwór wreszcie miał ludzkie. Tymczasem reszta jego ciała, pozostająca pod wodą, wciąż miała wygląd ryby. Jesse miał wrażenie, że dostrzega dwie nogi, prawie jak ludzkie, tylko z płetwami na końcu...
– Hej!
Jesse i potwór puścili dłonie równocześnie. Potwór zniknął w wodzie z głośnym pluskiem, a Jesse szybko obejrzał się przez ramię.
Gwardziści już wrócili? Ile czasu tutaj spędził, patrząc na tę... tę... istotę?
– Rybaku, co tam się dzieje? Co to za hałasy?
Jesse bardzo chciał zachować spokój i odpowiadać w sposób niewzruszony, przeszkadzały mu w tym jednak dwa nagie miecze wycelowane prosto w jego nos.
– Ja... uczyłem psa nowej sztuczki! No... Nurkowania! – Jesse uśmiechnął się w, miał nadzieję, niewinny sposób, pewności jednak nie miał, bo z jakiegoś powodu nie czuł twarzy.
– Ta, akurat – warknął woj po lewej. – Coś tu kręcisz. Nie, bracie?
Woj po prawej uśmiechnął się brzydko i spojrzał ponad ramieniem Jessego. – Ten cwaniaczek myśli, że może upolować potwora przed nami i zgarnąć całą nagrodę dla siebie. Sprawdzimy te szuwary, co myślisz?
– Jakiego potwora?! – Jesse próbował się uspokoić. – Widziałem tu coś jakby jesiotra, wielkie bydlę, ale żeby go od razu potworem nazywać... No i przecież nawet nie wolno łowić tak wielkich ryb, sami wiecie...
Wojowie jednak już go nie słuchali i podpływali coraz bliżej szuwarów, trzymając w gotowości swoje sprawdzone włócznie. Wydawało się, że nic nim nie umknie, a wtedy...
Głośny plusk zaskoczył wszystkich, a jeszcze bardziej szczekanie, które rozległo się zaraz po nim. To Pipo, który najwidoczniej zdążył odnaleźć swojego pana, swoim pipowym zwyczajem rzucił się do wody. Teraz, radośnie szczekając, okrążał wojów, jakby wcale przed chwilą nie grozili jego panu. Jesse zaśmiał się z ulgą.
– Pipo! Coraz lepiej ci idzie to nurkowanie! – pogratulował pupilowi. Pipo nie mógł rozumieć, za co jest chwalony, ale rozumiał, że jest chwalony, i natychmiast zaczął domagać się nagrody w postaci płotki.
Gwardziści popatrzyli po sobie rozczarowani. – Więc to tylko głupi pies... – mruknął jeden. – Co ty sobie wyobrażałeś? – warknął drugi. Niezadowoleni odpłynęli w milczeniu.
Jesse, wciąż z niedowierzaniem, wytarmosił swojego pieska. Nagle usłyszał za sobą szept:
– Naprawdę nazwałeś psa Pipa?
Jesse zamarł. Odwrócił się i zauważył głowę potwora wynurzoną tuż obok jego łódki. Jesse zaśmiał się nerwowo.
– Pipo, nie Pipa! Matko, to nie mogą być pierwsze słowa, jakie zamieniliśmy...
– Racja, trochę niezręcznie wyszło. – Potwór wciąż szeptał, przez co trudno było rozpoznać w jego głosie jakiekolwiek emocje. – W każdym razie dzięki, że mnie nie wydałeś. Zwłaszcza, że nie masz powodu mi ufać. Nie po tym, jak potraktowałem żołnierzy twojego władcy.
– To akurat nie problem, sam niezbyt ich lubię. – Jesse pochylił się przez burtę. – Czy to prawda, co mówią? Że napadasz i zjadasz ludzi?
Potwór nieco się zmieszał. – A... czy gwardziści to też ludzie? Bo może jednego mi się zdarzyło skubnąć...
Jesse zaśmiał się cicho. Potwór zmierzył wzrokiem jego łódź i bez śladu wstydu zapytał: – Czy mógłbym posiedzieć obok ciebie?
– Co? Jasne! Chodź, pomogę ci...
Jesse pomógł towarzyszowi wdrapać się przez burtę, przy okazji obserwując kolejne dziwne zjawisko: cała srebrzysta skóra z górnej połowy ciała potwora zsunęła się przy przechodzeniu przez powierzchnię wody, owijając szczelnie jego nogi i tworząc coś na kształt rybiego ogona. Jesse wreszcie zrozumiał, jaki był naiwny: to nie wodnik, tylko syrena!
W łodzi zrobiło się nagle bardzo ciasno. Pan syrena był dość duży, choć nie tak duży, jak jesiotr gigant.
– Wreszcie sobie odpocznę... nie można tak cały czas siedzieć w wodzie... – Pan syrena wiercił się na twardych deskach.
– Nie mogłeś odpocząć na brzegu? – zdziwił się Jesse.
– Za duże ryzyko. Z moim ogonem nie mogę się szybko ruszać na lądzie, więc gdyby zobaczyli mnie żołnierze, nie zdążyłbym im uciec. Uwzięli się na mnie... Może trzeba było ich jednak nie jeść...
– Daj spokój, na pewno zasłużyli. Ale skąd się tu wziąłeś? Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek widział kiedyś w tej rzece syrenę!
– No... – Pan syrena spochmurniał. – Zaplątałem się w sieci i dopiero w porcie się uwolniłem, byłem za słaby, żeby wracać do morza, więc szukałem spokojnej rzeki, gdzie mógłbym przeczekać... Kiedy tylko tu wpłynąłem, zauważyli mnie ci żołnierze, i chcieli mnie złapać, pokazać swojemu panu... Uciekłem im, ale od tamtej pory pilnie obserwują ujście i nie mam szans się prześlizgnąć, nawet nocą, bo rozstawiają tę durną kratę i... au!
– Pipo! Nie wolno! – Jesse przerażony złapał psa, który jakby nigdy nic zaczął właśnie gryźć ogon syreny. – Wybacz, chyba wziął cię za rybę...
Pan syrena wydawał się zaskoczony, że pies może lubić ryby. Jesse odchrząknął i próbował kontynuować rozmowę:
– Więc... jesteś tu więźniem? Nie masz jakichś syrenich magicznych mocy, które by cię mogły wyratować?
Syrena pokręcił głową. – Może ty masz jakieś ludzkie magiczne moce, które by mi pomogły?
Jesse uśmiechnął się gorzko. Nie miał żadnych mocy i żadnej władzy, nie miał rodziny, nie miał zarobku, nie miał przyszłości, nie miał nawet porządnej koszuli. Jedyne, co miał, to swoją obecność, czas, i tę starą łódź.
I tak to się zaczęło.
Później tego samego dnia wojowie namiestnika na wszystkich posterunkach wzdłuż rzeki obserwowali, jak biedny rybak Jesse płynie w dół rzeki. Nie przejęli się tym zbytnio, w końcu w porcie był akurat dzień targowy. Nie zauważyli więc, że pod łodzią ukrywa się tak intensywnie poszukiwany przez nich potwór morski.
W samym porcie nie było już wiele czasu na pożegnania. Potwór rzucił się w morze, byle dalej od prześladowców. Jesse tymczasem odszedł w swoją stronę. Mówią, że sprzedał łódź i w nowej koszuli wrócił do osady. Ponoć skrzyknął grupę śmiałków i zaczął zakładać stawy rybne, dokładnie w miejscu, gdzie spotkał pana syrenę. Wkrótce stał się przywódcą wioski, którą nazwał na cześć imienia swego niecodziennego kolegi. Powiadają, że za jego rządów wioska utrzymywała doskonałe relacje z namiestnikiem, a równocześnie słynęła wśród wyrzutków w regionie jako bezpieczny azyl.
I takie właśnie są początki Wejherowa, miasta, które w trzydziestym wieku zasłynęło jako europejska stolica przemysłu gwiezdnego. Mawiają, że to dobre miejsce, aby zacząć nowe życie – czy to na pokładzie promu kosmicznego, czy odkrywając w sobie zdolności przywódcze, a być może zacznie się od czegoś tak niepozornego, jak zmiana diety. Pewne jest jedno: nigdy nie jest za późno, a przyszłość przyniesie nam jeszcze bardziej dziwaczne i nieoczekiwane spotkania.
