Actions

Work Header

Mysz!

Summary:

O tym, jak pajęczyniarz szuka pomocy u jeźdźca trznadli.

Notes:

W tej historyjce Jesse jest lotnikiem-ratownikiem, a pan ochroniarz - rzemieślnikiem od pajęczyn.

Work Text:

Wczesnym jesiennym porankiem, popod gęstymi mgłami i zapachem wilgotnej ziemi, tuż nad ziemią, żwawym krokiem przedzierała się przez runo leśne jakaś malutka istota, mniejsza od myszy, ale większa od chrabąszcza. Nie licząc rozmiaru, istotka wyglądała zupełnie jak człowiek, ale wcale człowiekiem nie była. Ludzki język jeszcze nie nadał temu gatunkowi nazwy, więc nie dziwcie się, jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście.

Oni sami nazywali siebie po prostu ludźmi.

Ten konkretny ludzik miał na imię Jesse, nosił czarną kurtkę, która robiła kapitalne wrażenie, i głośno przeklinał, bo był już spóźniony do pracy.

Ostatnie przekleństwo zachował dla siebie, kiedy usłyszał wołanie o pomoc. Spod krzaka jeżyn machał do niego jakiś jegomość ubrany jak rzemieślnik, bardzo zaaferowany.

Jesse był z zawodu jeźdźcem trznadli, czyli ratownikiem. Wypatrywał z powietrza, czy nikt nie potrzebuje pomocy. A tym razem miał wyjątkową okazję pomóc komuś bez odrywania się od ziemi. Nie wahał się ani sekundy.

Rzemieślnik szybko przeszedł do konkretów.

– Wracałem ze zbiorów i usłyszałem dziwny hałas od strony spiżarni. Pobiegłem tam i zobaczyłem wyrwę w cierniach, a w tej wyrwie mysz.

– Mysz! – powtórzył Jesse z niepokojem. Myszy były dużymi, groźnymi szkodnikami i poszkodowały już niejednego ludzika.

Rzemieślnik kontynuował relację. – Mała mysz, widać, że jeszcze młoda. Bardzo mocno zaplątała się w te ciernie, jest mocno poraniona i przerażona, i ledwo ma siłę się ruszać.

– Mysz. – Jeździec spoważniał.

– Na mój widok jeszcze bardziej się przestraszyła i zaczęła się szarpać, ale musiała tam utknąć już dość dawno, bo całkiem opadła z sił.

– Mysz… – Jesse kręcił głową z niedowierzaniem.

– Bardzo proszę, pomóż mi ją uwolnić. Sam nie dam rady jej wyciągnąć…

Jeździec poprawił gogle na nosie, szukając właściwych słów. Sytuacja była dla niego mono absurdalna. – Słuchaj, jestem ratownikiem, ale od ludzi, nie od dzikich bestii. Jeśli nikt z naszych nie został ranny, to nie mam obowiązku jej wyciągać.

– Przecież to żywa istota, która czuje, tak, jak my!

– Weszła w szkodę, uszkodziła powłokę ochronną spiżarni, a ty jej jeszcze chcesz pomagać?!

– Nic nie poradzę, już się przywiązałem. I przecież nie zrobiła nam tego specjalnie! Nie chciała nas skrzywdzić, po prostu podążała za instynktem…

Jesse próbował znaleźć kontrargument, ale widząc szczerą chęć pomocy w oczach tego chłopa, jakoś zwątpił w słuszność swojego stanowiska. Czy to było takie ważne, czy myszy należy się pomoc, czy nie? Był gotów zgodzić się wyłącznie ze względu na tego nieznajomego.

– Proszę, prowadź – Jesse uniósł dłoń w geście poddania. Nie chciał jednak dać po sobie poznać, że już jest przekonany. – Ale to absurd. Zbudowaliśmy zaporę z cierni specjalnie po to, żeby chronić zapasy przed szkodnikami.

Rzemieślnik w pośpiechu maszerował przodem, wskazując drogę. – Zapora miała je odstraszać, a nie mordować! – Rzucił przez ramię.

– Tak to już jest w naturze. Zwierzęta giną tragicznie, życie jest okrutne. Nie powinniśmy się tym przejmować. – Jesse chyba bardziej próbował przekonać samego siebie, niż towarzysza.

– Tylko że zapora nie jest naturalna. Sami ją zbudowaliśmy. Nie powinniśmy dopuszczać do tego, żeby dzikie zwierzęta cierpiały z naszego powodu.

– Jeśli ta mysz sama tam weszła, to jest tylko i wyłącznie jej wina! Popełniła błąd i będzie ją to kosztować życie. Nie zasłużyła na drugą szansę.

Rzemieślnik zamilkł i zwolnił nieco tempo, aż Jesse się z nim zrównał. Jeździec poczuł ukłucie niepokoju, nie mogąc odczytać intencji swojego przewodnika. Zauważył niechętnie, że był to postawny chłop, wyższy od niego, a w okolicy spiżarni raczej nikt o tej porze się nie kręcił. Zanim zdążył to przemyśleć, usłyszał coś, czego kompletnie się nie spodziewał.

– Czy zdarzyło ci się kiedyś popełnić jakiś wielki błąd, taki, który wydawał się końcem świata?

Jesse przełknął głośno ślinę. Odezwały się przykre wspomnienia tamtego felernego wypadku. Szybko się opanował i odpowiedział cicho: – Być może. Ale poniosłem tego konsekwencje.

– I jak się z tym czułeś?

Jeździec poczuł, jak gardło mu się zaciska. Wspomnienie sądu, który odebrał mu wszystko. Zaprzepaszczonej kariery, której nie było mu dane nawet na dobre podjąć. Zszargana opinia, dawni przyjaciele, którzy nie chcieli mieć z nim nic więcej wspólnego. Dyskretnie wytarł łzę spod gogli. – Pomóżmy tej myszy – wydusił, starając się opanować.

Spiżarnia zbudowana była z gliny oblepiającej wiklinową konstrukcję. Dla ochrony przed gryzoniami pokryta została grubą, gęsto splecioną powłoką z cierni. W tej właśnie powłoce utknęła mała polna myszka, niezdarnymi próbami uwolnienia się tylko zaplątując się bardziej.

Jesse jęknął cicho. – To tylko dziecko…

Rzemieślnik szybko podszedł do myszki i powoli położył dłoń na jej boku.

Zwierzątko nie miało już siły się szarpać i tylko wodziło wzrokiem dookoła, ale kiedy Jesse podszedł bliżej, wyraźnie się zaniepokoiło i, na ile mogło, próbowało się od niego odsunąć.

Rzemieślnik spojrzał na niego i cicho rzucił: – Chyba boi się tych gogli, bo nie widzi, z jakim stworzeniem ma do czynienia.

Jesse westchnął i zdjął gogle. Zorientował się, że towarzysz mu się przygląda, ale ten zamiast cokolwiek powiedzieć wziął się do pracy. – Gdybyś mógł ją złapać tu, od przodu, a ja bym sięgnął tam głębiej…

Po kilku chwilach udało im się uwolnić myszkę, ta jednak była za słaba, żeby uciekać. Usiedli obok, żeby chwilę odpocząć i zastanowić się, co dalej.

– Jak ją stąd wyniesiemy, to ją porwie jakaś sowa czy lis… – Narzekał rzemieślnik.

– Nie wiem, czy w ogóle bylibyśmy w stanie. Sporo waży…

– Spokojnie, dałbym radę. Tylko chwilę odsapnę…

– Poważnie? – Jesse nie wiedział, czy mu wierzyć, czy nie.

– Poważnie. Jestem pajęczyniarzem, codziennie dźwigam takie wielkie kłęby sieci. – Wskazał na ogromny bagaż oparty o sąsiednią spiżarnię.

Jesse zaśmiał się cicho. – Więc to są te twoje zbiory? Liczyłem na coś słodkiego.

– No wiesz…

– Dobra, żartowałem. – Jesse podniósł się z ziemi. – Mogę pożyczyć trochę pajęczyny? Opatrzymy rany tej bestyjki.

Po zawinięciu ran Jesse wydobył ze spiżarni pęczek orzechów laskowych. Jako jeździec nosił przy sobie klucz do zapasów, tak na wszelki wypadek. Pajęczyniarz patrzył z wdzięcznością, jak Jesse karmi myszkę, aż odzyskała dość energii, żeby stanąć na nogach i odejść.

Panowie również ruszyli z powrotem do swoich spraw. Zanim się rozeszli, pajęczyniarz podziękował jeszcze za pomoc.

Jesse odwrócił wzrok. – Nie ma co dziękować. Na całym świecie dzieją się o wiele gorsze tragedie.

– Tylko że tą akurat zobaczyliśmy.

– A co to zmienia?

– Nas.

Jesse zdziwiony spojrzał na towarzysza, a ten, już bez słowa, za to z uśmiechem, podał mu dłoń. Jeden ostatni uścisk i panowie rozeszli się z powrotem do swoich spraw, swoich zajęć, swoich światów.