Work Text:
Szum zarośli, zgrzyt deptanych ziaren piasku, delikatna bryza owiewająca skroń i zapach mułu.
Otulony kolorami słońca Jesse z przyjemnością chłonął każdą chwilę spaceru na wybrzeże, ale nie wyciągał jeszcze aparatu. Cel jego podróży, wymarzony obiekt fotografii, leżał po drugiej stronie zatoki.
Obniżający się teren zapowiadał bliskość przeprawy promowej, i w rzeczy samej, już za zakrętem Jesse zobaczył małą przystań z zacumowanym promem. Próżno jednak szukał obsługi. Statek wydawał się opuszczony, a w przystani poza nim przebywał tylko jeden człowiek.
Obcy mężczyzna siedział zgarbiony na ławce, wpatrzony tęskno w mierzeję. Był owinięty w grubą, brudnobrązową pelerynę, a na czubku kosmyka włosów niedbale opadniętego na czoło tlił mu się mały płomyk.
Słysząc głos Jessego pozdrawiający go z daleka, niespiesznie obejrzał się przez ramię. – Nigdzie nie popłyniemy. Nie ma przewoźnika – odpowiedział na powitanie.
– Jak to nie ma? – zaskoczony Jesse przyjrzał się uważnie promowi i zorientował się, że wcale nie jest przycumowany, tylko wciągnięty na brzeg, gdzie fale nie mogły go dosięgnąć.
– Wziął i zniknął. Będzie już parę tygodni. Codziennie tu przychodzę, ale to na nic. – Nieznajomy westchnął smutno. – A tak lubiłem wycieczki na półwysep. Co Pan robi?
Jesse śmiało przysiadł się do nieznajomego na ławeczce. – Poczekam tutaj, może przewoźnik jednak się pojawi.
– Skąd ten pomysł? Nie lepiej jechać dookoła, jak wszyscy?
– Tylko, widzi Pan, przeszedłem tutaj kawał drogi z miasteczka i gdybym miał teraz wracać, szukać transportu i w ogóle, to nie zdążę wrócić przed nocą. Nie mam nic do stracenia, więc możemy tak razem posiedzieć. O ile to nie problem.
– Skądże, miło mieć z kim pogadać.
Jesse odwzajemnił uśmiech towarzysza. Zaciekawiony, wskazał na jego płonące włosy. – Ma Pan supermoce?
– Niby tak, ale przygasły. Kiepska sprawa, bo nic innego nie potrafię. Miałem moc ognia. To był taki płomień oczyszczenia. Ale nie będę Pana zanudzać. – Wskazał na aparat fotograficzny u boku Jessego. – Jest Pan dziennikarzem?
– Fotografem amatorem – uśmiechnął się Jesse. – Akurat jestem przejazdem w okolicy, a słyszałem, że na półwyspie są ciekawe widoki i rzadkie żuki.
– To prawda, widoki są piękne. Zwłaszcza zachody słońca – rozmarzył się nieznajomy.
– Mógłby Pan opowiedzieć więcej o swoich mocach? Pierwszy raz spotykam superbohatera!
Nieznajomy spochmurniał. – Kiedyś... Potrafiłem jednym uderzeniem zniszczyć potwora. Tym się zajmowałem. Tropiłem te bestie, czasem ludzie sami mnie wzywali. Ale nie każdemu się to podobało. „Gdzie byłeś, kiedy działa mi się krzywda?”, pytali. Nie jestem wszechwiedzący, i nie mogę pomóc każdemu, ale nie ma co liczyć na zrozumienie. Dla nich jestem jednym z potworów. Winny tego, że ich nie uratowałem.
– To okropne...
– Myślę... To chyba przez nich straciłem moce. Ktoś musiał mnie otruć.
– Słucham?! Przecież to trzeba gdzieś zgłosić, policja, pogotowie...!
Bohater wzruszył ramionami, zrezygnowany. – Nie ma na to paragrafu. Supermoce nie są chronione przez prawo, a ta trucizna nie wyrządza żadnych szkód w organizmie, tylko przylega do źródła mocy jak magnes i je zagłusza. Używają tego na skazańcach z mocami, żeby zrobić z nich zwykłych ludzi. Tego właśnie chcieli. Odebrać mi moje powołanie, sens mojego życia.
Jesse nie wiedział, co powiedzieć, więc tylko położył dłoń na barku nieznajomego. Ten pokiwał głową z wdzięcznością.
– Chwila – rzucił nagle Jesse, wyrywając towarzysza z zamyślenia. – Magnesy można rozmagnesować, na pewno jest jakiś sposób na tę truciznę!
Bohater był zaskoczony żywiołową reakcją fotografa. Sam zdążył się już przyzwyczaić do swojego nieszczęścia i nawet mu do głowy nie przyszło, żeby coś zmienić. Jaki jest sens pomagać, jeśli ludzie go nie chcą? Ale patrząc w pełne nadziei oczy Jessego nagle poczuł się tak, jak dawniej, kiedy jeszcze miał wiarę w to, co robił.
Nie miał nic do stracenia.
– Tak, jest na to sposób... Trzeba posiedzieć w saunie albo w gorącej kąpieli, i w końcu ciepło zneutralizuje truciznę. Ale tutaj w okolicy nie ma możliwości...
– A ostre papryczki? – Jesse był nieugięty.
– Papryczki? – Pomysł pozornie niedorzeczny obudził w bohaterze wspomnienie dawnej rozmowy z pobratymcem. – Tak, niektórzy używali też pikantnych potraw...
– Świetnie – Jesse klasnął w dłonie z zadowoleniem. – W miasteczku jest sklep spożywczy, mają jalapeño na dziale konserw. Skoczy Pan tam w wolnym czasie i problem załatwiony!
Och, te oczy pełne wyczekiwania. Ta duma, zadowolenie, że mógł pomóc. Czy nie byłoby okrucieństwem to teraz zburzyć? Czy wypada zderzyć go z rzeczywistością, uświadomić o jednym niebywale istotnym szczególe, który postawi całą jego teorię na głowie?
Odkąd jego ogień zgasł, bohater nie był już chroniony jego oczyszczającą mocą, i w jego sercu łatwo kiełkowały nieprzyzwoite idee. Skłamać byłoby najłatwiejszą rzeczą na świecie. Przedstawić wizję świata, w którym jego nowy znajomy zostałby jego wybawcą. Cieszyć się jego radością. Pożegnać i zostawić w nieświadomości, że to jednak nie zadziała. Czy mógłby tak żyć? Czy byłoby uczciwie pozostawić go w niewiedzy? Jego, nowego znajomego, może przyjaciela. Te jego oczy...
Bohater wbił wzrok w ziemię. – Nie mogę iść tak daleko. Jeśli jakiś potwór mnie znajdzie, będzie po mnie. Boją się morza i morskich potworów, więc nie zbliżają się do brzegu, ale w głębi lądu jestem bez szans.
– Mogę iść z Panem – zaproponował cicho Jesse. – We dwóch łatwiej unikać potworów.
– Przecież czeka Pan na przewoźnika – zaprotestował jeszcze ciszej bohater.
– Nieważne. I tak marne szanse, że wróci.
Bohater pokiwał głową. – Dziękuję.
Spacer w pięknej scenerii późnego lata okazał się dość nerwowy. Bohater co krok nasłuchiwał, czy spomiędzy sosen nie nadciąga potwór, okolica jednak była pusta i wyludniona. Pomiędzy opuszczonymi domami i porzuconymi warsztatami coraz śmielej snuła się opowieść o życiu herosa. O tym, jak wychodził cało z opresji, jak doskonalił się w walce, jak wykorzystywał swoje moce przeciwko bezlitosnym potworom. Jesse natomiast opowiadał o widokach, jakie udało mu się utrwalić na zdjęciach, o podróżach i ciekawostkach, o koniunkcji Wenus z Jowiszem i śpiewających ptakach zimowym porankiem.
Wbrew początkowym obawom, dotarli do sklepu bez żadnych nieprzyjemności i szybko znaleźli ostre papryczki. Panowie chwilę debatowali, jaka ilość będzie odpowiednia, i ostatecznie zdecydowali się na jedną dużą puszkę. Przy kasie zorientowali się, że puszka nie ma wbudowanego uchwytu do otwierania, zapytali więc sprzedawczynię o otwieracze.
– To spożywczy, nie narzędziowy – odburknęła. Panowie wyszli ze sklepu, chichocząc cicho z tej niezwykle życzliwej rozmowy, i postanowili, że poszukają jakichś narzędzi w opuszczonych warsztatach, które wcześniej mijali.
Po drodze zaczęli debatować o motywach za atakami potworów. Dla Jessego potwory były jak zwierzęta, atakujące ludzi, kiedy każe im instynkt. Bohater natomiast uważał, że potwory wcale nie muszą tego robić, bo ani ludzi nie zjadają, ani nie żyją na tych samych terenach. Atakują, bo mogą. I chcą. Nie dlatego krzywdzą ludzi, że są potworami: stają się potworami, bo chcą krzywdzić.
Opuszczone warsztaty były w dużej mierze ogołocone z narzędzi i daremnie było w nich szukać czegoś tak specjalistycznego, jak otwieracz do puszek. Przy czwartej szopie, jaką sprawdzali, bohater nagle spiął się nerwowo, słysząc w oddali wściekłe pomruki.
– Potwór. Jest blisko, już mu nie ucieknę – zdenerwował się.
Jesse szybko wepchnął go do środka i zatrzasnął za nimi drzwi. – Niech Pan znajdzie coś do otwarcia puszki, ja będę pilnować drzwi! – zawołał fotograf, a bohater natychmiast wziął się do pracy. Jesse, gotowy bronić ich obu, złapał jakiś długi kij i, zaciskając na nim mocno obie dłonie, nasłuchiwał, co się dzieje na zewnątrz.
Potwór powoli się zbliżał, pomrukując coraz głośniej. Nieustannie się rozglądał, aż w końcu skupił całą uwagę na ich szopie. W tym momencie zaczął wrzeszczeć i, pełnymi gniewu susami, rzucił się w ich stronę.
Impet rozpędzonej bestii zatrząsł całą budą, ale drewniana konstrukcja wytrzymała. Potwór zaczął bić na oślep po ścianach, aż znalazł okno. Szyba posypała się w drobny mak, ale otwór był zabezpieczony kratami, przez co bestia zupełnie bezskutecznie próbowała wepchnąć pełny zębów łeb do wnętrza szopy.
Jesse zaczął okładać potwora kijem, aż ten się wycofał, obszedł szopę kilka razy, i z gniewem rzucił się na drzwi. Na przemian próbował wyważyć je całym swoim ciężarem i wydrapać w nich dziurę pazurami. Jesse zaklął cicho, kiedy skrzydło głośno skrzypiąc zaczęło odrywać się od ściany, i podbiegł, żeby przytrzymać drzwi na miejscu.
Bestia była ciężka i pomału wygrywała walkę, wpychając górną część drzwi do wnętrza. Równocześnie udało jej się wydrapać dziurę w skrzydle i wepchnęła w nią pysk, kąsając na ślepo. Jesse uważał, żeby zębiska go nie dosięgły, i nie odpuszczał, chociaż czuł, że długo już nie wytrzyma...
Nagle drzwi jakby zaczęły się cofać. Jesse poczuł ciepło na plecach i zorientował się, że jego towarzysz stał tuż za nim i własnymi siłami ustawiał drzwi z powrotem do pionu.
– Odsuń się – poprosił bohater, z ustami tuż przy uchu Jessego. Ten posłusznie odsunął się o krok i wreszcie nabrał dość odwagi, żeby oderwać wzrok od rozdziawionej paszczy potwora wdzierającej się przez wyrwę w drzwiach i spojrzeć na swojego towarzysza.
Bohater wyglądał inaczej, a jednak tak samo. Odrzucił pelerynę na plecy, odsłaniając kombinezon w kolorach płomieni, z jego postawy biła pewność siebie, a przede wszystkim - cała fryzura stała mu w ogniu. Czy jego włosy się paliły, czy same były zrobione z ognia - ciężko było w tej chwili ocenić.
A chwila nie trwała długo. Kiedy tylko drzwi wróciły na swoje miejsce, bohater przytrzymał je jedną ręką, a drugą przygotował do zadania ciosu. Rękawicę natychmiast oplótł długi sznur płomieni i bohater bez wahania uderzył prosto w pysk potwora.
Z wściekłym wrzaskiem bestia wylądowała na ziemi parę metrów od szopy, oszołomiona siłą uderzenia. Brudne szare futro miała teraz zwęglone, i wydawało się, jakby straciła wzrok. Szybko stanęła na łapy i odwróciła się z powrotem w stronę bohatera. Ten wyszedł spokojnie z budy i zamknął za sobą drzwi. Jesse został w środku i podglądał rozwój wydarzeń przez dziurę w drzwiach.
Potwór wrzasnął przeraźliwie głośno i rzucił się na bohatera. Ten zrobił szybki unik i uderzył potwora w bok. Płomienie owinęły ciało bestii i po chwili całkowicie ją pochłonęły, nie pozostawiając nawet popiołu.
– Udało się! – zawołał Jesse, wybiegając z szopy. – Otworzyłeś puszkę, wypaliłeś truciznę, i pokonałeś potwora! To było niesamowite!
– Co? Nie, to była porażka! – zaprotestował bohater. – Dawniej potrafiłem załatwić potwora jednym uderzeniem, a teraz...
– Teraz załatwiłeś go dwoma! Wiesz, ile razy ja bym go musiał uderzyć? Nieważne, bo i tak by nie poczuł! Jesteś niesamowity i uratowałeś nas obu!
– Zdążył wezwać posiłki – odparł poważnie bohater.
Jesse zacisnął mocniej ręce na kiju. Nie zdążył nawet odpowiedzieć, kiedy usłyszeli nadciągające wrzaski. Stado około tuzina potworów biegło prosto na nich. Bohater owinął obie ręce płomieniami, a Jesse szybko wrócił do szopy. Walka rozgorzała na nowo.
Mimo przekonania bohatera, że jego moce nie są wystarczająco dobre, nie miał większych problemów z walką przeciwko wielu potworom na raz. Jesse z podziwem oglądał walkę przez wybite okno, w razie potrzeby bijąc kijem potwory podchodzące za blisko. Płomienie bohatera przybierały kształ węży i oplatały przeciwników, kąsały i połykały, uderzały i odpychały. W odpowiedzi potwory pluły kwasem, drapały i szarżowały, ale bohater sprawnie robił uniki i zasłaniał się peleryną. Nie minęło pięć minut i było po wszystkim. Żaden potwór nie przetrwał walki.
Jesse wybiegł z szopy pogratulować towarzyszowi, a ten od razu zaproponował, żeby wrócili do portu.
– Widzisz, kiedy tak patrzyłem, jak bardzo Ci zależy na przepłynięciu zatoki, przypomniałem sobie, dlaczego w ogóle zacząłem walczyć z potworami – tłumaczył bohater.
Jesse słuchał uważnie, wciąż trzymając kij, ktorym się bronił. – Jesteś przewoźnikiem – zorientował się cicho.
Bohater trochę się zmieszał. – To miał być mój tekst! – zbeształ Jessego, i obaj zaczęli się śmiać. Bohater również chwycił kij i natychmiast drzewce owinął ognisty wąż. – Jestem Przewoźnikiem – oznajmił dumnie.
Jesse patrzył na niego z podziwem. Nagle Przewoźnik puścił drzewce, a wąż zniknął. – Co ja robię, przecież to czyjaś własność! Lepiej to odłóżmy... Czy to zbierak do jabłek? – Przewoźnik wreszcie przyjdzał się narzędziu Jessego.
– Brałem, co było. – Jesse wzruszył ramionami. – Jest długi, i ma na końcu takie ostre jakby zęby. Moim zdaniem dobra broń.
Przewoźnik spojrzał na towarzysza z czułością. – Jesteś niesamowity.
– A Ty jesteś super! – odpowiedział Jesse z uśmiechem.
Bohater spochmurniał. – Tak, bo mam moce. Ale co, jak znowu znikną?
Jesse z powagą położył mu rękę na barku. – Polubiłem Cię, jeszcze zanim odzyskałeś moce. Jesteś super.
Na to wyznanie Przewoźnik aż się zarumienił.
Panowie wrócili w miejsce, gdzie się poznali. Prom szybko został zwodowany, jedyny pasażer wszedł na pokład, a Przewoźnik przez całą drogę dbał o to, żeby żaden morski potwór nie zepsuł im podróży.
Jesse ruszył na swoją przygodę na półwyspie sam, a o zachodzie słońca na brzegu czekał już na niego znajomy Przewoźnik. W drodze powrotnej Jesse chwalił się zdjęciami, jakie udało mu się wykonać, ale to najważniejsze powstało już na pokładzie.
Wspólne zdjęcie dwóch przyjaciół.
