Work Text:
Od samego poranka do uszu stolicowego przybysza dopływały skargi na coraz to chłodniejsze noce. Daniel z nieszczerym uśmiechem kiwał głową w odpowiedzi, ba, niektórym przytakiwał – ,,Tak, cóż, mnie też bije ten nieznośny, chyba północny, wiatr’’ – co, oczywiście, nie miało nic wspólnego z prawdą. Doktora nie rusza żadna niska temperatura; przygotowany na wrześniowe kaprysy pogody uzbroił się w płaszcz, ciepły, otulający szczelnie jego bladą skórę i… niemiłosiernie szeleszczący.
Po rodzącym rabusiów zmroku było to, trzeba przyznać, nieco problematyczne. Skupiony i zmuszony do stawiania sztywnych, niezgrabnych kroków, by tylko nie zdradzić swej lokalizacji, Dankowski mknie główną ulicą dystryktu w stronę posesji Julii. Jest pusto i cicho, i zimno, co pobudzony własną dumą próbuje wyprzeć. Światła ulicznych lamp uderzają w niego złowieszczą aurą i rozmazują się jak leniwe pociągnięcia pędzla. Paranoja, stwierdza – powinien więcej spać.
Sen. Myśl na tyle pociągająca, – ta wizja relaksu, odpoczynku, miękkiego materaca i puchatego spokoju Bagna! – że zapomina o bożym świecie. Nagle jest w domu, a Ewa dzierży w swej smukłej dłoni książkę i proponuje mu filiżankę ziołowej herbaty. Zapach naparu muska jego nozdrza i jest prawdziwy, och, tak prawdziwy, jakby namacalny, kompletnie fizyczny… Aż znikąd słyszy o dwakroć bardziej fizyczny śmiech, ot, jakby dochodzący zza niego, donośny i męski. No i, przeklęty, wybudza go z błogiej fantazji. Wkrada się zrozumienie: pewnie ten cholerny płaszcz go zdradził, i zaledwie sekundy nieuwagi zaważyły. Głowa ponownie podnosi się w gwałtownym ruchu, a skryty w głębokości kieszeni pistolet rozpoczyna bezgłośną serenadę, pragnąc uwieść właściciela, by po nią sięgnął.
I sięga. Odwraca się. Celuje.
Co można podsumować jako zagranie niemądre, jeśli interesują nas eufemizmy, bądź karkołomne, jeśli chcemy być nadto dokładni. Bandyta, wystraszony, rzuca w Dankowskiego nożem, na co ten, również wystraszony, odpowiada instynktownym pociągnięciem za spust. Lub i nie. Huk przecież mógł być zmyślony… Zaciska szczękę i oczy, obraca się na pięcie, zalany zimnym potem. I jest ciepło, ha, wszyscy kłamią! Jest gorąco, powtarza w głowie, gdy chwiejnie dochodzi do schodów. Gdzie jest ten wiatr? Gdy w jego klatce piersiowej czuje ogromny ciężar, poddaje się mu i siada. Może przecież chwilę odpocząć, o tak, przycupnąć sobie.
Byłby to plan zaprawdę idealny, ale jak to już z doktorem bywa, z zasady coś musi poplątać się i skołtunić. Pod bagniejącą jedwabistą koszulą równie dobrze zamiast lepkich kropelek potu mogłyby znajdować się rozżarzone okrągłe węgielki, imitujące z lekka jego rozszerzone źrenice; zaś poniżej pasa umieszczony wielokilogramowy płat lodu, ciut penetrujący jego skórę. Daniel łakomie połyka powietrze, z desperacją charakterystyczną tylko dla chłystającego biedaczyny, który przed momentem dowiedział się o pozbawieniu caluteńkiego świata tlenu. Zmusza się do wybijania spokojnego rytmu palcami, na pokaz (rozkaz) płucom – patrzcie, tak właśnie należy działać. W końcu, gdy ta uparta para organów gra z nut, pierwsza fala paniki mija.
Nadchodzi faza druga, niepomiernie ponura.
Och! I jest, doprawdy, ponura. Pełen niedowierzania mruga raz, drugi, przygląda się swojej nodze z fascynacją, próbując rozwiązać jej zagadkę. W przeciągu sekund od tego jasnego odkrycia przestała być częścią jego mięsa, lub mięsa w ogóle. Obca zrozumieniu najpiękniejszego z umysłów i ewidentnie pchnięta nożem. W ustach pierw suchota, później ślinotok. Elektryzujący chłód naprzemienny z falami duszącego gorąca. Chłonące zobojętnienie, a potem rwąca agonia. Dankowski chce wymiotować – choć, ha, nie ma czym, przez co pierwszy raz dziękuje głodowi, ironicznie pożerającemu jego wnętrzności: tkanka za tkanką.
Gdy triumfalnie udaje mu się odzyskać umiejętność formowania (mniej lub bardziej) logicznego ciągu myślowego, romantycznie decyduje: właściwie jest zainspirowany, by się nie wykrwawić. Jest to nadzwyczaj mądra decyzja. Drżącą dłonią ślepo poszukuje w odmętach torby czegoś na znak opatrunku, a druga z rąk uciska ranę przy samej broni. Kostki brukowe rozmywają się w jego w pół zamkniętych oczach, budynki płyną, ciemne niebo futruje obraz. Gwiazdy są dziś nadzwyczaj jasne. Ich światło poszczypuje ślepia uczonego. Chyba to ono… Nie mimowolnie napływające łzy, nie!
Miasteczko rozpuszcza się. Daniel topi się, a determinacja razem z nim. W uszach szum, jakby morza, na ustach smak soli. W dłoni opaska uciskowa, ale…
Czy wypada jej użyć? On, doktor? Czy nie byłoby to zbyt samolubne? Bo może – nie, nie może, na pewno! – porankiem jego ciało zostanie zaprezentowane poturbowanemu (potencjalnie nawet na skraju życia) przechodniowi, i właśnie ten pas go uratuje. Rokowania Daniela i tak są, cóż, raczej niewystarczająco pozytywne. Pozbawiony snu, pożywienia, funkcjonalnej kończyny… Zapewne skona.
Tak, tak… Daniel może więc sobie odpuścić. I tak nie zostało mu nic: Tanatika, – ach, jego biedna Tanatika! – pochłonięta przez płomienie, reputacja doszczętnie zrujnowana, a teraz i gorzka przegrana z przebiegłą Exitium… Kończąc walkę w czas oszczędzi sobie masę wstydu i, jak prawdziwy doktor, zbawi hipotetycznego mieszkańca…
Piękna to i godna śmierć, pociesza się. Lecz niezaprzeczalna strata dla wszystkich.
Akceptacja przemywa jego wnętrzności. Właściwie zalewa. Jest mu wygodnie, tutaj, z głową spoczywającą na schodach, murem tulącym jego prawy bok, krwawiącymi odciskami na kostkach i krwawiącą raną w udzie. Kąciki ust mimowolnie podniesione, z lekkim przekąsem, bo tu, zaraz, kończy się jego walka. Pozostaje mu tylko usunąć nóż, zamknąć oczy, czekać, aż posoka ucieknie strumieniem. Godny obraz, godna historia.
Przez chwilę: spokój. Całą cudną chwilę! Tuż po tym: uderzanie metalowych cholewek o bruk i odgłosy zdesperowanego, niechlujnego rwania za materiał. Ktoś okrada trupa. Daniel, choć już całkowicie przekonany o swym odejściu, jest wściekły. Chciał umrzeć na swoich zasadach, och, nie, nie da się poharatać kolejnemu! Tak, zginie, choćby z (...dodatkową?) krwią na rękach, ale zgodnie ze swoim nowo powstałym planem. I nikt nie ma prawa mu tego odebrać.
— Macie się do mnie nie zbliżać — warczy. Jego głos drży, ale nie zdradza niepewności. Z trudem podnosi swoje ciężkie ciało tak, by pokazać nieznajomemu swoją broń. Może tyle wystarczy. Może nie będzie musiał strzelać; a nuż intruz wystraszy się, ucieknie…
Otoczona cieniem sylwetka drga. Podnosi się. Daniel jeszcze nie atakuje.
— Ojnon?
Krew w doktorze gotuje się, wrze, bulgocze. Nie, nie tak to miało pójść! Jego śmierć miała być, cholera jasna, honorowa.
— Ojnon, czemu tu siedzisz?
Głupie pytanie w głupim, zmartwionym tonie.
Stuk, stuk. Podeszwy butów uderzają o chodnik. Haruspik łypie na niego z góry. Światło uderza tył jego głowy, tworząc wokół niej aureolę – ha, śmieszne. Taki to już zbawca. Przerażająco szeroki, oprószony mozaiką ludzkiej krwi, ze ściągniętymi w złości brwiami, ale zbawca. Pistolet wysuwa się z dłoni Dankowskiego. Starszy przygryza policzek. Metaliczny smak oblepia jego kubki smakowe. Nie umrze. Szkoda.
Artemiusz, oczywiście, rozpoczyna przygotowania do ratunku, bo to Artemiusz i zawsze musi wszystkim się zająć. Obmywa dłonie butelką wody, a Daniel syczy na ten bluźnierczy widok – dlatego, że to czystej postaci marnotrawstwo, tak, ale również dlatego, że to zdecydowanie za mało, by nazwać ręce sterylnymi. Ale nie może narzekać. Plaga. Szkoda.
Po gorączkowych poszukiwaniach czegoś w tej swojej ogromnej, łamiącej zasady estetyki kieszeni, wyjmuje niepozorną fiolkę. Odważnym ruchem chwyta szczękę kruczowłosego, a zawartość ląduje w jego nieco rozwartych ustach. — Morfina — odburka. Czyli będzie już tylko lepiej! Tuzin minut i ból przestanie mu doskwierać.
Młodszy Burach pracuje w ciszy. Przygotowuje narzędzia. Przygląda się obrażeniu, po czym precyzyjnie wycina materiał spodni Dankowskiego wokół rany. Wstyd mu to przyznać, ale panikuje. Obaj panikują.
— Działa?
— Podejrzewam, że tak. Nie musisz tego robić, nie zinterpretuj mnie źle… To nie z braku zaufania do waszej ekspertyzy, po prostu… — duka. Albo wydaje mu się, że duka.
— Rozumiem — i chyba nie rozumie, bo zdejmuje rękawiczkę z dłoni Daniela, wsuwa ją pomiędzy jego zęby, i zaczyna wyciągać nóż. Powoli. W skupieniu. Jeśli ktoś miałby zapytać Dankowskiego, co jest najpaskudniejszym odczuciem dostępnym człowiekowi, wiedziałby już jak odpowiedzieć.
Na początku jest źle. Później, trochę lepiej. Jeszcze później… całkiem dobrze. Doktorowi udaje się ignorować ból; procedura oczyszczania rany przechodzi bez większych nieprzyjemności, ale wciąż z mniejszymi przykrościami. Nie narzeka. Dawka była wystarczająca, bo jakiekolwiek materialne dobro jest teraz wystarczające. Wzdryga się, gdy Burach zanurza palec w szkarłatną czeluść – zapewne by ocenić, jak głęboko przedarło się ostrze. Z tyłu głowy Daniel stwierdza, że pewnie chce mu zrobić na złość, ten stepowy burak. Stepowy, he, Burach… Och, wszystko przez te opiaty! Do jakiego poziomu się zniża…
— W porządku? — kiedy tylko okolice rany zaczynają go dziwacznie łaskotać, blondyn spogląda na niego zza gęstwiny jasnych rzęs. Prezentuje się całkiem jak jakiś starożytny bożek, śmieje się w głowie Daniel, lub robi to za niego morfina.
Dankowski wypluwa rękawiczkę, urokliwie.
— Nieśmiało przyznaję, że bywało lepiej.
— Ciekawe — odpowiada mało konwersacyjnie z krzywym uśmiechem, wieńcząc robotę nad szwami. Dankowski podświadomie naśladuje jego wyraz twarzy — Zaraz kończę.
Po dwóch, zasługujących na miano wieczności, minutach, haruspik rzeczywiście finiszuje. Pocieszająco klepie bruneta po ramieniu, po czym ciężko, powoli i bez grama gracji podnosi się. Dankowski wgapia się w niego pusto. W tle przygrywa im garstka cykad.
— No co? Nie chcesz pomocy? Przecież w tym stanie sobie nie poradzisz. Idziemy po antybiotyki. Mam zapas.
Mruga raz, drugi, bez krzty zrozumienia. — Wy ich potrzebujecie.
— Narazie nie. Odpłacisz mi się innym razem.
— Nie jestem skory wplątywać się z wami w dziwne układy, Burach, ale wydaje mi się, że nie pozwolicie mi na odmowę.
Haruspik uśmiecha się; rychło, niespodziewanie i wbrew sobie.
— Czasem okazuje się, że ten twój uniwersytecki umysł jest zdolny do tworzenia sensownych wniosków. No, już, — przysuwa dłoń pod sam nos doktora — wstawaj.
Dankowski wsuwa rękawicę z powrotem na jej miejsce, po czym chwyta zbliżoną rękę. Wstaje – z trudem, chwiejnie, ze strudzonymi pojękiwaniami i nader ostrożnie. Znowu walczy z wrażeniem, że jego mięso przypisano innej istocie, takiej, która (jeszcze) nie wie do końca, jak nim kontrolować. Może tak jest. Może owo stworzenie cierpliwie czeka, aż odnajdzie się na nowo, postawi pierwszy krok, wciąż trzymając jego palce między swoimi, splecione tak, jakby zawsze były sobie pisane.
— Prześpisz się u mnie. Muszę obserwować szwy — informuje tonem nie pozostawiającym wątpliwości: to ostateczność.
— Co z waszymi obowiązkami? No i co z moimi…
— Mam pięć godzin, przynajmniej trzy na sen. Wracałem z teatru, widzisz, nie mam za wiele do roboty poza paroma wywarami. Ty? Nie wiem. Ale do mojego wyjścia nigdzie się nie ruszasz.
Usta Dankowskiego ściągają się w cienką linię, co oznacza (dobrowolną!) rezygnację z odpowiedzi. Mężczyzna skupia się więc na chodzie. Przepływa przez niego nieodparte odczucie, jakby na nowo miał uczyć się kierować swoim ciałem. Artemiusz natomiast nie jest dobrym nauczycielem. Idzie za szybko, zbyt butnie, zbyt pewnie. Trochę pretensjonalnie, nadmienia bezrefleksyjnie Daniel.
Podróż mija w ciszy; tej z rodzaju nieprzyjemnych, piskliwie nawołujących o przerwanie. Oboje czasem wydają z siebie gardłowe pomrukiwania, ciężkie westchnienia, połknięte w połowie słowa. Nic nie zabija milczenia. Pozostaje im zadowolić się stłumionymi szlochami dobiegającymi z zamkniętych dzielnic, lub – kiedy im się poszczęści – szumem tańczącej twiry. Wtedy Burach, jak zaprogramowany, podświadomie zwalnia, wręczając drugiemu, jak najpiękniejszy z prezentów, chwilę na odpoczęcie…
Po dłuższej chwili docierają pod wejście kryjówki Artemiusza. Zardzewiałe drzwi świszczą z każdym podmuchem wiatru, co, zazwyczaj, wróży nieprzespaną noc. Nie komentują.
— Nie hałasuj. Dzieci mogą spać.
Zanim odpowie, Daniel gryzie się w język. Zawiesza wzrok na długim korytarzu.
Pierwszą rzeczą, którą zauważa, jest, cóż, ciemność. Zanim jego oczy przywykną do braku oświetlenia, skupia się na tyle głowy haruspika. Ten prowadzi ich przez całą długość klaustrofobicznego pomieszczenia. Jego ucisk zawędrował już trochę wyżej i, będący teraz na ramieniu uczonego, zdaje się niemrawo poluzować. W końcu stają. Artemiusz zsuwa wężową skórę z Dankowskiego. Śmieje się w głowie: pomaga gadowi uporać się z nadzwyczaj uciążliwą wylinką. Gad początkowo rozważa walkę, ale ostatecznie brak mu sił.
— Mam szansę odwdzięczyć ci się za to bohaterskie użyczenie mi łóżka — szepcze w tak perfidnie złośliwym tonie, że właściwie należy mu się kuksaniec. Daniel notuje, by go nim nagrodzić, kiedy tylko wypocznie.
— Przypomnę wam tylko, drogi towarzyszu, że ponoć śpią tu jakieś dzieci. Może powstrzymalibyście się od zbędnych komentarzy…
Wyższy wzrusza ramionami, rozbawiony inherentną hipokryzją tego wadliwego wniosku. Pomaga Dankowskiemu ułożyć się na tyle wygodnie, by pozostała część nocy nie została zrujnowana na wysłuchiwaniu kolejnych zawistnych skarg. Na szczęście doktor nie potrzebuje zbyt wiele czasu, by zasnąć; dzięki morfinie, jego głowa już po chwili powoli zsuwa się po poduszce, a oddech niemalże od razu zwalnia.
Uchodzi z niego wszystko, co danielowe.
Wiecznie zmarszczone w zamyśleniu czoło jest teraz stosunkowo gładkie, pozbawione potrzeby teoretyzowania o każdym elemencie otaczającego świata. Nieco niżej, zamknięte oczy przyzdobione są atramentowymi rzęsami, tak obco spokojne… Wrażenie wzmacniają lekko uchylone, sine wargi i zrelaksowane mięśnie kącików ust.
Buracha drażni poczucie, jakoby naruszał prywatność drugiego mężczyzny, więc z trudem odwraca wzrok. Pada więc na belkowany sufit, lub właściwie rozmazane pasy, mające go reprezentować w tej ciemności.
Atmosfera sprzyja szybkiemu zapadnięciu w letarg. Zanim jednak pogrąży go sen, zanurza się w nienaturalnej błogości; pewnie to te chrapiące ciepło, bijące zza niego, jako pierwsze od tygodnia daje mu długo wyczekiwane komfort i pocieszenie…
(Nie powinno być przyjemnie. Służył w wojsku. Spał obok dziesiątek mężczyzn. To – ta niezręczna sytuacja – nie różni się u podstaw zupełnie niczym. To tylko konieczność).
Szczęśliwie, wszystkie myśli błyskawicznie ustają.
Choć tego nie widzi, onyksowe niebo zdobi bezmiar lśniących punktów. Gdzieś bardzo daleko, dwa z nich zbliżają się do siebie, nieuchronnie dążąc do kolizji.
W śnie, Artemiusz klęczy w lodowatej wodzie rzeki Gorchon. Nie marznie. Czuje na sobie światło, płynące gdzieś z przestworza, z góry, otulające go jak bawełniany sweter – może jakaś gwiazda? Na pewno coś gorącego…
Pobudka jest ciężka.
Grzbiet i szyję przeszywają ciernie bólu. Strużka zaschniętej śliny łaskocze jego przyzdobioną zdecydowanie za długim zarostem brodę. Oczy proszą, by ponownie je przymknąć, o, tak, na parę kolejnych minut. No i… Artemiusz spręża i podnosi się – fantastycznie gwałtownie, spłoszony – bo zaledwie centymetry od niego znajduje się twarz Daniela. Musieli sporo się przewracać, stąd też pewnie i ta cała cielesna udręka. Kolano wstającego strzyka, a on wzdryga się na sam dźwięk.
To pewnie dobry moment, by przestać użalać się nad swoim stanem. Obowiązkowy i odpowiedzialny, na tyle bezgłośnie na ile to możliwe, kieruje się do pracowni. Mimo chaosu w głowie, przypomina sobie o jego powinnościach; w szafce poszukuje leków… Te zasrane antybiotyki gdzieś tutaj były… Musi tylko przejrzeć każdą z półek, nie tę – tu jest mięso, och, może tu…?
W końcu znajduje. Zza pleców dochodzi do niego cichy szmer.
— Burach.
Odwraca się, jak zahipnotyzowany. Gdyby Burach nie wiedział lepiej (a na szczęście wie!), pomyślałby, że Daniel ledwo stoi. Znowu jest bardzo… Danielowy, co możemy uznać za synonimiczne z przykrym. Przenikliwe, ostre źrenice poruszają się nieżwawo po zaczerwienionych białkach, desperacko szukając czegoś, na czym mogą bezpiecznie zawiesić wzrok. Do czoła klei się garstka włosów, które zapewne były niegdyś miękkie i lśniące. Teraz niechlujne, tłuste, możliwe, że według niektórych odrażające. Podobnie skóra – zziębiała, marmurowo blada i postępująco martwiejąca; w szczególności w okolicach wytrzeszczonych ślepi, niemalże tak ciemna jak brązowiutkie tęczówki jej nosiciela…
Może potrzebuje więcej morfiny.
— Ojnon? Obudziłem cię? — stara się szeptać, by tylko nie zbudzić śpiącej nieopodal małej Miszki; jest to utrudnione przez poranną chrypę. Dziewczynka mu wybaczy.
— Nie, nie przejmuj się tym… Chciałbym wam, ach, podziękować. Za gościnność i, no tak, również samą gościnę. Za ratunek. Już będę szedł.
— Poczekaj. Muszę tylko… — skinieniem głowy wskazuje na nogę Daniela. Pod jego wzrokiem, doktor instynktownie się cofa, jakby nie do końca zrozumiał.
— Hm. Niech tak będzie. Pośpiesz się.
Artemiusz zbliża się do Dankowskiego. Nieśmiało stwierdza, że może się mylił – skracając dystans między nimi, haruspik znowu zauważa w swoim wspólniku poprzednią, późnonocną niewinność. Z nieokreślonych powodów, jego wnętrzności się wywracają. Daniela chyba też.
— Tyom… — słyszy. Bądź i nie. W każdym razie, brzmi to bardziej jak obolałe jęknięcie niż rzeczywista wiadomość. Dankowski niewyraźnie wykrztusza coś jeszcze o bandażach, czy zmianie, bądź i nie…
Haruspik zgrabnie otwiera mniejszą dłoń swoją własną, większą, ale nie mniej zdecydowaną. Kładzie dwie tabletki na skórzanej powierzchni. Szuka w kieszeni czegoś, co pomogłoby uporać się z bólem; już po paru sekundach kapsułka dołącza do antybiotyków.
Z tej odległości Artemiusz czuje, jak ich oddechy mieszają się ze sobą. Zwinnymi palcami zamyka rękę drugiego w pięść. Dotyk ich parzy; przez moment pozwalają sobie być masochistami.
— Och — mruczy sotto voce, z nutą czegoś niebezpiecznie podobnego do zawiedzenia, gdy tylko haruspik decyduje się oddalić. — Dziękuję. Zawitaj do Bagna. Na pewno coś dla was znajdę.
— Zrobię, co mogę. Uważaj na siebie, ojnon. Zmykaj.
— Hm. Zrobię, co mogę… — uśmiecha się, ale inaczej. Ciepło, chociaż skomplikowanie. Jego dołki się pogłębiają. To przyjemny widok, lub – tak właściwie – po prostu przyjemniejszy niż zwyczajowy ostry grymas, spostrzega Artemiusz.
Następnie, Daniel iście idiotycznie upiera się, że podoła samodzielnemu chodzeniu. Wygląda to dosyć przykro: parę razy prawie się potyka, przeklina, skowycze półgłosem, jeszcze częściej – ciężko wzdycha. Kuśtyka z dumą. Finalnie, powoli znika w korytarzu. Pozostaje jego cedrowy zapach i kwaśne wspomnienie. Poza nimi – uczucie osobliwej, niespełnionej nadziei, rosnącej w przełyku niczym nasączona gąbka.
Za rękaw oliwkowego kubraka pociąga kudłata, licha postać, z aksamitnie zwilżonymi oczami. Świeżo wybudzona i przestraszona miastowym wężem Miszka prosi haruspika, by opowiedział jej ciekawą historię, zanim wyruszy na walkę z plagą. Mówi jej o dziecięcych zabawach w stepowych buszach z bratem i Stanisławem. Nie musi kończyć: skulona w kącie dziewczynka zasypia w mknieniu oka.
Artemiusz nie myśli już o Dankowskim, ani o nawiedzających go obcych uczuciach: są przecież tak nieistotne w obliczu pochłaniającej zarazy. Pewnie ze zmęczenia pomieszał senne wyobrażenia z realiami.
W korytarzu mija zaniepokojonego głosami Spiczkę i ignoruje gęstwinę przygotowanych przez niego pytań. Zaczyna się nowy dzień; nie może zmarnować ani minuty.
Sinawe niebo wciąż dekorują dwie uparte gwiazdy.
