Work Text:
Dean otworzył oczy i gwałtownie sięgnął za pas swoich spodni aby wyjąć z nich colta. Ku jego zdziwieniu spodnie nie były już ani dżinsowe, ani nie miały też paska za którym wcześniej trzymał broń, po której – o dziwo – też nie było śladu. Rozejrzał się dookoła i spostrzegł, że razem z Samem znajdują się w jakiejś szatni.
- Co do cholery jest grane, Sam?
- A skąd mam wiedzieć? Wiem tylko, że... Uh. Odwróć się na chwilę.
- Po co?
- Odwróć się.
Sam dokładnie przyjrzał się plecom Deana, odchrząknął i powiedział:
- Wiem tylko tyle, że ja jestem czymś co nazywa się Milik, a ty to Leła.. Lewandowski.
- Więc co kurna, teraz robimy za Polaków?!
Bracia Winchester nie zdążyli nawet za bardzo ustalić, co się stało, gdy podszedł do nich jakiś łysy mężczyzna i powiedział, klepiąc ich po ramionach:
- No chłopaki, zaraz wychodzimy na boisko, ogarnijcie się trochę. Nie czas na głupie żarty, powygłupiamy się jak skopiemy tyłki tym napuszonym księżniczkom.
Dean i Sam popatrzyli na siebie jakby próbowali ustalić, kto i co powinien odpowiedzieć, gdy znowu podszedł do nich jakiś inny facet, tym razem przypominający bazyliszka.
- Bawcie się dobrze panowie – powiedział, prowadząc ich na miejsce, gdzie w linii ustawieni stali piłkarze z dziećmi – I obowiązkowo strzelajcie gole.
Kompletnie nie wiedzieli, o co chodzi. Sam rozłożył swoje wielkie ręce.
- Piłka nożna? Serio? Dlaczego do cholery musi być to piłka nożna? Nie mogliśmy trafić na turniej szachów?
Dean spróbował zrobić bitchface i dowalić temu łosiowi jakąś ciętą ripostą, ale w tym momencie usłyszał znajomy głos.
- Nie rozumiem, dlaczego każe mi pan wyjść na trawę i biegać za piłką. Jaki to ma sens? Dlaczego muszę nosić te dziwne ubrania? Wolę płaszcz.
- Przysięgam na wszystko, że jeśli któregoś dnia przyjdziesz na mecz w płaszczu to osobiście ci nakopię i zapomnę o wszystkich golach, które dla nas zdobyłeś – odpowiedział dość poważnym tonem głosu mężczyzna w garniturze, zapewne trener.
- Cas? – Dean odwrócił się i spojrzał na swojego anioła, który w tym momencie wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego niż zwykle.
- Dean?
„Jaki znowu Cas i Dean?” przebiegło trenerowi przez myśl. „Nie ważne, przynajmniej się dogadują. Zresztą nie będę wnikał w to jak się nawzajem nazywają, za kogo przebierają i co robią. Lepiej dla mojego zdrowia”.
Chwilę potem obok polskich piłkarzy ustawili się Portugalczycy, tak że na równi z Deanem stał Ronaldo. Dwaj mężczyźni zmierzyli się wzrokiem, Dean lekko się uśmiechnął i puścił mu oczko, na co biedak otworzył ze zdumienia oczy i widocznie się rozproszył. Sam dźgnął brata i zapytał:
- A więc to twoja taktyka? 100% hetero aby odwrócić uwagę przeciwnika od piłki? Laaaamerskie. Poza tym, Cas patrzy.
Anioł, stojąc kilka metrów z tyłu, wyglądał jakby jednocześnie nie do końca rozumiał, co się stało i jakby doskonale wiedział, że musi złamać nogę temu obcemu komuś z idealnie równymi zębami i perfekcyjnie ułożonymi włosami. „Może Dean chciałby, żebym też zaczął używać lubrykantu do włosów, żeby się tak błyszczały?” pomyślał. „I chyba muszę zrobić coś z kolorem skóry. Hmm… Pamiętam, że Sam kiedyś śmiał się z solarium i tego jak ono opala ludzi, ale skoro Dean to lubi to, eh, poświęcę się”.
- Cas to tylko przyjaciel, Sam. Nic mu nie będzie – odparł w końcu wciąż zaprzeczający swojej biseksualności Dean. Nie zdążył jednak rozwinąć swojej wypowiedzi, bo jakaś przemile wyglądająca młoda pani dała im znak, że powinni wychodzić już na murawę.
Pierwsza połowa to była istna katastrofa. Już po siedmiu minutach Dean klnął, że mógł nie jeść na śniadanie dwóch burgerów z frytkami i kilku kawałków cherry pie na deser. Sam z kolei czuł się jak w swoim sportowym żywiole, choć fakt, że tylko dwa razy w życiu grał w piłkę, wpłynął negatywnie na skuteczność jego oddanych na bramkę strzałów. Castiel, z drugiej strony, w ogóle nie próbował grać, tylko za każdym razem, gdy miał okazję, starał się złamać nogę Ronaldo, jak to wcześniej sobie postanowił. Raz mu się nawet udało nieźle go pokopać, ale w skutek tego reprezentacji Portugalii przypadł karny i strzelili gola. W przerwie Casowi oczywiście dostało się od trenera, który dodatkowo zagroził, że jeśli tak dalej pójdzie to na jego miejsce wejdzie Kapustka. I choć Castiel nie wiedział jakiego gatunku stworem jest Kapustka i tak się wzdrygnął, gdyż podejrzewał, że przypominać będzie on jakiegoś wilkołaka lub wampira. Samo słowo „kapustka” wywołało u Deana odruch wymiotny, natomiast Sam rozmarzył się i zapragnął wsuwać gołąbki w sosie pomidorowym.
Druga połowa rozpoczęła się umiarkowanie dobrze, tzn. nikt nikogo nie sfaulował przez pierwsze osiem minut. Dodatkowo Dean w końcu trochę się rozkręcił i kilka razy dośrodkował do Sama, choć ten nigdy nie trafił do bramki.
- Dobry Panie, pomóż nam, bo zginiemy – wyszeptał trener i w tym momencie obok rezerwowych zawodników pojawiła się nowa postać.
- Witam panowie, przybyłem zdobyć serce mojej miłości pod przykrywką ratowania wam tyłków – powiedział nieznajomy mężczyzna, pstryknął palcami i tak oto wszyscy zapomnieli o dziwnym incydencie pojawiającej się z nikąd osoby, a sam mężczyzna stworzył sobie nowo ukradzioną tożsamość uprzednio zamkniętego w toalecie Kapustki.
I nie ma nic dziwnego w tym, że osiągnął to wszystko jednym pstryknięciem palców. Takie autorki, taki fanfik, deal with it.
Gabe popatrzył z zadowoleniem na swój piłkarski strój.
- No i to jest wdzianko godne Trickstera. Sam, nadchodzę! – wykrzyczał i zmusił trenera siłą perswazji aby zarządził zmianę.
Już po kilku minutach odkąd Gabriel wszedł na boisko, Polska odzyskała prowadzenie. Może to dlatego, że Gabe był takim dobrym zawodnikiem, a może to dlatego, że Ronaldo przewracał się za każdym razem, gdy ktoś mu podawał piłkę. I nie, nie była to wina gabrielowych palców i pstrykania, skąd.
W sześćdziesiątej drugiej minucie Gabe strzelił pierwszego gola. Kibice szaleli, trener skakał, piłkarze krzyczeli i obściskiwali Gabriela.
W sześćdziesiątej ósmej minucie Pepe strzelił gola polskiemu bramkarzowi i o mało co nie został przez to zamieniony w dziobaka, ale Castiel zdążył powstrzymać swojego brata.
W siedemdziesiątej czwartej minucie Gabe strzelił drugiego gola, wyrównując wynik.
- Wiedziałem, że na warzywa można liczyć! – krzyknął Sam – Dajesz ty kapuściany aniele!
W osiemdziesiątej dziewiątej minucie…
- Ten jest dla ciebie, Cassie! - w ostatniej chwili Gabriel oddał piłkę swojemu bratu.
Lekko skołowany Cas przyjął piłkę, zakręcił się dookoła siebie, pacnął kogoś skrzydełkiem i…
Piłka odbiła się od bramkarza.
Jednak zanim ktokolwiek z przeciwnej drużyny zdążył do niej dobiec, Gabe był już na miejscu i dobił trzeciego, zwycięskiego gola dla reprezentacji Polski.
WYGRALIŚMYYY!
Gdy wszystko było już jasne, cała polska drużyna wybiegła na boisko szalejąc z radości. Wszyscy się klepali, ściskali, turlali po murawie. Dean kątem oka zobaczył jak Cas kopie Ronaldo w kostkę i ucieka. Uśmiechnął się do siebie i pomyślał „Ten anioł…”. Zauważył też jak wszyscy przytulają Gabe’a za to, co zrobił dla drużyny.
„Hmm, może ja też kogoś przytulę i skorzystam z okazji aby poczuć męskie ciało” przebiegło Deanowi przez myśl. „Naaah, nie, Dean, no coś ty. Po co być miał przytulać facetów? Przecież jesteś sto pro…” głos w jego głowie próbował go wyprostować, ale ktoś brutalnie mu przerwał tuląc się do Deana od tyłu. Mężczyzna odwrócił się i zobaczył swojego anioła, uśmiechniętego i dumnego ze zwycięstwa. Nic nie mógł poradzić na siłę, która kazała mu przytulić anioła i pocałować go prosto w te piękne usta. Zaskoczony Cas tylko przez chwilę nie wiedział, co robić. Całe szczęście, że oglądał Pizzamana…
W tym samym czasie, gdy Sammy zobaczył całującą się parę, powiedział do Gabriela:
- Wreszcie. Ileż można czekać…
Gabe zaśmiał się i klepnął Sama w tyłek.
- Yeah, wreszcie. A ile ja jeszcze mam czekać? – rzucił, puszczając mu oczko.
Wtedy trener obserwując Deana i Casa złapał się za głowę i pomyślał: „Wiedziałem! Wiedziałem, że oni mają się ku sobie!”.
Klika godzin później, kiedy wszyscy poszli świętować zwycięstwo, zza drzwi toalety można było usłyszeć biednego Kapustkę, zamkniętego i zapomnianego niczym Adam w piekle.
