Work Text:
Wrzesień to dobry miesiąc, żeby się hajtnąć. W końcu miesiąc z literą ‘r’. Jeśli tylko trafi się w odpowiedni tydzień, rzecz jasna, jeśli pogoda będzie sprzyjać. Inne powietrze, wiatr targający drzewami. Kolorowe suknie kobiet podwiewane, niby słaba rekonstrukcja sceny z biedną Marilyn Monroe.
Obrzydził go widok tych wszystkich gości, ich ilość i jakość głów, choć wystrzegał się on ocen. Dzisiaj nie mógł patrzeć na wystrojonych i uśmiechniętych. Czuł rosnącą w nim niechęć, która genezę miała w zniszczonej nadziei, a bez nadziei człowiek jest pustym.Ta zgorzkniałość narastała w nim przez pewien okres, odkąd dzień sądny przyszedł mu niespodziewanie. Na wspomnienie tego dnia serce mocniej tłukło w jego piersi szerokiej, i zasychało mu w ustach.
Znajomi z komendy zatrzymywali go uściskami rąk. Bóg wie, co do niego mówili, widział tylko wykrzywione w uśmiechu pyski psów, które szyderczo pluły mu w twarz. Co się z nim działo, wiedział zapewne tylko diabeł. Co go opętało? Licho wiedziało i nie powiedziało.
Słuchał wiatru. Tylko po co? Bóg był bardzo, bardzo cichy. Dzisiaj lekko kołysał koronami drzew, niezainteresowany i zrezygnowany, może znudzony kolejnym kontrastem narodzin pięknego życia i zakończenia szczęścia innego. Powinno wiać, powinien zstąpić huragan, powinno ich wszystkich zmieść z tego placu, który również zaczął mu dokuczać faktem, że był częścią ich wspólnej codzienności.
On się żeni. Ten wieczny kawaler, ten wiatr w pustym kościele, ten ogień niespokojny. Ta gorączka, nie człowiek.
To była główna myśl, która mąciła spokój jego dni. On się żeni. Prawidło co mu nadzieję odebrało, dzisiaj było namacalne. Był uczestnikiem i przewodnikiem, nie był biernym, on przeprowadzał, osobiście ciągnął swój koniec świata. Nie śmierć, nie wypadek, a koniec świata on pieczętował prostą regułką ludzkich zawiłości. Sędzia skazujący samego siebie na karę śmierci. Mgłą był mu czas oczekiwania do tego sądu ostatecznego, ale oto nastał. Mdły i rwący resztkę jego włosów - koniec.
Nocul poprawiał pięknemu marynarkę zbyt jasną. Włos siwy błyszczący od lakieru, którego wiatr nie miał sił choć lekko podwiać. Wiatr wiatrowi nie równy. On by nie pozwolił ich tak wybrylantować, bo piękny, najpiękniejszy był nieuczesany, poranny i niewyspany, albo wyspany, taki ze snem w ciemnym oku, taki miękki. Piękny, najpiękniejszy był po nocce na komisariacie, z odgniecionymi po prawej włosami - ta kępka niesforna, którą sam by mu, bez lakieru, dłonią tylko wygładził. Piękny, najpiękniejszy był z samego rana w jego kościele, gdy na klęczkach wbijał drobnymi szpilkami, małe wstążki w główki ławek drewnianych, w których zaraz mieli zasiąść. Zmęczony, ale uspokojony w drobnej pracy pozwalał na ciszę między nimi i uśmiechy smutne, gdy Mateusz naprzeciw siedział i doglądał jego pracy. W końcu nie miał nic lepszego do roboty, niż oglądanie go w jego wolnym obliczu, jeszcze niczyjego, a może trochę jednak jego. Wtedy mógł być swój i świata i Mateusza, jeśli tak by zasądził. Całowałby dłonie pokaleczone, gdyby stwierdził, że w tej pracy jest Żmigrodzkiego.
Basia z Natalią obskakiwały Pannę Młodą. Wszyscy ściskali Pana Młodego, długa kolejka delegacji policjantów w odświętnych mundurach. Kościół przystrojony w biel i diabli wiedzą w ile odmian kwiatów. Mieszanina zapachów wciskała się w nozdrza księdza, przyprawiając o ból głowy, który pukał jako nieproszony głos, gdzieś na wysokości skroni, a może był to tylko odłam, gałąź, delikatna fala obecnego już bólu.
Naprawdę się żeni, a teraz wchodził do kościoła w tym beżowym garniturze i muszce zaciśniętej wokół gardła. Obroża dla grzecznego psa. On by go tak nie upokorzył. On by go zostawił w jego zwykłej koszuli, może swetrze. Byle miękki mu pozostawał w tej ich drodze, byle jego, swój i świata.
Twarz upudrowana, blada, wręcz trupia. Tylko dlatego, by piękne były ich zdjęcia, no i szedł z tym jasnym kwiatem wystającym z kieszeni marynarki. Biały goździk. On dałby mu słonecznik, w dłoni by go trzymał, albo lilię czystą jak on, czysty pośród brudu świata. Mateuszowi był boską wodą, czystym jak sam Chrystus. Nie potrzebował jasnych ubrań, jaśniejszego skóry odcienia. Powinien być codzienny.
Ona blondynka - oczywiście, bo takie kobiety tylko sen Inspektorowi psuły, a był to ideał kobiety, no i łączyło ich dziecko, połączyło zagrożenie życia. Zawiłości życia.
Czytaniem ewangelii, zajęli się Nocul i Pan Antoni. Psalm jednak należał do Mateusza, którego głos drżał niebezpiecznie na wyższych partiach. Jednak śpiewał, śpiewał dla Niego głośno, bez podkładu, bez organów. Patrzył siedzącemu na białym krześle, w tym beżu i kremie, w oczy mu patrzył. Skupiony tylko na nim, a w tych sarnich kulach, z odległości niemałej, widział gwiazdy i jakąś tęsknotę, jakąś rezygnację i ciągotę, coś niespokojnego w nim, rozdygotanego. Pies na uwięzi.
Mateusz, tak musi być. Taki jest porządek świata. - Mówi mu, albo on sam wkłada te słowa Możejce w cienkie usta. Słowa pocieszenia i trucizny.
A może tylko mu się tak wydawało, może chciał to widzieć, to niezdecydowanie i strach, przed konsekwencjami życia. Chciał słyszeć jak zwraca się tylko do niego w tym najważniejszym dla siebie dniu.
Wzruszył się. Mateusz też. Płakali do siebie.
Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich,
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył.
Zacisnął zęby, bo czas nadszedł na kazanie. Kazać to on chciał przerwać tę szopkę.
- Zebraliśmy się dzisiaj, aby towarzyszyć rozpoczęciu nowej drogi życia naszych Drogich…
Itp, itd, Itp, itd, Itd. Mateusz mówił o szacunku, o miłości i wierności. O Bogu też mówił… tak, o miłości głównie. Gdy wypowiadał słowa, Pani Młoda, głos mu figla płatał, śliny nie potrafił przełknąć, a kartka z napisanym tekstem była już pognieciona i mokra przez potem zroszone ręce. Rozprawiał głośno o dobroci serc dwojga ludzi, którzy zostaną zaraz połączeni przed ołtarzem, aby dobro wspólnie czynili.
- Jezus mówi do nas: „Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem”. To znaczy: miłujcie się bezinteresownie, nawet wtedy, gdy miłość jest trudna, gdy oznacza wyrzeczenia, gdy jest... bolesna.
Wciągnął głęboko powietrze, chwytając kilka sekund, przez które mężczyzna jeszcze nie był żonatym, jeszcze mógł być jego, świata i swoim mógł być. Okrucieństwo. Boga nienawidził, w tych sekundach grzmiał w myślach, że nie zasługuje na taką karę, na takiego kata.
Nie, nie zasługiwał. Zasługiwał na szczęście u boku mężczyzny przed nim.
- Gdy stawia przed nami wyzwania, które mogą wydawać się nam nie do pokonania. Gdy myślimy, że to koniec świata… ale tak jest, że ten, którego nasze serce umiłowało, zaczyna go dla nas na nowo. Miłość jest wielka, jest darem, który należy pielęgnować. Za wszelką cenę. Należy trwać przy niej, chociażby nasze serce wątpiło, albowiem jeśli na świecie jest coś prawdziwego, to jest nią… miłość. A teraz pozwólcie, że przeczytam wam fragment pierwszego listu do Koryntian, który wyrazi więcej aniżeli tysiąc moich wymęczonych słów.
Spojrzał głęboko w oczy Pana Młodego i zaczął.
- Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Kocham Cię.
To było jego pierwsze i ostatnie wyznanie miłości. Prawdziwa miłość nie unosi się gniewem i w duchu wiedział, że zaraz mu ten gniew przejdzie. Bo nie gniewał się na ich miłość, gniewał się na ścieżkę ich, na wybory, nie na miłość, nie żałował, że kochał. Kochał go kochać, chociaż zabijało go to dzień po dniu. Będzie mu prawdziwym i miłością, choćby spłonąć miał przez ten żar, który go pochłaniał.
Może i jego coś podobnego męczyło, odwagi nie miał w to uwierzyć, ale twarz Oresta ukryła się po tych słowach w dłoniach drżących. Daria zmarszczyła brwi. Szturchała, by zachowywał godną postawę, by pozował, by nie wyłamywał się ze schematu ideału dnia dzisiejszego. Pamiętaj o zdjęciach.
Przez resztę uroczystości spoglądał na niego jak ta, którą porzuca się na dworcu, ta, która macha chustką żałosną ukochanemu, który wybrał śmierć. Z bukietem kwiatów czeka na jego rychły powrót. Zachowywał się jak zdradzona kochanka, a w rzeczywistości mężczyzna nigdy nic do niego nie czuł, bo co miał czuć? Czemu miał czuć? Tylko się do niego uśmiechał, tylko czasem zdobył się na figlarność, czasem tylko wziął go w objęcia. Pod wpływem strachu czy szczęścia, nie z miłości.
Raz tylko, albo aż, obdarował go pocałunkiem, kiedy pojawił się ponownie w życiu. Gdy ślub został przesunięty mężczyzna zajęty wizjami fatalnymi, izolował się przez miesiąc, wszystkich niepokoił i nie dopuszczał do siebie i Dominika. W końcu jednak wrócił do życia a pierwszym, którego odwiedził był Mateusz. Rozmawiali długo, Mateusz był przerażony jego stanem, próbował podnieść na duchu, jednocześnie czuł, że Możejkę w pionie trzyma nie nadzieja, tylko mały Dominik, który co kilka minut przychodził przytulić ojca i całować w blady polik. Żegnali się na ganku, a Dominik biegał po ogrodzie szukając burego kota.
- Panie Oreście. Pan nie jest sam. Nigdy nie będzie. - Chwycił jego przedramię. - Niech Pan pamięta.
Przyglądał się pochylonej jego sylwetce, pragnął pocieszyć i tylko pocieszyć.
- Za dobre słowo. Dziękuję księdzu. Gdyby nie ksiądz… - wyciągnął dłoń, jakby chciał chwycić końcówkę odpowiednich słów, ale nie potrafił, ta zaraz opadła, a on znowu pokręcił głową zrezygnowany.
- Pan powinien do mnie przyjść od razu. Samotność… nie leczy. Zawsze tu dla Pana będę, proszę pamiętać.
Mateusz w przypływie chwili dłonią szeroką objął głowę siwą, a drugą położył na łopatkach komendanta. Uścisk ciepły, ciasny, który leczył i obiecywał, utrwalał. Ułożył czoło na ramieniu policjanta, a on w odpowiedzi wtulił się w szyje. Trwali tak chwil kilka, co godzinami a z drugiej zaprzeczeniem im były - sekundami się wydawały. Drżeli delikatnie, będąc pod wpływem prądu i ciągot niedotkniętych wcześniej.
Nie chcieli się rozłączać, jeden co rusz ściskał mocniej partnera (byli bowiem teraz obrazkiem dwojga, którzy w jedno złączeni zostali), jakby dla potwierdzenia, że jeden drugiemu jest i będzie. Czas rozłąki policjant skwitował pocałunkiem mocnym, gorącym, który kochanek tylko oddaje kochankowi w przypływie żaru, miłości morza - na grzbiecie dłoni księdza go umieścił, zbolały i w bólu uśmiechnął się rozbrojony intymnością. Dziwny był ten uśmiech. Miał coś z żałoby, trochę z wdowca, który znalazł podobnego sobie.
Śniła mu się ta scena. Rozciągała, trwała, kontynuowała w majakach sennych.
Jednak on wdowcem nie był, a wręcz przeciwnie. W końcu i dla niego szczęście w płaszczu kobiety i rodziny. Prawdziwa rodzina, o której marzył, na jaką zasługiwał, jakiej Mateusz z serca całego i dobrego mu życzył. Może zasługiwał na kogoś lepszego, chociaż on już nie miał prawa tutaj sądów wydawać, bo sędzią nie był, jak żaden zresztą inny człowiek a i obiektywnym w stosunku do Możejki nie był. Zwyczajnie brakowałoby mu bycia ponad człowiekiem i jego naturą, a ten przymiot miał tylko Bóg. Miłość to podążanie drogą, a nie oglądanie jej z oddali.
Był człowiekiem i naturę miał człowieczą. Więc rozstrojony zapominał o prawidłach, które zawsze wygłaszał, którymi się odznaczał. Pretensje zatrważająco rodziły się co noc w jego sercu, niechęć do tego człowieka ukochanego, obrzucanie go w myślach przykrymi epitetami, bo zwyczajnie był zranionym. A zranione zwierze wyje i rzuca się po kątach, gryzie i płacze. Mateusz nie potrafił pogodzić się z tym ‘odejściem’ w inną ścieżkę życia, od tej, której on sam prowadził. Nie żałował miłości, bolał nad sobą.
Przecież ich też łączyły zagrożenia! Walka o życie, miłość do ryzyka! Oddawanie się drugiemu, służba człowiekowi - to ich wyróżniało na tle innych żyć zwyczajnych, to byli oni, słudzy ludu za marne grosze i za w twarz splunięcie. On też samotnie wychowywał dziecko, kochał choć do kochania spełniony nie został.
Dlaczego więc Orest bierze jej rękę, dlaczego zebrani płaczą ze wzruszenia, gdy zmarnowany mężczyzna wypowiada słowa przysięgi, które skierowane w snach miały być właśnie do niego? A może mu się to wszystko śni? Koszmar, z którego miał się wybudzić oblany potem, a uspokoiłaby go po nim ciasnota jego ramion, uścisk dobry wokół klatki piersiowej, ciężar ciepłego ciała.
Bo ten mężczyzna przyrzeka kobiecie kochać ją, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Nie ma innego końca świata, nie będzie innego dla Mateusza, bo on udzielił ślubu człowiekowi, którego uwielbia i ubóstwia. Nakazał przyżekać miłość, ale nie jemu.
On umierał, w tym momencie uleciał z niego duch.
Tamten szczerze uśmiechał się do swojej żony. Dominik w pasującym do policjanta garniturze podał obrączki. Mateusz zalany mgłą rozpaczy, próbował nie wylać łez, które w oczach się zalęgły. Na ustach jego malowała się złość i duchowny wiedział, że na tych przeklętych zdjęciach będzie to widać. Będzie widać wszystko. Jak to szło?
Nie, już nie płaczę bo dziś nie mam więcej łez.
Jak tu płakać skoro dziś wesele jest?
On miał łzy, on miał cały żal do siebie, do stwórcy i do mężczyzny, który nie widział, że przed nim umierał. On stał przed nim zakrwawiony, ornat ze złoto-bordowymi elementami musiał zakryć jego rany przez miłość ukute! Bo nikt nawet palcem nie kiwnął na jego udrękę! Warstwy musiały zakrywać głęboką dziurę, gdzie było niegdyś serce. Weź to serce… podnieś je.
Tylko triumfujący uśmiech panny młodej w jego stronę zdradzał, że ona wiedziała, o zadaniu śmiertelnej rany.
Krzyczał, ale krzyk jego zagłuszał wiwat kościoła. Krzyczał, ale organy tłumiły jego wrzask. Krzyczał, ale w jego stronę nikt się nie obejrzał. A może nikt nie chciał.
Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela.
W zakrystii grochy ciężkich łez sturlały się po bladych polikach, wpływając pod albę, zostawiały ślady na jego szyi. Twarz wysuszona, szczypała gdy przecierał ją do czerwoności. Serce bolało nie do zniesienia i wściekły wywrócił kielich, który z biurka poturlał się na podłogę, strasząc tylko pająki, bo ministranci wybiegli już przed kościół. Rozrzucone na podłodze hostie niby śnieg, niby porwany papier miłosnego listu.
Wył w zaciśnięty między palcami, zakrwawiony ornat. Nigdy już go nie założy, był pewien tego, jak i faktu, że nie przetrwa wesela. Czeka go droga przez piekło. Spali siebie i ten ornat, to będzie mu końcem tego wielkiego dnia. Tak potwornie go bolało, tak mocno wierciło w jego duszy. Fizyczny ból - dławił się przez niego, on zabierał mu oddech.
Niby nie miał prawa kochać. Nie miał prawa oczekiwać bycia przez niego kochanym. Wybrał drogę.
Tylko dlaczego ten mężczyzna, chociażby, nie mógł być sam?
Dlaczego nie mógł być sam, tak jak on? Brakowało mu czego? Mateusz by mu to dał! Zadbałby o niego. Przyjaciele, znajomi… zapewnili by resztę. Przecież tworzyli wszyscy dziwną rodzinę. Było im dobrze w tej samotności, prawda? Przynajmniej była w tym wierność… osobno, a jednak myślą przy sobie. Ten układ byłby sprawiedliwy.
Cisnął świecznikiem w ścianę, pozostawiając na niej trzy rysy i małe wgniecenie. Zniszczenie było niczym, w porównaniu do spustoszenia jakie w nim panowało.
Wyszedł przed kościół w granatowej marynarce i koloratce wciśniętej w niebieski kołnierzyk. Miał być oznaczony, czuł się jak trędowaty. Nie dotykaj, nie wolno. Jeden mógł, ale ten go nie chciał. Pewnie nie wiedział, że mógł, ale gdyby nawet wiedział, to zapewne i tak by nie chciał.
Do diabła.
Wyglądał, ale nie był gotowy na najgorszy dzień swojego życia, który wyszedł z powijaków. Zrobiło się poważnie. Bóg już zapieczętował ten cholerny związek, tak? Już w niebie ich sobie przeznaczyli. Żar płonął pod jego skórą, nie mógł wytrzymać w tych ubraniach. Były mu skażonymi. Wszystkie je spali.
Młoda para zbierała monety, a ryż sypał się z nieba.
Życzenia. Łzy. Oklaski. Odór śmierci. Zgnilizna jego rozkładającej się duszy. Słońce, które wskazywało na jego winę.
Morus uciekający zaraz po uściśnięciu ręki policjanta do swojego samochodu.
Do pensjonatu pojechał z Noculami. Mietek rzecz jasna był świadkiem, z tego też powodu zatrzymywali się co chwilę, zanim dobrze puścił hamulec, ponownie deptał nim w podłogę. Wychodził do ludzi z butelką wódki. Balony i wstęgi. Sandomierz ukrzyżowałby Możejkę następnego dnia, gdyby tylko znaleźli jakiegoś trupa.
Mią w dłoni różaniec, Basia nie mogła przestać krzyczeć i śmiać się w towarzystwie Natalii, która jechała z nimi. Mateusz zachowywał się irracjonalnie, bo prawie wybiegł z dusznego, kwiatami ozdobionego samochodu. Wspominał, że było słonecznie? Sam diabeł smażył ich duszę, a jednak niektórzy nazwaliby ten dzień pięknym.
Orest wychodził do zatrzymujących ich sandomierzan, aż w końcu para zdecydowała się po prostu pójść środkiem ulicy, łapiąc się za ręce, ozdabiali życie swoimi uśmiechami. Miał otwarte ramiona, dziękował i całował poliki. Mateusz był pewny, że nie zna większości tych twarzy.
Jego znał, a nie ucałował jego polika ni razu.
- No w końcu, Panie Inspektorze! Kobita, diament się Panu trafiła. Ma Pan szczęście!
Mateusz odchylił się na siedzeniu, głowę wcisnął w zagłówek, jakby w bólu, tylko krzyżyk wbijał sobie w dłoń. Oddychał ciężko. Musiał wyglądać blado, bo Natalia rzucała mu dziwne spojrzenia w lusterku. Nie obchodziło go to.
Był chory. Nieuleczalnie.
Prawy do lewego, lewy do prawego!
Orest wznosił toast; za przyjaciół, za życie, za syna. Daria zniknęła, bo na przyjęciu pojawił się trup, który niechybnie chciał wypaść z szafy. Uciekła zaraz po incydencie. A jakim? A takim, że welon rzucony w stronę panien, wpadł w ręce Mateusza. Siedział naprzeciwko Inspektora, przysłuchując się tyradzie Mietka, który to zabawiał ich historią swojej ciotki, gdy pozorny jego spokój został zakłócony kwiatami, lądującymi na jego głowie.
Wspominał, że musiał patrzeć na mężczyznę przez resztę nocy? Siedzieć i słuchać, gdy inni co kilkanaście minut skandowali „Gorzko!”? Mówił o tym bólu? Patrzył, jak z uśmiechem całuje ją na jego oczach.
Więc się zapijał. Mietek mówił, Orest siedział pochylony w ich stronę, a on nie czekając na propozycję, sam sobie polewał i wychylał, zachowując się przy tym delikatnie ordynarnie. Możliwe, że nikt tego nie zauważył, wszyscy byli dobrze wprawieni.
Więc, gdy kolejny jego kieliszek został zakłócony bukietem owiniętym w biały welon, sala wybuchnęła gromkim śmiechem. Mina policjanta, który patrzył z ognikami w oczach, skupiony na jego pijanym wejrzeniu i zagubieniu, gdy ściskał bukiet, była nieodgadniona.
Był zaciekawiony, trochę uraczony.
- Teraz czas na księdza. - Uśmiechnął się zza stołu, obrywając jeden biały płatek.
- Czas na mnie. - Patrzył nieprzytomnie w brązowe kule.
Daria wyrwała mu zaraz dobry omen z rąk i powtórzyła rzut, tłumacząc głośno, śmiejąc się na pokaz, że on już swój ślub miał. Jasne, że miał, kilkunastu mężczyzn razem z nim przyrzekało w tym samym momencie. To nie znaczy jednak, że nie czołgałby się do stóp jedynego i nie zapytałby go:
Chcesz Ty mnie, czy nie chcesz?
To byłby ślub. Prawdziwy i jedyny, którego pragnął.
Płatek znalazł się na serwetce gospodarza. Mateusz co jakiś czas sprawdzał jego obecność na delikatnym papierze. Później wspomniany już wcześniej trup porwał Pannę Młodą i już jej nie widzieli, a Możejko nie straszył go zdradzieckimi pocałunkami, które z nią dzielił. Sam wydawał się trochę odsunięty, trochę odseparowany, choć ludzie pragnęli go co rusz wciągnać w rozmowy.
Popijał mało, głównie herbatę, jadł ciasto z Dominikiem i długo go przytulał, zanim pożegnał go na resztę wieczoru. Wtedy i Mateusz odstawiał kieliszek. Próbował wziąć się w garść, udawać dobrego wujka. Orest uśmiechał się do niego. Ładnie się uśmiechał, z synem na kolanach. Podszedł do nich bliżej, a mały Możejko będąc na kolanach ojca, ułożył głowę na ramieniu księdza. Śpiący był, blondyn gładził jego drobną dłoń w zamyśleniu.
Stykali się kolanami. Orest mówił do niego szeptem, by nie zbudzić chłopca.
- Przepraszam, zaraz go wezmę.
- Nie szkodzi. Nic nie szkodzi. - Odpowiedział cicho, znowu uśmiechając się, trochę łzawo.
Jeśli był pierwszy taniec, to raczej lichy, a może właśnie przez tą lichość idealny. Bo nawet jeśli byłby do niego zaliczony, to Dominik, jeszcze wtedy obecny, wcisnął się między parę, odrywając ich od siebie. Orest podniósł go wtedy i obracał ku uciesze gości i Mateusza. Księdzu kamień lekko zelżał na sercu, widział dobrego męża i jego syna. Tyle że to nie był jego mąż.
Przez chwilę, czasem pozwalał sobie jednak tak myśleć. Chwile słabości. Bo człowiek obojętny do drugiego tak się nie uśmiecha.
Później było wartko, później zaczął się etap zgubnego łojenia i obracania każdego na sali. Mietek wziął Możejkę za kołnierz, odciągając od jakiejś ciotki, i zdejmując z niego marynarkę, brał go na parkiet, mimo protestów i początkowego przerażenia Pana Młodego.
Już wtorek wygasł gdzieś
Za oknem środa rano
Jak dawniej wszystko jest
Choć nie tak samo
Obracał mniejszym mężczyzną ku uciesze publiki. Oboje powoli ruszali rękoma, krążąc jak dystyngowane damy wokół siebie, wprawiając swój teatr w ruch. Biodra powoli kołysały się w rytm refrenu, a oni śpiewali, i cała sala też śpiewała, klaskała. Uśmiechnięci, jacyś młodsi w tym wszystkim. Nie przejmowali się zbyt wiele, bezwstydnie obłapiali, ściskali, jak mogą robić to tylko dobrzy przyjaciele.
Tę tabakierę tylko taką ciebie część
Tę tabakierę mogę dziś przy sobie mieć
Na zawsze zostaw jak znak miłości twojej
Niech truje mnie powoli
Mietek obcałował twarz Oresta, chwilę później i Natalia odbiła Inspektora, by skakać do rytmu:
I kwiaty kupię dla niej
I Polskę całą przejadę
Wyjaśnić, co czuję
Że najbardziej kocham Kaję
Śmiali się, śpiewali w sobie nieznanym języku, ale było im lekko. Policjant czerwony i zdyszany. Ten cholerny puder zszedł razem z potem, lica jego dłużej nie hańbiąc, bo ciepły odcień skóry zdobił go najpiękniej.
Ktoś podał Orestowi wódkę, ktoś znowu wziął go pod ramię i wywinął, i wymiął kilka razy. Ktoś całował bezwstydnie, łapiąc za poliki, znowu składał życzenia. Ktoś rzygał na podwórku. Basia i Mietek, ci bezwstydni, zakochani w sobie ludzie, ocierali się o siebie, zazdrośni nawet po tylu latach, bez zmian oddani.
Tylko on, jak choroba, siedział, a czasem tylko został, zagadany przez jednego z weselników zdaniami typu:
A wy te dzieci, to wszyscy lubicie?
Rozdział kościoła od państwa! Powinien być rozłam! Wy podatki musicie zacząć płacić!
No a biskupi na emeryturce, to piękne te wille mają!
Pedały, wy jesteście same lachociągi, tylko świętoszków udajecie!
Proszę księdza, a co ksiądz myśli o pedofilii w kościele?
Ksiądz bardziej za Kardynałem Rysiem czy Arcybiskupem Jędraszewskim? – jakby oni wszyscy nie działali w ramach jednej doktryny.
Na niektóre odpowiedziałby nawet twierdząco, na przykład ze pytaniem, czy jest pedałem. No, był - przed jednym mógłby upaść. To byli przyjaciele, znajomi, jakaś daleka rodzina. Orest sam ich nie znał, do większości zwracając się per pan, na co rubaszni wujkowie zaraz brali za kieliszek, by wypić z nim bruderszafta. Policjant po kilku takich prawie zwymiotował. Rzucił spojrzenie w jego stronę, gdy kolejny wuj, po wypiciu wódki, wziął go w ramiona i poklepał po tyłku. To było za dużo.
Przeprosił i znowu skierował chwiejne kroki w stronę księdza. Ukląkł przed nim. Muszkę już dawno rzucił w stronę kawalerów, koszula niebezpiecznie rozpięta, obnażała przed nim bladą szyję, a jakaś pojedyncza bezbarwna plama raziła oczy. Spodnie jasne, wbijające się w krok. Ledwo zachował równowagę więc schwycił jego kolano dla przytrzymania.
- Wszystko dobrze, proszę księdza? - Wychrypiał, bo głos od śpiewów miał słaby.
- Niech Pan Inspektor się mną nie przejmuje. – Poklepał jego dłoń, pozostawiając na niej swój uścisk.
On w odpowiedzi wyraz miał smutny. Muzyka była głośna, zbliżyli twarze by lepiej siebie słyszeć.
- Gdzie Pani Młoda? – Serce zabiło mu mocniej, gdy wypowiadał te słowa.
Gdyby ból obcy był mi
Za ból mój miły dziękuję ci
- Nie wiem. Przyjechał jakiś znajomy Węgier. Może coś z jej pracą. – Wzruszył ramionami. – Długo jej nie ma cholera… - a jednak spojrzał na niego zaraz inaczej, figlarnie wypowiedział z naciskiem na każde słowo.
- Przepraszam za cholera.
Czy on się nim bawił? Czy on wiedział, że gdy tak mówi, serce Mateuszowe staje, a do oczu łzy napływają? Przecież nigdy nie był okrutny… Przepraszam za cholera. On zawsze wybaczał. Dzisiaj też mu wybaczy. Może ostatni raz.
- Nic nie szkodzi, Panie Inspektorze. – Odpowiedział smutno nadal nie zdejmując dłoni z mniejszej policjanta.
Ostatni raz, powiedział sobie - ostatni raz sobie na to pozwalam, ostatni raz. Już go więcej nie dotknę.
- Dzisiaj daję Panu dyspensę! - Udało mu się uśmiechnąć.
- A to czasem biskup nie daje? - Zakrzyknął, a oddech jego gorący, alkoholem podszyty musnął polik drugiego.
- Na parafii najważniejszy jest proboszcz, nie papież, nie biskup. Proboszcz na parafii Panie Inspektorze!
Śmiał się głośno z własnej głupoty, wędrując dłońmi po wilgotnych przedramionach policjanta. Następnie zachęcony śmiechem wędrował dłonią wyżej, włosów dosięgną. Te były mokre, lśniące, pasma zlepione, przeczesane zaraz Mateuszową ręką.
Trudno kochać
Lecz... Lecz trudniej jest
Nie kochać wcale cię
- Proszę księdza. Ja… dziękuję za wszystko, za opiekę nad nami. Za wsparcie. - Mówił mocno zdejmując jego dłoń ze swoich ramion, chwycił ją kurczowo, złączył ze swoją. - Gdybyśmy byli innymi ludźmi, czasem sobie myślę, co by było gdyby, to myślę, że i tak nasze drogi by się skrzyżowały.
Uśmiechnął się. Mówił dość trzeźwo, musiał o tym intensywnie myśleć.
- Ksiądz rozumie?
- Rozumiem. Myślę podobnie.
Wychrapał i znów przejechał dłonią po mokrych włosach inspektora, kiedy masował drugą, na której spoczywała świeża obrączka. Byli blisko. Może gdyby nie był to ślub Możejki, pocałowałby go. Narazie jednak myślał o tych włosach miękkich, na których jeszcze gdzieniegdzie kleił się lakier. Zbrodnia, prawdziwa zbrodnia pozbawiać ich życia.
– Pan Bóg robi wszystko, by ludzie natrafili na tych, których potrzebują. – Bełkotał.
Dopiero teraz zauważył, że alkohol wpił się kłami w jego układ nerwowy, naprawdę był pijany. Lata minęły odkąd był tak wprawionym.
Orest spuścił wzrok, nadal nie wstał, tylko przeniósł ciężar na drugie kolano. Myślał, a to, co trzymał w sobie w tej chwili, sprawiało, że rysy jego twarzy wykrzywiały się niemal w bólu.
- Dominik w końcu będzie miał rodzinę. Będzie miał stabilność – spojrzał na niego, a łzy niespodziewane skropiły podłogę.
Otarł je tak szybko jak się pojawiły i wstał na równe nogi. Chwycił koszulę w miejscu, gdzie więził serce, i zacisnął zęby. Wyglądał jak wiatr, szalejący huragan, wzburzone morze, które poniosło na dno niejedną łódź. Wiatr w pustym kościele. Nadal był wiatrem. A on pustym kościołem.
- Z księdzem mogę być szczery, ale chyba musiałby mnie na konfesjonał zatargać, bym mu wszystko, co myślę, powiedział. Tak czy siak… dziękuję za cierpliwość. - Ręka puściła serce i bezwładnie spłynęła w dół. - Zawsze ksiądz miał dla mnie za dużo cierpliwości.
Poświęcił się. Orest Możejko ponownie zrobił coś wbrew sobie. On się znowu, cicho i bez szumów, po prostu poświęcił się dla dobra innych. Czy on ją kochał? Mateusz rozważał to wiele razy; wydawało się, niby tak… tylko skąd ten smutek? Co chciał mu powiedzieć? Już miał odejść, a jednak nie pozwolił mu, schwycił jego rękę i zatrzymał.
Jeśli Bóg istnieje
A kiedy odejdziesz, kiedy umrzesz
Gdy cię nie będzie
Czy Orest opatrznie zrozumiał jego postawę? Może tak, może nie.
- Wciąż widzę w Twoim ciele anioła - śpiewał, inicjując pierwszy tego wieczoru obrót Mateusza. Pociągnął go następnie na sam środek.
Nie wiedział, co się dzieje, ale chciał więcej. Po raz pierwszy tego dnia czuł jak ciężar życia schodzi z jego barków. Śmiał się pod wpływem tego, co robił z nim Pan Młody. Mieli swój pierwszy taniec, a gdzieś pomiędzy obrotami, zrzucił marynarkę i koloratkę w kąt, by złapać więcej powietrza na dusznej sali.
- I roześmieję się! Przeklinając każdy dzień! – Krzyczał blondyn, biorąc niższego w ramiona, przyciskał do klatki piersiowej.
Gadają i będą gadać, myślał duchowny, szukając jakiejś trzeźwej myśli, w tańcu przyjemności i endorfin, które wywołała w nim zgubna bliskość. Jutro nawet o nich nie pomyślą, zajęci kacem.
Więc on wszystko rejestrował, dla przyszłego siebie: talię mężczyzny w swojej dłoni, odchylenie głowy, wrażliwa kolumna gardła, która prosiła się o siny pocałunek, ten biały uśmiech. Zapach potu zmieszanego z ciężką wodą po goleniu, uczucie jego ramion wokół, poczucie bycia przez niego widzianym, bycia jedynym przy nim. Mokra koszula w jego dłoni, usta na swojej szyi.
- Gdy przy boku twym, nie mówiąc nic! Stałam sto lat jako żona! – Krzyczał znowu, obracając się w ekstazie.
Orest dał mu się prowadzić, lekko tańczył pod jego okiem, odchylał się podtrzymując na silniejszych ramionach, by znowu wpaść w pierś spoconego mężczyzny i zapleść na nim dłonie. Czuł zapach Mateusza, intensywne perfum wymieszane z zapachem sali i kwiatów, które ozdabiały pomieszczenie.
Hej moje góry i doliny
Widziałyście może dziś
Dokąd odszedł mój jedyny!
Bóg znowu się rodził, moc truchlała, a jego nie było. Oni krzyczeli sobie w usta słowa pieśni, nawet Noculowie i inni przyjaciele zatrzymali się, by oglądać ich poczynania na parkiecie. Gibalscy zarumienieni, Paruzel przyglądał się zza stołu. Orest zrzucił z niego klątwę, może tylko na chwilę, ale wybudził go, w końcu komuś się udało. Wiatr znowu zawiał w jego kościele, mógł oddychać. Śmiech wymykał się z piersi, która była obita metalowym łańcuchem zmartwień ostatnich tygodni, jego tragedii.
- Śnieg zasypał dzisiaj wszystkie drogi! Niewinnością białym płaszczem! – Oparł czoło o lico drugiego, spocona skóra, teraz jedna do drugiej przytulona, pot zmieszał się szkarłatny. Ledwo krzyczał przez zszargane struny głosowe.
Światła przytłumione, para sztucznego dymu objęła te dwa chochoły, które przywykły przykrywać innych przed zimnem losu. Teraz jednak zagrali dla siebie, teraz krzewy róż to oni i słomą też sobie byli, a oddech ich jeden. Woda i ogień, niby odmienni, ale czym bez siebie?
- Twoich śladów nie wypatrzę! Nie mam cię na zawsze! – Uciekł mu z ramion zawiłości, inicjując wspólny obrót. Uśmiechał się, wiotki, giętki dla niego. Nie było w nim niczego z wyuczonego macho, z sztywności policyjnego munduru. Był zwiewny, piękny. Wymęczony i jego.
Czy ktoś na nich jeszcze patrzył - nie wiedzieli. Czy ktoś wcześniej patrzył? Nie obeszło ich to.
Oddychali ciężko, piosenka zamieniła się w coś rytmicznego, dla nich jednak była dudnieniem brzydkim. Trzymali się pod pachy, ręce większe sunęły po zdyszanym, napiętym ciele. Wydychane powietrze mieszało się; włosy spocone, stróżki potu za uszami. Spojrzeli sobie głęboko w oczy; pijani głównie sobą, chwiejni.
Mateuszowi, który próbował skupić się na uczuciu jego palców zawiniętych w mokrej koszuli, nagle pociemniało, pole widzenia objęły ciemne plamy, mdłości wzrosły w jego gardle. Orest widział zmianę jego postawy. Dym zaczął nieprzyjemnie wbijać się prosto w jego żołądek. Uciekł, rzucając przeprosiny za dłoni.
To przez te obroty, za dużo ich, za dużo, albo przez te oczy. Za duże oczy.
Doleciawszy do pierwszej kabiny, zwymiotował cały obiad. Dla dumy jego ukojenia, łazienka była chwilowo pusta. Trochę się krztusił, wbijając sobie palce w gardło, by wyczyścić się do końca. Będzie mógł trzeźwiej myśleć. I faktycznie zaczęło być mu lżej na żołądku, w głowie wiatr, ale serce nadal ciężkie.
Ktoś zapukał do jego kabiny i po chwili kaszlu jego, mężczyzna wszedł z krótkim przepraszam na ustach. Orest z herbatą w dłoni. Ile tam siedział, że Panu Młodemu udało się zdobyć dla niego ciepły napój?
Zamknął kabinę, nie przyjmując protestów, pomógł mu usiąść na klapie sedesu.
- Wypij. No, powoli. Gorąca jest – podtrzymywał kubek. Był bardziej trzeźwy, niż Mateusz się spodziewał. – Nie powinienem Tobą tak obracać.
Mateusz podniósł głowę znad parującego kubka, który drażnił ciepłem spocone dłonie.
- Nie mam Ci tego za złe. – Uśmiechnął się, wdzięczny za herbatę, której ciepło było mu przyjemniejszym, gdy rozlało się w jego przełyku.
Wdzięczny za bezpośredniość, za pierwsze ich Ty.
Warga drżała, dłonie i mięśnie. Czuł się chory, z drugiej nie przeszkadzała mu ta choroba. Jak psu, który łka o uwagę. Normalnie wstydziłby się takich myśli, ale teraz… teraz nie. Orest usiadł na podłodze, układając kolana pomiędzy jego nogami. Odchylił się, położył siwą głowę na białą ścianę i patrzył na niego zatroskany.
Zwykła torebkowa herbata pita w kabinie łazienkowej, była Mateuszowi teraz drogim winem w najlepszym towarzystwie.
- Potrzebujesz tabletek? Boli Cię coś? – Gładził jego łydkę, co jakiś czas masując jej mięsień zbolały.
Czemu taki był? Czemu teraz musiała wyjść z niego ta opiekuńczość, pod którą stawał się żałosnym. Teraz, gdy on był mu zakazanym? Gdy był absolutnie nietykalnym? Ten ogrom ciepła, którego upust dawał głównie w stosunku do dzieci, albo szczególnie pokrzywdzonych. Widział jego ból? Na pewno go czuł, bo nie wiedzieć czemu, szeptał mu teraz zapewnienia, że wszystko będzie w porządku.
Odłożył kubek. Nie wytrzymał. Nie, nie teraz, gdy byli od świata oddzieleni. Zamierzał zejść do niego, wtopić się w ramiona kruche i powiedzieć, że jeśli pozostaną blisko, to nic się nie stanie. Nic im nie będzie, jeśli będą przynajmniej w kontakcie. Jeśli pozwoli Mateuszowi na kochanie ciche.
- Orest… – zaczął łamiącym się głosem.
Krzyki zza okna niegrzecznie mu przerwały. Absolutne pretensje i płacz… Darii.
Orest zerwał się z podłogi na równe nogi, a Mateusz pobiegł zaraz za nim, przeciskając się przez tłum tańczących gości. Wybiegli na dziedziniec. Kręta ścieżka pokryta żwirem, który chrupał pod niewygodnymi lakierkami. Pięty mieli zdarte, jednak ból nie był obecny podczas tańca. Pogoń dopiero bolała. Buty na ślub i do trumny.
Przeszli przez krzaki i spostrzegli parę kłócącą się między brudną ścianą a ciemnym lasem. Suknia Panny Młodej groźnie powiewała na wietrze, a brodaty mężczyzna żywo gestykulował. Jedynym źródłem światła było okno łazienki, przez które chwile temu usłyszeli ich kłótnie i odległa latarnia.
- Co tu się dzieje?! – Krzyknął policjant, biorąc zaraz w ramiona swoją żonę.
Mężczyzna mimo jego obecności nie spuścił z tonu, nadal krzyczał w języku węgierskim, a kobieta wyrwała się z objęć męża.
- Daria. Co się stało? - Stanął pomiędzy nimi i próbował złapać kobietę za rękę, chwycić zapłakaną twarz, ucałować łzy.
Sto lat młodej parze
Życzymy spełnienia marzeń
- Do you speak English? – Zapytał w końcu wrogim głosem w stronę policjanta.
- Ne merészelj neki semmit sem mondani! – Wykrzyknęła Panna Młoda, podchodząc do Węgra, wetknęła palec w pierś mężczyzny.
- Just a little bit... – odpowiedział cicho, przerażony reakcją swojej żony, krzykiem i wieżą babel, którą budowała przed nim kłócąca się dwójka.
- I speak English. Please tell us what’s going on here. – Odpowiedział Mateusz, stojąc za odtrąconym policjantem.
Orest obrócił się w jego stronę, oczy zajaśniały jakby doznał jakiejś ulgi. Zapomniał, że z nim przyszedł. Sam Mateusz był przestraszony. Bał się, że doszło do rękoczynów.
- Ne merészeld! Ehhez nincs jogod! – Krzyczała, a Inspektor zlękniony kolejnym krzykiem, zrobił krok w tył, wpadając w ramiona duchownego, który go zaraz podtrzymał. Oboje uczuli nagłą trzeźwość i jednoczesne rychłe zniszczenie ich delikatnego porozumienia, którą sobie zbudowali tego wieczoru. Duchowny znów poczuł się niezdrów, ponownie dogoniła go świadomość, że jest na weselu Możejki.
Sto lat młodej parze
Życzymy spełnienia marzeń
Sto lat dla mnie samej
W bólu i we łzach
- Hát persze. Ez az én kicsikém. Nem az övé, az enyém! – Wypluł jej w twarz, po czym zwrócił się w stronę mężczyzn.
Daria napadła na niego, ale ten ją delikatnie odepchnął. Możejko nie miał czasu na reakcję, ponieważ brodacz już szedł w jego stronę, chwytając za biały, rozpięty kołnierzyk. Patrzył głęboko w jego wejrzenie, które błyszczało przez latarnie w oddali.
- Let me tell you in simple words. She’s pregnant. This is my baby. – Wypluł słowa i puścił go.
I do tańca cudnie grają
Goście brzuchy napełniają
Ale nikt z nich nie wie że
Że to pogrzeb jest
Orestowi ciemno zrobiło się przed oczami; chyba zaczął słabnąć, bo ręce owinęły się wokół niego szczelniej, był przyciśnięty do piersi. Tutaj nie potrzeba było tłumacza. Zrozumiał, wiedział i czuł ten moment zanim przybiegli na miejsce. Patrzył w przestrzeń, odrealniony, jakby to wszystko nie dotyczyło jego, w nadziei, że to co usłyszał, było tylko kwestią jego małej znajomości języka i wcale nie, sprawy nie wyglądają tak, jak się przedstawiały.
Ktoś go kocha, ktoś go kocha i chce spędzić z nim resztę życia. Powiedziała, że go kocha więc dlaczego…
- She cheated you! – Wykrzyczał i już miał odejść, ale jeszcze wydarł z siebie ostatnie słowa.
- Ez az én gyerekem, és nem hagyom, hogy egy idegen nevelje fel!
Makijaż Darii spływał po jej policzkach, ręce zwieszone miała w niemocy, ale na jej twarzy malował się jakiś grymas. Nie wstyd, nie poczucie winy, tylko groźba, złość. Zacisnęła pięści. Mateusz nienawidził siebie w tamtym momencie. Nie był lepszy od najpodlejszych żmij.
Czuł ulgę i nieodpartą radość.
Do cholery, jego mężczyzna został pokłuty w najgorszy sposób, a on myśli tylko o tym, że to ich prawdopodobny koniec. Kim był? Zwykłym zwierzęciem. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Rosa pięknie skropiła choinki, suche gałęzie przyozdabiały cień drugiego mężczyzny, a piękno świata przypomniało mu, że Bóg istniał. Czuł radość starego życia, powiew starego porządku. Był teraz najbardziej z ludzkich istot, bo o to akceptował każdą koleinę losu, każdą chwilę dnia dzsiejszego, który niby inny, widmem inności próbował zmysły mu przysłonić, a skończył się tak jak każdy. Kłótnią, złamanym sercem i nim jakoby mu stabilnym drzewem, który oparciem był.
- Daria – powiedział ciemno zabarwionym tonem, usunąwszy się od księdza, niby odzyskał siły. – Możesz mi to wyjaśnić? – zapytał słabo.
- Co mam ci wyjaśniać? Jestem w ciąży – podniosła podbródek, nienawistnie spoglądając na mężczyznę, na swojego męża.
On zamrugał dwa razy, próbował zaczerpnąć oddechu w zaziębione wieczorem płóca.
- Który miesiąc? – Włożył dłonie w kieszenie jasnych spodni, których to nogawki mokre były od wilgoć trawy.
- Drugi. – Wyszeptała, jednak nie ze strachu, tylko ze zmęczenia całą tą sytuacją.
Nie, już nie płaczę lecz się mogę w duchu śmiać
Bo zatrułam nocy tej kielichy dwa
- Więc nie ma nawet najmniejszej szansy, żeby to było moje dziecko. - Patrzył na nią już nie wściekły, ona uleciała z jego ciepłem, stał zrezygnowany. - Wiedziałaś o tym, od kiedy…- mówił bez siły w głosie.
- Odkąd przyjechałam. Odkąd wróciłam.
Otworzył usta, ale już nic nie powiedział, co spowodowało irracjonalną irytację w kobiecie. Czuła, że po raz kolejny wina spadnie na nią.
- Poza tym stosunek z tobą był zawsze na tyle ciężki, że prawdopodobieństwo, że byłoby twoje, było…
- Dlaczego to mówisz? Czemu chcesz mnie mocniej zranić Daria? - Zapytał blado. - Nie musisz mnie ośmieszać, i bez tego czuje się jak śmieć.
- Nigdy mnie nie chciałeś. Przecież oboje wiemy, że wolisz-
Inspektor nie wytrzymał. Podszedł do niej gwałtownie, chwytając jej ramię, szeptał wściekle.
- Gówno o mnie wiesz. Gówno prawda. Kochałem cię. Czego nie rozumiesz? Tego, że nie jestem zdrowy, że nie zawsze…
- Pieprzysz. Żyjesz w kłamstwie. - Wypluła.
- To po co wychodzisz za takiego człowieka? No po co?!
- Kłamalibyśmy we dwoje-
Mężczyzna potrząsnął nią.
- Orest.
Mateusz wystrzelił z miejsca, owijając ramię wokół jego brzucha, odsuwając go tym ruchem od kobiety. Ręce mu się trzęsły, ale musiał trzymać mężczyznę.
- Zostaw mnie! – Zaczął się miotać. – Do cholery! Miałem wychowywać waszego bachora, gdy ty będziesz do niego jeździć?! Znowu ta sama sytuacja?! Miałem być darmową nianią?! – Próbował zdjąć z siebie ręce blondyna, ale ten silny wiedział, że nie może go puścić.
Nie może, bo mężczyzna był nieprzewidywalny. Wiedział, że nie zrobi poważnej krzywdy kobiecie, nie uderzy jej, ale jej nie ufał. Ona tylko odetchnęła, zrezygnowana. Wyraźnie zmęczona ‘dziecinną’ reakcją swojego męża.
- Nie będę kłamać. Po prostu byłbyś dobrym ojcem, a nasz ślub wiele by ułatwił. – Mówiła bez ogródek, bez skakania wokół tematu.
- Ty… po co kościelny, po co to wszystko. – Zapłakał, zaczął słabnąć w ramionach mężczyzny. – Po co ci wszyscy… oni – wskazał na salę, która bawiła się w najlepsze.
Wzruszyła ramionami.
- Przykro mi, Orest. To było wiarygodne. Poza tym, ty zawsze tego chciałeś, prawda? A ja i tak zaraz bym wyjechała, razem mamy wszystko.
- Chciałem tego z człowiekiem, który mnie kocha. Z człowiekiem, który też chce mieć dom. - Spuścił głowę. – Chciałem, żeby ktoś w końcu przy mnie został. Mówiłaś mi zawsze…
- Nie wmawiaj nam wielkiego uczucia, Orest. Błagam Cię. Chciałeś sielanki, ale ona nie istnieje. Idealnej rodziny, ale miłość… to nie idzie w parze. Rodzina to osobna sprawa, rodzina to konstrukcja, trwała i pełna założeń i ugody, miłość jest krótka i niepewna, mogłeś mieć rodzinę, ale ty chciałeś prawdy. - Zacisnęła palce na grzbiecie nosa. - Miłość kończy się tak szybko, jak się zaczyna.
Spojrzała na księdza i uśmiechnęła się w jego stronę zza dłoni.
- Chociaż… niektórzy wzdychają przez lata do tych, do których nie powinni.
Serce duchownego zabiło mocniej. Przez całą rozmowę czuł, jak nogi uginają się pod ciężarem prawdy. Jednak on musiał być silny, bo co to jego nogi? To nie jego życie rozgrywało jedną z najważniejszych partii. On musiał być najsilniejszy. Nie może dać się sprowokować.
- Gdybyś mi powiedziała, nigdy bym nie dopuścił do tego ślubu. – Para z ust stawała się wyraźniejsza, czy to z powodu zimniejszego powietrza, czy ognia, który wychodził z ciała mężczyzny. Mateusz spojrzał na niego zdziwiony, po czym doznał większego szoku na słowa kobiety.
- Wiem. – Odpowiedziała głucho.
- Nie! Ty nawet nie wiesz… – zapłakał. – Boże, przecież ja nie potrafię… – osunął się z ramion mężczyzny na mokrą trawę i skulił się. – Przecież gdybym wiedział, że ma to być farsa, to ja bym do tego nie dopuścił. Co z Dominikiem… Jak ty możesz…
- Wierności nie ma, Orest. – Patrzyła na niego z jakimś uczuciem, któremu blisko było do litości. - Nie jesteśmy tego typu zwierzętami.
- Ja byłbym ci wierny, chociażby miało mnie to zabić. - Zaklął. - Chcę rozwodu. - Pokręcił głową, jakby chciał się obudzić.
- I ja tego chcę. - powiedziała po chwili, jakby był to jej plan na rozwiązanie całej tej sytuacji. - On chce tego dziecka, a ty nie chcesz, hm, „farsy”. - dodała z przekąsem.
Mężczyzna odzyskał siły. A może nowy gniew rozpalił jego duszę.
- No więc, kurwa, do niego idź. Spierdalaj stąd. – Wysyczał. Wstał, poprawiając koszulę. - Idź, bo nie ręczę za siebie! Albo… czekaj, cholera, czekaj. – zaczął się śmiać, chorobliwie, niepokojąco. Powoli gestykulował. – Jak ty sobie to wyobrażałaś? Z tym dzieckiem?! Co, że nie zauważę, czy co?! - Kobieta zmarszczyła brwi i spuściła wzrok.
- Wyjechałabym, urodziłabym i powiedziałabym, że jest wcześniakiem. I tak musiałabym urodzić na Węgrzech. Wszystko byłoby proste. – Orest, załamany, kręcił głową w niedowierzaniu. Daria odetchnęła ciężko i uniosła brwi. – Orest, może ty zawsze źle szukałeś? – biała suknia zwiewana była w bok przez wiatr.
- Wypieprzaj! – wycharczał. – Wypierdalaj stąd!
Kobieta spojrzała na słabo oświetloną postać księdza. Uśmiechnęła się pod nosem. Kroczyła w stronę lasu. Uciekająca panna młoda wyjęła telefon z małej saszetki, którą nosiła, a po głosie można było wywnioskować, że mężczyzna odebrał. Więc to koniec.
Zostawiła go z niedomówieniami, z roztrzaskanymi nadziejami. Deszcz lekko skapywał z czarnych chmur. Drzewa rzucały cienie na ich sylwetki. Siano ułożone było w kształty chochołów. Czyżby mieli mieć ostatni taniec nad udręczonymi duszami? Mateusz nie wiedział, co powiedzieć. Wszystko było niebezpieczne. Tym ludziom udzielał ślubu jeszcze kilka godzin temu, by teraz być świadkiem zdrady, najgorszej jaką obserwował w swoim życiu. Jednak był tutaj. To on teraz stał przy mężczyźnie, gdy tamta biegła za węgrem. Miłość nie szuka poklasku…
- Dlatego nie piła. – Powiedział niby echem, nieskupiony, jakby oglądał ruiny. Dłonie jego wydawały mu się obce, gdy zaciskał je w pięści.
- Unieważnimy małżeństwo – próbował pokrzepić policjanta. Chciał go tym pocieszyć? Złe słowa, ale brną w nie dalej. – To nie będzie trudne. – Wyszeptał i spojrzał w niebo.
Wiatr ponownie się zerwał. Pół księżyc zza chmur przyświecał ich niedoli.
- Mam to w dupie. Czuję się jak ostatni idiota – schował twarz w dłoniach. – Co ja powiem wszystkim… co powiem Dominikowi. Znowu jestem z tym wszystkim sam… do cholery. – Wysyczał. - Dlaczego zawsze ja! – Wypluwał słowa, przecierając twarz.
- Najlepiej nic teraz nie mówić. Wynajęliście pokoje dla najbliższych gości. Wypij coś ciepłego i się połóż, wytłumaczę cię. – Zbliżył się do mężczyzny. – Nie jesteś sam. Posłuchaj mnie, ty nigdy nie byłeś sam. Pomogę ci ze wszystkim. – Zaczął masować jego plecy.
– Tak mi przykro Orest.
Inspektor spojrzał opuchniętymi oczami na mężczyznę. Wytrzaskany z emocji, osłabiony, oszukany. Kolejny raz.
- I ty mnie zostawisz. – Poprawił kołnierz koszuli duchownego.
Dopiero teraz powietrze szczypało jego skórę przez materiał koszuli z powodu braku marynarki. Orest chciał zabić dzisiaj w sobie wszystko.
- Co? – Serce mu trzaskało w niepokoju.
- Ona miała rację. Po prostu miała… miała rację. Wierząc w jej uczucie, oddając się, popadając w swoje, wierzyłem, że po prostu… zmienię się.
- O czym ty mówisz? - Warga mu zadrżała.
- Gdzie Twoja dedukcja Mateuszu? - Patrzył na niego dumniej, jak człowiek na końcu świata. Nagle opanowany, jakby w kilka sekund poskładał całą sytuację. - Przecież wiesz.
- Nie…
- Tak. - Uśmiechnął się. - Gdybyś nie był księdzem. Gdyby nie ten kraj… może bym się zdobył na to, żeby wyjść Ci naprzeciw. - Mówił monotonnie, pewny i niepewny wszystkiego w sobie.
Nie miał siły na kłamstwa, zmęczony obecnością księdza, który powinien trzymać się od niego z daleka.
- Nie zakładam, że kiedykolwiek to rozważałeś, zgodę na to. Wy jesteście temu przeciwni. Ja po prostu zawsze miałem dla Ciebie pewien sentyment. Ty masz go do dla mnie. Wiemy o tym oboje.
- Od kiedy wiesz? - Wychrapał nie potrafiąc niczemu zaprzeczyć.
- Od początku.
Uśmiechnął się a Mateusz zobaczył w nim ich pierwsze chwile, ten sam uśmiech. Pewny siebie, przewrotny, z żartem na końcu języka. Absurdalnie pociągający człowiek.
- Ale to bez znaczenia. Nie pozwoliłbyś na to, nie mi, nie naraziłbyś swojej posługi dla kogoś takiego - zaśmiał się nieprzyjemnie i odetchnął ciężko. - Dominik nie zasługuje na takiego ojca, który rujnuje, który zrujnowałby dobrego człowieka. Dominik potrzebuje normalnej rodziny, a Daria była jego matką, była również moim sentymentem. – Dodał, kiwając głową. - Nie mogę rujnować, muszę zacząć budować i przez chwilę myślałem, że mi się to udaje. Jednak… jak widać…
Wiatr hulał między jego słowami. Drżał porwany liść jego duszy.
– Ja myślę… byłbym dobrym mężem – skierował wzrok w stronę gałęzi lasu, a oczy zaszkliły mu się diamentem. Szeptał dalej. – Gdyby to było moje dziecko, to ja też bym był dobrym ojcem. Może nawet pracę bym zmienił… - załkał.
– Byłbym dobry, starałbym się. Poświęciłbym się cały – próbował złapać powietrze. – A teraz, nie dość, że straciłem nadzieję, to jeszcze ty… ty się pewnie brzydzisz. Może zaprzeczyłeś możliwości, może ten sentyment nie wykracza poza normalne ramy, może gardzisz tym, że ja o tym myślę. Wykorzystałem Cię dzisiaj, pozwoliłem sobie na taniec, żeby się z Tobą pożegnać – dukał, ledwo wypowiadając słowa. – Przepraszam, że bez Twojej zgody sprawiłem sobie tę przyjemność. Chciałem raz mieć Cię dla siebie. - Raz ostatni spojrzał na niego, musnął drobną dłonią jego policzek i pozwolił jej opaść. - Teraz muszę się napić.
Serce zatrzymało się w piersi duchownego. Mężczyzna przeszedł obok niego. Bez słowa więcej, zostawił go z szalejącymi emocjami. Oparł się ciężko o ścianę budynku, oddychał. On go kochał. Orest wiedział. Orest wiedział przez tyle lat… myślał, że zniszczy mu życie, jeśli na cokolwiek pozwoli.
- Boże. – wypowiedział słowa drżącym głosem w ciemnym lesie. – Boże.
Gdyby Mateusz był śmielszy… nie poświęciłby dla niego posługi? Gdy odzyskał siły, wpadł do budynku. Goście bawili się w najlepsze, czasem tylko jakiś go potrącił, pijany, trochę nieważki. Szukał policjanta.
- Panie Mietku! – podbiegł do Nocula, gdy zobaczył go przy stole z kieliszkiem. – Widział Pan Inspektora? – położył mu dłoń na ramieniu.
- AH! Diabli wiedzą! Wziął butlę wódki i wyszedł! – Przekrzykiwał muzykę.
Mateusz pytał obsługę o gospodarza, ta tylko widziała, jak szedł na górę w stronę pokoi. Biegł po schodach, o mało nie trącając kelnerów. Przez oszklone drzwi dużego balkonu zobaczył czarny cień, nie wiedział, czy to człowiek, czy może jakiś przedmiot, ale dym zdradził palacza. On? Czy nie on? Palił? A może… Złapał za klamkę, a oczom jego ukazała się zgarbiona nad papierosem postać. Wódka prawie nietknięta stała pod ścianą. Jedynym źródłem światła były lampy rozpalone w pokojach, których blask przechodził przez rolety.
- Ah. To ty – wychrypiał ciężkim od płaczu głosem. Zaciągnął się i wypuścił kłąb dymu. - Przyszedłeś mi wpierdolić? Powiedziałem za dużo, co…
Stał tam potargany, rozlany. Drżał jak liść na wietrze. Dygotał, raczej z emocji niż z zimna. Świat płonął przed nim; stał na balkonie, patrzył jak miasto jego przyszłości płonie. Świat się kończył, po raz kolejny tego dnia.
- Skąd to masz? – Zignorował jego słowa i wskazał na papierosa.
- Dostałem od gościa. Uroczy prezent z okazji ślubu. Chcesz? – Zaciągnął się, ale Mateusz wytrącił mu go z dłoni. – Co ty…
- Nie pozwolę Ci się teraz zabijać – mówił zirytowany. Wziął go za ramiona, a on drżał w jego objęciu. – Cholera, Orest, tak długo na Ciebie czekałem. – Zamknął oczy i przeniósł dłonie na jego twarz.
- Co ty… przecież…
Ksiądz odsunął się na chwilę. Wziął butelkę wódki, wypił kilka dużych łyków, o mało się nie krztusząc. Policjant patrzył na niego jak na wariata.
- Nie mów mi, że nie widziałeś, jak dzisiaj przed tobą umierałem – powiedział spod przymkniętych powiek, odkładając butelkę. – Jak ja się z tym wszystkim nie mogłem pogodzić. Powiedz mi, powiedz mi, czy to prawda, jeszcze raz mi powiedz. Czy ty byś mnie chciał? Ja wiem, ty masz teraz roztrzaskane serce, ale powiedz mi, czy ja mogę tutaj być z tobą i z nadzieją. – Wszedł w jego przestrzeń, przekroczył granicę i kolejno schwycił jego twarz. – O nic więcej nie proszę, chcę nadziei.
- Ty… – dyszał ciężko. – Jesteś księdzem, twoja posługa…
- Do diabła z tym. – Zaklął. - Czym są w dzisiejszych czasach przysięgi, które znaczą tyle, ile zeszłoroczny śnieg – zacisnął ręce na szczęce starszego, zaglądając mu w oczy. – Pan Bóg dzisiaj pozwolił mi przejść przez piekło, bym w końcu mógł do Ciebie dotrzeć. Orest, ja płaczę nad Tobą, ale ja też…
- Ty mnie… – serce policjanta zacisnęło się mocno.
- Kocham Cię.
- Cholera. – wyszeptał, mocno przełykając ślinę.
Mateusz nie pozwolił mu nic więcej powiedzieć, tylko zacisnął usta na jego, czując smak wódki i nikotyny. Gryzł go, zaciskał zęby na wargach, wyrwał niemal guziki jego koszuli, a robili to bezwstydnie na przednim balkonie, gdzie każdy tę scenę mógł oglądać. Dobierał się do szyi, całował, szczypał, a mężczyzna w jego rękach był słaby. Wdychał zapachy, szczypał skórę i drapał plecy. Ledwo udało im się od siebie oderwać.
- Pomyśl… to tylko uczucie, może być ulotne…. – mówił zagubiony, żel z włosów w końcu zszedł cały i stały się one znowu miękkie, znośne, prawie jego. – Ale ja nie wiem… Mateusz, ja nie przeżyje jeśli się teraz cofniesz.
- Jesteś mi sensem, nie snem. Jak możesz być mi ulotnym, skoro jesteś mi celem? Dążeniem? - Wyszeptał. - Oddałbym ci wszystko. Jeśli pozwolisz.
Patrzył na niego długo, mrugał wolno i delikatnie błądził palcami po zmęczonej twarzy księdza. Kreślił palcem jego worki pod oczami, linie uśmiechu.
- Jesteśmy już starzy Mateuszu. Starsi niż myślimy. - Stwierdził cicho. - I zmęczeni.
- To nasza ostatnia szansa.
- Grzech jej nie wykorzystać. - Odpowiedział mu.
Pocałował go dobrze, tak jakby przelewał w niego duszę, tak jak Mateusz nie myślał, że kiedykolwiek będzie całowany. Dłoń policjanta odnalazła przerzedzenie jego włosôw, przeczesywał delikatnie w pocałunku, który stracił na ostrości. Przemienił się w pieszczotę, coś w czym duchowny łatwiej się odnalazł. Czuł, że tam należy, że całe jego życie zmierzało właśnie do tej chwili, do tych oddechów.
Uspokoił się.
- Nie wiem jak mam… co dalej. Wiem, że chce dalej, ale nie wiem jak. - Wyszeptał, gdy chwilę stali naprzeciw siebie, złączeni w delikatnym uścisku.
- Ja też nie wiem. Dzisiaj już nic więcej nie musimy wiedzieć. Jutro posprzątamy. Jutro załatwimy resztę. Dzisiaj daj mi się zabrać do pokoju.
Inspektor popatrzył na niego bystro. Wyglądał jakby chciał rzucić czymś w rodzaju żartu, czegoś uszczypliwego, a jednak mina zrzedła mu zaraz, strasząc Mateusza gwałtowną trzeźwością myśli.
- Celibat – wypowiedział zakazane słowo.
- Za pół roku nie będę księdzem. - Wyszeptał.
- Dlaczego?
- Dla Ciebie. Dla Ciebie i Dominika.
- To było całe Twoje życie Mateuszu. - Pokręcił głową.
- Było, przez ostatnie lata jednak… nie jest… a ja jeszcze potrafię, wiesz? - Spuścił wzrok na płytki, zacisnął szczękę. - Udowodniłem ci… próbowałem, że nadaje się do czegoś więcej… - wyszeptał - że stać mnie na więcej. Nie jestem tylko, tym.
Bolało go. Bardzo bolało, ta myśl, że jest tylko tym… czy Orest dał się na to nabrać?
- Stać cię na wszystko, słyszysz? Pomogę ci, jeśli tego właśnie pragniesz, mnie i Dominika, Pomogę Ci. - Ściskał jego dłonie. - Jeśli już dłużej nie chcesz tak żyć.
Rozpłakał się. Łzy rozlały się po czerwonych od zimna polikach. Nie panował nad sobą, nie był gotowy na to, nie wierzył, że to prawdziwy koniec świata. Schował nos w białe włosy i zacisnął ramiona wokół mniejszego mężczyzny.
- Nie chce już. Już dość, mam tak dość Orest. - Wyjęczał, gdy alkohol osłabiał jego psychiczne bariery.
- Widzę. Widzę Cię, pomogę. Nie jesteś w tym sam, nie jesteś i nie będziesz.
Dotarli w końcu do pokoju.
Rozbierał Mateusza powoli. Policjant był ostrożny, dość spokojny. Mateusz za to czuł się jak słoń w składzie porcelany. Dotknąć teraz? Zdjąć to? Mógł? Miał na to pozwolenie?
- To nie ze mną powinieneś teraz być. Jednak… nie potrafię być smutnym. Nie potrafię ci współczuć, bo fakt… jej zdrady sprawił, że jestem tutaj teraz z Tobą. - Ułożył dłonie na jego szyi, gładząc poliki rozgrzane.
- Sam sobie nie współczuje. - Uśmiechnął się. - Przywykłem.
- Orest…
- Nie jesteś pocieszeniem. - Powiedział nagle. - Ostatecznie jesteś… miejscem, w którym powinienem być. Od dawna.
Mateusz powoli poruszał się nad nim, udo wciskało się pomiędzy nogi mężczyzny, a on odpowiadał pocałunkami, wszędzie, gdzie tylko miał dostęp. Całował powieki, usta, całował uszy, lizał długość skóry od szyi, aż po brodę. To było przyjemne uczucie.
Rano wybudził się z koszmaru. Pijany, myślał, że spada. Echem odbijał się w jego głowie ślub i przysięga młodej pary. Szumiało mu w głowie, uczuł okropny posmak w ustach. Ale ktoś go trzymał. Szczelnie owinięte ramiona wokół jego pasa.
- To zły sen, Mateusz. – powiedział zachrypnięty, czując napinające się mięśnie kochanka. Podniósł się i pochylił nad nim. Począł głaskać jego twarz. – Wyjedziemy dzisiaj wieczorem, dobrze? Muszę załatwić sobie prawnika, ale jestem teraz nazbyt pijany. Dominik jest u znajomych do końca tygodnia. Mamy trochę czasu.
- Za Tobą wyjadę wszędzie. – Wybełkotał i sprowadził nagiego mężczyznę na swoją klatkę piersiową.
Cały ciężar jego wziął na siebie, a ten ciężar był mu miły. Cały lęk, który towarzyszył mu przez tygodnie, wymieszał się z podekscytowaniem. Strach i oczekiwanie przed nowym.
Dziwna była ta noc poślubna.
