Work Text:
Alex zrozumiał, że jego rodzina nie miała dużo pieniędzy wcześniej, niż powinien. Zdał sobie sprawę, że żywność była ograniczona i trzeba ją było oszczędzać. Zrozumiał również, że ojciec jeszcze bardziej utrudniał oszczędzanie – każda butelka alkoholu oznaczała dla nich mniej jedzenia.
W domu zawsze unosił się delikatny zapach wilgotnego drewna i tandetnego alkoholu. Deski podłogowe skrzypiały pod każdym krokiem, a ściany były tak cienkie, że nawet szept morskiego wiatru mógł się do nich przedostać. Niektórymi nocami szum fal mieszał się z ciężkim oddechem ojca – i brzękiem butelek.
Nauczył się jeść akurat tyle, żeby przeżyć. Nauczył się ignorować głód. Nauczył się zarabiać, pomagając sąsiadom w obowiązkach domowych – nosząc wiadra wody, myjąc okna pokryte solą, naprawiając sieci pachnące rybami i wodorostami. Jego dłonie były zawsze szorstkie, paznokcie czarne od brudu, ale nie narzekał.
Czasami patrzył z zazdrością na dzieci większe od siebie, mimo że młodsze. Wiedział, że mają pod dostatkiem jedzenia, żeby tak rosnąć. Ich policzki były okrągłe, a oczy błyszczące. Niektóre dzieci wyglądały jak on, a nawet gorzej – ten sam znajomy widok żeber prześwitujących przez szarawą skórę. Często kiwali głowami na znak zrozumienia, milczącym rozpoznaniem ocalałych, gdy mijali ich.
Chcieli uciec z tego okrutnego miejsca i zostawić Jamesa Seniora na pastwę losu.
Często o tym śnili – siedząc w porcie, patrząc, jak statki znikają we mgle. Zapach morza mieszał się z zapachem smoły i liny, a Alex wyobrażał sobie siebie na pokładzie, wiatr we włosach, wolność rozciągającą się bez końca przed nimi.
Udało im się zaoszczędzić całkiem sporo pieniędzy. No cóż… przynajmniej dla nich, to było sporo. Byli tak bezpieczni, jak to tylko możliwe, chowając je pod podłogą pod łóżkiem – mały skarb owinięty w płótno. Ale i tak je odnalazł. Ich ojciec wrócił pewnego wieczoru z trzema butelkami. Tyle pieniędzy – zniknęło w ciągu jednej nocy.
„To niesprawiedliwe” – narzekał Alex. „Staramy się oszczędzać, a tata po prostu je bierze. Nigdy nie musiał iść spać głodny! Nigdy nie musiał sprzątać domu sąsiada!”
Matka nie odpowiedziała. Siedziała po prostu przy oknie, wpatrzona w horyzont, gdzie morze spotykało się z niebem. Gasnące światło malowało jej twarz odcieniami złota i szarości. Alex wiedział, że słucha – zawsze słuchała – ale cisza między nimi przemawiała głośniej niż jakiekolwiek słowa.
Tej nocy leżał bezsennie, z bólem brzucha. Na zewnątrz wiatr trząsł cienkimi ścianami ich domu. Gdzieś w ciemności butelka potoczyła się po podłodze, uderzając w ścianę z głuchym brzękiem. Wpatrywał się w sufit aż do świtu, licząc sekundy między kolejnymi podmuchami wiatru.
„Świat nie jest sprawiedliwy” – powiedział cicho James z sąsiedniego łóżka. „To bolesne, okrutne miejsce – ale musimy żyć dalej”.
Alex pociągnął nosem, a jego głos drżał. „Będzie dobrze, dopóki będziemy razem”.
Mimo że to powiedział, wiedział, że opuści tę wyspę. Może to potrwać lata, ale nadejdzie dzień, gdy stanie na dziobie statku, z wiatrem we włosach i solą na ustach – i zabierze ze sobą matkę i Jamesa. Przynajmniej tego marzenia się trzymał, gdy wszystko inne się rozpadło.
---
Alex spojrzał na morze. Wiatr wydawał się zimniejszy niż zwykle, ostry i suchy, przecinając jego płaszcz niczym noże. Horyzont był matowy, bezkresnie szary, a fale rozbijały się z rytmem, który przypominał mu oddech – powolny, zmęczony, wieczny.
Myślał o matce, głęboko zakopanej w ziemi – odeszła. Pamiętał, jak leżał chory w łóżku, pot spływał mu po skroniach, a matka była obok. Płakała, cicho przepraszając, a jej głos łamał się między słowami. On wyzdrowiał, ale ona nie. Jej dłonie z każdym dniem robiły się coraz zimniejsze, aż w końcu w ogóle przestały się ruszać.
Myślał o Jamesie – odszedł, nie wiadomo gdzie. Alex nie wiedział, czy odszedł z własnej woli, czy może ojciec mu groził. Nie otrzymał żadnych listów, ani słowa, ani znaku. Tylko cisza – a cisza na tej wyspie zawsze wydawała się ciężka.
Był teraz sam. To było coś, do czego nie był przyzwyczajony.
„Przepraszam, że nie mogłem cię zabrać ze sobą” – wyszeptał w pustkę. Wiatr porwał jego słowa i poniósł je w morze. „Będę żyć dalej – dla ciebie”.
Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy głos na wietrze – cichy, niemal łagodny – ale ucichł, zanim zdążył się wsłuchać. Pozostał tylko szum fal.
