Chapter Text
— Kurwa! — przeklął Hynek, spoglądając, jak niebo zachodzi masą ciężkich chmur. — Tylko nie kurwa znowu.
— O tej porze roku… Obawiam się, że kurwa znowu — odparł ironicznie Kubyenka, pociągając niewielki łyk z drewnianego kufla.
Nadchodziła burza.
Zjawisko, które można by uznać za aż nazbyt spodziewane wczesnym latem, kiedy to najdłuższe dni roku zostawały brutalnie przerwane przez nagłe silne opady deszczu. Zwykle w towarzystwie wiatru, grzmotów oraz błyskających piorunów.
— Tak kurwa, widzę! Znowu! Znowu będzie przez pół pierdolonego dnia i nocy lało, a rano będziemy broczyć po kolana błocie i gównie! — warknął Czart, słusznie zwracając uwagę na niedogodności związane z pogodą w tym sezonie.
— Hynek, przyjacielu… — kontynuował mężczyzna, powoli wstając z ławy. — Daj ty se siana. Pić możemy w środku. Chodź, mam dobrą gorzałkę.
Czart zmarszczył nos, spoglądając to na ciemnoszare niebo, to na towarzysza broni.
— Przekonał! — rzekł, jego groźne lico zaś złagodniało, jakby zdał sobie właśnie sprawę, że żadna ilość złorzeczeń wykrzyczanych w kierunku nieba nie sprawi, że pogoda zmieni swe zdanie i unikną deszczu. Poddawszy się, ruszył za Kubyenką, znikając w mroku Karczmy.
Młody Jan Ptaszek rozumiał jego sentyment aż nazbyt dobrze. Czarcia Nora była wyjątkowo nieciekawym miejscem, jako jej jedyna zaleta jawiła się malownicza okolica, bogata w lasy, strumienie i doskonałe miejsca do polowań. Zaleta ta jednak znikała, gdy tylko Bóg postanowił obdarować ich kolejną ulewą, pozostawiając do dyspozycji jedynie ciemne, duszne i ciasne wnętrze karczmy. To zaś z rozrywek oferowało jedynie picie (tutejszego, mało szlachetnego alkoholu), grę w kości (jeśli miało się jeszcze co przegrywać) oraz rozmowy w towarzystwie starych bywalców (które w żadnym wypadku doborowe nie było).
Innymi słowy – kompletne nudy.
Szlachcic, wciąż stojąc przed wejściem do budynku i opierając się o filar, zaczął dostrzegać inne charakterystyczne znaki świadczące o nadchodzącym deszczu. Karczmarz wprowadzał konie do stajni, Janosh powoli wyłaniał się zza wysokich traw, w których tak chętnie znikał na całe dnie, w kuźni zaś ustały odgłosy uderzeń młotka w rozgrzaną stal i radosne gwizdanie.
Spojrzawszy w jej kierunku, dostrzegł, jak Henryk, do tej pory całkowicie pochłonięty naprawą pancerza, odłożył swe narzędzia i spojrzał na ciążące nad nimi wszystkimi burzowe chmury. W jego oczach zaś malowało się napięcie.
Zaczynało się.
Dostrzegał to już od pewnego czasu – jego najdroższy przyjaciel oraz od niedawna kochanek, zdawał się mieć trudną relację z obecną pogodą, mocno wykraczającą poza zwykłą niechęć do spędzania całych dni na niewielkiej przestrzeni z Czartem i Kubyenką, czy błota. Za każdym razem, gdy nadchodził deszcz, kowal dziwnie markotniał, najchętniej znikając w ich wspólnej izbie na piętrze.
Jan niejednokrotnie próbował wypytać swojego przyjaciela o powody kiepskiego nastroju – bezskutecznie. Henryk zbywał go zawsze, zrzucając to karb zmęczenia. On jednak znał przyjaciela już na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie była to prawda. Coś go trapiło, młody mężczyzna zaś nie mógł za nic w świecie dojść, co to mogło być i co gorsza, nie wiedział jak pomóc.
A próbował na każdy znany mu sposób. Najpierw dając Henrykowi przestrzeń do przeżywania trudnych emocji w samotności, której tak pożądał. Pozostawał wtedy z resztą Czarciej sfory, pijąc i grając z nimi w kości, niezależnie od tego, czy było mu to danego dnia w smak. To nie przyniosło jednak żadnych efektów – Henryk męczył się dalej, a Jan wraz z nim.
Zdecydował się więc wracać na górę wraz z Henrykiem w każdy deszczowy wieczór. I tu jednak nie udało mu się osiągnąć żadnego większego sukcesu. Gdy tylko bowiem zjawiał się w izbie, kowal zbywał go, zasłaniając się zmęczeniem, po czym zwijał się w kłębek na swoim łóżku, twarzą do ściany, tak jakby chciał się ukryć zarówno przed Janem, jak i resztą świata (a wypadało to tym mniej przekonującą, iż od czasu pamiętnej nocy w Suchdolu rzadko zdarzało im się sypiać w osobnych łóżkach).
W końcu młody szlachcic, mocno zniechęcony kolejnymi nieudanymi próbami bycia cichym wsparciem i czekaniem, aż jego ukochany Henryk sam zechce mu wszystko wyznać, postanowił zadziałać bezpośrednio. Opracował więc w najmniejszych szczegółach plan tak doskonały w swej prostocie, że ten nie mógł nie zadziałać.
I tej, okraszonej intensywnymi opadami ciężkiego deszczu oraz gwałtownymi rozbłyskami, nocy był gotów wcielić swój genialny plan w życie.
Czekał więc dalej przy swojej z nie do końca znanej mu przyczyny, ale jednak ulubionej kolumnie, niczym drapieżnik polujący na wyczekiwaną zdobycz.
Henryk tymczasem zrzucił z siebie kowalski fartuch i obmył twarz z pyłu w pobliskiej bali, po czym jak wszyscy, ruszył do wnętrza budynku, mijając przy okazji Jana.
— Idziesz na górę? — zapytał, starając się brzmieć, tak jak gdyby nic nie podejrzewał.
— Tak, odpocząć.
Udzieliwszy tej zdawkowej odpowiedzi, młody kowal przekroczył próg i ruszył prosto w kierunku schodów, zostawiając za sobą poirytowanego Jana. Bezsilność go dobijała.
Wziął jednak głęboki wdech. Wiedział już bowiem, co chce dalej z tym zrobić i był gotów do działania.
Wszedł więc do wnętrza karczmy jako ostatni, dodatkowo pogoniony pierwszym, wyjątkowo ciężkimi kroplami deszczu i udał się prosto na piętro, przy okazji mijając stół, przy którym Czart, Kubyenka i Janosh zapijali nudę w najlepsze.
Nim dotarł na górę, rozpadało się na dobre, a ciężar kropli uderzających o wszystko, co stanęło na ich drodze, powodował przytłaczający i monotonny hałas. Hałas, który przyćmiewały jedynie huczące grzmoty.
Oto nadeszła burza.
Jan Ptaszek uchylił drzwi ich wspólnego pokoju i wślizgnął się do środka. Tam zaś zastał siedzącego na łóżku Henryka, który skryty w głębi pomieszczenia, próbował uporać się z butami.
— Ty nie na dole? — zapytał kowal, pozbywając się lewego trzewika.
— Nie — rzucił szybko, po czym zaczął rozmyślać nad wymówkami. — Nie mam ochoty na skwaśniałe wino, a jak przegram w kości jeszcze więcej, Hanush ukręci głowę nam obu.
— Racja — przytaknął cicho, wyraźnie bez chęci na dalszą konwersację.
Dla Jana to jednak była tylko zachęta.
— Wiesz… — zaczął, gotów zarzucić sidła. A okazja nadarzyła się doskonała, gdyż Henryk właśnie ułożył swoje poharatane buty obok łóżka i wstał, jednocześnie zrzucając z siebie koszulę. Następnie zaś udał się do swojej skrzyni, odłożyć zarówno ją, jak i resztę wcześniej zdjętych z siebie rzeczy. — …dzisiejszy dzień był strasznie męczący. Chyba po prostu położę się wcześniej. — Skłamał, czego nietrudno było się domyślić, gdyż cały ten czas jedynie snuł się w okolicy Czarciej Nory, szukając zajęć innych niż strzelanie z łuku z Kubyenką i patrzenie, jak Henryk wyciska z siebie siódme poty w kuźni (a była to zdecydowanie jedna z najlepszych rozrywek, jaką oferowało to miejsce).
Gdy tylko kowal ponownie przyjął wyprostowaną pozycję, Jan objął od tyłu jego nagi tors i złożył na karku delikatny pocałunek.
Wiedział, że nie gra fair, ale jaki miał w tej sytuacji wybór.
— Może mógłbyś do mnie dołączyć? — zapytał zalotnie, przy okazji badając dłońmi, jak reagowało ciało jego ukochanego.
Mięśnie Henryka pozostawały nieznośnie sztywne, co jasno dawało znać, że ten nie był w stanie się teraz zrelaksować. Jednak pomimo swojego udręczenia, odwzajemnił dotyk Jana, nakrywając jego niezmiennie delikatną szlachecką dłoń, swoją jakże spracowaną oraz przywierając czule gorącym czołem do jego twarzy. Nawet w takiej chwili jego słabość do szlachcica pozostawała nieporuszona.
— Ja… Chyba nie jestem dziś w nastroju — odparł ostrożnie, nie chcąc urazić szlachcica odmową.
— Ależ to się dobrze składa, bo ja też nie! — oznajmił, zgodnie z prawdą zresztą. Nic tak bowiem nie zabijało w nim chuci tak bardzo, jak widok udręczonego Henryka. — Po prostu się razem położymy — dodał, wtulając się mocniej w swojego kowala.
Ten nie odpowiedział, gładził jedynie kciukiem jego dłoń z typową dla siebie czułością.
Wahał się.
Wolał zostać tej i każdej innej deszczowej nocy sam ze swoimi demonami, ale prawda była też taka, że Henryk po prostu nie umiał Janowi odmawiać. Coś, co młody szlachcic na początku ich zrodzonej w bólach przyjaźni, przypisywał swojemu statusowi. Z czasem jednak zrozumiał, iż jego oddanie sięgało znacznie głębiej niż jakiekolwiek konwenanse i szlacheckie tytuły.
— No nie daj się prosić…
Klatka piersiowa kowala zaczęła powoli rosnąć, uwięziona w jego ramionach, gdy ten ciężko i powoli wciągał powietrze. Cokolwiek miało się teraz wydarzyć, przyjdzie mu z ogromnym trudem.
— Zgoda — odparł, wypuszczając to, co zgromadził przed chwilą w swoich płucach.
— Doskonale! Zapraszam! — rzucił radośnie szlachcic, wskazując na łóżko. Nie był co prawda dumny, że przymusił do tego Henryka, ale wierzy, że ostatecznie będzie warto.
Szybko więc zrzucił z siebie zbędne w łóżku ubranie, pozostawiając jedynie bieliznę i na wpół rozpiętą koszulę, która mocno eksponowała jego wyrzeźbioną przez sztuki walki pierś. W normalnych warunkach Henryk zapewne uznałby ten widok za niezwykle nęcący, ale cóż… Warunki tej nocy normalne nie były.
Odłożywszy drogie aksamity oraz jedwabie, złapał swojego kowala za nadgarstek, następnie pociągnął go za sobą na skromne posłanie w głębi izby i pozwolił, aby ciężkie od udręki i pracy ciało, opadło na jego własne, gdy układali się do snu, a głowa Henryka spoczęła na jego piersi.
Dokładnie tak, jak to zaplanował.
Jedną dłonią przytulił go mocno do siebie, drugą zaś gładził kark ukochanego. I zaczął oddychać głęboko, pozwalając Henrykowi wsłuchiwać się w bicie jego serca.
Serca, które biło teraz dla niego.
Serca, które kochało go tak mocno, że nie potrafiło znieść, jak cierpi.
Serca, które było gotowe dźwigać z nim każdą udrękę, jeśli tylko ten mu na to pozwoli.
Wsłuchiwał się w oddech kowala. I choć odgłosy hulanki z dołu oraz burzowego deszczu nieco mu to utrudniały, słyszał, jak powoli ten powoli spowalnia i łagodnieje.
Ciało Henryka, niezmiennie ciężkie, równie zdawało się ustępować i powoli relaksować się pod dotykiem Jana.
Pozwolił im jeszcze chwilę trwać w czułym uścisku i rozkoszować wzajemną bliskością. Nabrawszy jednak nieco pewności, że jego mały podstęp zadziałał, zapytał niepewnie:
— Lepiej ci?
— Tak, lepiej… — odparł spokojnie Henryk, przy okazji zapominając, że nigdy nie deklarował złego samopoczucia.
— A chciałbyś… — Jan zawahał się przed kolejnym pytaniem. Tego dnia i tak już mocno na niego naciskał. — Chciałbyś powiedzieć mi w końcu, co cię dręczy?
Mięśnie Henryka ponownie zesztywniały, a Jan właśnie tego się obawiał. Nie przestawał jednak czule go gładzić i tulić. Chciał, aby ten czuł się przy nim bezpieczny i kochany. Obiecał sobie też, że jeśli nie będzie gotów dziś mówić, to na tym poprzestanie.
Po chwili jednak poczuł, jak kowal poprawia ułożenie swojej głowy na jego piersi, przy okazji wtulając się nawet mocniej niż do tej pory, co Jan przyjął z najwyższą chęcią.
Następnie zaś zaczerpnął ponownie długi haust powietrza.
— Tamtej nocy była burza… — wydukał w końcu.
— Tamtej nocy, czyli…? — dopytał szlachcic, próbując w oparciu o tę jakże zdawkową wypowiedź, wydedukować większy obraz całości.
— W noc, gdy zginął Istvan — dodał szybko. Powoli zdawał się przełamywać niewidzialną barierę, która blokowała go przed wyznaniem ukochanemu wszystkich swoich traum.
Jan o tamtej nocy w zamku Troskym dowiedział się znacznie mniej, niż sam by sobie tego życzył. Głównie od Boguty – który jednak niechętnie zagłębiał się w szczegóły oraz z podsłuchanych rozmów Žižki z Czartem – ci zaś najchętniej kurwili na Otto von Bergowa oraz Króla Zygmunta.
Katarzyna była niechętna do rozmów z nim na praktycznie każdy temat, a Henryk zwierzenia o tamtych zdarzeniach ograniczał do feralnej śmierci Istvana Totha i odzyskania miecza swojego ojca.
Sam więc musiał składać obraz całości z nędznych strzępków informacji, ale ten i tak napawał go wielkim smutkiem i bezradnością.
— To tej nocy… — ponownie się zawahał, w obawie przed rozdrapaniem czegoś, co powinno zostać raz na zawsze zasklepione. W końcu jednak zebrał się na odwagę. — To tej nocy cię torturował?
Jan miał świadomość tego, co spotkało wtedy jego ukochanego, choć wszyscy, na czele z samym Henrykiem i Bogutą, woleli darować mu szczegółów. A on…
Nie chciał wiedzieć.
Nie chciał o tym myśleć, zdawać sobie z tego sprawy, wyobrażać sobie, jak jego najdroższy Henryk cierpi pod katowskim butem!
Wiedział jednak, że musi, aby ten już więcej nie dźwigał tego sam. Nie ważne jak świadomość tego miałaby okazać się bolesna, był na to gotów.
Dla Henryka.
— To tej nocy zabrali mi ciebie — oznajmił bez cienia zwątpienia, lekko unoszą głowę i spoglądając swoimi jakże przenikliwymi, ciemnobłękitnymi oczami na Jana.
Było to dla niego takie typowe – stawiać jego dobrobyt tak bardzo ponad swoim własnym. Nawet gdy sytuacja wołała o coś zupełnie przeciwnego.
— Henryku, mi wtedy nic nie groziło — odparł czule, chcąc ponownie skierować uwagę na trudne przejścia ukochanego. Prawdą bowiem było, że jak ciężka nie byłaby dla niego tamta noc, pozostawało to niczym w porównaniu z tym, co przeszedł Henryk. Jego status skutecznie chronił go przed najgorszym.
— Ja… Wiem — przyznał niepewnie. — Ale i tak czułem, że tak bardzo cię zawiodłem. Nie zdołałem ochronić. Znów nie dałem rady chronić tych, których kocham.
Jego głos łamał się powoli. Jan chciał go pocieszyć i zapewnić, że ten zrobił wszystko, co było w ludzkiej mocy, by zadbać o jego bezpieczeństwo, a młody szlachcic to widział i doceniał. Czuł jednak, że na razie lepiej jest milczeć i pozwolić Henrykowi otwierać się dalej. Ponownie pogładził więc dłonią jego kark, wkładając w to jak najwięcej czułości.
— Tortury ledwo pamiętam… Czułem ból, ale jeszcze bardziej czułem nienawiść do tego gnoja Istvana i swoją bezsilność. To było najgorsze…
Bezsilność.
To właśnie ona najbardziej przerażała Henryka, cały czas stanowiąc echo tragicznych wspomnień ze Skalicy. Chłopaka, który mógł tylko patrzeć, jak wroga armia zarzyna jego najbliższych – rodzinę, przyjaciół, sąsiadów. Ludzi, którzy nikomu nie zawinili, nie mieli nic wspólnego z wielkim konfliktem dwóch królów.
Jan mógł sobie jedynie wyobrazić, jak te uczucia ponownie musiały nawiedzić go tej burzowej nocy w Zamku Troskym.
— Katarzyna nas uwolniła, to wiesz… — kontynuował, przyspieszając swój głos. — A ja dostałem się na górę i dopadłem wreszcie tę gnidę, odzyskałem miecz ojca. Dostałem swoją zemstę…
Nagle zatrzymał się. Ponownie przycisnął lekko głowę do piersi Jana i wsłuchał się w bicie jego serce, jakby chcąc jeszcze mocniej poczuć jego obecność.
— Myślałem… Myślałem, że to przywróci mi spokój, ale się myliłem — przyznał gorzko. — Istvan miał sporo do powiedzenia przed swoją śmiercią. Głównie o tym, jaki ze mnie głupiec, że próbuję dokonać zemsty, jak wcale nie różnimy się od siebie, ja i on…
— Bzdura! — oburzył się Jan, który do tej pory niestrudzenie słuchał zwierzeń ukochanego. — Istvan Toth był pijawką bez kręgosłupa moralnego! Kłamał, manipulował i zabijał bez mrugnięcia okiem, troszczył się jedynie o siebie! Ty taki nie jesteś…
— Troszczył się jedynie o siebie i Eryka…
Henryk nie przyznał tego nagłos, jeszcze nie teraz, ale… Zrozumiał, co Istvan mógł mieć na myśli, gdy ten zaczął błagać go o zostawienie Eryka w spokoju. Mnóstwo razy po tym zastanawiał się, co on byłby gotów zrobić dla Jana.
Wiele.
I to jak wiele czasem go przerażało…
— Być może, nie wiem… — odrzekł. — Wiem jednak, że zemsta na nim nie przywróciła mi spokoju, w pewnym sensie jest jeszcze gorzej.
Jan przytaknął, licząc, iż w końcu pozna całą prawdę o problemach dręczących jego ukochanego.
— Istvan nie zniknął, siedzi teraz w mojej głowie i nawiedza mnie w koszmarach. Wypomina moją głupotę, błędy, bezsilność. W burzowe noce jest najgorzej…
Nagle wszystko stało się jasne.
Za każdym razem, gdy niebo pokrywało się ciężkimi chmurami i nękało ich kaskadami deszczu, Istvan powracał. Być może jedynie jako nocna mara, jednak dla Henryka równie wyniszczająca i prawdziwa, co żywy człowiek będący dlań inspiracją.
A on mierzył się z tym zupełnie sam.
W każdą burzową noc.
Jan poczuł nagły przypływ złości. Na Istvana! Markvarta, króla Zygmunta, Eryka, bezimiennych kumanów i każdą inną osobę, która kiedykolwiek skrzywdziła jego ukochanego.
Poczuł też złość na samego Henryka za to, że ten nic mu przez ten cały czas nie powiedział.
Szybko jednak ochłonął, po czym stanowczo oznajmił:
— Od tej pory masz mi mówić takie rzeczy. Nie chcę, abyś był z tym sam. Cokolwiek przeżywasz, przejdziemy przez to razem, ty i ja. Tak ci nakazuję, jako twój Pan!
Henryk, usłyszawszy to, skierował na niego swoje jakże teraz pełne zdziwienia oczy. Następnie zaś, wytężając ramiona, uniósł się i zawisł nad Janem, który wciąż mierzył go każącym spojrzeniem surowego szlachcica.
Złagodniał jednak, gdy tylko poczuł jak szorstka od pracy w kuźni dłoń kowala, dotyka jego twarzy.
— Dobrze, tak zrobię — oznajmił, spoglądając na Jana.
Gdyby ten tylko wiedział, ile znaczył dla Henryka…
Zemsta nie przywróciła mu spokoju ducha. Zrobił to Jan… Ze swoim uśmiechem, wolą życia, żądzą przygody, jaśniejącą pozytywnością, choć ten sam też dźwigał w głęboko sercu własny krzyż. To on nadał nowy sens jego egzystencji, choć potrzeba mu było otrzeć się o śmierć głodową, aby tamtej nocy w Suchdolu to zrozumieć.
Henryk ze Skalicy poradzi sobie ze wszystkim, jak długo jak ma u swego boku Jana Ptaszka.
Z tą myślą złożył jeszcze delikatny pocałunek na czole szlachcica – formę podziękowania za jego niestrudzoną troskę, po czym ułożył się ponownie na jego klatce piersiowej i zasnął spokojnie, wsłuchując się w dźwięki deszczu za oknem.
