Work Text:
Święta Bożego Narodzenia.
Magiczny okres pełen rodzinnego ciepła, wspólnego kultywowania tradycji przy ubieraniu choinki, przyrządzaniu potraw wigilijnych i śpiewaniu kolęd. Czas, w którym dzielisz się życzeniami nad opłatkiem, wymieniasz się prezentami i siedzisz przy rozpalonym kominku w grubych, wełnianych skarpetach, napawając się wonią gorącej czekolady w kubku. Za oknem pada biały śnieg, pokrywając świat puchową pierzynką, a podekscytowane tym dzieci ruszają na dwór, aby pozjeżdżać na sankach albo ulepić bałwana.
Ale takie rzeczy nie w Demie.
Clancy z lekkim niesmakiem poczuł, jak szarobrunatna plucha brudzi mu podeszwy jego nowych, białych butów. Zbrylone kawałki skamieniałego lodu pokrywały boczne powierzchnie chodnika, co było jedyną namiastką ulotnego śniegu, który spadł dwa tygodnie temu, po czym stopniał.
Był to ponury, nieprzyjemny poranek, który wcale nie emanował atmosferą przednia Wigilii. Telefon Clancy'ego wskazywał godzinę piątą z kawałkiem, co było nieboską godziną, ale po tylu dni wstawania na poranną zmianę w Żabce, nie robiło to na chłopaku większego wrażenia. Tym bardziej, że dzisiaj miał ważny powód, aby być na nogach o tej godzinie.
Dostał bojowe zadanie.
Jak co roku, kibice Górnika organizowali wspólną, wystawną Wigilię i każdy musiał coś przynieść. Mu przypadł udział załatwienia króla polskich stołów świątecznych — karpia.
Dlatego też dziarsko maszerował przez szare, obskurne ulice w stronę Lidla. Był oddany zadaniu, gdyż planował znaleźć się tam przed otwarciem, aby być pierwszym w kolejce i złowić najlepszą sztukę w sklepie.
Dotarł do swojego celu z zapasem czasu i z zadowoleniem zobaczył, że przed szklanymi drzwiami nie ma sporo ludzi. Genialnie. Szybko prześlizgnie się do pierwszego rzędu.
Zwinnie ominął garstkę ludzi, przemykając się obok nich i stanął przed wejściem, gdy…
— Clancy? A co ty tu, kurwa robisz?
Usłyszał dobrze mu znany głos. Nie no, to chyba niemożliwe, że…
Odwrócił głowę i tuż obok siebie zobaczył Torcha we własnej osobie. Miał na sobie tą głupią żółtą bandanę, a w ręku trzymał odpaloną pochodnią, która zdecydowanie odznaczała się na tle mrocznego poranka. Zwracał tym na siebie całą uwagę okolicznej ciżby, która cofnęła się o kilka kroków i mruczała niespokojnie pod nosem.
— Wyjąłeś mi to z ust. Co ty robisz pod moim Lidlem? — Clancy zmrużył podejrzliwie oczy, taksując go wzrokiem z góry do dołu.
— Twoim? — Torch roześmiał się ironicznie — Nie widzę, żeby był gdzieś podpisany własność Klakiera.
Clancy zazgrzytał zębami ze złości, ale zaraz przypomniał sobie o swojej pierwotnej misji. Nie, nie może dać mu się wyprowadzić z równowagi. On tylko na to czeka.
— Spierdalaj, Pochodniarz. Nie wchodź mi dziś w drogę. Ten karp będzie mój. — Odciągnął maskę i splunął mu siarczyście pod nogi.
Oczy Torcha aż pociemniały.
— Chyba sobie żartujesz. To ja tu byłem pierwszy i karp należy się mi.
— Trzeba było wcześniej kupić — westchnął teatralnie i zerknął kątem oka na ruch za szklaną szybę. Zaczęli zaświecać światła, zaraz będą wpuszczać. Poruszył się z boku na bok i napiął mięśnie w gotowości.
— I kto to mówi? — żachnął się Torch i zacisnął mocniej pięść na trzymanej pochodni. — Kotek nie mógł się powstrzymać, zjadł wszystko przed świętami i teraz musi kupować od nowa?
Clancy zawrzał w środku, lecz nim zdążył się na niego rzucić, drzwi otworzyły.
Ludzie zaczęli napierać z wszystkich stron. Torch i Clancy jako pierwsi przekroczyli próg sklepu, gdy wtem na ich drodze ukazał się rosły ochroniarz.
— Proszę pana, nie wpuszczę pana z tą wielką zapałką do sklepu — wypowiedział barytonem wielki mężczyzna, wskazując na płonącą pochodnie.
— Że co, proszę?! — krzyknął oburzony Torch. Z irytacją dostrzegł, jak Clancy przemyka się zgrabnie pod ramieniem ochroniarza. Na dodatek odwrócił się z tym swoim perfidnym uśmieszkiem, który mógł dostrzec nawet pod jego głupią maską.
— Przegryw — Clancy wystawił mu środkowy palec i pobiegł w głąb sklepu. Z wściekłością wyszedł, żeby szybko ją ugasić. Nie mógł przecież zawieść chłopaków z Ruchu w takim momencie.
Tymczasem Clancy tryumfalnie biegł już w stronę alejki z karpiami. Przez stracenie kilku sekund na wyminięcie ochroniarza, wyprzedziło go kilka osób, ale szybko to nadrobił, z gracją przesmykując się pomiędzy kolejnymi klientami.
Na horyzoncie majaczyła już lodówka, do której tak bardzo chciał się dostać.
Wtem, zupełnie niespodziewanie zza zakrętu wyjechał pracownik, obsługujący maszynę sprzątającą. Clancy zobaczył to o moment za późno.
Zaliczył zjawiskowe zderzenie czołowe. Odrzuciło go metr do tyłu i wylądował z hukiem na mokrej posadzce, uderzając potylicą w ziemię.
Aż zobaczył gwiazdki przed oczami.
— O boże, nic panu nie jest? — krzyknął pracownik. Oczyma duszy już widział, jak obcinają mu pensję.
Clancy, jeszcze w lekkim szoku, wystawił tylko kciuk w górę, ciągle leżąc plecakiem. Nie miał jednak czasu na to wszystko. Zaraz Pochodniarz capnie mu jego najlepszego karpia w Lidlu.
O wilku mowa.
Kątem oka zauważył ciemno zieloną bluzę i błysk żółtej taśmy. Torch przebiegł tuż obok niego. Ich spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy.
Torch uśmiechnął się zawadiacko i posłał mu oczko.
Clancy aż wstrzymał oddech.
Co za bezczelny drań. Natychmiast skoczył na równe nogi i mimo, że odrobinę jeszcze kręciło mu się przed oczami, ruszył pędem za nim.
Włączył sprint, gdy zobaczył , że Pochodniarz jest już tuż tuż obok stoiska. Musi go powstrzymać albo to będzie koniec. Chciał z stylem wjechać ślizgiem, podkaszając przy tym swojego przeciwnika, nie przewidział jednak, że biegnąc tak szybko, może mieć problemy z hamowaniem, tym bardziej że podłoga w sklepie była jeszcze mokra. Przez to nie zatrzymał się w porę i z całą parą wleciał prosto na niego, posyłając na ziemię nie tylko jego, ale i siebie.
— Ała kurwa, pojebało cię? — jęknął Torch, który przygongnił głową w obicie lodówki.
Clancy całe szczęście tym razem wyszedł bez większego szwanku — ciało drugiego chłopaka skutecznie zamortyzowało uderzenie.
Zgromadzona wokół gawiedź popatrzyła na nich z niesmakiem, ale nie trwało to długo, bo dorwanie karpia skutecznie odwracało ich uwagę.
— Nie… ukradniesz… mi… go. Po moim trupie — wysapał Clancy, podnosząc się na chwiejnych nogach. Podparł się rękoma o szklane drzwi lodówki, żeby złapać równowagę.
Był tak blisko. Jedne wyciągnięcie ręki dzieliło go od upragnionej ryby. Już sięgał, już musnął opuszkiem palca plastikowe opakowanie, gdy nagle poczuł z tyłu, jak czyjeś ręce zaciskają się na jego kurtce.
Torch, jeszcze w pozycji klęczącej, chwycił go kurczowo za pas i nie zamierzał puścić.
— Ja… tu byłem… pierwszy — warknął, gwałtownie odciągając go od tyłu, tym samym uniemożliwiając Clancy'emu dorwanie zdobyczy.
— Spierdalaj — Clancy szarpnął, chcąc go strząsnąć z siebie, ale ten nie dawał za wygraną.
Żaden z nich nie zamierzał odpuścić. Przez moment tarmosili się między sobą, sapiąc i próbując za wszelką cenę przeszkodzić sobie nawzajem. Torch wbił mu łokieć w bok, a Clancy podarował kopniaka w łydkę. W końcu odskoczyli obaj, stając ramię w ramię przed lodówką. Ciężko dyszeli, pot po nich spływał, a Torch prawie zgubił swoją czapkę.
Spojrzeli w dół i zastygli. Tak skupili się na sobie, że nie zauważyli, że na dnie zostało tylko jedno, ostatnie opakowanie. Wymienili się znaczącymi spojrzeniami.
To była ich ostatnia szansa. Tu i teraz miała rozegrać się ostateczna bitwa o to, kto wyjdzie zwycięsko, a kto poniesie sromotną porażkę.
Sięgnęli równocześnie po opakowanie, gdy… nagle jeden, jedyny karp zniknął im tuż spod nosa. Popatrzyli z niedowierzaniem, jak zadowolona z siebie starsza babuszka, odchodzi z podstępnym uśmieszkiem na ustach.
Ich szczęki opadły do ziemi.
Kurwa.
— Jesteś zadowolony z siebie debilu? — wycedził Clancy chwytając Torcha za kurtkę. Zrobił to tak mocno, że powietrze przeszył dźwięk rozpruwanego szwu — Przez ciebie nie mam karpia na wigilię.
Torch nie zamierzał być dłużny i chwycił go z jeszcze większą siłą, przyciągając do siebie. Ich twarze znalazły się tak blisko, że widzieli odbicia swoich twarzy w źrenicach drugiego.
— Gdybyś miał jakiekolwiek szare komórki w tym pustym łbie, to oboje byśmy mieli tą obsraną rybę — odpyskował — A tak to nikt nie ma, gratuluję ułomności.
— Powtórz to.
— Co? Że jesteś bystry jak woda w kiblu?
Już mieli znowu rzucić się na siebie, gdy wtem przerwało im głośne odchrząknięcie. Odwrócili powoli głowę w stronę dźwięku.
Tuż obok nich stał nie kto inny, jak rosły ochroniarz z wcześniej. Miał założone ręce i minę, która nie zdradzała pokojowych zamiarów.
— Wyjdą panowie sami czy mam wzywać policje?
Clancy i Torch popatrzyli po sobie, po czym znów spojrzeli na niego. Jeszcze tylko glin im tutaj brakowało…
Ochroniarz odprowadzał ich uważnym wzrokiem, aż wyszli na zewnątrz.
— I co teraz? Wszystkie sklepy są już pewnie wykupione — westchnął dramatycznie Clancy. Chłopaki z klubu na niego liczą. Nie mógł tak po prostu przyjść z niczym…
Torch westchnął dramatycznie.
— Nie wiem, nie interesuje mnie co zrobisz — Wzruszył ramionami — Ja nie zamierzam odpuścić, mam jeszcze inne sprawdzone źródło.
— Co? Gdzie?! — wymsknęło się Clancy'emu. Nie ugryzł się w porę w język i aż poczuł w środku ukłucie urażonej dumy.
Torch uniósł rozbawiony brew.
— Jakbym miał ci cokolwiek powiedzieć. — Odwrócił się na pięcie — Wal się.
— Osz ty głupi chuju… — Clancy był tak wściekły, że wystawił mu środkowy palec, mimo że ten już dawno był odwrócony do niego plecami i go nawet nie widział.
Clancy skup się. Musiał coś wymyśleć.
Chodzić na oślep po sklepach i liczyć na szczęście? Nie miał na to całego dnia. Śledzić Pochodniarza? Nie wiadomo, czy nie blefował…
Przysiadł w słowiańskim przykucu na krawężniku.
Ah, może kogoś spytać? Może ktoś z jego znajomych ma większe ilości karpia i się podzieli? W sumie, to był całkiem niezły pomysł.
Szybko wybrał numer Marka.
—Ughhh… Co tam brachu? — usłyszał zaspany głos — Ty wiesz, która w ogóle jest godzina?
— Siema, Maro. — Tomek całkowicie zignorował fakt , że było ledwo po szóstej i pewnie właśnie go obudził — Nie masz może nadprogramowego karpia w lodówce?
— Oh. — Maro po drugiej stronie słuchawki odkaszlnął — Sorry stary, ale nie ma takiej opcji. Specjalnie przygotowałem go na święta u rodziców Lidki. Sam rozumiesz… To moje pierwsze uroczyste przedstawienie się rodzinie.
Tomek przewrócił oczami. I tak to jest z znajomymi w związku. A co się stało z bros before hoes? Zdrajca.
Rozłączył się i tym razem wybrał Joaśkę.
— Karp?? Sorka, Tomek, ale jestem weganką. U mnie nie je się takich rzeczy.
— Nosz kurwa — przeklął pod nosem Tomek. Powoli kończyły się mu opcje.
Nagle jego wzrok wylądował na numerze Janka.
Właśnie…
Janek.
Czemu wcześniej o nim nie pomyślał? Na niego przecież zawsze może liczyć. Z nagłym przypływem entuzjazmu wybrał jego numer. Przez dłuższą chwilę nie odbierał i Tomkowi zrobiło się głupio, że może chłopak miał nocną zmianę w kopalni i teraz po prostu śpi…
— Tomi? Coś się stało? — Usłyszał po drugiej stronie słuchawki w pełni przytomny głos.
— Janek? Wiem, że głupie pytanie, ale… Nie masz może karpia? Bardzo go potrzebuję na wigilię, a w żadnym sklepie nie ma — powiedział niemal błagalnym głosem.
Przez chwilę nie odpowiadał, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Hm, zabawna sprawa, bo mam ten sam problem. Właśnie mi zgarnęli w sklepie ostatniego sprzed nosa.
— Serio? — Tomek szczerze się zdziwił. Najwidoczniej wiele osób poszło na ostatnią chwilę na zakupy jak on. Biedny Janek… Też go pewnie wyrolował jakiś okropny typ pokroju jebanego Pochodniarza.
— Ta... Pojebane, co nie? Ale trudno, mam plan w zanadrzu.
— Jaki plan?
— Sprytny — zaśmiał się Janek — znam miejsce w lesie, gdzie są stawy hodowlane.
— Stawy…? Janek, ale… czy to nie są własności prywatne? — zawahał się Tomek. — To chyba nielegalne.
— Wszystko jest legalne, dopóki cię nie złapią — odpowiedział i Tomek mógł przysiąc, że uśmiecha się teraz szelmowsko po drugiej stronie słuchawki. — To nasza jedyna szansa, wszystkie sklepy są wykupione. To jak, wchodzisz w to?
Tomek przygryzł wargę. Miał jakiś wybór? Skończyły mu się inne opcje, a był zdesperowany, żeby nie zawieść chłopaków. To była jego życiowa misja. W sumie jego nocne ustawki też nie były do końca legalne, więc dopóki wszystko zrobią szybko i sprawnie… Nie powinno być problemu, prawda?
— Gdzie mam podejść? — spytał, zerkając na zegarek.
— Bądź za godzinę na Murckach. Tylko wezmę wędki.
⋆꙳•̩̩͙❅*̩̩͙‧͙ ‧͙*̩̩͙❆ ͙͛ ˚₊⋆
Gdy Tomek przyszedł w umówione miejsce, Janek już tam był. Stał na chodniku z pełnym osprzętowieniem, na głowie miał puchaty bucket hat, a zamiast kurtki zimowej, białe, grube futro.
Tomek nie mógł się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.
— Janek, co ty masz na sobie?
— Ooo. Cześć Tomek. — Janek pomachał ręką i posłał mu zmieszany uśmiech. — Musiałem pożyczyć wędki od dziadka i babcia kazała mi założyć, bo moja kurtka się podarła… Może być?
Tomek na chwilę przestał się śmiać i ponownie zlustrował go wzrokiem. Połączenie futra i czapki na ryby z pewnością było niekonwencjonalne, aczkolwiek Janek jak zwykle sprawiał, że wyglądał zajebiście. W sumie pewnie byłoby mu nawet w rondlu do twarzy…
— Wyglądasz… — zaczął z pewną dozą zawahania. Janek przekrzywił głowę w oczekiwaniu — Dobrze… To znaczy jest git.
— Hmm, to dobrze — odpowiedział, unosząc lekko kącik ust.
Przez chwilę patrzyli się jeden na drugiego, nie mówiąc nic, gdy nagle Tomek poczuł coś mokrego na nosie. Zmarszczył nos i zamrugał zdezorientowany, spoglądając w górę. Z szarych chmur opadały na ziemię delikatne śnieżynki, osadzając się na ich kurtkach i twarzach.
— Śnieg — wymamrotał zdumiony.
Ostatnimi laty śnieg na święta był wyjątkowo rzadkim zjawiskiem, więc ten widok sprawił, że oboje patrzyli się w niemym zachwycie w niebo.
Lodowate płatki miękko lądowały na ich twarzach, po chwili rozpływając się pod wpływem temperatury ich skóry.
Janek nagle odchylił głowę jeszcze bardziej i wystawił język. Kilka śnieżynek, z sekundy sypiących się z nieba coraz gęściej, spadło na jego język.
Tomek parsknął śmiechem na ten widok. Niewiele myśląc, zrobił to samo.
Przez dobrą chwilę stali w ten sposób, napawając się momentem. Z boku wyglądali jak dwójka idiotów.
Pewnie staliby i dłużej, gdyby nie to, że Tomek tak mocno odchylił głowę, że płatki śniegu wpadły mu prosto do gardła i prawie się zakrztusił. Zaczął gwałtownie kaszleć.
— Żyjesz? — spytał Janek, z trudem tłumiąc chichot.
— Bardzo zabawne — Tomek chciał odpowiedzieć bardziej sarkastycznie, ale nie potrafił ukryć własnego rozbawienia i po prostu zaczął się śmiać, a Janek razem z nim.
— Okej, too gdzie te stawy? — odezwał się Tomek, gdy w końcu udało mu się uspokoić.
Janek otarł kąciki oczu z łez rozbawienia.
— Musimy przejść kawałek przez las — Wskazał na gęsty las zaczynający się za ich plecami — To niedaleko, powinniśmy być tam za piętnaście minut.
— Hmm… Skoro tak mówisz. — Tomek spojrzał w leśną gęstwinę. — Prowadź.
⋆꙳•̩̩͙❅*̩̩͙‧͙ ‧͙*̩̩͙❆ ͙͛ ˚₊⋆
Szli już na pewno ponad piętnaście minut, a stawów jak nie było, tak nie było.
Tomek ufał Jankowi, że zna trasę, ale powoli zaczynał się niepokoić. Zboczyli kompletnie z ścieżki i przedzierali się przez leśne krzaczory. Zmrożone lodem liście chrzęściły pod ich stopami, a śnieg prószył z coraz większą intensywnością, mimo że byli częściowo osłonięci koronami drzew.
Zerknął niepewnie na Janka. Miał zacięty wyraz twarzy i zaciskał nerwowo usta.
— To… daleko jeszcze? — spytał Tomek.
Janek drgnął, jakby wybudzony z transu i odwrócił się w jego stronę z sztucznym uśmiechem.
— Jeszcze kawałek. Pięć minut i będziemy — zapewnił, ale wypowiedział to bez większego przekonania.
Tomek uniósł podejrzliwie brew, ale nic nie odpowiedział.
Okoliczny krajobraz wyglądał cały czas tak samo, jedno drzewo nie różniło się od drugiego. Miał wrażenie, że kręcą się w kółko. Lasy w Demie nie mogły być tak rozległe, żeby się w nich zgubić, prawda?
Mijały minuty i Janek wyglądał na coraz bardziej sfrustrowanego.
Tomek poczuł, jak powoli zaczynają odmarzać mu palce u stóp. Śniegu tylko przybywało i już pokrył w całości leśną ściółkę.
— To daleko czy nie? — spytał ponownie.
Janek, idący tuż przed nim nagle się zatrzymał, przez co wpadł prosto w jego plecy.
— Ał, kurwa — przeklął Tomek i zaczął rozmasowywać nos — Co się stało?
Janek odwrócił się w jego stronę i spuścił z zrezygnowaniem głowę. Wyglądał jak zbesztany szczeniaczek.
— Zgubiliśmy się — wydusił w końcu — Nie wiem, jak to możliwe, za dzieciaka chodziłem tu z dziadkiem niemal codziennie.
Tomek rozejrzał się wokół. Otaczał ich tylko cichy, pokryty białym puchem las. Do ich uszu nie dochodziły żadne odgłosy, oprócz spadającej tu i ówdzie czapy śniegu.
— Chwila, odpalę nawigację — Tomek sięgnął do kieszeni kurtki i wygrzebał telefon.
Spróbował go odblokować, ale urządzenie, jak na złość, nie chciało się włączyć.
— Co jest? — Wkurzony, kliknął przycisk resetu.
Telefon włączył się na ułamek sekundy, żeby pokazać 1% naładowania baterii od razu się wyłączyć.
Kurwa, zapomniał go naładować.
— Ja pierdole, co za gówno — Nie mógł się powstrzymać od wyładowania frustracji i kopnął w górkę śniegu. Okazało się jednak, że był to zakopany pniak i Tomek tylko uderzył się w nogę z bolesnym syknięciem. — Janek, a ty masz swój telefon?
Chłopak w zastanowieniu poklepał się po kieszeniach spodni i futrze. Na jego twarz wypłynął przepraszający uśmiech.
— Zostawiłem u babci w rozdartej kurtce…
Tomek westchnął.
— Czyli mamy przejebane?
— Czekaj. Chyba sobie o czymś właśnie przypomniałem — Janek nagle się rozpromienił. Zrzucił z ramion całe osprzętowienie i zaczął grzebać w skrzynce. Wtem wyjął coś małego i z dumą się wyprostował, unosząc w powietrze okrągły przedmiot z iglicą — Tadaa!
Tomek zmarszczył brwi.
— Kompas? Naprawdę myślisz, że uda nam się znaleźć dzięki temu drogę?
— No jasne, że tak. Czemu nie pomyślałem o tym wcześniej! — Walnął się dłonią w czoło. — Musimy iść na południowy zachód.
Z nowo powstałym entuzjazmem ruszył przed siebie, a Tomek z lekkim zawahaniem za nim.
Wciąż otaczał ich nieprzenikniony, sosnowy las, ale przynajmniej krzaki zaczęły się nieco przerzedzać.
Tomkowi trochę zaczęło się nudzić i w głowie zaczął układać nowy tekst piosenki.
— Głęboko w lesie, refren się niesiee — nucił pod nosem, gdy wtem zobaczył jakiś majaczący, dziwny kształt na jednym z drzew. Chwycił Janka za rękaw, żeby go zatrzymać.
— Ej, Janek. Też to widzisz? — Wskazał na horyzont.
W nikłym świetle zimowego słońca widniała stara, drewniana konstrukcja.
Janek zmrużył oczy.
— … Domek na drzewie?
— Ciekawe, co robi w środku lasu. — Tomek chwycił się w zastanowieniu za podbródek, po czym odwrócił się do drugiego z błyskiem w oku — Chcesz sprawdzić?
— Może… może lepiej nie zbaczajmy z trasy? — Janek nie wyglądał na przekonanego. Tomek tego nie zauważył, ale chłopak nieco pobladł.
— Tylko na chwilkę, zaraz wrócimy z powrotem. — Nie ustępował. Domek na drzewie wzbudził w nim niespodziewane zaintrygowanie. — Zerknę tylko okiem, nie bądź pizda.
Janek popatrzył z wyraźną konsternacją najpierw na niego, potem na tajemniczą konstrukcję.
— Niech będzie — westchnął — Ale tylko na chwilę.
Tomek tylko na to czekał. Pobiegł z entuzjazmem przodem.
Drewniana drabina, prowadząca do środka była ruszona zębem czasu, ale ten na to nie zważał i z lekkością wspiął się w górę. Zmurszałe deski jęknęły pod jego butami. Z zaciekawieniem uchylił drzwiczki i zajrzał do środka.
Z zawodem stwierdził, że w środku niczego nie ma, oprócz grubej warstwy kurzu i pajęczyn. No nic. Przynajmniej zaspokoił swoją ciekawość.
Już chciał się odwrócić, gdy nagle zobaczył, że pod pokaźną warstwą brudu, tuż pod jego stopami widnieją jakieś literki.
Zmrużył oczy i przykucnął. Przejechał dłonią po podłodze, próbując rozczytać napis.
T-E-R-R-I-F-I-E-D
Nie wiedząc dlaczego, włos lekko zjeżył mu się na karku.
Pewnie to głupi prank jakiś dzieciaków, które korzystały kiedyś z tego miejsca, jako bazy.
— Janek? — zawołał.
Bez odpowiedzi. Gdzie on się kurde podział? Przecież był tuż za nim.
Wstał i wyszedł, aby zerknąć w dół znad drabinki, ale Janka nigdzie nie było. Las był dziwnie cichy i statyczny. Nawet skrzeczące wcześniej między gałęziami sosen sójki, teraz ucichły.
— Janek, jesteś tu? — krzyknął ponownie — Chodź, znalazłem coś ciekawego.
Głucha cisza. Tomek zmarszczył czoło.
— Okej, jak nie to nie.
Nagle kątem oka wyłapał jakiś ruch. Niebieski cień przemknął gdzieś z boku i skrył się w środku domku.
Dreszcz przeszedł mu wzdłuż kręgosłupa. Odwrócił się bardzo powoli. Drzwi wciąż były otwarte na oścież, a wokół nie było żywej duszy.
Tomek z sercem na piersi ponownie zajrzał do środka.
Nic.
Uff. Pewnie mu się przewidziało.
Już miał ponownie wychodzić, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Aż podskoczył. Za nim stał nie kto inny, jak Janek.
— Jezu nie strasz mnie tak. — Chwycił się za serce.
— Sorry, sorry — Janek uśmiechnął się głupkowato.
Przez chwile Tomkowi wydawało się, że chłopak wygląda inaczej niż zwykle.
Jego oczy były ciemno brązowe, niczym mokka, a usta niczym C-dur, układały się w delikatny uśmiech.
— Tomek? — Janek pomachał mu przed twarzą. — Wszystko okej?
Tomek zamrugał kilka razy, jakby ktoś go właśnie wyciągnął z stanu hipnozy. Co on właśnie…?
— T-tak. — Potrząsnął głową, rozwiewając dziwne myśli — Gdzie ty do cholery byłeś?
— Oh. Znalazłem w pobliżu coś dziwnego.
— O czym ty mówisz?
— Pusty pojemnik po benzynie i to. — Wyciągnął dłoń z jakimś przedmiotem. Zapalniczka.
Tomek wziął ją do ręki z zaciekawieniem. Powietrze przeszyło cyknięcie i ku ich zaskoczeniu pojawił się mały płomień.
— Hm. Może powinieneś wziąć na pamiątkę — wymamrotał Tomek.
— To ty palisz jak smok — zaśmiał się Janek.
— Przynajmniej nie jestem sprawcą tek okropnej mgły, która utrzymuje się cały miesiąc w Demie. Nie to co ty i twój truskawkowy vejp.
Janek przewrócił oczami z cieniem uśmiechu na ustach.
— Dobra, dobra. Chodźmy już, karpie czekają.
Tomek skinął głową. Zeszli po drabince i ponownie wrócili na pierwotną ścieżkę.
Odwrócili się jeden, ostatni raz na osobliwy widok. Tomek w zadumie bawił się pstrykając zapalniczką.
Na tle południowego słońca domek na drzewie wyglądał, jakby płonął.
⋆꙳•̩̩͙❅*̩̩͙‧͙ ‧͙*̩̩͙❆ ͙͛ ˚₊⋆
— Poznaję to wzgórze! — Janek oznajmił podekscytowany — Już jesteśmy za rogiem.
Szczerze powiedziawszy Tomkowi tak dobrze spędzało się czas z Jankiem, że przez moment zapomniał o swojej pierwotnej misji.
Racja, przecież nie mógł zawieść chłopaków i musiał zdobyć te karpie choćby nie wiem co.
Przeciągnął się i strzelił kłykciami dłoni.
— Genialnie. Łapmy te karpie i spadajmy.
Z przypływem wigoru w podlotach wbiegli na wzgórze. Minęli tabliczkę teren prywatny bez mrugnięcia okiem.
Las się przerzedził, a przed nimi rozpościerała się urocza dolinka ze stawem w centrum. Widok prezentowałby się obiecująco, gdyby nie jeden, mały szczegół…
— Spuścili wodę na zimę… — wyjęczał z niedowierzaniem Janek. Z wrażenia wypuścił z ręki wędkę, która wpadła w puszysty śnieg.
— Kurwa, nie wierzę — zawtórował Tomek, który aż opadł na kolana.
Cała ta wycieczka, błądzenie po lesie, absolutnie na nic? Po stawie została tylko duża, wilgotna dziura.
— Ja… — Janek opadł ciężko na śnieg. Wyglądał na równie zdruzgotanego — Przepraszam, Tomi, nie miałem pojęcia.
— Kurwa, to po naszych karpiach.
I po wigilii klubowej… Chłopaki go zabiją. Będzie wstyd w ogóle mu się tam pokazać. Chciało mu się płakać i śmiać jednocześnie. Tyle zachodu po nic…
Jedyny plus był taki, że przynajmniej spędził czas z Jankiem przed świętami.
— Ehh, to nie tak miało wyglą- — zaczął Janek, ale nie dokończył, bo przez ich rozpaczliwe jazgotanie, z pobliskiej sosny spadła czapa śniegu i wylądowała prosto na jego głowie. — Ał.
Czapka Janka przekrzywiła mu się na jego głowie, a część śniegu wylądowała na jego twarzy i karku, dostając się za kołnierz. Nie mógł powstrzymać się od donośnego kichnięcia.
Sytuacja była tak komiczna, że Tomek nie mógł się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.
Nie śmiał się jednak długo, bo nagle dostał mokrą, zimną śnieżką i to prosto w twarz. Prawie się zakrztusił. Teraz to Janek wybuchł śmiechem. W jego oczach błyszczały figlarne iskry, a kąciki ust uniosły się w tryumfalnym uśmiechu.
— Ej, to było nie fair! — zaprotestował Tomek, strzepując śnieg z swojej twarzy i włosów.
— Teraz oboje jesteśmy w śniegu, więc dla mnie jest po równo — odparł Janek, wzruszając ramionami. Ciągle podśmiechiwał się pod nosem.
Tomek zmrużył niebezpiecznie oczy.
— Pożałujesz tego.
Nie tracąc ani chwili, szybko przykucnął, żeby uformować swoją śnieżkę.
— Tak? Chciałbym to zobaczyć. — W tonie Janka zabrzmiało wyzwanie. Tomek odpowiedział tylko uśmieszkiem. Zerwał się na równe nogi i zamachnął się ręką z całą siłą.
Śnieżka jednak przeleciała tuż obok głowy Janka i zamiast w niego, trafiła w drzewo za nim.
— Pudło. — Wystawił mu język i rzucił kolejny pocisk, który wylądował prosto na piersi Tomka.
— Jak ja cię dorwę… — zagroził Tomek, szykując kolejną kulkę i jeszcze kolejną w zanadrzu.
Zaczęła się bitwa. Śnieżki latały w każdą stronę, trafiając to w drzewa, to w ziemie, a przy dobrych wiatrach w upragniony cel. Po chwili śnieg był już absolutnie wszędzie: za ich kołnierzami, w rękawach, a nawet w butach. Mróz palił ich palce, bo oczywiście nie wzięli ze sobą rękawiczek, ale w tej chwili w ogóle tego nie odczuwali.
— Pogódź się z tym, Tomi. Nigdy mnie nie pokonasz — wydyszał ciężko Janek.
— Chyba w twoich snach — wysapał Tomek. Mimo, że był cały mokry, nie zamierzał się poddawać.
W końcu Janek został zmuszony, aby sięgnąć po broń ostateczną.
Natrze Tomka śniegiem.
Uśmiechnął się pod nosem na samą myśl i ruszył prosto na nieświadomego jego zamiarów chłopaka.
— Czekaj, co ty robisz, nie- — Tomek otworzył w zdumieniu szeroko oczy, jednak zorientował się za późno. Żadna śnieżka nie mogła powstrzymać pędzącego w jego stronę Janka.
W akcie desperacji zaczął uciekać, ale nie miał najmniejszych szans.
Janek dopadł go w kilku susach. Wpadł prosto na niego, chwytając go za pas i obalając na ziemię. Tomek przeklął tak głośno, że chyba było go słychać w promieniu najbliższego kilometra.
Upadając, oboje poślizgnęli się na zdradliwie śliskim śniegu, przez co oboje runęli i zaczęli staczać się po stromym zboczu wzgórza. Siła uderzenia Janka była tak silna, że mimo najszczerszych chęci nie mieli szans się zatrzymać. Toczyli się niczym ogromna kula śnieżna, modląc się, żeby tylko nie wpaść do wielkiej dziury, w postaci opróżnionego stawu. Świat wirował im przed oczami, nie wiedzieli gdzie znajduje się góra, a gdzie dół, czuli tylko wszechobecny śnieg.
Pewnie wylądowaliby na jakimś drzewie albo jako marne imitacje karpi w stawie, gdyby nie wielka zaspa, która wyrosła tuż przed nimi. Wpadli w nią z zawrotną prędkością, wzbijając w powietrze biały puch.
Zapadła cisza.
Leżeli plackiem na ziemi, ramię w ramię, ciężko łapiąc mroźne powietrze do płuc. Z szaro mlecznego nieba ciągle spadały gęste śnieżynki, dokładając swoje trzy grosze do już pokrytych od stóp do głów śniegiem kurtek.
— Żyjemy…? — wymamrotał w końcu Tomek.
— Chyba? — wydusił Janek w odpowiedzi.
Naraz odwrócili głowy w swoim kierunku. Ich twarze były zaróżowione od ujemnej temperatury i wcześniejszej zagorzałej walki. Sklejone kosmyki włosów opadały im w nieładzie na czoło, a obłoczki pary wydostających się z ich ust, mieszały się między nimi.
Ich twarze były blisko.
Zdecydowanie za blisko.
Orzechowe tęczówki Janka wpatrywały się w niego z uwagą. Z tej odległości widział nawet delikatne zarysy śnieżynek osiadłych na jego brwiach i rzęsach.
Tomek poczuł, jak serce wali mu o klatkę piersiową, jak jego przyspieszony puls uderza go w skronie…
Chyba naprawdę wykończyła go ta krótka potyczka… Od nowego roku musi zdecydowanie wrócić na siłownię i wziąć się za cardio, bo za szybko traci oddech. Następny trening spędzi godzinie na stairmasterze.
Z fitnesiarsko-fizjologicznych rozkmin wyrwał go Janek, który nagle uniósł dłoń w stronę jego twarzy.
Mózg Tomka w jednej chwili się zatrzymał. Przez krótki moment pomyślał, że dotknie jego policzka, ale jego palce poszybowały wyżej, odgarniając mu zmierzwione włosy z czoła.
— Wow, wyglądasz jakbyś sobie zafarbował włosy — stwierdził Janek w skupieniu, ciągle świdrując go wzrokiem.
— Co? — spytał głupio Tomek. Poczuł, jak rumieniec zażenowania wpływa na jego twarz.
— Masz pełno śniegu w włosach — zaśmiał się — Trochę jakbyś miał blond końcówki. Pasowałoby ci.
— Oh. — Jego ręka mimowolnie powędrowała w górę, aby przeciągnąć palcami po włosach — Może… pomyślę o tym…
— Naprawdę? — Oczy Janka aż się zaświeciły.
Tomek musiał odwrócić wzrok, żeby nie oślepnąć, przez to jak się rozpromienił.
— I tak już się zastanawiałem, czy się nie farbnąć… Nie wiedziałem tylko, na jaki kolor.
— Dawaj to albo różowy — zaproponował Janek.
— Co, nie jestem pedałe-
— Wyobraź sobie ciebie na dniach Zabrza. — Nie dał mu dokończyć Janek. Miał wizję — W cekinowych płaszczu. Byłbyś prawie jak Demowa wersja Sabrina Carpenter.
Tomek rzucił mu spojrzenie spod byka.
— … Masz szczęście, że lubię Sabrinę Carpenter. — Przewrócił oczami i podniósł się do pozycji siedzącej. Nie ufał sile swojej własnej woli, gdy Janek wpatrywał się w niego w tak intensywny sposób.
— Czyli się zgadzasz?? — spytał z nadzieją w głosie.
— Jak ojebiesz się na łyso, to się zastanowię.
— Potrzymaj mi piwo — Janek nie zastanawiał się dwa razy.
— Tylko kurwa spróbuj. — Tomek natychmiast się odwrócił, do ciągle leżącego na śniegu Janka. Sam siebie zaskoczył swoją gwałtowną reakcją, ale świadomość tego, że chłopak mógł naprawdę ściąć swoje piękne, naturalne loki, powodowała w nim wewnętrzne wzburzenie — Lepiej wstawaj po wilka dostaniesz.
Wyciągnął rękę w jego stronę, a Janek z śmiechem przyjął dłoń. Faktycznie, nawet długie futro nie uchroniło go od mokrej od śniegu dupy.
— Ale masz zimne palce — stwierdził Janek. Nie puścił jego dłoni, mimo, że już wstał. Wręcz przeciwnie, wziął jego drugą rękę, aby porównać obie strony.
Tomek przez chwilę wpatrywał się jak debil w ich złączone ręce. Przez ich wcześniejszą bitwę na śnieżki jego palce były tak skostniałe i sine, że ledwo je czuł, ale gdy Janek je dotknął, rozpłynęło się po nich przyjemne, rozlewające ciepło.
— Nie mam rękawiczek — mruknął, czując jak palą go końcówki uszu. Próbował przekonać samego siebie, że to od mrozu.
— Daj, ogrzeję je — Janek nie czekając na odpowiedź zamknął jego ręce w swoich.
— Ty też nie masz rękawiczek… — zauważył Tomek. — Jakim cudem twoje są ciepłe.
— Oh. Mam tendencję do przegrzewania się — zaśmiał się, jak gdyby nigdy nic.
Tomek uniósł brew. To chyba nie było fizjologiczne możliwe, żeby człowieka tak bardzo nie ruszało zimno….
— D-dobra, starczy już — rzucił w końcu, wyswobadzając się z jego uścisku. Był pewien, że jest czerwony na policzkach, uszkach, a nawet na karku — Jest lepiej.
— Okej. Tylko się nie przezięb — powiedział Janek z nagłą powagą.
Tomek zakopał nos w swojej kurtce, próbując ukryć swoje zawstydzenie.
— Dobra, może lepiej wracajmy, robi się ciemno — skomentował, ruszając w stronę lasu.
⋆꙳•̩̩͙❅*̩̩͙‧͙ ‧͙*̩̩͙❆ ͙͛ ˚₊⋆
Nim wrócili na ulice Katowic, zaczęło się już ściemniać. Całe szczęście tym razem nie zgubili się po drodze i faktycznie po kilku minutach wyszli z lasu.
— Już tak późno, że nie zdążę na tę wigilię — mruknął Tomek.
— Przecież Wigilia jest dopiero jutro? — zdziwił się Janek.
— Eee… to taka… z znajomymi. — Tomek podrapał się niezręcznie po karku. Lepiej nie będzie mówił, że jedyna wigilia, jaką świętuje, jest ta z chłopakami z klubu.
Janek spuścił wzrok.
— Przepraszam, jakbym wiedział, że masz plany… I nawet nie mamy tych głupich karpi.
— Mm, luz. Dobrze się dzisiaj bawiłem — uśmiechnął się Tomek. — I tak nie przepadam za świętami.
— Nie mów tak… A masz chociaż karpia na święta z rodziną?
— Ja… — Tomek zawahał się, poprawiając szalik na swojej szyi — Nie spędzam świąt z rodziną.
— Oh — Janek na chwilę zamilkł. Poczuł wyrzuty sumienia. — Czyli ominąłeś właśnie swoją jedyną wigilię? Przeze mnie?
— Mówiłem, że nie szkodzi — powiedział cicho. Pogodził się z tym, jak wyglądają jego święta. Wolał je spędzać w ten sposób. Może tylko czasem, w chwilach słabości, czuł ukłucie zazdrości, widząc jak jego znajomi spędzają te dni z swoimi bliskimi…
— A może… — Janek spojrzał na niego spod rzęs — Może chcesz przyjść do nas na święta?
Tomka tak zaskoczyła nagła propozycja, że aż przystanął w miejscu.
— C-co? Daj spokój, nie będę jako obcy wbijać na wasze rodzinne święta.
— Nie jesteś obcy — Janek powiedział z nagłą powagą w głosie — Moja rodzina się ucieszy, że cię w końcu pozna.
— Mówiłeś o mnie swojej rodzinie?? — zdziwił się Tomek. Zalała go nagła fala ciepła. Nigdy by nie pomyślał, że znaczy dla Janka aż tyle — S-skoro tak…
— O siema, Tomek, Janek, a wy co tu robicie? — Z rozmowy wyrwał ich znany głos. Oderwali od siebie spojrzenia, aby zobaczyć ekipę ich znajomych. Joaśka, Dominika, Marek i Lidka byli tak samo zaskoczeni ich widokiem, jako oni ich.
— Eee. Długa historia. — Tomek zerknął na Janka, który nadal miał przy sobie wędkę. Bez kontekstu musiało wyglądać to bardzo dziwnie. — A wy?
— Idziemy na jarmark. — Klasnęła w dłonie wyraźnie podekscytowana Joaśka — Chcecie iść z nami?
Popatrzyli po sobie. W sumie… czemu nie? I tak na wigilie klubowe było już za późno, a innych planów nie mieli.
Już po chwili wszyscy skończyli przy budce z grzańcem. Maro narzekał na wygórowaną cenę, ale dziewczyny tak bardzo nalegały, że w końcu wszyscy skończyli z rozgrzewającym napojem w rękach.
Tomek wziął pokaźny łyk i poczuł, jak ciepła ciesz przyjemnie rozpala mu przełyk. Zapomniał, jak grzaniec dobrze wchodzi. Nie wypił nawet połowy kubeczka, gdy świat zaczął mu lekko wirować przed oczami i poczuł dobrze znane uczucie lekkości.
— Boże, ale tu gorąco — powiedział nagle Janek. Wypił grzańca na jednego łyka i teraz rozbierał właśnie koszulkę. Futro musiało zostać, jego drip był na to zbyt dobry.
Tomek prawie się zachłysnął. Z trudem odwrócił wzrok od widoku jego mięśni, niemal rażących go spod futra.
— Idę po coś mniej alkoholowego — zdecydował. Potrzebował ochłonąć.
Jego wzrok spoczął na stoisku z bubble tea. To się nada. Na prędko zamówił mleczny, chłodny napój z kulkami tapioki.
— Wszystko okej? — Janek zmaterializował się tuż obok niego, z wyraźnym zaniepokojeniem na twarzy.
Tomek chyba wypił za dużo naraz, bo nagle zaczęło dwoić mu się w oczach. Kulki z boba tea wyglądały dokładnie tak, jak oczy Janka. Ciemne, głębokie o orzechowym odcieniu, przepiękne oczy Janka.
— Nie patrz się tak na mnie, błagam — jęknął Tomek. Jego zamglony grzańcem mózg zaczynał go znowu zdradzać.
— Czemu? — Janek nie zrozumiał aluzji, bo nachylił się jeszcze bardziej.
— B-bo… — zaciął się Tomek. Bo co? Bo zaraz powie Jankowi, jak podobają mu się jego idealne, migdałowe oczy? Bo jego wzrok znowu mimowolnie zastygnie na jego zarysowanym torsie? Bo jeszcze nie będzie mógł się powstrzymać i-
Wtem oślepił ich flesz aparatu.
— Wohoo, a teraz się pocałujcie!! — krzyknęła Dominika, wystawiając kciuki w górę.
Natychmiast od siebie odskoczyli, jak poparzeni. Tomek posłał im mordercze spojrzenie.
— Że co?
— No… stoicie pod jemiołą. — Dominika zachichotała i wskazała na coś nad ich głowami. Spojrzeli w górę.
Jakim cudem…
Centralnie nad nimi wisiały gałązki, zawinięte czerwoną wstążką. Jakby nie byli tak zajęci samymi sobą, może zauważyliby, że do tego miejsca co chwilę podchodziła jakaś para, żeby zrobić sobie zdjęcie.
Oblali się rumieńcem, jeszcze bardziej czerwonym, niż grzaniec, który przed chwilą pili. Ciepło na twarzy, które poczuli w tym momencie, nie można było przypisać wyłącznie działaniu napoju. Nagle poczuli, że wszystkie spojrzenia koncentrują się na nich.
— O-oh. — Janek dosłownie spąsowiał od stóp do głów.
— Nie podjudzam was, ale tego nie zrobicie — zarechotał Maro.
— Spierdalaj — warknął Tomek, ale jego ton głosu wyszedł o oktawę wyższy, niż zazwyczaj. To nie tak, że brzydził się pocałować Janka… Ba, w obecnym stanie byłby w stanie to zrobić. Może by mu się to nawet podobało…
W końcu nie było to pedalskie, pijane dziewczyny ciągle się całowały, więc czemu chłopacy też nie mogli? To tylko niewinne okazanie sympatii swoim najbliższym przyjaciołom.
Problemem była widownia.
— Dobra, dajcie im spokój — Uratowała ich Joaśka — Chodźmy lepiej na diabelski młyn.
Odetchnęli z ulgą, gdy atencja wszystkich została przemieszczona na coś innego. Cała grupa ruszyła w stronę atrakcji.
Oprócz nich.
Popatrzyli się po sobie.
— Sorry za Domi. Kompletnie nie ma filtra — zaśmiał się niezręcznie Janek.
— Nie szkodzi, to tylko głupi żart. — Tomek wzruszył ramionami, ale czuł, jak nadal pieką go policzki.
Zapadła kłopotliwa cisza. Atmosfera wokół jakby zgęstniała, gwar przechodzących ludzi przycichł. Żaden nic nie mówił, bojąc się, że zniszczą ten moment.
— Teraz to ty się tak patrzysz… — wyszeptał w końcu Janek.
— Tak, to znaczy jak? — Tomek przechylił głowę w bok.
— Tak, jakbyś… — Spuścił zakłopotany wzrok, nie wiedząc, czy kontynuować — Tak jakbyś…chciał to zrobić.
— Przeszkadzałoby ci to?
Tomek nie wiedział, czemu mu się to wymsknęło z ust. Postanowił zwalić winę na alkohol w jego krwi.
Janek napotkał jego wzrok.
— N-nie. A tobie?
— Też nie — odpowiedział nonszalancko.
— Ej chłopaki, idziecie czy nie? — Dobiegł ich z oddali głos Joaśki.
— Już! — odkrzyknął Tomek, przewracając oczami.
Upewnił się, że dziewczyna się odwróciła i wtedy wykorzystał swoją szansę, póki jeszcze nie opuściła go odwaga.
Chwycił Janka za futro i przyciągnął go bliżej siebie. Jego usta musnęły policzek Janka w krótkim, delikatnym pocałunku. Poczuł pod wargami szorstkość jego zarostu, ale to uczucie wcale nie było tak nieprzyjemne, jak mógł wcześniej obstawiać. Wręcz przeciwnie. Skóra Janka była ciepła i zaskakująco przyjemna.
— No homo, bro — wymamrotał cicho, puszczając poły jego futra.
Janek stał przez chwilę bez ruchu. Wciąż oszołomiony, uniósł dłoń i dotknął policzka, jakby chciał zatrzymać to uczucie na dłużej. Miał wrażenie, że jego skóra mrowi tam, gdzie jeszcze przed sekundą były wargi Tomka. Przełknął ślinę i powoli skinął głową.
— No homo… — powtórzył automatycznie.
Po chwili ruszyli w ciszy do paczki znajomych, jak gdyby nigdy nic. Nikt, poza nimi nie zauważył, że coś się wydarzyło. Z resztą oni sami na zewnątrz starali się zachować kamienną twarz i udawali, że ten niewinny gest, był tylko żartem. Jednakże oboje w głębi serca dobrze wiedzieli, że nigdy nie zapomną tego wyjątkowego momentu.
Zapowiadały się magiczne Święta…
