Work Text:
Luty roku 1923 był wyjątkowo surowy dla lwowian.
Mróz gryzł Stefka w nos, a śnieg skrzypiał mu pod butami, kiedy pospiesznym krokiem zbliżał się do placu Akademickiego. Był już dość sporo spóźniony, więc przekroczywszy próg kawiarni Szkockiej, nie zawracał sobie nawet głowy zdjęciem płaszcza. Od razu powędrował, lawirując między brudnymi stolikami, do ulubionego kąta matematyków.
“Panie doktorze!” Studenci już czekali na niego, z filiżankami i szklankami w dłoniach. Dwóch z nich zerwało się natychmiast, żeby uściskać Stefana (w Szkockiej nie było miejsca na akademickie formalności) i skoczyć mu po kawę z koniakiem. Banach zasiadł na chybotliwym krześle i zaczął przyglądać się notatkom - po stole już walało się co najmniej pięć serwetek, skrawek koszuli i dwie wymięte ulotki lokalnego burdelu; wszystkie skrzętnie pokryte z obydwu stron chaotycznymi notatkami ze spotkania. Doskonale, pomyślał Stefan, idzie im coraz lepiej.
Młodzi wrócili wkrótce, nie tylko z trunkiem, ale i z towarzystwem. Bystre oczy Hugona błysnęły spod ronda kapelusza, gdy mościł się w krześle obok. Pomimu tylu lat znajomości, tylu wieczorów spędzonych z cygarami nad zapiskami, Stefanowi wciąż ciężko było momentami rozgryźć starszego kolegę. Sam Stefek pasował idealnie do swoich ulubionych lokali, gwarnych, nieco dusznych, pełnych rumianych oblicz i wybuchów śmiechu. Choć rzadko się upijał, nierzadko zaglądał do małego kufla czy szklaneczki; zwłaszcza, gdy chcąc, nie chcąc, trafiał do takiego przybytku z kolegami z wydziału. Tam myślało mu się najlepiej. To on, ku zdumieniu i niepokojowi Steinhausa, zaraził swoich młodych nawykiem bazgrania po luźnych papierkach. Nieciężko było więc się zazwyczaj domyślić, co mu akurat chodziło po głowie.
Z Hugonem zawsze było inaczej. Doskonale odnajdywał się w kręgach matematycznych ekscentryków, choć był z natury człowiekiem bardzo wyważonym i spokojnym; jednak jako człowiek o tak wielkiej klasie brylował dowcipem i ciętym językiem. Ta gęś, ta słynna już na lwowskim uniwersytecie żywa gęś-nagroda za rozwiązanie jednego z trudnych zadań na wieczorku w Szkockiej, była jego pomysłem. To on sam, nieproszony, dosiadł się do ławki tego popołudnia na krakowskich Plantach, gdy przechodząc, usłyszał o całkach Lebesgue’a. A jednak, Stefan stwierdził po trzecim kieliszku whisky, wiedział o swoim koledze i o jego osobistych sprawach bardzo mało. Zbyt mało.
Tego wieczoru dyskusja szła im doskonale, i bardzo prędko brakło miejsca na stole na ich wszystkie papiery. Klientela kawiarni powoli się wykruszała i o czwartej nad ranem zostali już tylko oni - Stefan, Hugo i gromadka studentów. O czwartej piętnaście barman ziewnął i zamachnął się na nich szmatą do przecierania kontuaru, więc zebrali kapelusze i z wielkim żalem opuścili kawiarnię Szkocką.
“Miruś,” rzucił Stefan wesoło, choć kręciło mu się już trochę w głowie, “masz te kartki z dowodem, który spisywaliśmy w zeszłym tygodniu?”
Miruś, jeden ze studentów, pokrył się buraczanym rumieńcem.
“No właśnie, panie doktorze…” wymamrotał, “bo ten, tego, te kartki miałem w walizce, walizka została u dziewczyny…” głos mu się lekko załamał, “a Zosia mnie już nie chce…”
Miruś zaniósł się donośnym, pijackim szlochem.
Stefan pokiwał głową i poklepał Mirka z ojcowską czułością. “Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi. Napiszemy od nowa, będzie dobrze.”
Nie pozostało im nic innego, jak z ciężkim westchnieniem odesłać biedaka do domu, i już po chwili tylko Hugo i Stefan kroczyli pustymi ulicami Lwowa.
“Zawsze to samo,” wymamrotał Stefan. “Jeszcze chwila, a zgubi własny nos.”
Hugo zaśmiał się cicho, lecz dźwięcznie. Echo odbiło się od kamienic niczym blask pełnego miesiąca i powróciło do nich.
“Sam taki kiedyś byłeś,” wytkął Steinhaus, lecz bez nuty przekąsu. “Rzekłbym nawet, że nadal jesteś, tylko notatki noszą za tobą asystenci.”
Stefan żachnął się i potarł energicznie zmarznięte dłonie. “Co jak co, ale głowy jeszcze nie zapomniałem. Bez niej nie wpadłbym na przestrzenie B, a co dopiero na te kule, nad którymi pracujemy z Fredkiem.”
Hugo zatrzymał się nagle w cieniu jednej z bram do podwórza. Przekrzywił głowę, a jego oczy zaskrzyły tajemniczo. Oczy, te oczy jak dwa żarzące się węgle (nie, żeby Stefan w nie spoglądał) były od zawsze najwierniejszą formą ekspresji Hugona; klarowniejszą i bardziej skuteczną niż jakiekolwiek oszczędnie dawkowane słowa w jego wąskich ustach - teraz jednak ich wyraz pozostał dla Stefka nieodczytywalny. Za dużo whisky.
“Nie sądzisz, że to się kiedyś zemści, Stefku?” Stali twarzą w twarz pod cienistym łukiem bramy, a ich oddechy unosiły się na mrozie kłebami pary. Gdzieś w oddali zawył pies, trzasnęło okno.
“Tak, tak, może.” Stefan machnął ręką. “Ale dobrze wiesz, bracie, że ja inaczej nie mogę. Nie myślę przy zwykłym biurku, w ciszy-”
Hugo przerwał mu cichym głosem. “Mam coś dla ciebie.” Sięgnął pod poły wełnianego płaszcza i wyjął paczkę, owiniętą szarym papierem.
Stefan się rozpromienił. “Masz swój własny czas i miejsce na prezenty, co?”
W odpowiedzi otrzymał jedynie wąski uśmiech i zachęcające skinienie. Ochoczo rozerwał papier i przejechał zziębniętą dłonią po gładkiej okładce. Zeszyt, oprawiony w wysokiej klasy skórę, ciążył mu w dłoni. Stefan czuł na sobie wzrok przyjaciela, gdy z ciekawością zaczął kartkować notatnik - lecz każda kolejna strona zionęła pustką. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać, Hugo bardzo delikatnie wyjął notatnik z jego dłoni. Jego rękawiczki z popękanej skóry musnęły go po skórze gdy wręczał mu go z powrotem, otwartego na ostatniej stronie. Na tylnej okładce była dość spora, rozkładana kieszonka, zamykana na rzemyk.
“Na luźne notatki, te dotychczasowe. Mam nadzieję, że do nowych wykorzystasz już te spięte kartki.”
Hugo musiał się naprawdę wykosztować w jednym z bardziej luksusowych sklepów papierniczych; na tę myśl policzki Stefka zarumieniły się (bardziej, niż od samego alkoholu), a on sam złapał przyjaciela za ramiona i wstrząsnął nim w radości.
“Bracie! Mógłbym cię ucałować, na pewno się bardzo przyda- ale nie myśl sobie, że wyplenisz ze mnie nawyk bazgrolenia po wszystkim w jeden wieczór!”
Pomimo tej wylewnej wdzięczności, mina Hugona jakby zrzedła. Stali od siebie na wyciągnięcie ręki i właściwie dopiero teraz, w świetle zachodzącego księżyca, Stefan dojrzał zmartwione zmarszczki wokół czarnych oczu swojego przyjaciela. Co prawda, to prawda, Hugo był od niego kilka lat starszy - lecz Boże, nawet do czterdziestki mieli jeszcze obydwaj dobrych kilka lat! Ciężko było wyobrazić sobie choćby ślad siwizny czy starości na Hugonie, zawsze tak krzepkim i, nie oszukujmy się, przystojnym. Stefan, jakkolwiek by nie był bystry czy życzliwy, nie mógł się mierzyć swoją nienachalną urodą czy pełnymi, okrągłymi policzkami z dumną postawą i orlim nosem Steinhausa. To na nim zawsze pierwszym zawieszały ciekawski wzrok krakuski i lwowianki, jedynie po chwili zauważając istnienie tego drugiego obok. Teraz na szlachetnych rysach ciążyło jakieś nagłe strapienie, którego Stefan nie potrafił przegonić. Położył swoją zimną dłoń na jego chudym policzku, lecz nim zdążył poklepać pokrzepiająco, gorący oddech Hugona omiótł mu twarz. Pachniał koniakiem i cygarami, i dymem z wędzonych wędlin. Czas się zatrzymał, a oni wreszcie spojrzeli sobie w oczy.
“Co cię trapi, bracie?” Stefan wyszeptał.
Czarne oczy wypełniły się smutkiem.
“Właśnie to, że bratem twoim nie jestem, i być nigdy nie mogę,” odpowiedział Hugo trzęsącym się półgłosem. “Nie rozumiesz, ja nie mogę…”
Stefan zmarszczył brwi w zdziwieniu. Pijany gniew zaczął budzić się do życia gdzieś w głębi jego serca - bo przecież jak to? Zdawać się mogło, że od zawsze są nierozłączni, choć spędzili ze sobą zaledwie kilka lat; ale zawsze się rozumieli, zawsze się dopełniali. Jak Hugo mógł to odrzucać?
Nie dopuszczał do siebie tej dobrze ukrytej krztyny zrozumienia, która wychylała zdradliwy łeb dopiero tutaj, gdy stali w cztery oczy, objęci w ciemnej bramie. Nie myślał o rzeczach, których bracia nie robią, o rzeczach, których przyjaciołom nie przystoi. Odganiał od siebie jak natrętne gzy myśli o ciepłym uścisku Hugona, o jego żartobliwym uśmieszku, o lśniących oczach.
Nie skupiał się na tym, jak ich czoła zetknęły się, jak bezwiednie nachylili się ku sobie, jak długie palce Hugona oplotły delikatnie bok szyi Stefana. Zdecydowanie nie pozwolił sobie zauważyć, jak pomimo mrozu usta jego przyjaciela były miękkie i gorące, jak idealnie pasowały do jego własnych; smakował koniakiem i cygarami. Na pewno nie obchodziło go też, że gdy odsunęli się od siebie, muskając się czubkami nosów i chichocząc jak wariaci, Stefan mógł jak na dłoni dostrzec odbicie swoich, błękitnych oczu w otchłani czarnych.
Może to jest to właśnie, pomyślał. Anomalia modelu teoretycznego. Paradoks, którego nie mogłem rozgryźć. Dwa pełne byty, powstałe z jednego.
Luty roku 1923 był wyjątkowo ciepły dla zakochanych.
