Actions

Work Header

Cztery światła, jeden blask

Summary:

Will ma piętnaście lat i dopiero zaczyna naukę u Halta.
Cisza, mapy i poranki o świcie to jego codzienna rutyna. Nie wie jednak, że zostając uczniem zwiadowcy, wkracza w świat pełen magii, o którego istnieniu dotąd nie miał pojęcia.
To dopiero początek drogi, która zmieni znacznie więcej niż jego przyszłość.
Tradycyjnie zaznaczam, że nie posiadam żadnych praw do powieści Johna Flanagana ani nie czerpię z tego zysków. To jedynie fanfik - moja twórcza interpretacja i zabawa światem wykreowanym przez autora.

Chapter 1: Rozdział 1

Chapter Text

Część Pierwsza – Początek Drogi



Był początek grudnia. Późna jesień mieszała się z wczesną zimą. Wilgotne liście leżały pod cienką warstwą pierwszego śniegu, przydeptane do ziemi i skute delikatnym szronem. 

 

W lesie na małej polanie stała niewielka drewniana chatka. Spowita jeszcze mrokiem, wydawała się zaledwie cieniem pośród drzew. Z komina leniwie unosił się dym, a jego kłęby rozmywały się pośród chmur. Dookoła panowała ta zwyczajna cisza, kiedy las dopiero budził się ze snu i przygotowywał na nowy dzień.

 

W jednej z izb dało się słyszeć spokojny, równy oddech, przerywany od czasu do czasu pojedynczym, cichym chrapaniem.

Will przekręcił się na drugi bok, uśmiechając się lekko przez sen. Łóżko skrzypnęło cicho i po chwili wszystko znów pogrążyło się w sennym spokoju. Kołdra otulała go pierzem i przyjemnym ciepłem, niczym osłona trzymająca w świecie snów, pilnująca, by rzeczywistość nie wdarła się zbyt wcześnie. 

Wtedy rzeczywistość zapukała do drzwi jego pokoju.

 

– Chłopcze. Już dawno powinieneś być na nogach. 

 

Will mruknął niezadowolony. Odruchowo przykrył się kołdrą, aż po samą głowę, chroniąc resztki swojej sennej harmonii.

Halt jednak wciąż czekał za drzwiami – niewzruszony i nieustępliwy. Nie słysząc, żeby chłopak wstał, dodał ostrzegawczo, jak miał w zwyczaju:

 

– Lepiej, żebym nie musiał cię drugi raz wołać.

 

Jego kroki zniknęły w kuchni, zostawiając po sobie gorzki posmak poranka. 

Will zmarszczył nos i westchnął, zrzucając z siebie pościel. Skrzywił się odrobinę, kiedy ciepło zniknęło. 

Chociaż minęły już prawie trzy miesiące odkąd został uczniem zwiadowcy, nie mógł przyzwyczaić się do tak wczesnych pobudek, które serwował mu jego mistrz. 

 

– Przestępcy na pewno jeszcze śpią – burknął do siebie i podrzucił kołdrę ku górze, a ta za chwilę opadła, rozpościerając się równo na materacu.

 

Przetarł zaspane oczy i powlókł nimi po pokoju. Oj. Wczoraj po ciężkim treningu dość niedbale rzucił ubrania na krzesło. Jedna nogawka spodni leżała na podłodze. Buty były rzucone byle jak, jakby ściągnięte w marszu – bo tak właśnie było. Koszula zwinięta w jakiś nieregularny kłębek. Dobrze, że Halt nie wszedł do środka, bo jeszcze dostałby z rana wykład o utrzymywaniu porządku.

Pozbierał ubrania, i szybko się ubrał. Spojrzał krytycznie w dół i przeciągłym ruchem dłoni wspieranym siłą woli próbował wygładzić pomarszczoną koszulę. 

 

Eee… nie zauważy – pomyślał, kiedy materiał nie chciał współpracować.

 

Wyszedł z sypialni pewnym krokiem, a do jego nosa niemal natychmiast dotarł zapach smażonych jajek.

 

– Dzień dobry – rzucił pogodnie.

 

Halt powoli podniósł na niego wzrok znad paleniska:

 

– Dzień zaczął się już jakiś czas temu – stwierdził sucho.

 

Chłopak spojrzał przez okno.

 

– Jest jeszcze ciemno – zauważył lekko.

 

Starszy zwiadowca poruszył patelnią, a zapach uwydatnił się jeszcze bardziej.

 

– Bo jest zima – wytłumaczył oczywistym tonem. – Więc słońce wstaje później.

 

– Skoro ono może, to my też – oznajmił Will zwyczajnie, jakby tłumaczył coś oczywistego, o czym każdy powinien wiedzieć.

 

Halt spojrzał na niego chwilę. Chwilę dłużej. Jakby musiał się upewnić, że dobrze usłyszał. W końcu pokręcił głową, wyrywając się z transu, w jaki wrzuciło go stwierdzenie jego ucznia.

 

– To tak nie działa. 

 

– Czemu nie? – chłopak przechylił lekko głowę. 

 

– Zwiadowcy zawsze wstają wcześnie – tłumaczył Halt. – Niezależnie od pory roku.

 

– Ale – Will machnął ręką w powietrzu, jakby rozważał filozoficzną prawdę życiową – jak jest ciemno, to i tak nic nie widać.

 

Halt zatrzymał się z drewnianą łyżką w dłoni, musząc się chwilę zastanowić, czy on sam na pewno się obudził.

 

– To nie… – odchrząknął – Rozłóż sztućce na stole. 

 

Młodzieniec posłusznie wykonał polecenie. Następnie usiadł przy stole, dosuwając się niemal pod sam blat. Splótł ręce przed sobą i obserwował każdy jego ruch.

Halt ściągał jajka z patelni. W międzyczasie woda na kawę już zdążyła się zagotować, bulgocząc cicho. 

 

– Może pomóc? – zapytał, obserwując jak jego mentor szybko przerzuca jajka na talerz, a drugą ręką już sięga po kubki. 

 

– Siedź – padła odpowiedź. 

 

Chłopak westchnął i oparł brodę na dłoni. Czekał. I patrzył. Tak, jak co dzień. Halt lubił być samodzielny.

Mężczyzna z wprawą rozdzielił jedzenie i zalał kawę gorącą wodą z kocioła zawieszonego nad paleniskiem. Ruchy miał zręczne, wyuczone, jak przystało na kogoś, kto powtarzał ten sam schemat codziennie od wielu lat.

 

– Smacznego – powiedział, kiedy mężczyzna położył wszystko na stole. Zwiadowca tylko mruknął coś w odpowiedzi. 

 

Zjedli w ciszy – tak, jak zawsze. Na początku swojego pobytu w tym miejscu Will jeszcze próbował rozmawiać, ale szybko zorientował się, że to tak, jakby rozmawiał ze ścianą, którą jego mentor skutecznie odgradzał się od niego. Posiłek był posiłkiem. Nie rozmową.  

 

– Co będziemy dziś robić? – zapytał w końcu, kiedy Halt wziął łyk kawy czekającej na stole.

 

Starszy zwiadowca milczał chwilę, patrząc przed siebie. Usłyszał. Will to wiedział. Nauczył się tego już pierwszego dnia swojego szkolenia. 

 

– Panie Halt… czego nauczy mnie, pan najpierw?

 

Halt nie odpowiedział od razu. Więc Will zapytał ponownie:

 

– Od jakiego treningu zaczniemy?

 

Cisza. Zwiadowca nawet nie podniósł wzroku. Chłopak zmarszczył brwi. Już nabrał powietrza i...

 

– Chłopcze, słyszałem cię już za pierwszym razem. 

 

Will zamknął buzię z głośnym kłapnięciem.

 

– Ale nie odpowiedział pan – zauważył cicho.

 

Wtedy dopiero, Halt, spojrzał na niego powoli.

 

– Bo nie mam takiego obowiązku. 

 

Will odruchowo zacisnął mocniej palce na swoim kubku. Pierwsze dni szkolenia były dziwne. Niby nie było źle, w końcu starszy mężczyzna zapewniał mu jedzenie i dach nad głową. No i obiecującą przyszłość w szeregu Korpusu Królewskich Zwiadowców. 

Ale z drugiej strony – ten cały Halt... No właśnie. Był Haltem. Will miał wrażenie, że wszystkie dni wyglądają tak samo, jak jeden wyuczony schemat. Wstać, zjeść, trening, parę mruknięć i pójście spać. Miał nadzieję, że po opuszczeniu sierocińca będzie mniej samotny – a było zupełnie odwrotnie. 

 

Westchnął cicho i napił się swojej kawy. Skrzywił się lekko – była za gorzka. Jego mentor słodził jedną łyżeczkę miodu. Chłopak nieraz go prosił, żeby dodawał mu dwie łyżeczki. Nie pamiętał o tym nigdy. Albo nie chciał pamiętać. 

 

– Muszę iść na targ – odpowiedział w końcu zwiadowca. Will natychmiast się wyprostował.

 

– Mogę pójść z tobą?

 

Halt uniósł na niego spojrzenie – powoli, bez cienia entuzjazmu, którym Will aż promieniował.

 

– Nie – odpowiedź padła cicho, ale tak stanowczo, jak uderzenie młotem. – Ja zrobię zakupy, a ty zajmiesz się studiowaniem map.

 

Chłopak niemal fizycznie opadł na krześle. 

 

– To takie nudne… – westchnął.

 

– Ale potrzebne, jeśli chcesz zostać zwiadowcą. 

 

Will już otworzył usta, gotowy na dalszą dyskusję, ale wiedział, że nie przyniesie ona żadnych rezultatów. A najpewniej tylko przysporzy mu dodatkowych obowiązków. Z Haltem nie było dyskusji.

 

– Ale kiedyś... – zaczął niepewnie – Pójdziemy razem?

 

Halt odstawił kubek trochę mocniej, jakby tym gestem chciał wbić swoje słowa do głowy ucznia. 

 

– Will – powiedział niskim, zmęczonym tonem. – Jesteś tu po to, żeby się uczyć. A nie chodzić ze mną na zakupy.

 

Will szybko wziął łyk kawy, żeby zająć się czymkolwiek. Już nawet nie czuł jej niedobrego smaku – przykryło go coś innego.

 

***

 

Przedpołudnie wlokło się strasznie długo. Will siedział przy stole rysując mapę na podstawie terenu, który podał mu Halt. Nie lubił tego. Zawsze gubił się w odczytywaniu legendy. Nie potrafił dobrze przenieść szlaków i traktów. Tu za wąska droga. Tam rzeka. Tu znowu wzgórze zamiast łagodnego wzniesienia. Raz poprowadził oddział wyimaginowanych rycerzy do piekarni. I to o dzień drogi dalej. Cóż. Przed walką z wrogiem należy porządnie zjeść. Halt jednak miał inne zdanie.

Frustrowało go to. Musiał zamknąć mapy w głowie, by kiedyś móc w każdej chwili poprowadzić oddział, znaleźć odpowiednią trasę lub po prostu samemu nie zgubić się w terenie. Starszy zwiadowca nieraz powtarzał: To nie jest uczenie się nazw rzek i miast. To jest zapamiętywanie relacji przestrzennych. A zwiadowca potrzebuje tego tak samo, jak naostrzonych strzał.

 

– Może po prostu, kiedy trafię na wroga, przyduszę go tymi mapami – powiedział sam do siebie wertując stos kartek. 

 

Miał piętnaście lat. Dla niego siedzenie nad jakimikolwiek papierami równało się ze straconym czasem. Chciał działać. Strzelać z łuku, tropić, uczyć się cichego ruchu, może wziąć udział w jakiejś misji – jednym słowem robić to, co robią zwiadowcy. Jednak jego mistrz wolał naukę teoretyczną.

 

W końcu, zmęczony i zirytowany, odłożył pióro. Zrobił to zbyt szybko — mała plamka atramentu rozlała się na papierze, tworząc granatową kałużę. 

Will prychnął sam do siebie:

 

– No. I mamy nowy staw.

 

Nie przejmował się tym zbytnio. Mapa najpewniej i tak była źle wykonana. Zawsze była. 

 

Przetarł sztywny kark, rozciągając przy tym głowę na boki. W izbie panowało przyjemne ciepło, wręcz usypiające. Drewno w kominku strzelało, jakby swoim dźwiękiem samo zachęcało go do zrobienia dłuższej przerwy.

Spojrzał przez okno, by odciąć na chwilę zmęczoną głowę. Słońce wskazywało już prawie południe. Ogołocone gałęzie drzew bujały się lekko na wietrze. 

Oparł dłoń na brodzie. To zawsze wyglądało tak samo. Halt wychodził — on zostawał sam. 

Zaczął stukać stopą o nogę stołu. Wybijał równy rytm, odliczając sekundy. Tylko sam nie wiedział do czego. 

 

Stuk. Stuk.

 

Chatę wypełniał spokój. Ale nie ten kojący, który kojarzył się z domowym ogniskiem i bezpieczeństwem. Ten był męczący. Jakby osiadł w każdym zakamarku i zabierał siłę do działania.

 

Nie mając nic ciekawszego do zrobienia, spojrzał na regał stojący przy przeciwległej ścianie. Omiótł przelotnym spojrzeniem tytuły książek. Z daleka nie mógł ich rozczytać, ale mimo wszystko wyrecytował je sobie w myślach po kolei – znał je już na pamięć.

Potem jego wzrok zatrzymał się na małym stoliczku nieopodal. Chłopak wyobrażał sobie co można by na nim postawić, zamiast tej starej, okropnej misy z uszczerbioną krawędzią, która na nim stała.

Powędrował wzrokiem po podłodze, jakby było w niej cokolwiek ciekawego. Następnie dla odmiany wpatrywał się w sufit, skanując go centymetr po centymetrze. 

 

Stuk. Stuk.

 

Chciałby pójść z Haltem na targ. Albo gdziekolwiek, gdzie coś by się działo.

 

Stuk. Stuk.

 

Ostatecznie spojrzał z powrotem na okno. Kątem oka zarejestrował jakiś ruch na balustradzie. Zauważył małą sikorkę. Ptaszek szukał czegoś, rozgrzebując śnieg dziobem. Żółty brzuszek kontrastował z bielą śniegu, a jego niebieska główka unosiła się i opadała w śmiesznym ruchu, kiedy ptak co chwilę sprawdzał teren wokół siebie.

 

Will, nie zastanawiając się długo, odsunął krzesło i podszedł do kredensu. Wyciągnął jedną kromkę chleba, zawiniętą w ściereczkę – Halt i tak miał kupić nowy. 

Zarzucił na siebie płaszcz, a kiedy otworzył drzwi wejściowe, chatkę zalała fala zimna. Zamknął je szybko za sobą, by nie wychładzać pomieszczenia i zaczął skubać pieczywo na mniejsze kawałki. Zmarszczył brwi, skupiając się na tym zadaniu, jakby tworzył racje żywnościowe dla całego garnizonu.

Ptaszek obserwował go z zainteresowaniem, przekrzywiając swoją małą główkę. 

 

– Ty już wiesz, co dla ciebie szykuję – uśmiechnął się chłopak, podnosząc wzrok na sikorkę.

 

Odpowiedziało mu radosne ćwierkanie. Mając w dłoni okruszki, Will położył je na drewnianej belce, tak żeby ptaszek sam mógł je sobie wziąć. 

Sikorka zadowolona zaczęła skubać zaoferowany jej posiłek, przełykając szybko okruch za okruchem.

Chłopak uśmiechnął się zadowolony ze swojego małego gestu i już obracał się, by wrócić do środka, gdy nagle...

 

SIUP. TRACH.

 

Poślizgnął się na oszronionym drewnie i z gracją godną worka kartofli upadł na werandę. 

 

– Kurcze – mruknął pod nosem, gdy zrozumiał co się stało. 

 

Zanim zdążył się podnieść, usłyszał kroki na śniegu, a zaraz za nimi znajomy głos.

 

– Nie widziałem nigdy, by ktoś studiował mapy, leżąc na ziemi.

 

Will uniósł głowę. Halt przyglądał mu się z jedną ręką opartą wymownie o bok. W drugiej trzymał wiklinowy kosz z zakupami.

 

– Ja tylko…

 

– Postanowiłeś połączyć się z naturą, by lepiej zapamiętać każdy szczegół?

 

Chłopak poczuł gorąco, kiedy rumieńce oblały jego policzki. W innym przypadku mógłby uznać to za żart. Jednak oficjalny ton Halta sprawiał, że każde potknięcie wydawało się dziesięć razy gorsze.

 

– Chciałem nakarmić ptaka.

 

– Jakiego ptaka?

 

– Sikorkę – powiedział Will, wskazując na balustradę, na której aktualnie nie znajdowało się nic poza śniegiem i garścią chleba. – Która… jeszcze przed chwilą tutaj była.

 

– Mhym – mruknął starszy zwiadowca, wchodząc po schodach. – Wstawaj.

 

Will posłusznie podniósł się na nogi. Otrzepał śnieg, a kiedy jego mentor minął go bez słowa, rozłożył ręce na boki, jakby chciał powiedzieć: Tak, jestem cały. Nie martw się.

 

Gdy wszedł do środka, Halt już rozpakowywał zakupy. Świeże pieczywo, warzywa. Znalazło się nawet wino. Will zmarszczył brwi. Było tego wyjątkowo dużo.

 

– Spodziewamy się kogoś? – zapytał.

 

Halt zatrzymał na nim wzrok, przerywając swoją czynność.

 

– Tak. Sikorek, gołębi i zastępu wróbli. 

 

– Ale ptaki nie piją wina – zauważył Will, ignorując ironię w głosie mężczyzny. 

 

Halt cmoknął, nie drążąc tematu. Wypakował resztę, odkładając wszystko na swoje miejsce. 

 

– Mapa skończona? – rzucił przez ramię.

 

Will odpowiedział dziwnym jękiem, połączonym z wypuszczeniem powietrza przez nos. Starszy zwiadowca uniósł brew. 

 

– Po prostu pokaż ją. 

 

Chłopak wręczył mistrzowi kartkę pergaminu – zmiętoloną i zapaćkaną atramentem. Wyglądała, jakby ktoś postanowił wylać na nią całą swoją frustrację.

 

– A co to?

 

– Mapa – oznajmił dumnie chłopak, jakby liczył, że pewny ton głosu zdoła choć odrobinę uratować jego dzieło. Nawet coś bezwartościowego dało się czasem przerobić na złoto – przynajmniej w jego głowie.

 

Ale nie u Halta. Ten tylko zmarszczył brwi.  

 

– Mapa – powtórzył powoli. 

 

Obrócił kartkę jeszcze kilka razy, nie mogąc się zdecydować, pod jakim kątem na nią spojrzeć. W końcu westchnął i odłożył pergamin z powrotem na stół.

 

– Zrób nową.

 

– Ale–

 

– Will – przerwał stanowczo. – To nie jest kwestia tego, czy chcesz. Zwiadowca–

 

– Musi odnajdować się w terenie – dokończył za niego chłopak, cytując regułę. – Tak, wiem.

 

– W takim razie siadaj i tym razem zrób to porządnie. 

 

Chłopak z ciężkim westchnieniem zajął miejsce przy stole. Przygotował sobie nową kartkę, wziął do ręki pióro i po raz kolejny zaczął nanosić informacje z oryginalnej mapy. 

 

Halt przez chwilę obserwował go w milczeniu, a kiedy upewnił się, że chłopak faktycznie pracuje, zabrał się za przygotowywanie obiadu.

Will natychmiast zareagował, gdy usłyszał znajomy dźwięk noża, krojącego warzywa.

 

– Mogę ci pomóc? 

 

– Poradzę sobie.

 

– Ale mógłbym–

 

– Will. Ja gotuję. Ty się uczysz – coś w tonie zwiadowcy nie pozostawiało miejsca na dyskusję.

 

– No dobra – westchnął uczeń, pochylając się ponownie nad blatem. 

 

Dźwięk noża uderzającego o deskę do krojenia rozchodził się po całym pomieszczeniu – równy, miarowy. Stanowczy. Zupełnie, jak mężczyzna, który go trzymał. 

 

Kiedy skończył, Halt przyjrzał się odrobinę dłużej swoim dłoniom. Później spojrzał na chłopca przy stole – siedział zgarbiony, skrupulatnie nanosząc mapę terenu na kartkę. Jeszcze nieświadomy. 

Zerknął na wino, które zakupił i które aktualnie stało w kącie, nie rzucając się w oczy.

 

Jutro – pomyślał sam do siebie.