Work Text:
- Istne gniazdo upiorów – podsumował Scorpius, rozglądając się po nadgryzionym zębem czasu, starym salonie w rodowej siedzibie Blacków na Grimmauld Place. – Jesteś pewien, że chcesz tu zamieszkać?
Albus Severus Potter pokiwał głową.
- Będzie ekstra – zapewnił z entuzjazmem. – Zrobi się posadzki, odmaluje ściany. Ten dwór ma taki potencjał!
- Moja matka zwykła mawiać tak o mnie – mruknął Scorpius. – Mam dreszcze, jak to słyszę. Od razu mi się wydaje, że zaraz ktoś mnie zapisze na lekcje gry na pianinie, każe uprawiać szermierkę, albo szlifować francuski. Wiesz, żebym go w końcu wykorzystał.
- Co? - spytał Albus. Z rozkojarzeniem oglądał puste miejsce na ścianie i go wyraźnie nie słuchał. Scorpius podszedł bliżej. – Kogo wykorzystał?
- Ten potencjał – wyjaśnił niecierpliwie. – Masz brudne myśli, Potter. Coś tu wisiało? Twoja przyszywana babka?
- I to ja mam brudne myśli, na Salazara, kiedy sam mówisz o wieszaniu ludzi - żachnął się Albus. Scorpius uśmiechnął się półgębkiem. Przez chwilę obaj w milczeniu patrzyli na jaśniejszy prostokąt na pokrytej zaciekami i łuszczącą farbą ścianie. Walburgia Black, której portret opierał się usunięciu ze ścian rodowej siedziby blisko czterdzieści lat, uległa dopiero połączonej determinacji ciotki Hermiony i acetonu. Scorpiusa za każdym razem bawiło to tak samo. Aceton! Usunięto ją zmywaczem do paznokci, podczas gdy lata klątw i uroków nie dały jej rady!
- Nadal nie wierzę, że kuzyn Syriusz nigdy nie wpadł na pomysł, żeby rzucić tu chociaż zwykłe „stasis” – powiedział krytycznie. – Zapobiegłoby to całym dziesięcioleciom kurzu. Grzybowi na ścianach. To jego dom rodzinny. Jak mógł dopuścić do takiego zaniedbania? Twój tata tak samo. Skoro już go odziedziczył...
- Myślę, że tata to zrobił celowo. – Albus wzruszył ramionami. – Z tego, co zawsze mówił o swoim ojcu chrzestnym, to Syriusz nigdy nie czuł się dobrze w tym domu. Ani nie był w nim dobrze traktowany. A dla taty Grimmauld Place to miejsce, w którym po raz drugi stracił rodzinę. Syriusz chciał go przecież adoptować. A potem zginął.
- Kiepsko skończyli, co? – Scorpius wzdrygnął się lekko. – Ci Huncwoci. Twój dziadek i jego żona zostali zabici jak mieli ile, z dwadzieścia parę lat? Kuzyn Syriusz i ojciec Teddy’ego Lupina wcale nie lepiej. Jak się tak zastanowić, to mieli nawet bardziej przerąbane.
- Chyba tak. – Albus oparł się plecami o ścianę. Błądził wzrokiem po setkach rodzinnych portretów, w większości pustych teraz, bądź nieruchomych. Magia Blacków wygasła już niemal całkiem wraz ze śmiercią dziedzica. – Pomyśl, tata Teddy’ego przez tyle lat myślał, że jego najlepszy przyjaciel był zdrajcą i że Lily i James zginęli przez niego. A ledwie odzyskał Syriusza i wiarę w niego, to ten został zabity przez tę wiedźmę Bellatrix i Remus znów został sam. Co prawda ożenił się z mamą Teddy’ego, ale… - Albus ściszył głos, chociaż byli tu sami. – Słyszałem, jak mama rozmawiała kiedyś z ciotką Hermioną o tym, ze Syriusz i Remus się kochali. I że po śmierci Syriusza Remus się kompletnie załamał.
- To popieprzone – zawyrokował Scorpius, marszcząc nos. – Matka Teddy’ego była przecież kuzynką Syriusza. Więc co, po śmierci swojego chłopaka ożenił się z nią, bo mu go przypominała?
- Chyba po tylu latach to już nikt nie wie, jak było. – Albus zerknął na zegarek i wyrwało mu się ciche przekleństwo. – Spóźnimy się na kolację i twój ojciec wygłosi na godzinny wykład na temat tego, jak ważna jest punktualność, mój się z nim pokłóci i wszyscy będą się czuli niezręcznie. Powinniśmy już iść.
- Powinniśmy to pomyśleć, zanim uznaliśmy, że to dobry pomysł, powiedzieć im, że chcemy razem zamieszkać – mruknął Scorpius. – Kolacja zaręczynowa, kto w dzisiejszych czasach wyprawia jeszcze coś takiego?
- Czystokrwiści. – Albus przyciągnął go do siebie i pocałował, aż odsunęli się od siebie zupełnie pozbawieni tchu. – Mogłem to przewidzieć, kiedy związałem się z cholernym Malfoyem.
- Hej! – oburzony okrzyk Scorpiusa i śmiech Albusa poniósł się echem po opuszczonym wnętrzu, gdy chłopcy aportowali się z trzaskiem.
Dom na Grimmauld Place po ich wyjściu stał tak samo cichy i zakurzony jak zawsze, choć w nieruchomym powietrzu, przesyconym wonią tęsknoty, smutku i utraconych szans coś drgnęło, jakby przez zamknięte na głucho okna nieśmiało wtargnął pierwszy, wiosenny wiatr.
Coś miało się zmienić. I miało stać się to wkrótce.
***
W ciągu następnych trzech miesięcy do rodowej siedziby Blacków wrócił ruch i pojawiło się światło. Słychać było czyjś śmiech, głośne rozmowy i przekomarzania. Wszechobecny harmider wymiótł kurz i nostalgię ze starych kątów, razem ze zmumifikowanym ze starości ciałem domowego skrzata, na widok którego Harry Potter tylko westchnął.
- To Stworek – wyjaśnił chłopcom, którzy z zakłopotaniem poinformowali go o znalezisku. – Domowy skrzat Blacków. Po śmierci Syriusza kompletnie straciłem go z oczu. Był związany z Blackami i podobnie jak magia rodziny umarł wraz z nimi.
Stworka pochowano w ogrodzie za domem, a w domu znów pojawiło się światło. Albus i Scorpius spędzali tu każdą wolną chwilę, a gdy skończył się ich trening aurorski, przenieśli się tu na dobre, jeszcze przed zakończeniem remontu. Spali na materacu w niewykończonej sypialni, wodę na kawę grzali w garnku, malowali ściany i kładli tapety, wymieniali podłogi i dobierali dywan w jadalni; wciąż tak samo pełni zapału jak wtedy, gdy Harry zgodził się przekazać im klucze.
Sam Harry często zaglądał, by im pomóc, podobnie jak Draco Malfoy. Ojciec Scorpiusa z aprobatą przyjął nowinę o odnowieniu siedziby przodków. W końcu jego matka, Narcyza, była Black z domu.
Był dwudziesty drugi grudnia, dzień przesilenia zimowego, gdy zaczęto porządkować ostatni z pokojów na trzecim piętrze.
- To była kiedyś sypialnia młodszego brata Syriusza, Regulusa Blacka – Harry z trudem otworzył zamknięte od dawna drzwi i weszli do środka. Rozejrzał się dookoła z nikłym uśmiechem na ustach. – Tu po raz pierwszy usłyszałem o horkruksach. Regulus musiał być piekielnie skomplikowanym człowiekiem pełnym sprzeczności. Wyznawał ideały swojej matki, a jednak się im oparł. W pewnym momencie znaleźli się z Syriuszem w tym samym punkcie, po latach kwestionowania wpajanych im wartości, tylko dotarli tam innymi ścieżkami. Żywiołem Syriusza była dzikość, przekora i bunt. Regulus, wręcz przeciwnie, zawsze wszystko analizował. Bądźcie ostrożni z tym miejscem, dobrze? Ten dom to jedna wielka kopalnia czarnomagicznych artefaktów i mimo wielu prób wciąż nie udało się ich stąd wszystkich usunąć.
- Jasne, tato – obiecał Albus. – Nie ma sprawy.
Spędzili tu kilka godzin, zanim w końcu udało im się cokolwiek zrobić. Cały pokój, zabezpieczony serią uroków i zaklęć, stawiał bierny opór wszelkim próbom mugolskiej interwencji; pod warstwą świeżego tynku farba na ścianach wybrzuszała się i traciła kolor, a nowe panele na podłogach można było ułożyć tylko wcale, lub krzywo. Zasapany Albus z frustracją wyrzucił ręce w górę. Dochodziła północ, a oni wciąż nie osiągnęli zbyt wiele.
- Te cholerne księgi… wciąż wracają – wysapał Scorpius, gdy kolejny raz bezskutecznie próbował opróżnić biblioteczkę. – Co za upierdliwa magia! Kuzyn Regulus musiał być piekielnie zdolnym i jeszcze bardziej upartym kawałkiem gówna. Skoro magia Blacków prawie całkiem zniknęła, jakim sposobem tu wciąż się trzyma tak mocno?
- Nie wiem, ale to wkurzające… - Albus nagle urwał w pół słowa. Jego oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły, gdy spojrzał na swojego chłopaka z niemal komicznym wyrazem zdumienia na twarzy. – Kurwa! Jesteśmy takimi kretynami!
- Wypraszam sobie… - zaczął kłótliwie Scorpius, ale zamilkł, patrząc na niego podejrzliwie. – Co masz na myśli?
- Sam to powiedziałeś – zaklęcie stasis! – Albus parsknął śmiechem, wyciągając rożdzkę i wykonując serię zaklęć diagnostycznych. – Patrz! Cokolwiek tu rzucono, opiera się na jego działaniu. Ktoś bardzo chciał móc tu zatrzymać coś w czasie.
- Upiory i demony? – Scorpius przyglądał się ciekawie, jak Albus próbuje kolejnych zaklęć. – I co?
- I nic – westchnął Albus, zniechęcony. – Udało mi się usunąć zaklęcie blokady w czasie, ale nie ma to chyba żadnych efektów. Przynajmniej ja żadnych nie widzę. Wiesz co? Zaraz wybije północ. Dajmy sobie spokój na dziś, zamknijmy ten pokój i wrócimy do niego po świętach. Jutro zjadą się tu nasze rodziny, a my będziemy pokryci tynkiem i taśmą malarską.
- Chyba masz rację. – Scorpius ziewnął, przysłaniając usta dłonią. Gdzieś w oddali rozległo się bicie zegara; mijała północ. – Ale gdybym mógł mieć jedno życzenie, to przywróciłbym Regulusa Blacka, żeby sam mógł posprzątać bałagan, który po sobie zostawił.
- Bawimy się w życzenia? – Zielone oczy Albusa zmrużyły się w uśmiechu, gdy popatrzył na niego figlarnie. – To ja chciałbym przywrócić Huncwotów! Żeby mieli życie, na jakie zasługują.
- Sklepik z marzeniami. – Scorpius ziewnął po raz kolejny. – Chyba była taka książka Stephena Kinga.
- To tam martwi wstawali z grobów?
- Nie, to był Smętarz dla Zwieżąt. Chodźmy spać, bo czeka nas jutro kupa roboty…
***
Albus miał wrażenie, że ledwie zdążyli zamknąć oczy, nim obudziło ich uporczywe stukanie w okno. Wyskoczył z łóżka – zaraz, mieli tu łóżko? Od kiedy? Przecież ledwie wczoraj spali na materacu! – i okrągłymi ze zdumienia oczami popatrzył w okno, do którego właśnie dobijała się sowa.
- Scorpius! – syknął, na oślep klepiąc swojego chłopaka po odsłoniętej, wytwornie szczupłej łydce. – Wstawaj. Wstań, do cholery! Tu jest sowa! – ciągnął, pokazując palcem na szamoczącego się za oknem ptaka. – Jakim cudem sowa przedarła się przez bariery ochronne Grimmauld Place?
- Jakim cudem to ma być Grimmauld Place? – zapytał nieco histerycznie zupełnie już rozbudzony Scorpius, rozglądając się dziko dookoła. – Przecież ten dwór wygląda, jak w czasach świetności Blacków! Podczas snu odwaliliśmy cały ten remont, czy co?
Albus bardzo ostrożnie otworzył okno i przyjął od zniecierpliwionej, śnieżniobiałej sowy list. Spojrzał przy tym na nią raz i drugi.
- Dziwne – wymamrotał, gdy odleciała. – Wyglądała zupełnie jak sowa, jaką mój tata miał jako mały chłopiec. Nazywała się Hedwiga. Tylko, że tamta sowa nie żyje, a moi rodzice od dawna mają puchacza imieniem Jupiter. A jednak to nie on przyniósł list od nich. Piszą, że… - Albus urwał, wpatrzony z niedowierzaniem list. – To niemożliwe – szepnął w końcu.
- Co? – Scorpius wyrwał mu list z ręki i przebiegł wzrokiem po jego treści. – Drogi Albusie, bla bla bla… jaki tort? Jaka rocznica ślubu twoich dziadków? Na grób im mamy zawieźć, czy co?
Albus bezradnie wzruszył ramionami.
- Słuchaj, coś jest nie tak…
- Co ty nie powiesz, Potter – warknął Scorpius, pospiesznie się ubierając. – Co, do jasnej cholery, stało się podczas tej nocy?
- Duchy i upiory wyszły z grobów? – zażartował niepewnie Albus i urwał, gdy jego chłopak posłał mu spojrzenie pełne zimnej furii. – No dobrze, głupi żart. Zgadzam się, coś jest nie w porządku.
***
Kiedy zeszli na dół, w kuchni powitał ich życzliwie uśmiechnięty, gnący się w ukłonach stary skrzat, którego ledwie wczoraj pochowali w ogrodzie za domem. Albus na jego widok aż się cofnął i Scorpius wydał z siebie zduszony okrzyk, kiedy mu nadepnął na stopę.
- Dzień dobry! Czy Stworek ma podać kawę?
- Proszę – zdołał wydusić z siebie Albus, gdy rozpływający się w uśmiechach, już-nie-taki-martwy skrzat serwował im śniadanie. – Eee, Stworku? Ty, my… - plątał się, ignorując ciche prychnięcie Scorpiusa. – Co się tu dzieje?
- Dzisiaj? – Skrzat patrzył na niego nieco wyłupiastymi oczami, z których wciąż promieniała życzliwość i miłość do świata. – Dzisiaj są sześćdziesiąte urodziny lorda Blacka – zaraportował radośnie. – Z tej okazji wszyscy tu będą, nawet Mistrz Regulus wróci w końcu do domu!
Albus zakrztusił się łykiem kawy i Scorpius musiał walnąć go w plecy.
- To my zwariowaliśmy? – zapytał ze zdumieniem, gdy przestał w końcu kasłać. – Czy świat oszalał?
***
Goście zaczęli tłumnie przybywać ledwie wybiło południe. Chłopcy, mimo że trochę już wprowadzeni we wszystko przez Stworka, który niestrudzenie odpowiadał na ich gorączkowe pytania, z oszołomieniem poddawali się kolejnym powitalnym uściskom i gratulacjom.
Najwyraźniej byli już zaręczeni. Mieli się pobrać w lipcu, a dom przy Grimmauld Place był ślubnym prezentem od całej rodziny Blacków.
- Ja zawsze mówiłem, że najchętniej puściłbym tę ruderę z dymem, ale Reggie mi nie pozwalał. – Syriusz Black bujał się beztrosko na krześle, utrzymując równowagę w sposób kłócący się z grawitacją. Stojący koło niego młodszy brat wywrócił oczami.
- To, że nasza matka była…
- Pieprzniętą, sadystyczną wariatką? – podsunął mu Syriusz i Regulus spiorunował go wzrokiem.
- Miała surowe zasady wychowawcze – powiedział stanowczo. – Cissy, powiedz mu coś.
Scorpius ze zdumieniem patrzył na swoją babkę. Zawsze wyniosła i zdystansowana Narcyza o przedwcześnie posiwiałych włosach i zmęczonej twarzy, zaśmiała się teraz beztrosko, z pogodą młodej dziewczyny. Wyglądała wspaniale. Ubyło jej lat i zmartwień.
- Przykro mi, Reggie, ale tu się zgadzam z Syriuszem.
- Och, wy – sarknął Regulus. Ale nie wydawał się rozgniewany. Uśmiechnął się nawet pod nosem, gdy szwagier podał mu szklaneczkę whisky. – Dziękuję, Remusie. To wasze urodziny, a ja dostaję prezent? Zawsze pamiętasz, że to moja ulubiona.
- Po prostu kupuje najdroższą jaka istnieje! – Lily Potter roześmiała się i Regulus pogroził jej palcem. – Och, kochani, jak dobrze was wszystkich widzieć! Cześć, skarbie i tobie – przywitała wnuczkę, która obdarzyła ją gorącym uściskiem. – Tęskniłam za wami.
Lily i James Potterowie najwyraźniej dużo podróżowali. Podczas ostatniej eskapady zwiedzili trzy kontynenty, nim w końcu, po dwóch latach, wrócili do Londynu. Lily, w otoczeniu syna, synowej i wnucząt, wyraźnie promieniała. James za to nie mógł się nagadać z przyjaciółmi – teraz śmiali się szaleńczo wraz z Syriuszem, gdy Remus opowiadał o tym, jak Teddy i Victoire utknęli na lotnisku we Francji, bo Teddy nie zabukował lotu.
- Słowo daję, że ma to po Syriuszu – zakończył Remus i Syriusz zasalutował mu niedbale. – Gdy Teddy miał osiem lat, Syriusz zabrał go do mugolskiego teatru i musiał aportować ich obu wprost na salę, bo okazało się, że zapomniał kupić biletów…
Teddy Black-Lupin, najwyraźniej, był synem Remusa i Syriusza; Tonks, młodsza kuzynka Syriusza, z radością zgodziła się spełnić ich prośbę i została surogatką. Widywali ją rzadko, bo na stałe mieszkała ze swoim mężem, Charliem Weasleyem, gdzieś we wschodniej Rumunii.
- W ogóle jest taki kraj? – bąknął Scorpius na stronie i Albus trzepnął go w głowę. – Na brudne gacie Merlina, Al, co myśmy zrobili?
- Myślisz, że to przez te życzenia? – Albus rozejrzał po zgromadzonych gościach, Blackach, Malfoyach, Potterach i całej reszcie – i uśmiechnął się tak szeroko, że aż zabolała go szczęka. – Nawet jeśli, to teraz bym już niczego nie zmienił.
