Actions

Work Header

Czasem wystarczy obecność

Summary:

Wojna minęła, ludzie odeszli. To w sumie czas na spokojne rzycie? Dla wszystkich tak oczywiście oprócz Jake.
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
Jak dla mnie za mało jest opowiadani z nimi w roli głównej. Uzależniłam się i w 3 miesiąc przeczytałam wszystko, oraz czytam na bierząco około 10 opowiadań ale wciąż, to za mało xD 🤣
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
Dla tego powstało to opowiadanie kazała AI mnie zaskoczyć z czym z omegavers, bo życie Jeka nie może być za proste. Po przeczytaniu pierwszej części tego co napisał, pomysł mi się tak spodobał że, zaczęłam z nim to pisać i zrobiła sobie tak 3 działy i serio mi się podoba. W większości pisze mu co ma się znaleźć a on to pisze więc podziw dla niego. Za to że wytrzymuje z moją głową.

Czy będzie to coś dobrego nie ma pojęcie

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1: Coś w powietrzu

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Pandora pachniała dziś inaczej.
Jake obudził się, zanim jeszcze otworzył oczy, bo zapachy były zbyt intensywne, by spać dalej. Wilgoć liści. Słodki nektar nocnych kwiatów. Żywica drzew. Dym z ognisk tlących się jeszcze po nocnych rozmowach.
Wszystko było zbyt blisko. Zbyt mocne. Jakby ktoś podkręcił świat o kilka poziomów.
Przekręcił się na bok i syknął cicho, bo nawet dotyk plecionego posłania pod skórą był dziwnie wyraźny. Mięśnie miał ciężkie, rozgrzane, jak przy gorączce, ale bez choroby. Puls bił szybko, nierówno.

— Świetnie — mruknął pod nosem. — Pandora 1, Jake 0.

Usiadł powoli. Świat zakręcił się lekko, więc oparł łokcie o kolana i przeczekał falę zawrotów.
Od kiedy zamieszkał na stałe w swoim ciele Avatara, przechodził różne zmiany — wzrost siły, lepszy słuch, ostrzejszy wzrok. Ale to było coś innego. To nie był trening. To nie było przystosowanie.
To było… wewnętrzne.
Jakby ciało zaczęło grać według zasad, których nikt mu nie wytłumaczył.
Wyszedł z szałasu i od razu poczuł, że coś jest nie tak.Nie cisza. Pandora nigdy nie była cicha.
Tylko… napięcie.

Dwoje młodych Na’vi, którzy jeszcze wczoraj śmiali się, siedząc na gałęzi nad ścieżką, teraz umilkło, gdy przechodził pod nimi. Jedna z kobiet Omaticaya, niosąca kosz owoców, zatrzymała się na moment i dotknęła jego ramienia delikatnie, z miękkim uśmiechem, który bardziej pasował do dziecka niż do wojownika.
Jake zatrzymał się w pół kroku.

— Okej… co przegapiłem?

Ruszył dalej, próbując to zignorować, ale czuł spojrzenia na plecach. Nie oceniające. Nie wrogie.
Czujne.

Jakby był czymś kruchym wystawionym na wiatr.
To go wkurzało bardziej, niż chciał przyznać.
Przy stojaku z bronią schylił się po swój łuk. Palce zadrżały lekko, gdy zaciskał je na drewnie.
Zmęczenie.

Ciepło pod skórą.

Ten dziwny niepokój w brzuchu.

— Nie teraz — syknął do własnego ciała.

— Właśnie teraz.

Jake odwrócił głowę.

Tsu’tey stał kilka kroków dalej, nieruchomy jak rzeźba, ale jego ogon poruszał się powoli, zdradzając napięcie. Złote oczy śledziły każdy ruch Jake’a.

— Masz dziś abonament na dramatyczne wejścia?

— mruknął Jake.

— Pachniesz zmianą — powiedział Tsu’tey spokojnie.

Jake prychnął.

— Dzięki. Zawsze chciałem pachnieć jak „zmiana”.

Tsu’tey nie uśmiechnął się.

— To nie żart.

Jake uniósł brew, ale wtedy… poczuł to znowu.
Zapach Tsu’teya.

Zwykle był tłem — jak zapach dymu, skóry, lasu. Teraz uderzył w niego wyraźnie. Ciepły. Głęboki. Uspokajający i jednocześnie rozpalający coś nisko w brzuchu.

Jake cofnął się pół kroku, zanim zdążył się powstrzymać.

Oczy Tsu’teya zwęziły się lekko.

— Widzisz?

— Widzę, że stoisz za blisko.

— A twoje ciało reaguje.

Jake zmarszczył brwi.

— Na co niby?

Tsu’tey milczał chwilę, jakby dobierał słowa z pola minowego.

— Na mnie. Na innych. Na cały klan.

Jake zaśmiał się krótko, bez wesołości.

— Stary, ja reaguję na brak śniadania i za mało snu.

— Nie tylko.

Przeszli kawałek ścieżką między platformami. Jake zauważył, że dwóch wojowników, którzy zwykle trenowali razem, teraz ćwiczyło po przeciwnych stronach polany. Ich ruchy były ostrzejsze niż zwykle. Bardziej nerwowe.

— Dobra — powiedział w końcu Jake. — Powiedz wprost.

Tsu’tey zatrzymał się.

— Twoje ciało weszło w cykl omegi.

Słowo zawisło między nimi.

Jake zamrugał.

— W co?

— W cykl omegi — powtórzył Tsu’tey. — To rzadkie. Nie każdy Na’vi nim jest. Omegi są wrażliwsze na zapachy, emocje, napięcia w grupie. Ich ciała reagują na równowagę klanu.
Jake patrzył na niego jak na wariata.

— Brzmi jak bardzo poetycki sposób powiedzenia, że mam hormonalny armagedon.

— To więcej niż hormony.

— Jasne, zawsze jest więcej.

Tsu’tey zniżył głos.

— W czasie takiego okresu omegi są traktowane z większą troską. Nie dlatego, że są słabe. Dlatego, że są ważne dla stabilności grupy.
Jake prychnął.

— Czyli dlatego wszyscy patrzą na mnie jak na jajko, które może pęknąć?

— Patrzą, bo czują, że twoje ciało jest w fazie wrażliwości. Instynkt mówi: chronić.

Jake zacisnął szczęki.

— Jestem wojownikiem.

— Nadal.

— Toruk Makto.

— Nadal.

— To przestańcie zachowywać się, jakbym miał się rozpaść od silniejszego podmuchu wiatru!
W oczach Tsu’teya błysnęło coś ostrego.

— Myślisz, że siła polega tylko na tym, by zawsze iść pierwszym do walki?

Jake otworzył usta… i zamknął je.

Bo w głębi wiedział, że to nie takie proste.
Ale to nie zmieniało faktu, że czuł się odsunięty. Spowolniony. Jakby jego własne ciało postanowiło zdjąć go z pola bitwy bez pytania o zgodę.

— Nie będę siedział w obozie — powiedział twardo.

— Nikt nie każe ci siedzieć — odparł Tsu’tey. — Ale przez kilka dni będziesz czuł więcej. Szybciej się męczył. Instynkty innych będą na ciebie reagować.

Jake skrzywił się.

— Super. Czyli jestem chodzącą bombą zapachową.

Ku jego zaskoczeniu, Tsu’tey parsknął cicho.
— Trochę.

Zapadła cisza, ale tym razem nie była napięta. Raczej… ostrożna.

— To minie? — zapytał Jake ciszej.

— Najsilniejsza faza tak. Ale to, kim jesteś… zostanie.

Jake spojrzał w dół na swoje dłonie. Te same, które trzymały wodze Toruka. Te same, które napinały cięciwę łuku w najgorszych bitwach.
Tylko teraz lekko drżały.

— Nie przestanę być sobą — powiedział w końcu.
Tsu’tey pokiwał głową.

— Właśnie tego chcę dopilnować.

Jake uniósł na niego wzrok.

— Pilnować mnie?

— Pilnować, żebyś nie musiał udowadniać swojej siły, gdy twoje ciało prosi o chwilę równowagi.
Jake prychnął, ale tym razem bez złości.
— Zobaczymy, wojowniku.

Gdzieś w oddali rozległ się niski, głęboki ryk wielkiego drapieżnika.

Jake podniósł głowę odruchowo.
Krew szybciej popłynęła w żyłach.
Zmęczenie zmęczeniem. Cykl cyklem.

Ale łowca w nim wciąż żył.

I wkrótce cały klan miał się o tym przekonać.
Ryk rozszedł się po lesie nisko i ciężko, jak grzmot toczący się pod ziemią.

 

To nie był zwykły drapieżnik. Nie thanator, nie stado viperwolfów. Ten dźwięk był starszy. Głębszy. Niósł w sobie ciężar masy i siły, której nie spotykało się często nawet na Pandorze.
Na platformach wokół nich Na’vi zaczęli podnosić głowy. Rozmowy ucichły. Dzieci przytuliły się bliżej opiekunów.

Tsu’tey już był w ruchu.

— To pa’li’ran — powiedział krótko. — Stary samiec. Samotny. Niebezpieczny.

Jake zmarszczył brwi.

— Ten, który zostawia połamane drzewa jak wykałaczki?

Tsu’tey skinął głową.

— Od kilku dni krąży bliżej naszych terenów łowieckich. Dziś jest za blisko.

Jake poczuł znajome napięcie w kręgosłupie. Instynkt łowcy. Skupienie. Cel.

I natychmiast potem — fala gorąca przetoczyła się przez jego ciało, osłabiając kolana na ułamek sekundy.

Tsu’tey to zauważył.

Oczy alfy zwęziły się.

— Nie.

Jake spojrzał na niego ostro.

— Nawet nie zaczynaj.

— Twoje ciało—

— Moje ciało umie biegać, strzelać i nie dać się zjeść. Sprawdzone w boju.

Wokół nich zbierali się wojownicy. Łuki, włócznie, farba wojenna rozcierana na policzkach. Powietrze wypełniał zapach adrenaliny i skupienia.
I coś jeszcze.

Nerwowość.

Niektórzy młodsi samcy rzucali sobie ostre spojrzenia. Ramiona mieli napięte, ruchy gwałtowniejsze niż zwykle.
Jake to poczuł.

Nie rozumiał jak, ale czuł — jak drganie w powietrzu przed burzą.

Tsu’tey podszedł bliżej i obniżył głos.

— Widzisz ich?

Jake skinął głową.

— Są nakręceni.

— To przez ciebie.

— Słucham?!

— Omega w wrażliwej fazie + polowanie na wielkiego drapieżnika = instynkty wychodzą na wierzch. Rywalizacja. Potrzeba udowodnienia siły.
Jake zaklął pod nosem.

— Czyli jestem chodzącym wzmacniaczem testosteronu?

— W pewnym sensie.

Jake potarł twarz.

— Genialnie.

Chciał być wściekły. Ale zamiast tego czuł coś innego — odpowiedzialność. Jeśli jego stan wpływał na innych… musiał mieć nad tym kontrolę.

— Dobra — powiedział w końcu. — To jak robimy, żeby nikt się nie pozabijał, zanim jeszcze znajdziemy bestię?

Tsu’tey spojrzał na niego uważnie.
To było nowe.

Nie bunt.

Nie zaprzeczenie.

Myślenie.

— Będziesz blisko mnie — powiedział alfa. — Moja obecność pomoże utrzymać równowagę. Inni będą mniej skłonni do prowokacji.
Jake uniósł brew.

— Czyli oficjalnie zostałem twoim cieniem?

— Oficjalnie jesteś częścią mojego kręgu ochrony.
Jake prychnął, ale nie zaprotestował.

Bo prawda była taka, że gdy Tsu’tey stał blisko, ten chaos pod skórą… cichł odrobinę.

Nie znikał.

Ale stawał się do zniesienia.

Wyruszyli o świcie.

Las był gęsty, wilgotny, pełen śladów. Połamane pnie. Głębokie odciski łap w błocie. Zdarta kora na wysokości kilku metrów.

— Jest ogromny — mruknął Jake.

— I zły — dodał jeden z wojowników.

Jake szedł w środku grupy, nie z przodu jak zwykle. I to go gryzło bardziej niż zmęczenie. Każdy oddech był cięższy, ciało cieplejsze, zmysły przeciążone.

Ale oczy miał czujne.

Uczył się nowego pola bitwy.

Nie tylko dżungli.

Siebie.

Nagle jeden z młodszych wojowników przyspieszył, próbując wyjść przed Tsu’teya.
Alfa zatrzymał go jednym ostrym spojrzeniem i cichym warknięciem.

Jake poczuł to w klatce piersiowej jak uderzenie bębna.

To nie był dźwięk dla uszu.

To było coś, co jego ciało po prostu… zrozumiało.
I ku jego irytacji — zareagowało uspokojeniem.
— Nienawidzę, że to działa — mruknął pod nosem.

Tsu’tey zerknął na niego.

— Przyzwyczaisz się.

— Nie planuję.

Ale nie odsunął się ani o krok.

Dotarli do polany z wyrwanymi krzewami i rozoraną ziemią.

Ptaki ucichły.

Las wstrzymał oddech.

Jake poczuł, jak zmęczenie cofa się na bok, wypierane przez czyste, zimne skupienie.
Gdzieś w krzakach coś się poruszyło.
Nisko. Ciężko.

Gałęzie zatrzeszczały.

A potem bestia wyszła na światło.
Ogromna. Pancerna skóra. Rogi jak zakrzywione włócznie. Mięśnie falujące pod ciemnym futrem.
Jake wyszczerzył zęby w półuśmiechu.

— No dobra… tego mi brakowało.

Adrenalina uderzyła jak fala.

I mimo gorąca pod skórą.

 

Mimo drżenia mięśni.

Toruk Makto w nim podniósł głowę.

A to był dopiero początek.

Notes:

Nie wiem czy się komuś to spodoba tak szczerze.

Notatki do rozdziałów mogą ulec zmianie jak i tagi