Actions

Work Header

Czerwony wąż

Summary:

AU wszystkich siedmiu części, czyli – co by było, gdyby Draco Malfoy nie trafił do Slytherinu?

1. Draco Malfoy i najgorszy rok w jego życiu, i jakiś kamień
Czyli o tym jak Draco został wydziedziczony i zmuszony do zrewitalizowania swoich poglądów, wbrew własnej woli!
2. Draco Malfoy i drogi pamiętniczku moje życie to żart
Czyli o tym jak Draco próbował radzić sobie samemu i nie wyszło.
3. Draco Malfoy i mój kuzyn uciekł z Azkabanu
Czyli o tym jak Draco poznał swojego kuzyna i zepsuł zmieniacz czasu…
4. Draco Malfoy i rok bez quidditcha, i powrót Sami–Wiecie–Kogo
Czyli o tym jak Draco próbował pomóc i musiał wybrać stronę.
5. Draco Malfoy i drugi najgorszy rok w jego życiu, i jakaś kula
Czyli o tym jak Draco nie mógł spokojnie się uczyć, winni: Harry Potter i Umbridge.
6. Draco Malfoy i dramat Severusa Snape’a
Czyli o tym jak Draco został przyjęty do klubu i po raz pierwszy z kimś zerwał.
7. Draco Malfoy i rok, który spędził poza szkołą
Czyli o tym jak Draco wrócił do domu, a! i przyczynił się do końca wojny.

>> Tom pierwszy skończony
>> Tom drugi w trakcie
(inspirowane - informacje w środku ;))

Notes:

CZĘŚĆ PIERWSZA
Draco Malfoy i najgorszy rok w jego życiu, i jakiś kamień

(See the end of the work for more notes.)

Chapter 1: Załamanie światów

Chapter Text

King’s Cross było pełne czarodziejów najróżniejszych maści. Były rodziny w eleganckich szatach, szatach dziennych, w pelerynach i parę gorzej ubranych, których stroje jasno wskazywały na wpływy mugolskie. Jeansy i dziwne wzory na koszulkach, jakieś napisy – to przypominało trochę numery naszywane na więziennych uniformach w Azkabanie.

Draco starał się nie zwracać uwagi na mniej szacowne osoby, choć pewne rodziny bardzo łatwo przyciągały na siebie uwagę. Bądź to głośnością swoich głosów czy kolorem włosów…

– Parkinsonowie już są – mruknęła Narcyza kładąc dłoń na ramieniu Draco.

Draco poczuł się trochę nieśmiało, gdy tak robiła. Wydawało mu się to tylko uwypuklać to, że jeszcze nie był silny i wysoki jak jego ojciec.

– Nie rób min, Draco – syknął Lucjusz prostując się i zaraz witając pana Parkinsona.

Pan Parkinson miał bardzo ciemne i gęste brwi, i często mrugał jednym okiem, co Draco uznawał za dziwny tik, który pojawiał się ilekroć Pansy go o coś zagadywała.

– Draco – powiedziała dziewczyna uśmiechając się do niego nieśmiało i zaczęła zagadywać go o coś błahego.

Draco zwykle niezbyt przykładał się do słuchania tego, co mówiła. Miała irytującą umiejętność do gadania kompletnie od rzeczy, ale na szczęście bardzo rzadko wymagała, aby dołączał coś od siebie. Robił to zwykle wtedy, kiedy zmieniał jej się wyraz twarzy – w ten sposób bardzo łatwo można było zauważyć, że temat się zmienił.

Na przykład teraz, kiedy ich matki uśmiechały się do siebie półuśmiechami – to znaczy takim niby uśmiechem, który miał tylko być pozorem, żeby po prostu pokazać, że są w dobrych relacjach (tak naprawdę się nie znosiły), a ich ojcowie dyskutowali o tym nad czym prowadzono aktualnie dyskusje w Wizengamocie – twarz Pansy powoli zaczynała wykrzywiać się w ohydnym grymasie i Draco zdołał powrócić myślami do jej słów, łapiąc akurat ostatnie zdanie.

– … I wtedy miała czelność zabrać ostatni egzemplarz podręcznika do zaklęć! Widać było po jej ubraniu, że nie jest z porządnej czarodziejskiej rodziny, więc zapytałam, czy wie że Parkinsonowie należą do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Nie miała najmniejszego pojęcia, co to znaczy i po prostu wyszła z moim podręcznikiem!

– No już kochanie – odezwała się pani Parkinson. – Nie należy się tak denerwować, zwłaszcza nie przez tak nędzny rodzaj czarodziejów.

– Dziewczyna była mugolakiem? – dopytała Narcyza, a na same wspomnienie tego słowa pan Parkinson przestał się uśmiechać.

– Z pewnością. Oczywiście zamówiliśmy najnowszy egzemplarz podręcznika, ale stres jaki to doświadczenie musiało przynieść naszej Pansy mógłby być całkowicie pominięty, gdyby tylko projekt ustawy dotyczący mugolaków przeszedł przez Wizengamot.

– W tych czasach jest zbyt „radykalny” – skomentował Lucjusz. – Zbyt wielu zdrajców krwi i zbyt mało zainteresowania polityką, i przyszłością naszych dzieci oczywiście – dodał uśmiechając się trochę sztucznie w stronę Dracona.

– Mugolaki przecież muszą widzieć w jak niedogodnej sytuacji się znajdują – odezwał się w końcu Draco. – Magia jest wbrew naturze dla mugoli, a mugolakom bliżej do nich niż do nas. Oszukują sami siebie i dlatego dochodzi do tak przykrych incydentów jak ten w księgarni z Pansy.

– Świetnie powiedziane! – zaśmiał się pan Parkinson. – Będą porządni ludzie z twojego syna.

– Czy możemy zmienić temat? – zapytała pani Parkinson. – Doprawdy ile można jeszcze powiedzieć o nich, co nie jest całkowicie oczywiste?

Draco podobnie jak jego mama nie przepadał za panią Parkinson, ale na szczęście kilka chwil później dało się słyszeć gwizd sygnalizujący godzinę odjazdu pociągu i wszyscy zaczęli się żegnać.

Narcyza wygładziła szaty Dracona i przyłożyła dłoń do jego policzka. Uśmiechała się, ale trochę smutno.

– Zobaczymy się dopiero na święta – wyjaśniła całując go w czubek głowy. – Nie przynieś nam wstydu i dobrze się ucz.

Lucjusz był mniej wylewny przy swoim pożegnaniu. Skinął w jego stronę i kiedy podchodzili w stronę pociągu, przez chwilę trzymał dłoń na jego plecach, co i tak było bardzo pokrzepiającym gestem.

– Powodzenia synu – dodał, kiedy Draco wchodził do pociągu.

I w końcu był sam, poza wzrokiem swoich rodziców, po raz pierwszy w życiu skazany na samotne reprezentowanie swojego nazwiska.

Wiedział, że nie mógł ich rozczarować. Wiedział też że teraz zacznie się najlepszy okres w jego życiu, że w końcu wchodzi na drogę, która zaprowadzi go do dojrzałości.

W pociągu w jednym z przedziałów czekała na niego Pansy, a obok niej siedział już Theodor Nott, co Draco uznał za trochę dziwne. Theodor nigdy przy żadnych okazjach – galach czy innych spotkaniach – nie był chętny aby się socjalizować. Zazwyczaj raczej się ukrywał albo milczał w kącie albo w ogóle nie pojawiał się przy boku swojego ojca. To znaczy… jeśli jego ojciec w ogóle postanawiał się zjawić.

– Nott – przywitał się Draco.

– Malfoy – mruknął w odpowiedzi i wrócił do wyglądania przez okno ze znudzonym wyrazem twarzy.

– Draco! Zajęłam ci miejsce. Właśnie opowiadałam Theodorowi o naszej rozmowie na peronie. Pani Malfoy miała piękne szaty! Moja matka zawsze bardzo zazdrośnie wypowiada się o tych francuskich jedwabiach…

Pansy nie mogła jednak skończyć, bo do środka wsunął się Gregory Goyle i nie mówiąc ani słowa, ale rozpoznając wszystkich w środku usiadł obok Pansy na skraju siedzenia.

Theodore podniósł na niego wzrok, ale po kilku chwilach, gdy Pansy z lekkim zirytowaniem postanowiła kontynuować przerwaną wypowiedź, znowu wrócił do wyglądania przez okno.

Następną osobą, która weszła do ich przedziału był Crabb, cały czerwony na twarzy i lekko zdyszany. Goyle próbował przesunąć się, żeby zrobić dla niego miejsce obok siebie, ale Pansy ze zdenerwowaniem popchnęła go w stronę miejsc naprzeciwko obok Dracona.

– Widziałem Harry’ego Pottera – powiedział, gdy złapał oddech.

Goyle otworzył lekko usta i zaczął rozglądać się po innych, nadal nic nie mówiąc.

– Jest w tym samym wieku co my. Nie ma w tym nic zaskakującego, że jest z nami w pociągu – odezwał się Theodore.

– Ale…

– Co kogo obchodzi Harry Potter? – zdenerwowała się Pansy i gdy nikt nic nie powiedział w końcu podniosła się na nogi i wyszła, rzucając przez ramię, że idzie poszukać bardziej błyskotliwego towarzystwa.

Z jej wyjściem wszyscy się rozluźnili. Draco znał Crabba i Goyla od dziecka, jako że ich rodziny były ze sobą blisko, więc zaczęli niezbyt zobowiązującą rozmowę o tym jak minęły im wakacje. Głównie to Draco opowiadał, czasem zerkając tylko w stronę Notta, który podparł się na łokciu.

Większość podróży minęła im w niezwykle nudny sposób aż drzwi ich przedziału się otworzyły i do środka zajrzała dziewczynka z burzą loków. Rozejrzała się po przedziela, a potem spojrzała na każdego z nich po kolei.

– Nie widział ktoś z was może ropuchy?

– Ropuchy? – zapytał głupawo Goyle.

– Neville swoją zgubił – odpowiedziała w wytłumaczeniu.

– Ja widzę jedną właśnie teraz – mruknął Nott przewracając oczami i wszyscy pozostali oprócz dziewczyny lekko się zaśmiali.

Ona za to prychnęła i zadarła nos do góry, a potem wyszła, trzaskając drzwiami ich przedziału.

Draco poczuł się nagle o wiele lepiej dzięki tej drobnej uwadze ze strony Notta i pomyślał, że ten rok w Hogwarcie może być jednak ciekawy, pomimo niezbyt interesującej jazdy pociągiem.

Czuł coraz większą ekscytację przebierając się w oficjalne szaty na ceremonię przydziału, potem zachwycił się zamkiem płynąc łódką i– ani się obejrzał! a już wspinał się po schodach do Wielkiej Sali. Ogarnęła go pewność siebie, którą całkowicie stracił, gdy nagle przy ostatnim stopniu poczuł, że staje na czymś śliskim i traci równowagę.

Jakiś przestraszony okrzyk próbował się mu wyślizgnąć, gdy poczuł że ktoś chwyta go za ramię próbując go podtrzymać, ale tylko sprawił, że obaj przewrócili się na zimną posadzkę.

– Teodora! – zawołał ktoś z tłumu pierwszorocznych i zaraz reszta głosów zaczęła wołać inne imiona.

– Harry!

– Draco! – zawołała Pansy i Zabini podciągnął go na nogi.

– Czy to była ropucha? – zapytał zdenerwowany Draco i obrócił się w stronę Nevilla ze złością. – Trzymaj tego płaza z dala ode mnie, chyba że chcesz go zobaczyć na swoim talerzu!

Neville wyraźnie pobladł i przycisnął ropuchę bliżej własnej piersi.

– Panie Malfoy, Panie Longbottom – odezwała się profesor McGonagall. – Bardzo proszę powstrzymać się z takimi komentarzami do po ceremonii, kiedy będę mogła odjąć za podobne uwagi punkt z waszych domów. A pan panie Potter niech nie wyleguje się już na tym kamieniu i wstaje, zaraz zacznie się ceremonia.

Po jej słowach wokół wszystkich zebranych zrobiło się dość cicho, nie licząc podekscytowanych i ciekawskich szeptów.

– Nic ci nie jest? – zapytał rudy chłopiec Harry’ego, który z lekkim skrzywieniem zaczął pocierać swoje kolano.

– Nie, nic – odparł uśmiechając się pokrzepiająco.

Pansy rzuciła wtedy jakiś niezbyt pochlebczy komentarz o chuderlawym dzieciaku w okularach i jego rudym kamerdynerze. Weasley o mało nie rzucił się na nią z pięściami, ale wtedy McGonagall weszła pomiędzy nich i kazała im stać po przeciwnych stronach grupy, kiedy wprowadzała ich do Wielkiej Sali.

Wszystko było idealnie. Draco już to widział. Pięć stołów, cztery dla czterech domów i piąty dla nauczycieli, a na środku jeden samotny stołek… który zasadniczo nie był wcale okazały. Wyglądał raczej jak coś na czym prędzej mógłby usiąść skrzat domowy.

I to miało być coś na czym miał usiąść w najważniejszym momencie swojego życia? Naprawdę Hogwart był tak daleki od swojej dawnej świetności jak mówił jego ojciec, że nie mogli postawić jakiegoś eleganckiego mebla albo chociaż normalnego krzesła z oparciem?

Draco zauważył kątem oka jak dziewczyna, którą spotkali w pociągu oddycha niespokojnie i mruczy coś do siebie, jakby sama się uspokajała. Draco wywrócił oczami, ale po chwili spostrzegł, że nie tylko ona stresowała się przydziałem. Wiele dzieciaków trzęsło się albo zerkało ze zmartwieniem na McGonagall, która spokojnym tonem, głośno i wyraźnie odczytywała imiona z listy i kolejne osoby zajmowały miejsce na stołku, żeby po krótkiej chwili pobiec do jednego ze stołów, szczerząc się idiotycznie.

To musiało być pewnie stresujące nie wiedzieć do jakiego domu się trafi, ale na szczęście to nie był problem Dracona.

– Vincent Crabb ! – wołała na przykład.

I Vincent podszedł pośpiesznie do stołka, poczekał z napiętymi plecami aż tiara usiądzie mu na głowie i po kilkunastu sekundach rozległ się głośny krzyk:

– Slytherin!

– Fay Dunbar!

– Gryffindor!

– Hermiona Granger! – dziewczyna z burzą loków niepewnie podeszła na podium i Draco podniósł arogancko brew, kiedy wyraźnie wstrzymała oddech, zanim tiara zasłoniła jej oczy.

– Gryffindor!

Pansy wskazała na dziewczynę stwierdzając, że to była złodziejka książek! Szlama, którą spotkała na Pokątnej.

– Nie przejmuj się – odezwała się Daphne. – Niedługo zrozumie, że nie powinna była z tobą zadzierać.

– Nie możemy iść już po prostu usiąść… Ta szopka z tiarą jest trochę idiotyczna – stwierdziła zaraz Pansy. – Jest oczywiste na pierwszy rzut oka, kto trafi do jakiego domu. Teraz na przykład…?

– Anthony Goldstein! – zawołała McGonagall.

– Ravenclaw jak nic – stwierdziła Pansy, a Daphne potaknęła.

– Ravenclaw! – zawołała tiara przydziału i obie dziewczęta zachichotały.

Nazwiska padały jedno po drugim aż w końcu Draco usłyszał własne imię. Z pewnością siebie, którą wyraźnie profesor McGonagall wzięła za arogancję, podszedł spokojnie do stołka i usiadł na nim z taką elegancją jak tylko się dało. Tiara dotknęła jego głowy i co ciekawe ułożyła się po obu stronach jego skroni z podobnym uciąganiem, jak on siadając na podium.

– Ah. Młody pan Malfoy… – usłyszał w swojej głowie. – Nie tego się pewnie spodziewałeś.

Coś było nie tak – pomyślał Draco, kiedy słyszał kolejne Hmm i Hmmmmm, i Ah tak, tak… Coś było bardzo nie tak.

– Chyba już wiem.

– Co wiesz? – szepnął Draco do dziwnego głosu w swojej głowie, czując nagle zdenerwowanie przedłużającym się oczekiwaniem.

– Tak, to może być ciekawe, ale tak… Może i tak trzeba?

– Jak trzeba? Co takiego wiesz? – zapytał Draco nieco głośniej.

– Spokojnie. Wszystko w swoim czasie, a póki co… Gryffindor!

– Nie.

Tiara została uniesiona z jego głowy i Draco został chwilowo oślepiony jasnością Sali, w której się znajdował.

– Nie – powtórzył oniemiały i spojrzał na profesor McGonagall, które z lekkim zmartwieniem na twarzy poganiała go, żeby wstał ze stołka.

– Pani profesor, to jakaś pomyłka…

– Nie teraz panie Malfoy, proszę iść do swojego stołu.

– Ale…

– Proszę nie kazać mi się powtarzać.

Draco przeszedł drogę od podium do stołu rozwydrzonych gryfonów w całkowitym otumanieniu. Nie zwrócił w ogóle uwagi czy ktoś klaskał po jego przydzieleniu jak przy pozostałych przydziałach. Miał watę w uszach i miękkie kolana, i… musiał śnić! To było to. To było wszystko tylko jeden wielki, obrzydliwie przerażający koszmar.

Kiedy w końcu podniósł wzrok ze stołu, na którym opierał się na obu łokciach zobaczył, że naprzeciwko niego siedział nie kto inny niż Harry Potter, oblepiony z każdej strony rudzielcami, uśmiechający się szeroko i beztrosko.

– Hej, nic ci nie jest? – odezwał się głos i zaraz ktoś usiadł obok niego.

Draco pociągnął nosem tak dyskretnie jak potrafił i przetarł twarz, udając że wcale nie zaszkliły mu się oczy. Ale to wszystko było nic niewarte, kiedy zorientował się, że obok niego siedział kolejny Weasley, ale ten był w dodatku jeszcze w okularach.

Draco nie zaszczycił go odpowiedzią.

To był w końcu tylko sen.

To musiał być sen.

Sen, w którym jedzenie miało cudowny i bardzo realistyczny zapach. Sen, w którym Harry Potter śmiał się zasłaniając usta i powstrzymywał się przed zbytnim okazywaniem swojego zadowolenia, jakby był zaskoczony, że wszyscy wokół tak zabiegali o jego uwagę. Sen, w którym był otoczony przez szlamy i zdrajców krwi, w którym siedział przy stole gryfonów, w którym Hermiona Granger dosadnie i ostentacyjnie ignorowała go jakby to on był poniżej niej, a nie na odwrót.

Ale gdy skończyła się uczta i Draco ignorował wszystko, i wszystkich chcąc po prostu zapaść się pod ziemię… I dotarł do wieży – naturalnie nie zapamiętując drogi do niej ani nic podobnego, wpadł do „swojego” dormitorium, kątem oka zauważył swoje rzeczy przy jednym z łóżek (pomyślał tylko – nie.), położył się nie przebierając się, zaciągnął zasłony i skulił się na pościeli. Poduszką próbował zagłuszyć rozmowy pozostałych lokatorów i pragnął tylko się obudzić.

Ale kiedy się obudził był już wczesny ranek, a on nadal znajdował się w dormitorium gryfonów. Dalej zasłony były czerwone ze wzorami ze złotej nici. Dalej czuł na swoich policzkach zeschnięte łzy i gulę, która na nowo zaczęła gromadzić się w jego gardle.

Zdusił płacz dłońmi i przez wiele długich minut leżał sztywno na plecach, widząc że niezaprzeczalnie wczorajszy dzień wydarzył się naprawdę.

Wczorajszy dzień był właściwie jego ostatnim…