Actions

Work Header

jonathan pracuje w suicidal knajpie

Summary:

TW: W tekście pojawia się motyw samobójstwa pobocznej postaci – główny bohater momentami je wspomina i analizuje. Jeżeli to dla ciebie delikatny temat, nie polecam, w każdym innym przypadku – polecam:)

"Marzec dobiegał końca – wszystko, co złe, miało się skończyć. Przymrozki puściły. Gdy Jonathan wyszedł rano na ganek w samym tiszercie, ziemia była zimna, ale nie zlodowaciała, a główki kwiatów unosiły się powoli do jasnobłękitnego nieba, powoli jak odgnieciona serwetka, z której Will przy śniadaniu złożył łabędzia."

Pod koniec marca Benny Hammond zastrzelił się w pracy. Kilka tygodni wcześniej Will – w równie niejasnych okolicznościach – zaginął i został cudownie odnaleziony.

Teraz jest zima i Knajpie Benny'ego grozi zamknięcie; Jonathan stoi za ladą i wspomina wydarzenia ostatnich ośmiu miesięcy, podczas gdy przez knajpę przewijają się znajome twarze.

Mieszanka śniegu, mroku i przyjaźni na kliszach.

Notes:

ten fik dużo czerpie z nostalgii za 1 i 2 sezonem*, więc ma podobną atmosferę, a wydarzenia dzieją się - - mniej więcej - - na przełomie tych sezonów.

mniej więcej – bo właściwie jest to historia naprawdę luźno inspirowana kanonem, powstała z chęci eksploracji postaci przede wszystkim jonathana, willa i mike'a. z uwagi na ten luz pewne wydarzenia, które przedstawiam, nawet jeśli mają swój pierwowzór w oryginale, odbyły się trochę inaczej. na przykład: will zaginął w marcu a nie w październiku; odnaleziony został także w innych warunkach, przede wszystkim bez udziału eleven; knajpa benny'ego jest turboslavic. itd.

I hope it won't be too confusing; a tymczasem miłego czytania!

* "nostalgii" dosłownie obejrzałem je pół roku temu

(See the end of the work for more notes.)

Chapter Text

Niezależnie od pory dnia, tutaj panował półmrok. „W dzień” mroźne i przykurzone światło odbijało się od śniegu i wsuwało do środka pomiędzy ciężkimi, brunatnymi okiennicami. Wieczorem leżące pod oknami sterty śniegu bieliły się na tle granatowiejącej nocy. Przesłaniały widok lepiej, niż rolety, których nie było.

Naprzeciwko lady, wzdłuż ściany z grubych belek, stały stoły, po cztery z każdej strony drzwi. Czarne i toporne, trochę miękkie od wilgoci, przypominały pniaki drzew wynurzające się z bagien. Tutaj było trochę jak na bagnach, ciemnawo, ciepło i parno, tylko bez much, zniknęły z latem, jesienią Jonathan wyciągnął dwie ostatnie z zamrażalnika. Próchniejące blaty stołów ktoś dawno temu obił ceratą, na zmianę: w biało-czerwoną kratę i we wzory z owoców. Jedna cerata, na końcu, pod oknem, różniła się od wszystkich innych. Jonathan ją najbardziej lubił wycierać. Robił to z przyzwyczajenia, gdy zaczynał przysypiać na stojąco i musiał się rozbudzić. Było tutaj, w lokalu, ciepło i sennie, trochę jak w łóżku.

Przez większość szarego dnia i wieczorem knajpę oświetlał pięcioramienny, podwieszany żyrandol. Na skrzypiącej po cichu podłodze leżało brzoskwiniowe koło światła, trochę też go spadało na śliskie ceraty i za ladę, na talerze, kieliszki i ponurą tablicę z menu. Ale czarno było na tej tablicy i klienci mieli nieraz problem z odczytaniem oferty, na co Jonathan służył doraźną pomocą, chociaż miał ten sam problem, co oni. Jeśli wyjść zza kontuaru, stanąć na środku izby i zadrzeć głowę w górę, stało się centralnie pod żyrandolem. Żyrandol był najbardziej majestatyczną częścią knajpy, wykonano go z oszlifowanego cedrowego drewna, rozkładał pięć pomarańczowych ramion, jakby chciał zagarnąć nimi całą izbę. Ponadprzeciętnie duże, żółte kule żarówek bardziej żarzyły się, niż świeciły. To dopełniało atmosferę, a może o niej przesądzało. Czasami Jonathan gasił całe światło, a wtedy to było jak gdyby inne miejsce, zimno-szare. Miał w zwyczaju – chociaż ostatnio przestał – wychodzić zza lady i patrzeć się na ten świetlisty okrąg, i było tak, jakby wpatrywał się w mandalę, jeśli lekko tylko, delikatnie zakręcił drewnianym stelażem.

Okiennice, stoły, podłoga, żyrandol miały swoje lata i ciemniały, próchniały, skrzypiały i psuły się. Gdy na jednej ze zmian Jonathan patrzył z zadartą głową, jedna z żarówek, a zaraz potem druga, zaczęły migać. On patrzył, jak rozmawiają jedna z drugą, a potem instynktownie spuścił wzrok, czując jak szklana kula rośnie mu w gardle.

Porozmawiał z właścicielem, który powiedział, że należy wymienić żarówki, ale on się tym zajmie, jak nie będzie miał nic lepszego do roboty. Jonathan odpowiedział, że takich żarówek nie sprzedają chyba…, chyba nie sprzedają ich w Walmartcie ani… Właściciel na to, że jak nie będzie miał nic lepszego do roboty, a teraz ma. Więc Jonathan odkręcił te dwie żarówki, bo migotanie go rozstrajało. Od tej pory świeciły się tylko trzy i tutaj zrobiło się ciemniej.

Tak zaczął zimę.

Tymczasem był wieczór, środek tygodnia, niebieska sterta leżała pod oknem, w przykurzonych szybach płonęły trzy złote kule, śnieg na zewnątrz prószył drobno. W oknach wisiały kolorowe lampki choinkowe. Mama przyniosła je po tym, jak zgasły dwie żarówki, razem z plikiem zdjęć, który Jonathan wrzucił do szafki, pod rzadko używaną szklankę. Te zdjęcia to była taka boczna ścieżka, prowadząca wstecz przez ostatnie kilka miesięcy. Nie był pewien, jak je rozwiesić.

Ciepła woda zdążyła całkiem skapać z talerzy na suszarce, odkąd ostatni klient wyszedł około piętnastej. Jadł obiad sam przy drugim stoliku od drzwi. Jonathan stał w półmroku za ladą i nie bardzo czekał, aż ktoś się pojawi. Z ręką na ręce, wsparty o ladę, bujał się nieznacznie w przód i w tył, żeby nie usnąć. Patrzył się na wprost, na ściany z belek.

Miał już dosyć tych obrazków. Na ścianach, tak pustych, jak mogą być ściany, na których coś jednak jest, wisiały obrazki, dwa po każdej stronie drzwi. Tak że przy jakimkolwiek stoliku się nie siedziało, miało się widok na przynajmniej jeden taki widoczek. Jeśli o Jonathana chodzi, to tyle się na nie napatrzył, że nie odróżniał ich już dłużej od belek. Z daleka nie dało się powiedzieć, co przedstawiają, z początku, przez kolorystykę i układ kształtów, zakładał, że scenki rodzajowe. Jednak gdy podszedł bliżej, okazało się, że na obrazkach brakuje ludzi.

Na niewielkich płótnach, jak na nieostrym zdjęciu, było widać jakieś kształty: chata, dom, płot na polanie, ale przez grube pociągnięcia pędzla i chropowatą strukturę płótna nie dało się odróżnić szczegółów, ani gdy się patrzyło z bliska, ani gdy się patrzyło z daleka. Obrazki były spokojne i wionęły pustką. Trochę jak tutaj. Jonathan wiedział, że gdyby to było opowiadanie Czechowa albo Turgieniewa, to miejsce pulsowałoby życiem, przy każdym stoliku siedziałoby przynajmniej trzech czerwonych na twarzy chłopów, którym w ekspresowym tempie podawałby piwo i i tak nie nadążał. Nie żeby to był jego wymarzony scenariusz. Najbardziej ze wszystkiego nie lubił polewać piwa – polewać piwa i polecać dania dnia. Rzecz w tym, że ta wizja miała w sobie więcej… życia, niż rzeczywistość.

W zasadzie to Jonathan nie zdziwiłby się, gdyby był właśnie w takim widoczku i wisiał w ramce na ścianie. Podniósł znów oczy na podwieszany żyrandol.

Zegarek o żółtej tarczy, który Jonathan oparł o kafelki nad zlewem, wskazywał wpół do siódmej. Jeśli ktoś jeszcze dzisiaj przyjdzie, to Will i chłopaki. Na nich Jonathan nawet czekał. Bądź co bądź, podawanie posiłków, podsuwanie dań z karty to była jego praca, którą musiał wykonywać, bo przyszedł do tej pracy, żeby robić to, co musi, bo nieraz w życiu znajdzie się w takiej sytuacji. Życie jest jedną taką wielką sytuacją. Przynajmniej dopóki się z nim nie skończy. To znaczy, dopóki nie skończy szkoły. A jeśli komuś podawać i podsuwać, to z przyjaciółmi Willa było po prostu najłatwiej.

Jego wzrok padł na aparat, który błyszczał się srebrno na kontuarze. Gdyby nie było już ciemno na zewnątrz, wyszedłby teraz, natychmiast, w plener. Chociaż na parę minut, zrobić zdjęcie albo dwa, aż palce na lodowatym metalu aparatu zaczęłyby mu zamarzać w sople lodu. Tutaj, w środku, wiadomo, jak jest – przytulnie, ale nudno. Kształty sęków nie były na tyle ekstrawaganckie, żeby je fotografować; cyknął kilka zdjęć żyrandolowi, ale ile można, nawet jeśli to ładny żyrandol. Zresztą, ten żyrandol był intrygujący na tle całego pomieszczenia.

I jeszcze to okropne światło. Jonathan lubił półmrok i może nawet bardziej lubił całkowitą ciemność, chyba że chodziło o zdjęcia. Zdjęcia to inna sprawa, one muszą być – przejrzyste. Zdjęcie to ułamek sekundy, nie ciągnące się, szare, niebieskie czy krwistoczerwone godziny; jeśli już robił czemuś zdjęcie, musiało być tego warte – to jasne.

A robił zdjęcia od kilku lat. Więc były takie rzeczy. Coś warte. Tak, nadal istniały takie rzeczy.

Odkleił brzuch od kontuaru i wyciągnął palce po aparat, gdy nagle dzwonki u drzwi zadzwoniły.