Work Text:
Gdzieś w głębi umysłu wiedział, że nie powinien tego robić. Wystarczająco długo pracował przy przeklętych przedmiotach lub nadziewał się na runy, by poznać to mrowiące uczucie mówiące "nie rusz - nie wolno", jednak jak zwykle je zignorował, skupiając się na lśniącej złotem powierzchni kamienia.
Kupił go od jakiegoś szutrniętego czarodzieja na Nokturnie, który zachwalał go jako doskonałe remedium na wszystko, i chociaż Ron ani trochę nie wierzył w te bzdury, to nie potrafił sobie odmówić tej drobnej, pachnącej miodem i cynamonem przyjemności, choćby tylko miała stać na jego biurku. Sam zapach wart był tych dziesięciu sykli.
Jednak smak.... Dałby sobie rękę uciąć, że kamień smakuje równie dobrze co pachnie i chociaż wszystko w nim wzbraniało się przed tym, to gdy tylko dotarł do domu i zamknął za sobą drzwi, niecierpliwie polizał szerszą część kamienia.
— O Merlinie — wykrztusił w końcu, kiedy zimną kawą udało mu się zabić obrzydliwy posmak.
Woszczyzna z uszu.
