Work Text:
To miał być najpiękniejszy dzień jego życia. Remus ledwo powstrzymywał się przed nerwowym dreptaniem a wilk w nim wcale nie pomagał, domagając się porwania partnera w jakieś ustronne miejsce i zatwierdzenia go, bo zwierzęciu nie były potrzebne żadne wydumane ceremonie. On już wiedział, że Syriusz jest ich.
Lepiej jednak, by sam Syriusz o tym pamiętał, bo sposób w jaki krążył po pokoju i poprawiał nerwowo szatę obrażał Lunatyka w najgłębszy, zwierzęcy sposób. Jego partner był zdenerwowany, był zmartwiony, a on nie wiedział co z tym zrobić.
— Skarbie — zaczął, ale Syriusz przerwał mu machnięciem ręki.
— Nie Remusie, po prostu nie. Ona jest straszna, ona jest przerażająca i kompletnie tutaj niepotrzebna! Nie rozumiem jak mogłeś ją zaprosić! Ją!
— Kochanie, wiem, że jesteś zdenerwowany — spróbował ponownie, jednak Black przerwał mu warkotem:
— Zmartwiony, zmartwiony? Remus, ja nie jestem zmartwiony, ja jestem przerażony!
I wtedy w Remusie coś się zagotowało.
— Przerażony? Jesteś przerażony? Nie przeraża cię poślubienie wilkołaka z nastoletnim synem i rozpadającym się stadem, a przeraża cię twoja własna matka?
Syriusz spojrzał na niego nawiedzonym wzrokiem i w kilka kroków przekroczył dzielącą ich odległość, by chwycić Remusa za ramiona i mocno nim potrząsnąć.
— Remi, moja matka jest pełnokrwistym Blackiem. Ciebie też ona powinna przerażać.
