Actions

Work Header

Goździki w herbacie

Summary:

Tom znał swoich przyjaciół od lat. Spędził z nimi świetne chwile już w czasach szkolnych. Dalej są zgraną paczką przyjaciół, jednak każdy z nich się zmienił, nikt nie wie czemu. Jedyne, co się nigdy nie zmieniło to uczucia, o których nie miał nawet pojęcia. Gdyby nie jedno głupie choróbsko, może nigdy by ich nie odkrył...

Fic oryginalnie pochodzi z mojego Wattpada, który jest w trakcie rewrite'a i postanowiłem, że tu też go opublikuję

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1: Rozdział I

Chapter Text

Mieszkanie ze swoimi przyjaciółmi ma swoje plusy i minusy. Od kiedy tylko nasza paczka skleiła się w liceum, świetnie się dogadywaliśmy. Mieliśmy podobne opinie i zainteresowania, rozumieliśmy się bez słów, więc naturalnie zamieszkanie razem było świetnym pomysłem. Wychodziliśmy razem częściej, wspieraliśmy się nawzajem, no i oczywiście utrzymanie domu w czwórkę jest znacznie łatwiejsze.

Minusem jest robienie im jebanego prania.

Trzymając spory kosz na pranie, z drobnym trudem otworzyłem drzwi do pokoju Edda, naciskając klamkę stopą. Przez masę kolorowych rysunków, plakatów i fragmentów gazet przyklejonych na ścianach w środku, zapomniałem jaki kolor miały. Z powodu braku miejsca, szafa również zaczęła ukrywać się pod warstwą papieru i taśmy. Na najbliższe święta powinniśmy z chłopakami kupić brunetowi tablicę korkową. Albo kilka.

Edd siedział przy biurku, zgarbiony w sposób, który przypominał krewetkę i zaniepokoiłby niejednego ortopedę. Sugerując się małymi szkicami na kartce, najpewniej zajmował się kolejnym paskiem komiksu do lokalnej gazety. Jako jedyny z nas podążył za swoimi marzeniami z dzieciństwa. I trzeba przyznać, artysta był z niego świetny. Mało kiedy spotyka się tak kreatywnego człowieka, który w wieku 25 lat samodzielnie wydał już 2 świetnie sprzedające się komiksy, kolejne 3 są w trakcie powstawania, regularnie zawierał współprace z innymi artystami i miał w tym wszystkim czas na przyjaciół i wspólne wycieczki.

Z nim też znałem się najdłużej, bo od kiedy mieliśmy po 6 lat. Wtedy to Edd wprowadził się do domu naprzeciwko mojego i od razu połączyła nas miłość do rysowania. Nawet po tylu latach czasem pomagałem mu przy jego komiksach, głównie nakładając jakieś poprawki na jego rysunki i będąc jego beta readerem.

Jedyne, co się w nim zmieniło, to fakt, że otworzył się na ludzi. W szkole był nieśmiałym, zamkniętym w sobie chłopakiem, poza naszą trójką nie miał właściwie żadnych przyjaciół. Zaś po liceum stał się bardzo ekstrawertyczny, zajął pozycję lidera i organizatora najlepszych wypadów.

– Pranie – oznajmiłem krótko, wyciągając przed siebie kosz.

Edd spojrzał na mnie, uśmiech wstąpił na jego pyzatą twarz.  Wstał ze stękiem, wziął ze swojego zawalonego łóżka stertę ubrań, zrzucając z niej wcześniej swojego kota, i wepchnął ją do kosza.

– Wielkie dzięki, Tom – powiedział brunet, po czym z powrotem siadł przy stanowisku i wrócił do pracy. – Coś mi w tym rysunku nie pasuje. Mógłbyś zerknąć?

Odłożyłem kosz z praniem na bok. Nachyliłem się nad ramieniem kolegi, wziąłem od niego rysik i nakreśliłem kilka linii na tablecie.

– W tej perspektywie to ramię wygląda na większe od drugiego. – Oddałem mu rysik i z powrotem wziąłem kosz do rąk. Edd wydał z siebie tylko ciche "ooo", po czym podziękował mi.

Z lekkim uśmiechem wyszedłem z pokoju przyjaciela. Po kilku krokach byłem przed drzwiami pokoju obok. Za nimi była sypialnia Matta, przestrzeń zarazem uporządkowana i wypełniona niepotrzebnymi rupieciami. Zaś mieszkaniec tego pokoju siedział między tym wszystkim z lusterkiem w ręku i nakładał na swoją twarz maseczkę.

Trochę mi było żal Matta. Zmienił się w bardzo zły sposób, bo przez słowa innych. Mając te naście lat był oczytanym, bystrym chłopakiem. Planował po liceum studiować jakiś kierunek naukowy, chyba astrofizykę. Jedyne co, to nie był zbyt atrakcyjny, problemy z trądzikiem, aparat na zęby, tego typu sprawy, a dzieciaki w liceum były podłe. Jednak kiedy miał około 17 lat zaczęło mu się poprawiać, ludzie zaczęli zwracać na niego uwagę w ten pozytywny sposób, a to wyprało mu mózg. Wpadł w samouwielbienie, jego największym problemem było, czy jego twarz wygląda dobrze, a zamiast naukowcem został modelem jakiejś niewielkiej marki ubrań.

– Pranie – rzuciłem beznamiętnie i postawiłem przed sobą kosz.

Rudowłosy odłożył swoje rzeczy i wrzucił na stertę swoje brudne pranie, wyjątkowo sporą ilość tego prania, aż ciężko było mi ponownie podnieść kosz.

– Nienawidzę robić prania. Jak to dobrze, że ty to robisz. – Matt z powrotem siadł na swoim łóżku, żeby skończyć nakładać maseczkę.

– A ty się lepiej pospiesz. Jest już 14, a obiad to twoja działka. – Zamknąłem za sobą drzwi z lekkim trzaskiem i poszedłem do pokoju naprzeciwko, który wtedy wolałem ominąć.

Dwoma kopnięciami zapukałem, nie chcąc ponownie przeżywać pewnych nieprzyjemnych momentów. Ciche głosy zza drzwi kompletnie ucichły, a ja usłyszałem głośne "wchodź!". Otworzyłem więc drzwi, które cicho zaskrzypiały. Za nimi znajdował się wysoki blondyn, leżący na łóżku, z laptopem na kolanach i wzrokiem świdrującym mnie na wylot.

– Jehowa! No co tam? – Na twarz Torda wkradł się ten jego wkurwiający, zawadiacki uśmiech. Zdjął komputer z nóg i się wyprostował. Ja jedynie postawiłem przed sobą kosz na pranie i na niego pokazałem, nie chcąc wdawać się w niepotrzebną dyskusję.

Kiedyś lubiłem Torda. Nasz gust muzyczny był identyczny, obaj pochodziliśmy z trudnych rodzin i marzyliśmy o wielkiej karierze. Byliśmy blisko na takim poziomie, którego nikt inny nie rozumiał. Byliśmy dla siebie wszystkim. Jednak czas mijał, Tord otaczał się dziwnymi ludźmi, a po pewnym wydarzeniu znienawidziłem go kompletnie. Stał się zboczonym, egoistycznym gnojem, który swoje zainteresowanie historią zamienił na kontrowersyjne poglądy i niczego już nie robił bezinteresownie.

Komuch łaskawie podniósł dupsko z łóżka i wrzucił do kosza kilka rzeczy, dosyć mało jak na cały tydzień chodzenia. Zakładam, że kiedy praktycznie nie wychodzi się z domu, to nie ma potrzeby tak często się przebierać. A mimo to, on dalej jakoś zarabia. Nikt z nas o to nie pytał, nikt nie chciał wiedzieć.

– Dzięki, krasnalu. – Chłopak poczochrał moje włosy, wydając z siebie cichy, chrapliwy chichot. Szybkim ruchem odtrąciłem jego rękę, burknąłem głośno "spierdalaj" i wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami.

Ktoś nieznający nas, patrzący z boku, mógłby stwierdzić, że Tord tylko przyjacielsko się ze mną droczył, jak reszta chłopaków czasem robiła, jednak komuch dawno przekroczył granicę, a niektóre jego wygłupy były aż za bardzo nacechowane seksualnie. Spodziewałem się, że kiedyś mógł nadejść dzień, kiedy ten debil zmacałby mi dupę. To byłby dzień, kiedy zmieniłbym nazwisko i uciekł z kraju przed policją.

Idąc do łazienki kątem oka zauważyłem Matta w pokoju Edda. Rudowłosy dalej miał na sobie kremową maseczkę, a brunet siedział jakoś nietypowo na swoim krześle obrotowym. Rozmawiali o czymś, a okrągła twarz właściciela pokoju spąsowiała, co często mu się zdarzało, kiedy dzielił się swoimi rysunkami albo był w otoczeniu Matta. W tym wypadku to było połączenie obu.

Usiadłem przed otwartą pralką i zacząłem ładować do niej kolorowe ubrania, wcześniej odseparowane przeze mnie od czarnych. Po zamknięciu drzwiczek, wsypaniu proszku i wybraniu programu, usiadłem na pralce i przymknąłem oczy. Był to mój nawyk z czasów, kiedy dopiero co wprowadziliśmy się do tego domu, a nieco zepsuta pralka lubiła uciekać. Po latach dalej to robiłem, dawało mi to niewytłumaczalne poczucie komfortu.

Po kilku chwilach poczułem czyjś oddech przed sobą. Nawet bez otwierania oczu rozpoznałem ten ciężki zapach cygar, ostrych perfum i metalu. Przede mną stał Tord, jak zawsze uśmiechnięty, jak zawsze wkurwiający. Swoją prawą rękę trzymał w kieszeni, a lewą położył na pralce, zdecydowanie za blisko mojej nogi. Musiał zauważyć mój zniesmaczony wzrok, bo przysunął dłoń bliżej.

– Czego ode mnie chcesz, komuchu? – warknąłem, patrząc na chłopaka spod byka. Jego uśmiech jedynie się poszerzał, zadowolony z mojej reakcji na jego zachowanie.

– Przyszedłem tylko zobaczyć, co porabia mój ulubiony świadek Jehowy – mruknął cicho. Gdyby nie słowa wypływające z jego warg, brzmiało to niemal jak flirt.

– Po pierwsze, – odsunąłem jego rękę – odszedłem od tego już w chuj dawno. Po drugie, odpierdol się ode mnie! – Zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem blondyna w policzek, zahaczając o jego nos, doprowadzając do lekkiego krwawienia. Chłopak zgiął się lekko, a jego wzrok, nagle zdziczały i zafascynowany, skrzyżował się z moim. Szybko się wyprostował i niemal natychmiast rzucił się na mnie, mocno chwytając mnie za szyję i podduszając lekko. Resztki alkoholu z wczoraj w mojej krwi opóźniły moją reakcję, jednak zdecydowanie jej nie osłabiły. Z impetem powtórzyłem mój poprzedni cios, drugą rękę oplatając wokół jego karku, trzymając mój cel blisko. Jego kolano na pralce, moje palce zaciśnięte na jego włosach, jego pomalowane na czarno paznokcie raniące każdy odkryty fragment mojej skóry. Pomijając krew kapiącą z jego nosa na moją twarz, obraz ten wyglądał w pewien pokręcony sposób intymnie.

To też najpewniej pomyślał Edd, wchodząc do łazienki zaniepokojony głośnymi stęknięciami i wyzwiskami. Z zdezorientowaną miną spojrzał na mnie, a ja ten kontakt wzrokowy odwzajemniłem, co szybko zaobserwował Tord i oczami podążył w tym samym kierunku, co ja. Wtedy też brunet zaobserwował krew lejącą się ciurkiem z nosa blondyna i moją posiniaczoną szyję, na co westchnął, a jego twarz przybrała niezadowolony wyraz.

– Serio, chłopaki? Znowu? – powiedział to z takim zawodem i zmęczeniem, że aż zrobiło mi się głupio.

Ja i Tord wiedzieliśmy, że żadne słowa nie są w stanie wytłumaczyć naszego szczególnie dziecinnego zachowania. No bo jakby nie patrzeć pobiliśmy się o nic. Znowu.

Szarooki zszedł ze mnie i obaj ze spuszczonymi głowami przeprosiliśmy, zaś komunista szybkim krokiem wyszedł z łazienki, zostawiając mnie i Edda samego. Brązowooki chłopak usiadł obok pralki, patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem. Musiał sobie radzić z każdym konfliktem między mną a Tordem, co, po tylu latach, musiało być dla niego męczące.

– Tom, jak długo jeszcze będą trwać te wasze absurdalne walki o nie wiadomo co? – zapytał, widocznie zasmucony całą sytuacją. – Nie możecie się po prostu pogodzić? Minęło już 7 lat, a wy dalej sobie dogryzacie. 

Pralka zagrała melodyjkę, ogłaszając, że pranie się skończyło. Zeskoczyłem więc na ziemię, otworzyłem drzwiczki i wrzuciłem wyprane ubrania do pustej, plastikowej miski stojącej obok.

– To nie była byle jaka kłótnia, Edd. Doskonale o tym wiesz – przypomniałem chłopakowi. – Jego przeprosiny chuja mi dały, dalej zachowuje się jak dupek i myśli, że wszystkim to odpowiada. Jak masz mieć jakieś wąty, to do komucha. – fuknąłem, wrzucając ciemne ubrania do pralki i ją ponownie odpalając.

– Może gdybyś nie był aż tak nerwowy – zaczął mówić, jednak mu przerwałem.

– Słuchaj, w dupie mam to, czy między mną i Tordem będzie jakaś magia przyjaźni czy inne gówno. Póki co, to ten zboczeniec próbuje mi zmacać dupsko. Dopóki nie przestanie się zachowywać wobec mnie jak pedał, to dalej będę "nerwowy". – Po tych słowach niemal wybiegłem z łazienki, wparowałem do swojego pokoju i trzasnąłem za sobą drzwi. Rzuciłem się z warknięciem na łóżko, zsuwając przy tym ze stóp swoje trampki.

Starałem się uspokoić swój oddech, jednak nie było to tak proste, jakbym chciał. Przewróciłem się na plecy, mój oddech zamiast zwalniać przyspieszał, klatka piersiowa pobolewała. Od tego stresu kręciło mi się w głowie i czułem, jakbym miał zaraz odpłynąć. Mroczki przed oczami coraz bardziej ściemniały mi wzrok, dyszałem głośno i ostro. Nawet nie zauważyłem, kiedy ktoś wszedł do mojego pokoju, chude, blade dłonie otworzyły okno, a zapach cygar Cain Daytona zatrzymał się przy moim łóżku. Jedyne, co dałem radę zarejestrować, to stuk kubka na stoliku obok i ciepły głos, zachęcający mnie do głębokiego oddychania.

Kiedy odzyskałem władzę nad własnym ciałem, byłem w pokoju sam, a na stoliku stał kubek już na wpół zimnej herbaty, którą tak czy siak wypiłem, zastanawiając się jedynie, czy na pewno blondyn nie zatruł napoju. Nie dość, że go nie zatruł, to całkiem nieźle smakował. Zapamiętał, ile miodu i jakie przyprawy dodaję, a nawet dał mi na spodeczku kilka moich ulubionych ciastek, biszkoptów z kremem. Najpewniej Edd mu kazał, chcąc nas przymusowo pogodzić. Dobry z niego kumpel, ale w tej swojej dobroci próbuje zmusić, żeby wszyscy ludzie na świecie się przyjaźnili. Nie potrafi do siebie dopuścić myśli, że niektórzy po prostu nie są stworzeni do przyjaźni, jak ja i Tord. To, że kiedyś się dogadywaliśmy nie znaczyło, że tak miało być cały czas. Ludzie się zbliżają, rozstają, tak to już jest i lepiej, żeby Edd to zaakceptował.

Wziąłem jeszcze kilka głębokich oddechów, podniosłem się z łóżka i wróciłem do łazienki, żeby wyciągnąć i powiesić mokre ubrania. Zapach świeżego prania jeszcze bardziej mnie uspokoił, a chłodne, listopadowe powietrze, które uderzyło we mnie, kiedy wyszedłem z koszem na podwórko za domem, dodatkowo oczyściło mój umysł. Rozłożyłem 2 metalowe suszarki, każdą rzecz powiesiłem, wyrównałem, aż po kilkunastu minutach odstawiłem pusty kosz do łazienki i wróciłem do swojego cichego kąta.

W moje dłonie wpadła moja ukochana, wieloletnia gitara basowa, którą pieszczotliwie nazywałem Susan. Była jedyną rzeczą, o którą jakoś bardziej się troszczyłem, o którą dbałem i się martwiłem. Kupiłem ją z drugiej ręki po moich urodzinach w 2 klasie liceum i od tamtego czasu grałem na niej niemal codziennie, regularnie zanosiłem ją na przeglądy do pobliskiego sklepu muzycznego i wydałem już setki funtów na struny. Susan była moją jedyną, prawdziwą ulgą od rzeczywistości.

Postawiłem przed sobą swój (już nieco rozpadający się) pulpit, na nim położyłem dwie kartki z zapisaną tabulaturą do piosenki, którą pisałem już jakiś czas. Pracowałem jeszcze nad końcówką; nie do końca wiedziałem, co chciałem tam uzyskać. Wpierw wolno, później zgodnie z zapisanym tempem, zacząłem grać ułożone przeze mnie dźwięki, w kółko i w kółko, aż nie przerwało mi skrzypienie otwieranych drzwi.

– Tommie, zacięła ci się płyta czy coś? – parsknął blondyn stojący w progu. – Już chyba 40 minut grasz w kółko to samo. Zagrałbyś chociaż coś co znam, słodziaku – mruknął zalotnie, puszczając mi oko. Nie chcąc przypadkiem uszkodzić Susan, z całych sił starałem się stłumić w sobie ponowny przypływ agresji. Ściskałem więc swoje stwardniałe palce, próbując się uspokoić.

– To nie twoja sprawa. Jak coś ci nie pasuje, to zakładaj słuchawki i nie rób mi problemów. – Mocniej ścisnąłem swój palec wskazujący.

Blondyn siadł obok mnie, na co natychmiast się odsunąłem i przycisnąłem swoją Susan mocniej do siebie.

– No to może posłucham chociaż tutaj? Nie przeszkadzam ci, co? – Chłopak uśmiechnął się, trochę zadziornie, a trochę ciepło.

Nie do końca potrafiłem wyłapać jego intencje, więc po prostu westchnąłem i, nie chcąc znowu się denerwować jak wcześniej, kontynuowałem moje ćwiczenia, co jakiś czas przerywając i notując coś na pustej kartce na pulpicie. Blondyn obserwował każdy mój ruch z zainteresowaniem.

– Pamiętasz, jak po lekcjach siadaliśmy razem, a ty grałeś mi swoje piosenki? - Chłopak położył dłoń na łóżku za mną, skracając przy tym dystans między nami.

– Wolałbym nie pamiętać – warknąłem krótko i się znowu odsunąłem od Torda, patrząc na niego krzywo. Cokolwiek próbował zrobić, miałem przeczucie, że to nie może być nic dobrego.

– No weeeź, wtedy było tak przyjemnie. – Szarooki przeniósł wzrok na pulpit. – Takie piękne dźwięki twoje palce tworzyły i przelewały na papier tak anielskie słowa. Tęsknię za tym i wiem, że ty też.

Odłożyłem Susan na stojak, przestawiłem pulpit i stanąłem przy drzwiach.

– To trzeba było pomyśleć, zanim mi zjebałeś życie. – Otworzyłem drzwi. – Wynocha.

– Tom, no weź, minęło tyle lat i przeprosiłem.

– W dupie to mam! Dalej zachowujesz się jak chuj! Nie próbuj mnie czarować tą swoją gadką o przeszłości! – wydarłem się na niego, powoli tracąc panowanie nad emocjami. – Wypieprzaj!

Tord bez słowa wstał i wyszedł, a ja trzasnąłem za nim drzwiami, oparłem się o nie plecami i zsunąłem się na ziemię. W jednym miał rację, tęskniłem za tym.

~~~

– No chodź, szybciej! Zanim ktoś nam salę zajmie! – Niski blondyn biegł przez korytarz, jego krótki kucyk powiewał za nim wesoło. Na plecach miał plecak z masą kolorowych przypinek, co, poza skórzanymi, bordowymi martensami ponad kostkę, było najbardziej charakterystyczną rzeczą w wyglądzie chłopaka.

– Tord, czekaj no! - Kawałek dalej biegł czarnooki szatyn z futerałem od gitary na plecach i torbą w kratkę zawieszoną przez ramię. Bieg przez pół szkoły z takim obciążeniem nie był dla niego prosty, a brak kondycji mu tego nie ułatwiał.

Niższy chłopak wbiegł do sali muzycznej, a zauważając brak jakichkolwiek uczniów, uśmiechnął się szeroko i pomachał do przyjaciela, przekazując mu dobre wieści. Wyższy z lekką zadyszką wszedł do środka, siadł na niewielkim podwyższeniu pod jedną ze ścian i wyjął błyszczącą gitarę basową z pokrowca. Blondyn usiadł obok, nie odklejając zachwyconego wzroku od instrumentu, z słodkim uśmiechem na twarzy.

– Napisałem nową piosenkę – powiedział Tom, patrząc na swoje stopy zawstydzony. Machał nimi lekko, wyładowując tym swoje zdenerwowanie. Słysząc te słowa, oczy blondyna aż zaiskrzyły od ekscytacji. Przysunął się bliżej szatyna i oparł głowę o jego ramię.

Piosenki Toma nie były najlepsze, jednak ta młodzieńcza pasja do muzyki zarażała wszystkich wokół, a najbardziej zaraziła Torda. Czarnooki dzielił się z nim każdym swoim utworem, co zawsze ekscytowało blondyna.

Po szybkim strojeniu i otwarciu zeszytu przed sobą, Tom zaczął grać pojedyncze dźwięki, które układały się w wymyśloną przez niego melodię. Jego przyjaciel, dalej opierając się o jego ramię, przymknął powieki i wsłuchiwał się w utwór, nucąc cicho.

W taki sposób spędzali wiele dni po lekcjach przez ponad rok.

~~~

Trzymając w ręku swój stary zeszyt z piosenkami, poczułem łzy zbierające się w moich oczach. Wziąłem głęboki wdech, potarłem powieki i otworzyłem zeszyt na pierwszej stronie. Pierwszy utwór napisałem dla dziewczyny, która mi się wtedy podobała. Nigdy jej tej piosenki nie zagrałem, ale Tordowi bardzo się ona spodobała. Na następnych kartkach, poza piosenkami, było kilka rysunków i notatek od blondyna, które ukradkiem pisał. Większość to były słowa w stylu "ta mi się podoba!" albo "spróbuj am7 zamiast am". Było jednak też kilka bardziej osobistych notek, komentujących ludzi z naszej szkoły i śmiejących się z głupich sytuacji.

Jednak jedna strona przykuła moją uwagę. Akordy zapisane były równym, eleganckim pismem, całkowicie odmiennym od moich koślawych liter. Pod nimi tekst w nieznanym mi języku i dopisek "to dla ciebie" na dole strony. Szybko rozpoznałem pismo komucha, nie umiałem jednak się domyślić, kiedy dokładnie to napisał ani co znaczy tekst.

W tamtym momencie nie miałem absolutnie żadnej ochoty myśleć o tym pojebańcu. Wrzuciłem zeszyt do szafki i położyłem się na łóżku, próbując się zrelaksować.