Chapter Text
Kwietniowa pogoda zachęcała do wychodzenia, pierwsze kwiaty przenikały trawę.
- Potrzebujemy białych, na tych nie da się malować... - westchnął załamany Rafał, oglądając jajko pod światło. Ubrani w ciepłe ubrania siedzieli w ogrodzie dworku w Chobielinie.
Karol pokręcił głową, wyrywając mu jajko. - Nie możemy pomalować go białą farbą?
- To miałoby jakiś sens... Gdzie jest Radek? - zmarszczył brwi Trzaskowski, rozglądając się dookoła.
Radosław wyszedł z domu, trzymając całe naręcze mlecznobiałych jajek. Wręczył jedno z nich Karolowi.
- Przecież to steropian... - zasępił się mężczyzna.
- To jedno tak, normalne byś zbił. - odparł lekko, podając prawdziwe Rafałowi. - Po za tym, nie mam zamiaru marnować prawdziwego pożywienia na twoje marne zdolności artystyczne. Nie bez powodu jesteś bokserem.
- Prezydentem!
- Tak, to też...
