Chapter Text
Przed dwójką prezydentów leżało pudełko, zapełnione drewnianymi częściami - jeśli wierząc opisowi, były one szafką.
- Co to za szlaczki... - Karol odwrócił instrukcję do góry nogami, mrużąc oczy.
- Daj, zobaczę... - Rafał zaprzeczył swojemu spokojnemu głosu, brutalnie wyrywając mu kartkę.
- I?
- To chiński.. Kurwa, MÓWIŁEM żebyś nie zamawiał szafek na temu. - Trzaskowski potarł palcami nasadę nosa, czując nadchodzącą migrenę.
- Ale były tanie... - Jęknał jego partner, ponownie oglądając drewniane elementy.
- Jesteś prezydentem, Karol, masz pieniędzy jak lodu.
- Propos lodów... - Dłoń Nawrockiego zawędrowała niebezpiecznie wysoko na jego udzie.
- Nie teraz, idioto. - Rafała strząsnął jego palce.
Po krótkiej chwili Karol znowu się odezwał. - Jesteś pewien że nie znasz chińskiego? Wiesz, może jest podobny do... Francuskiego, czy co tam jeszcze znasz?
- To inny alfabet, oczywiście że nie..
Drzwi trzasnęły, i do pomieszczenia wszedł Radek.
- Co wy tutaj...
- Nie pytaj. Karol zamówił szafkę. Na temu. - Rafał westchnął zrezygnowany, oglądając jak Nawrocki siłuje się z drewnem.
- "Temu"? Toż to chińskie gówno, Karol, naprawdę? - Radosław zdegustowany stanął nad nim, krzywiąc się.
Karol próbował włożyć nogę krzesła do ewidentnie za małej szczeliny. - Cicho, skupiam się. - warknął.
- To nie wszystko, Radek... Instrukcja jest po chińsku. - Dodał zrozpaczony Rafał.
- Jedyny język jakiego nie znasz. - Sikorski uśmiechnął się wrednie, oglądając zmagania prezydenta.
- Zamknij się.
- Przymknijcie się obaj. Da się to złożyć na oko... - Karol nie tracił nadziei.
- Nie ma możliwości zwrotu? - Radek sięgnął po ostatnią deskę ratunku
- To temu, Radek. Nie, nie ma.
- Nie wymądrzaj się, tylko mi pomóż. - Jęknął Karol, nareszcie łącząc ze sobą elementy.
- Ja? Mam brudzić ręce tym produktem stworzonym przez chińskie dzieci?
- Jak one dały radę, to ty też dasz.
- Boże, dobrze. Karol, daj mi to.
- Uważaj, bo ta sklejka jest tak cienka, że... - Zaczął Rafał.
- Cholera! - Część przełamała się na dwie, rozsypując się na kolanach Karola.
- ...że łatwo pęknie. Mówiłem, brawo Karol.
- Jest zapasowa część, nie panikuj.
- Ile jest potrzebnych Nawrockich do złożenia jednej szafki...? - Radek zawiesił głos, mrużąc oczy w uśmiechu.
- Jednego, i wielu szafek. Ale zabawne. - Westchnął Rafał.
- Cicho, Rafał, cicho, Radek, skupiam się.
Trzaskowski zrezygnowany usiadł obok niego, masując skronie.
Gotowy mebel przedstawiał sobą iście żałosny widok. Szafki on nie przypominał, bardziej stołek.
Nóżki poskręcane z kilku kawałków ledwo utrzymywały koronkowe siedzisko. Brudne drewno z którego został zrobiony wyglądało na wiecznie zakurzone. Gdzie było oparcie?
- Karol... - Westchnął Rafał, wciąż siedząc na podłodze.
- Tak? -
- Gdzie jest to cholerne oparcie? - Potrząsnął pudełkiem, z którego wysypało się wiele części zapasowych. Żadnego oparcia.
- Nie było. - Stwierdził głupio Karol.
- Jak to nie było?
- Po prostu.
Radek oderwał wzrok od telefonu, prychajac pod nosem. - Naprawdę?
- Naprawdę.
- Idioci... - Radosław ze zmarszczonymi brwiami zsunął się na posadzkę, siadając obok Rafała. - Pokaż mi to.
Trzaskowski zrobił mu miejsce, wkurzony patrząc na Karola.
- To twoja wina.
Nawrocki unosił obie dłonie do góry. - Poddaje się, panie prezydencie.
Rafał prychnął. - Może to stołek? Stołki nie mają oparć.
- Czy to nie miała być szafka? - Wtrącił Sikorski.
