Work Text:
1815 r.
Bonnefoy obudził się w łóżku szpitalnym kompletnie zdezorientowany. Absolutnie nic z tego wszystkiego nie rozumiał. Dlaczego on dalej oddychał? Dlaczego pozwolili mu dalej żyć? Myślał, że wszystko co dotąd zrobił było w pełni wystarczające by skazać siebie na wyrok śmierci. Niestety tylko się rozczarował.
Francuz pamiętał Waterloo i to że w pewnym momencie został poważnie ranny przez Prusaka. Później musiał stracić przytomność, gdyż nie miał pojęcia jak się tu znalazł. Dość niepewnie rozejrzał się po pomieszczeniu, szybko stwierdził że nikogo innego tu nie było. Absolutnie nikt go nie pilnował. Gdyby był w lepszym stanie fizycznym, to prawdopodobnie spróbowałby stamtąd uciec. Mimo, że byłoby to raczej bezsensowne, to definitywnie wolał umierać w swojej własnej ojczyźnie niż gdziekolwiek obecnie był.
Myśląc o Francji, chcąc nie chcąc zaczął też myśleć o swojej ostatniej bitwie. Szybko zrozumiał, że nie miał pojęcia co się stało z Napoleonem, Paryżem i resztą dowództwa. Ta niewiedza strasznie go irytowała. W końcu chciał wiedzieć czy miał dokąd w ogóle wracać, czy może w ramach kary/zemsty wszystko zostało zrównane z ziemią.
Dlaczego nikt tu nie przychodził? Czy zakładali, że już nigdy się nie wybudzi? Czy naprawdę spisali go ot tak na straty? Jeśli tak, to po co marnowali na niego całą salę szpitalną? Nie łatwiej go po prostu było uznać za martwego i wyrzucić? Wszystko to było idiotyczne.
Jednak ktoś w końcu postanowił zbliżyć się do drzwi. François nie mógł stwierdzić kto to był, nie był w stanie przypisać tych kroków jakiejkolwiek osobie którą znał. Do sali wstąpiła pielęgniarka, która dość szybko go opuściła gdy zauważyła że pacjent w końcu odzyskał przytomność. Wyglądało to jakby kogoś chciała odnaleźć, i to bezzwłocznie. W końcu usłyszał kolejny dźwięk, tym razem kroki były znacznie cięższe niż chód pielęgniarki. To musiały być buty wojskowe, tylko kto był ich właścicielem? Kto miał mu ogłosić bardzo wesołą nowinę o jego upadku? Oczywiście, że musiał to być ten cholerny Anglik. Kirkland zamknął dziewczynie drzwi przed nosem, by móc samemu z nim porozmawiać. François zwykle cieszył się z jego obecności, ale teraz nie mógł powiedzieć czy wolałby rozmowę z Arthurem sam na sam, czy może poderżnięcie sobie gardła.
Młodszy mężczyzna był wyraźnie zestresowany, a próby zamaskowania tego stanu szły mu wręcz beznadziejnie. Można więc uznać, że ta rozmowa była wyjątkowo ciężka dla obu stron.
— Minęło parę dni zanim się obudziłeś, Francis. Zaczęliśmy myśleć, że ty… W każdym razie, zapewne masz wiele pytań. Mam dużo czasu, nie krępuj się. — tak właściwie to tylko Kirkland nie dopuszczał do siebie myśli, że François mógł być martwy. Cholernie bał się takiej możliwości, dlatego absolutnie jej nie akceptował. Kilka dni spędzał na ciągłym wykłócaniu się z każdym, kto uważał na ten temat inaczej. Okazało się, że miał rację. I dobrze.
— Mhmm, gdzie jesteśmy?
— W Belgii.
— Co się stało z… wiesz kim. — ciężko było mu wymówić jego imię, czy chociaż nazwisko na głos. Po tym co przeżył, to było praktycznie niemożliwe.
— Żyje, ale nie będzie nam już zagrażać.
Bonnefoy kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Oczywiście to nie były jego jedyne pytania, ale nie był pewien czy Arthur był odpowiednią osobą by na nie odpowiedzieć. Prawdopodobnie wolałby widzieć pewnego pianistę z Austrii, który chętnie by go skarcił na wszystkie możliwe sposoby. Może nie byłoby to przyjemne, ale zdecydowanie łatwiejsze niż spoglądanie na Arthura.
Oboje milczeli dłuższą chwilę, Kirkland naprawdę chciał coś powiedzieć ale jakby nie mógł znaleźć odpowiednich słów. A obojętność bijąca z Francuza wcale nie ułatwiała mu tego zadania. Bonnefoy był nieobecny i obecny jednocześnie.
— Florent pisał listy, oczywiście poinformujemy Paryż o twoim stanie. W końcu muszą wiedzieć, kiedy będziesz mógł wrócić.
François odrobinę się ożywił słysząc imię swojego współpracownika, jednak trwało to tylko krótką chwilę. Ponownie wrócił do swojego stanu apatii. Czy on chciał wracać do Paryża? Inne wyjście nie istniało. Przeklęty los personifikacji. Nigdy nie chciał takiego życia, ale jakoś nie mógł uciec przed swoim losem. Nieważne jak bardzo próbował.
— Naprawdę będziesz milczeć? Wiesz jak ja się czułem? Mogłeś tam zginąć, do cholery! Nie, ty miałeś tam umrzeć. Gilbert i Roderich byli wyjątkowo zgodni w tej kwestii. Może też powinienem się z nimi wtedy dogadać?
— Przykro mi.
— Ja… Nie mogę Cię stracić, Francis. Dobrze wiesz, że nie miałbym wtedy nikogo innego, że nikt nie mógłby mi Cię zastąpić. Więc, wybacz ale oczekuję od Ciebie odrobinę więcej zainteresowania. Nie wciskaj mi tu jakiegoś gówna o tragicznej miłości, oboje wiemy że ty nigdy nie potrafiłeś ze mnie zrezygnować.
— Ahh, zawsze pewny siebie… Co chcesz żebym Ci powiedział? Oczekujesz, że zadowolę twoje ogromne ego?
— Tylko się nie denerwuj. Nadal nie jesteśmy pewni, czy Twój stan jest stabilny.
Kirkland postanowił pokonać dzielący ich dystans, w końcu byli tu sami — mogli sobie pozwolić na pewną chwilę bliskości. Anglik usiadł na łóżku szpitalnym, tuż obok swojego obiektu westchnień. Wreszcie mógł mu się lepiej przyjrzeć. Szczęśliwie mógł stwierdzić, że jego różyczka — choć trochę poobijana — nadal była równie piękna, co nieznośna. Arthur wyjął swoją dłoń z rękawiczki i przyłożył ją do twarzy Francuza. Postanowił być wobec niego wyjątkowo delikatnym, “zasłużył” na takie traktowanie. François nie protestował, dlaczego miałby? Ufał temu Anglikowi na tyle, by wiedzieć że ten nie zrobi mu krzywdy. Co najwyżej powie mu tani komplement i uzna to za szczyt romantyzmu.
— Przyniosę Ci później lusterko, jeśli obiecujesz że nie będziesz dramatyzować i próbować zrobić sobie krzywdę. — Kirkland doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo François dbał o swój wizerunek i jak bardzo potrafił dramatyzować gdy spostrzegł jakąś niedoskonałość. Nawet taką, którą normalny człowiek nigdy by nie zauważył. To było w pewnym sensie przykre, ale Bonnefoy nigdy nie mógł zmienić swojego sposobu myślenia w tej kwestii.
— Jest aż tak źle? Więc tym bardziej żałuję, że przyszło mi przeżyć kolejny dzień na tym świecie.
— Nie, nie jest ale ty nigdy nie ufasz moim opiniom.
— Z całym szacunkiem, ale jak mam brać na poważnie osobę która ma taki straszny gust co do win?
— W takim razie możesz zapomnieć o swoim lustrze.
— Jak możesz być tak okrutnym? To niesprawiedliwe.
François chwycił dłoń Anglika, która właśnie gładziła go po policzku. Tak, Arthur był teraz wyjątkowo delikatny. Traktował go jakby był zrobiony z porcelany i miał się rozbić w każdej chwili.
— Jesteś obecnie ostatnią osobą na świecie, która ma prawo mówić o tym co jest sprawiedliwe, a co nie. Dobrze o tym wiesz.
— Być może.
Arthur uśmiechnął się delikatnie, lubił się nim opiekować. A zdarzało się to bardzo rzadko, gdyż François nienawidził być zależnym od drugiej osoby, więc Anglik jeszcze bardziej doceniał takie momenty.
— Żałuję, że nie mogę Cię zabrać ze sobą do Londynu. — nie chciał znowu się z nim rozdzielać, Bonnefoy był jedną z niewielu osób które Arthur naprawdę chciał widzieć. Jaka szkoda, że dzielił ich kanał La Manche.
— Za bardzo się do mnie przywiązałeś, Arthur… ale trudno Cię o to winić. Tak myślę. — Francuz nigdy nie planował się zakochać, bycie admirowanym i pożądanym absolutnie mu wystarczyło. Oczywiście wszystko się zmieniło w momencie, kiedy zbliżył się do pewnego angielskiego kapitana-pirata. — Zajrzę do Londynu, gdy będzie ze mną lepiej. Obiecuję.
— Trzymam Cię za słowo. — Arthur niechętnie odwiedzał Paryż, więc to François był tym który musiał znosić podróże statkiem i milion innych niedogodności. Nie żałował takiej wycieczki ani razu. Kirkland szczodrze mu się odpłacał.
Arthur musiał odsunąć się od Francuza, gdy usłyszał kroki paru lekarzy zbliżających się do sali. Ich wspólny czas wreszcie dobiegł końca, ale Kirkland był wdzięczny nawet za te parę minut rozmowy i spokoju. Po wszystkim co się stało oboje potrzebowali odpoczynku, nawet jeśli François udawał że było inaczej to nie mógł dłużej okłamywać swojego własnego ciała. Był wyczerpany, to było jasne. Każdy to widział. Dlatego Anglik postanowił być tuż obok tak długo jak tylko mógł.
