Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2026-05-16
Words:
2,097
Chapters:
1/1
Comments:
3
Kudos:
7
Bookmarks:
1
Hits:
73

Słaba głowa

Summary:

Leszek Miller razem z partyjnym kolegą stali przy stole. Był całkiem spory, stało na nim jeszcze trochę jedzenia i kieliszków. Jednak to nie on był ich głównym zainteresowaniem w tym momencie, a raczej leżący pod nim Aleksander Kwaśniewski, tulący się z jedną z ostatnich butelek wódki.

Notes:

ja tez nie wiem yall
tym razem inspirowane https://youtube.com/shorts/Zo2CnwFtTCQ?is=hlCF8tCE-xrRrLSh

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Leszek Miller razem z partyjnym kolegą stali przy stole. Był całkiem spory, stało na nim jeszcze trochę jedzenia i kieliszków. Jednak to nie on był ich głównym zainteresowaniem w tym momencie, a raczej leżący pod nim Aleksander Kwaśniewski, tulący się z jedną z ostatnich butelek wódki.
- Ja pierdolę... - Leszek podrapał się po głowie i zmarszczył brwi. Nie zrozumcie go źle, nie był zdziwiony, nikt zresztą nie był, ale ile można? Wszyscy pozostali dobrze się bawili, a on znowu będzie musiał świecić oczami przed żoną Olka.
- Weź go do domu, bo wstyd przynosi tej partii swoją słabą głową - partyjny kolega nazywał się Marek, był chyba w wieku Leszka, ale nigdy nie pytał. - Ile on wypił, pół litra? Przecież to dopiero rozgrzewka! - pokiwał głową w przerysowanym geście dezaprobaty. - Tylko wódkę mu zabierz zanim pójdziecie, my sobie z nią poradzimy - rzucił na odchodne.
Leszek mruknął coś w odpowiedzi, ale tamten już go nie słyszał. Został sam z Olkiem.
- A ktooo... się w lipcuu... urodził, ma wstać... ma wstać, ma wstaaać! - bełkotał pod stołem, zaciągając każdą głoskę. Chyba wydawało mu się, że jeszcze nie skończył się bawić. Wyglądał jak kot, który upił się śmietanki.
- Chyba mamy rekord - Leszek zerknął na zegar, który wskazywał jedenastą. Tak wcześnie to nawet licealiści nie kończą! Spojrzał z powrotem na Olka, który wyjątkowo szczęśliwy dalej coś mamrotał. Jak on w ogóle ma go podnieść z tej podłogi? Sam nie jest trzeźwy. - Dobra, Oleczku, wstajemy - powiedział bardziej do siebie, niż do niego. Uznał, że nie ma wyjścia z tej sytuacji i lepiej po prostu mieć to za sobą.
- Nieee... - jęknął Olek. - Jeszcze pięć minut...
- Ja ci, kurwa, dam pięć minut! - złapał go za przedramię i pociągnął do góry. Na niewiele to się zdało, równie dobrze mógłby chcieć postawić dosłowne zwłoki na nogi. Dźwignia zamiast ciągnąć Olka w górę, pociągnęła Leszka w dół. Ledwo złapał się stołu, inaczej skończyłby obok niego. - Wstawaj, no...
Szturchał go nogą, oczywiście na próżno. Wyprostował plecy i postanowił podejść do tematu naukowo - jak podnieść najebanego ziomka i nie połamać sobie kręgosłupa?
- Ma wziąć... do ręki kielich swój...
Hm...
Podszedł do niego od strony jego głowy, przełożył ręce pod jego pachy i całą siłą jaką w sobie miał próbował go podnieść.
Oczywiście, na próżno.
Więc jak zupełnie racjonalny człowiek postanowił go po prostu przeciągnąć przez lokal.
- O patrzcie, Olo wyjeżdża z imprezy! - słyszał za plecami, kiedy mocował się z drzwiami.
To jakby obudziło Olka, który odzyskał dość sił witalnych, żeby zacząć się opierać.
- Niee... ja chcę jeszcze! - jak niesforny dzieciak łapał się framugi, ku uciesze całego towarzystwa, oprócz oczywiście Leszka. Poważnie się wahał, czy nie lepiej go po prostu zostawić. Po co on to w ogóle robił?
Zanim zdążył się poddać, Olek chyba za mocno uderzył głową o podłogę, bo przestał się rzucać. Prawie się o niego zmartwił, ale zasłużył sobie na to.
I ciągnął go dalej, przez hol, aż do wyjścia z budynku, w akompaniamencie stłumionych śmiechów z sali.
Gdy udało im się wyjść z budynku(w zasadzie to Leszkowi się udało, Olek był raczej bierny w tym akcie), napotkała go kolejna przeszkoda.
Schody.
Leszek najchętniej zrzuciłby go z tych schodów w tym momencie.
Nie zrobił tego jednak, gryzłoby go sumienie gdyby coś mu się stało. Powoli, krok za krokiem, poprowadził go w dół. Nie był jednak przy tym aż tak ostrożny jak mógłby być, niech jutrzejsze siniaki będą jego zemstą za kolejną imprezę, której nie mógł skończyć.
Taryfa jeszcze nie przyjechała. Niezgrabnie posadził Olka na schodach, które ten uznał za wyjątkowo wygodne, bo od razu się na nich położył.
Leszek tylko westchnął, usiadł obok niego na zimnym betonie i odpalił papierosa. Mimo wszystko cieszył się, że też się napił, bo na trzeźwo by tego nie zniósł. Zaciągnął się dymem i odwrócił wzrok w stronę powodu wszystkich jego problemów w życiu, a przynajmniej połowy.
Opierał się na łokciach i patrzył w niebyt, chociaż oczy mu się trochę przymykały. Jego marynarka chyba została w środku, ale nie wyglądał jakby mu to specjalnie przeszkadzało, on też nie zamierzał po nią wracać. Krawat mu się rozwiązał, trzymał się tylko na jego szyi, jakby zaraz miał spaść. Włosy potargała mu wcześniejsza szarpanina. Wyglądał jak student po Juwenaliach. Mimo wszystko, Leszek nie mógł odciągnąć od niego spojrzenia, było w nim coś dziwnego, co działało na niego jak magnes.
Powinien być na niego wściekły.
Opieprzyć go porządnie za to, że znowu się sponiewierał i że to oczywiście Leszek będzie potem za to obrywał. I próbował. Naprawdę próbował.
Ale za każdym razem, gdy otwierał już usta, wystarczyło jedno spojrzenie Olka i cała złość gdzieś z niego uchodziła.
Ich spojrzenia się spotkały zanim zdążył się odwrócić.
- Leszeek... - nie ważne, odwołuje wszystko co wcześniej powiedział.
- Co chcesz?
- Wiesz... ty jesteś... takim dobrym człowiekiem. Ja cię, stary, kocham, seriooo...
- Nie wkurwiaj mnie nawet.
- Nie, ale serioooo...
- Zamknij się się.
- Leeszeeek...
- Morda.
- Ale Leszeeek... Ja ci dziękuję...
- Spierdalaj!
Na jego szczęście przyjechała taksówka. Pomógł Olkowi wstać, co tym razem faktycznie się udało, bo ten przynajmniej próbował. Tak jakby. Prawie się przewrócił, ale Leszek złapał go w biodrach i pomógł mu znaleźć równowagę.
Wsiedli do samochodu w ciszy i Leszek naprawdę liczył, że tak pozostanie.
Kierowcą był młody, szczupły chłopak z bujną fryzurą na głowie. Rzucił im rozbawione spojrzenie w lusterku, gdy dopytywał o adres. Miller podał mu adres hotelu, w którym zostali na czas partyjnej "delegacji".
- Leszeeek... - tylko nie to, błagam.
- Co?
- Będę rzygał.
- Nie rzygaj!
- Będę rzygał.
- Musisz?
- Tak.
Chłopak zaniepokojony spojrzał do tyłu. Leszek poprosił, żeby zatrzymał się na chwilę i otworzył drzwi Olkowi.

To będzie długa noc.
...

Recepcjonistka na wejściu zmierzyła ich krytycznym wzrokiem.
- Nazwisko? - zapytała podirytowana.
- Miller.
Usłyszał szelest kartek gdy szukała jego rezerwacji.
- Jeden pokój na jedną noc.
- Jak to jeden? Niech pani sprawdzi jeszcze na nazwisko Kwaśniewski.
Westchnęła ciężko, jakby to była najgorsza prośba jaką musiała spełnić w swoim życiu.
- Nie ma.
- Nie ma?! To co ja mam z nim zrobić? - wskazał na Olka, który niespokojnie dreptał nogami na kanapie i podziwiał plamy na suficie.
- Jak pan dopłaci to możecie spać w jednym.
- Ja mam płacić żeby z nim w jednym pokoju spać?! Niech pani na niego spojrzy... - głos mu się załamał, a Olek jakby chcąc udowodnić wszelkie obawy Leszka, teatralnie uderzył tyłem głowy w ścianę. Zdawało się, że była dla niego zbyt ciężka, żeby utrzymać ją prosto.
Kobieta w recepcji tylko wzruszyła ramionami.
- To nie moja wina, ale niech go pan tu nie zostawia.
Olek podświadomie czując, że jego duma została obrażona, poderwał się i chwiejnym krokiem podszedł do pozostałej dwójki.
- Mamy jakiś problem? Ja znam Jaruzelskiego! Jak z nim porozmawiam to dopiero będziecie mieć problemy...
Leszek palił się ze wstydu, gdy zszokowana recepcjonistka nie wiedziała czy ma się śmiać, czy płakać.
- Weźmiemy ten pokój.

...

Leszek mocował się chwilę z kluczykiem do drzwi, rysując zamek. Miał nadzieję, że po prostu mu było gorąco, a nie że rumieniec zagościł na jego policzkach, kiedy Olek oparł głową o jego ramię.
Pokój nie był niczym specjalnym, mały stolik, szafka na ubrania i, na szczęście, całkiem spore, drewniane łóżko. Światło księżyca przebijało się przez spłowiałe firanki jedynego okna w pomieszczeniu.
Zanim wprowadził chwiejącego się Olka do pokoju, zapalił światło. Zmrużył oczy, które po całej ich nocnej eskapadzie odzwyczaiły się od jasności. Przyklejeni do siebie jak papużki nierozłączki weszli do środka. Oboje byli dla siebie oparciem, chociaż Olek trochę gorszym, Leszkowi też nogi zaczęły się plątać.
Materac z głośnym skrzypnięciem ugiął się pod ich ciężarem. Siedzieli razem na brzegu łóżka, nie było między nimi nawet centymetra przestrzeni.
Leszek nagle poczuł, jak wszystkie jego mięśnie stały się okropnie ciężkie, a powieki same opadały i jakby nie mógł ich do końca otworzyć. Zmęczenie z całego dnia dotarło do niego dopiero teraz, w jednej potężnej fali.
Zanim zdążył do końca zarejestrować co się dzieje, Olek rozpinał guziki swojej koszuli. W zasadzie to próbował, bo niezgrabnie wyślizgiwały mu się z pomiędzy palców.
- Idź się do łazienki przebrać a nie tu, pajacu... - mruknął najbardziej obojętnym tonem, jakim potrafił, ale jego wzrok zawisł o sekundę za długo na nagim obojczyku Olka. Gdy się na tym przyłapał, zaklął cicho i szybko się odwrócił.
Rozluźnił krawat. Kiedy tu zrobiło się tak gorąco?
- W dupie to mam, daleko - zrzucił z siebie materiał i położył się w poprzek materaca. Leszkowi zaschło w gardle, gdy(całkiem przypadkowo) kątem oka widział jak Olek leniwie przeciąga się i ziewa.
Już otworzył usta, jakaś inteligentna riposta cisnęła mu się na język, ale nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku protestu.
- Ja się idę ubrać w piżamkę - po dłuższej chwili milczenia poderwał się jak oparzony z łóżka, odpowiedziało mu tylko ciche mruknięcie.
Zamknął za sobą drzwi z głośnym trzaskiem i od razu oparł się na umywalce. Spuścił głowę w cichym geście rezygnacji.
Boże.
Przemył twarz zimną wodą, próbując dojść do siebie, przetrzeźwieć. Z pokoju słyszał przytłumione skrzypienie materaca.
Pospiesznie przebrał się i wyszedł z łazienki, nie chciał spędzać więcej czasu sam ze sobą.
Olek leżał już normalnie, zostawił dla niego nawet trochę miejsca, ale dalej zajmował większość łóżka. Słodko chrapał.
Znaczy, chrapał. Po prostu.
Leszek cicho westchnął i wdrapał się pod kołdrę obok niego. Mógł przykryć się tylko częściowo, bo Olek zabrał większość dla siebie, a on zdecydowanie nie był w nastroju na kolejną szarpaninę.
Leżał na plecach, pusto wpatrując się w sufit, szukając w nim ukojenia. Mimo zmęczenia, był cały spięty. Gonitwa myśli nie pozwalała mu nawet zamknąć oczu, co dopiero zasnąć.
Więc leżał.
Minuty mijały, ale nic się nie zmieniało. Nie wiedział, czy zdążyły zmienić się w godziny, czas dla niego zastygł. Dalej był dziwnie spięty i pijany.
Nigdy tak nie miał, nie zdarzało mu się to. Kontrował siebie, swoje emocje, ale dzisiaj nie potrafił. Wydarzenia z wcześniej zdawały mu się zapętlać w głowie i nie mogł ich za nic z siebie wypędzić, a dokładniej jednego obrazu...
Zanim zdążył znowu się pojawić, jakby wyryty za jego powiekami, coś wyrwało go z zamyślenia.
Coś ciepłego leżało teraz na jego miękkim brzuchu i chwilę zajęło mu zrozumienie, co to naprawdę było.
Olek wtulał się teraz w niego, czuł jego płytki, ale ciepły, oddech na swojej szyi. Jego naga klatka piersiowa przylegała teraz do jego przedramienia. Oddech Leszka przyspieszył.
Miał już się poderwać, nazwać go pajacem, pijakiem i wygonić go, żeby spał na podłodze.
Ale jednak został.
Spod półprzymkniętych powiek patrzył na całą tę scenę i jakaś gula stanęła w mu w gardle na samą myśl, że chciał się odsunąć.
Naprawdę chciał.
Zamiast tego, jego ręka nieśmiało zaplotła się w jasnobrązowe włosy Olka, którego kąciki ust powędrowały subtelnie do góry. Teraz naprawdę wyglądał jak kot, który upił się za dużo śmietanki.
Czy on w ogóle spał?
Leszek już sam nie wiedział, kiedy ten wtulił się w niego mocniej, jeszcze bliżej. Czubek jego nosa delikatnie muskał jego wrażliwą skórę. Był tak blisko, że czuł każdy jego oddech. Pachniał tą samą wódką, którą pili wcześniej razem.
Dłoń Leszka sama wędrowała po jego miękkich włosach, głaskał je, na co odpowiedziało mu ciche mruknięcie, tym razem znacznie przychylniejsze i prawie... czułe?
Nie wiedział, co robi, jego ciało działało automatycznie, jakby całe życie czekało na ten jeden moment.
Obrócił się na lewy bok, ostrożnie i powoli, jak gdyby bał się, że spłoszy Olka, który wręcz przeciwnie, wykorzystał tę sytuację i objął go bliżej. Jego palce przesunęły się po plecach Leszka, wzdłuż jego kręgosłupa. Obcy, wcześniej mu nie znany dreszcz przeszedł go, aż poczuł go w kościach.
Wcześniejsze napięcie całkiem z niego uleciało - jego ramiona się rozluźniły, myśli, choć dalej niepewne i sprzeczne, wyciszyły się.
Miękkie dłonie Olka badały jego plecy, wsunęły się pod jego materiał płóciennej koszulki, zaznaczały na niej wzorki i okręgi.
Usta Leszka same znalazły drogę do czoła Olka, teraz rozluźnionego,w kontraście do ich codzienności, zostawiając na nich krótki, delikatny pocałunek.
Powinien odejść. Najlepiej od razu wybiec z tego pokoju i nigdy więcej o tym nie myśleć.
Ale wtedy Olek uśmiechnął się i przesunął ustami po jego szyi.
Chyba już zupełnie postradali zmysły.
Naprawdę miał nadzieję, że jutro nie będzie tego pamiętał.
Zostawił kolejny miękki pocałunek na czubku jego nosa, z czułością, jakiej sam po sobie się nie spodziewał. Potem na policzku i na jego powiece. Jego palce dalej błądziły we włosach Olka, dalej trochę niepewnie. Jego wolna dłoń znalazła się na talii młodszego mężczyzny, który zdawał się rozpływać w jego ramionach.
Powoli zasypiał, ciepło ciała Olka go usypiało. Chyba ze wzajemnością, bo on się rozluźniał, czuł jak jego ciało staje się coraz cięższe.
Zanim jednak zasnął, chciał zrobić coś jeszcze. Chciał to dużo powiedziane, bo już dawno przestał myśleć.
Jego usta zbliżyły się delikatnych ust Olka, oddychali tym samym powietrzem. Zostawił na nich, trochę dłuższy niż w innych miejscach, ale wciąż delikatny pocałunek.
Tym razem, kiedy zamknął oczy, gonitwa myśli całkiem ucichła. Wtulił twarz w jego włosy i zasnął.

Notes:

moze kiedys napisze co bylo rano ale idk

mialam takie, ze moze nie powinnam pisac tylko jak sa najebani, ale czy oni kiedykolwiek bylo trzezwi tbh