Work Text:
Kiedy trener chciał go zabić za pojawienie się na szkolnej dyskotece (przecież powinien odpoczywać przed zawodami), Sam nie miał wyjścia — musiał uciekać. Przeciskając się przez tłum, myślał tylko o dwóch rzeczach: jak wyjść z tego żywym oraz jak bardzo zabije brata za namówienie go na to.
Daj spokój, wszyscy tam będą. A twój trener w życiu się nie dowie.
Jasne. Miał się nigdy nie dowiedzieć, a jakimś cudem zauważył go już po kilkunastu minutach. I rozpoczął gonitwę, wyglądając jak wściekły rosomak.
Sam dopadł do bocznego wyjścia i zaklął, orientując się, że było ono zamknięte.
Rozejrzał się. W oddali dostrzegł Deana wraz z jego chłopakiem, Michałem, i wszystkimi albo prawie wszystkimi braćmi i kuzynami rzeczonego. Rzucił się naprędce w ich stronę. Bo skoro to przez nich się tutaj znalazł, to niech oni wyciągają go z tego bagna.
Niestety. Zanim tam dotarł, Dean z Michałem zniknęli na parkiecie, tak samo znajomi mu Lucyfer, Balthazar, Castiel czy Ambriel. Pozostałych nie znał, nie dzielił z nimi żadnych zajęć, część pewnie była na tę szkołę za stara lub za młoda, a część chodziła do innej. W końcu Shurleyowie dostawali, co chcieli i wchodzili, gdzie chcieli, więc nie widzieli problemu w zakazie wstępu dla kogoś spoza grona uczniów lub osób towarzyszących.
Widząc zbliżającego się trenera — do tej pory tłum, przez który musieli się obaj przecisnąć, był bardziej łaskawy dla Sama — podjął szybką decyzję. Trudno, że ich nie znał. Złapała jednego z braci albo kuzynów albo znajomych Shurleyów, tego, który stał najbliżej, i odwrócił w swoją stronę, od razu obejmując w pasie.
— O nic nie pytaj — powiedział szybko. — Po prostu tańcz. To kwestia życia i śmierci.
— Nie ma sprawy — odpowiedział jego przypadkowy partner, łapiąc go za szyję i przywierając do niego dość ciasno.
Sam podziękował niebiosom, że trafił mu się jeden z tych wyluzowanych Shurleyów. Michał zapewne by się odsunął, Castiel spłonął rumieńcem i zdecydowanie nie wyglądał tak naturalnie, a Rafał stał jak kłoda w miejscu. (Za to Balthazar pewnie już wpychałby mu język do gardła, więc w gruncie rzeczy dobrze, że już go tu nie było).
— Ale to bardzo słaby tekst na podryw, wiesz? — dodał mężczyzna, chichocząc.
— To nie był…
— Winchester! — W tej chwili dotarł do niech jego trener.
— Tak, trenerze? — zapytał tonem niewiniątka Sam, odwracając się w stronę nauczyciela. Jego partner z przypadku przywarł do jego boku, również patrząc na mężczyznę z wyczekiwaniem.
— Co ty tu…! Co ja ci…! Co to w ogóle ma być?! — wykrzyknął ten.
Bracia, kuzyni i przyjaciele Shurleyów zaczęli zbierać się wokół nich z założonymi rękami na piersiach. Sam kątem oka zauważył, że nawet Balthazar się znalazł i zbliżali się do nich Michał. Ta rodzina działała jak mafia, była na to dostatecznie duża, ale kroczący za swoim chłopakiem Dean również wyglądał na szczerze zaaferowanego.
— Ma pan coś do naszego brata? — powiedział Lucyfer, wyglądając na gotowego zabić za choćby jedno złe słowo o młodszym (bo Sam wiedział, że tylko Michał był starszy) bracie.
— Co? Nie! Winchester…
— O, czyli o jego chłopaku? — Tym razem głos zabrał Balthazar. — Czyżby był pan uprzedzony?
— To bardzo spory grzech — dodał Castiel, tonem typowym dla grzecznego syna pastora. Wbrew pozorom, ten potrafił sporo zdziałać. A trener na dodatek był wierzący i należał do zboru Chucka Shurleya.
— Ale ja nie o tym, Winchester nie zasłużył na…
— Czyli ma pan coś do mojego brata? — spytał Dean, który nawet bez Michała u swojego boku, wyglądałby groźnie. Z Shurleyem obok wyglądał na dodatek wpływowo.
— Ale… Ale oni nie są razem! — spróbował w tę stronę.
— Jak dla mnie wyglądają całkiem razem — stwierdziła jedna z… kuzynek. A reszta pokiwała głowami.
— Winchester nie jest gejem!
— Jego pierwszy pocałunek był z chłopakiem, jak dla mnie wystarczający powód, by uznać go za bi — stwierdził Dean, a Sam przewrócił oczami. I, ryzykując przy tym splamienie planu, przechylił głowę, przysunął nieznajomego Shurleya bliżej i pocałował go.
— Wystarczy? — spytał potem trenera, wciąż zachowując minę niewiniątka.
— Ale… A żeby cię szlag trafił — stwierdził w końcu trener, odwrócił się na pięcie i zaczął przeciskać przez tłum z powrotem.
Sam odetchnął z ulgą i spojrzał na ciągle otaczających ich Shurleyów.
— Dziękuję — powiedział, kiwając im głową. — To było imponujące.
— Spoko — stwierdził Balthazar, a reszta wzruszyła ramionami i zaczęła się rozchodzić. — Chciałbyś nas zobaczyć, gdy ktoś naprawdę jest homofobem.
— Krew się leje — zaśmiała się Anna, a potem pociągnęła brata za łokieć w sobie znaną stronę. Sam zorientował się, że został ze swoim tajemniczym partnerem praktycznie sam na sam.
I ciągle miał rękę na jego talii i trzymał go bardzo blisko siebie.
— Um, tobie też dziękuję, oczywiście — powiedział, odsuwając się w końcu. Mężczyzna u jego boku wydawał się tak naturalny, że Sam aż poczuł dreszcze zimna. — Uratowałeś mi życie.
— Czyli to nie był tekst na podryw — stwierdził prosto mężczyzna, sięgając do kieszeni i wyciągając… dwa lizaki. Jednego zaproponował Samowi, na co ten przystał, a drugiego szybko otwierając i wkładając do buzi. Potem powiedział, trochę sepleniąc przez rzeczony słodycz: — Gabriel Shurley.
— Sam Winchester — odpowiedział Sam. — I nie, nie był.
— O co w zasadzie chodziło?
— Trener chciał, żebym odpoczął przed jutrzejszymi zawodami i tutaj nie przychodził — wyjaśnił. — Jak ja ci się odwdzięczę?
Gabriel wzruszył ramionami, wyraźnie zasysając się bardziej na lizaku.
— Może… — Po raz kolejny tego wieczoru Sam uznał, że nie ma nic do stracenia. Znów położył rękę na talii Gabriela i przysunął go do siebie. — O nic nie pytaj, po prostu tańcz. To kwestia życia i śmierci.
Odpowiedział mu szczery śmiech, ale po chwili jego szyję znów objęły ręce Gabriela.
— Czy twój ojciec był złodziejem? — powiedział ten, a Sam musiał powstrzymać własne parsknięcie, by móc usłyszeć resztę podrywu. — Bo ukradł blask gwiazd i skrył go w twoich oczach.
— Łał, zdecydowanie wygrałeś — zaśmiał się Winchester, pochylając bardziej do niższego mężczyzny. — Ale jeśli mój ojciec był złodziejem, to uczył się od twojego. Nie widziałem piękniejszych oczu od twoich.
— O Boże, proszę, nie. — We wspomnianych oczach Gabriela pojawiły się łzy. — Kupiłeś mnie już na kwestii życia i śmierci, chociaż to wciąż słaby tekst.
— Czy w ramach rewanżu za uratowanie życia zaakceptujesz taniec, pocałunek i mój numer telefonu?
Gabriel pokiwał głową, a Sam wyjął mu z ust lizaka i pocałował mocno.
