Work Text:
Nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym, po co Gabrielowi pokój w bunkrze. Przecież aniołowie, zwłaszcza archaniołowie, nie potrzebowali snu, a jeśli nawet, to ten pewnie i tak spałby u Sammy’ego. Dean zdołał już pogodzić się z tym dziwnym i skomplikowanym związkiem swojego brata. Chociaż nie przyszło mu to łatwo — zaakceptował wybór Sama i nie wtrącał się w ich sprawy.
Jednak tym razem, ciekawość zwyciężyła. Przechodząc obok drzwi do „świątyni” Gabriela, zatrzymał się i rozejrzał dookoła, niepotrzebnie. Mieli dzisiaj dzień randki, więc został w bunkrze sam na sam z ciastem, biuściastymi Azjatkami i tajemniczymi pomieszczeniami. Modląc się o to, by „świątynia” nie okazała się zwykłym lochem BDSM — młodsze rodzeństwa powinno być prawnie zobligowane do orientacji aseksualnej, a jeśli już, to ograniczać się do pozycji misjonarskiej — sięgnął do klamki.
Nie tego się spodziewał.
Z sufitu na całe szczęście nie zwisały żadne uprzęże, a ze ścian łańcuchy, nie znajdowało się tutaj nawet łóżko.
Pomieszczenie było pracownią malarską. Nawet w ciemności Dean widział co najmniej trzy sztalugi, mnóstwo ustawionych pod ścianami i na regałach płócien, mnogość przyborów, farb i pędzli. I różnych rzeczy, których nie potrafił nazwać.
Gdy minął pierwszy szok i był już w stanie się ruszyć, pomacał ścianę w poszukiwaniu włącznika światła.
No, to teraz go zamurowało.
Nigdy w życiu nie interesował się sztuką (oczywiście poza sztuką pornografii), ale potrafił docenić piękno, a to co widział piękne było. Przynajmniej te kilka obrazów, które nie stały poukładane równiutko na regałach.
Przejechał palcem po równie pięknej ramie jednego z bardzo dzieł powieszonych na ścianie.
— Dean-o!
Odwrócił się na pięcie, czując jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku.
— Um… Gabriel? Co tu robisz?
— Sprawdzam, kto dotyka moich obrazów — odpowiedział archanioł, wyciągając z kieszeni lizaka i wkładając do buzi.
— Skąd wiedziałeś, że ktoś ich dotyka?
— W moim podpisie jest odpowiedni sigl. — Wzruszył ramionami. — Oczywiście aktywuje się tylko, jeśli obraz jest pod moją opieką. — Dean zmarszczył czoło, nie do końca rozumiejąc, co ten ma na myśli. — Przecież szlag by mnie trafił, gdyby dotyczył też tych w galeriach i potem kupionych.
— Sprzedajesz je? — zdziwił się Dean.
— Od wieków. Kiedy poganie stracili na ważności, przeszedłem na taką formę utrzymania — odpowiedział. — Zawsze było zapotrzebowanie na portrety, widokówki, inicjały i takie tam…
— Nie znam się na sztuce, ale to, co widzę, nie jest komercją. — Dean wycelował palec w jeden z obrazów.
— Podobają ci się? — Archanioł rozpromienił się szczerze.
— Jakim cudem nikt się nie zorientował? Wiesz, że od wieków ktoś tak maluje.
— Żyję wystarczająco długo, by co jakiś czas być w stanie nauczyć się malować inaczej i móc nie zostać nigdy rozpoznanym. Poza tym, wiesz, epoki, style malarskie… Nie wiesz. — Zaśmiał się cicho Gabriel. — To niezbyt ważne. Ale nie, nikt nie podejrzewał z dwóch z moich wielu alter ego za bycie tą samą osobą. Nie jestem też żadnym z wyjątkowo znanych nazwisk.
— Wyjątkowo znanych? Mógłbyś uściślić? — dopytał Dean, czując się nagle niekomfortowo. — Znajdę cię w muzeach?
— Nie chodzisz do muzeów.
— Odpowiedz.
— Tak. Ale w takich mniejszych — dodał. — W luwro-podobnych może ze trzydzieści.
— O Boże, oryginalna Mona była top-less — wypalił Dean, a jego oczy rozszerzyły się w szoku.
— Skąd wiesz? — zdziwił się Gabriel, ale widząc spojrzenie Deana, uniósł ręce w górę. — Nie byłem Leonardo! Nie, nie, nie! Ja go tylko znałem.
— Znałeś? — Dean nie ufał mu ani trochę.
— Tak. Jego. Sąsiada. Sąsiada chłopaka przyjaciółki matki kamerdynera… Znałem go, po prostu, tak.
— Kręcisz — westchnął Dean, nie wierząc, w to, co słyszał. Przecież Gabriel był doskonałym kłamcą. Archanioł spojrzał na niego w ciszy przez chwilę, aż w końcu wypalił:
— Pieprzyłem się z Leonardem. Regularnie.
— Och. A ta cała panika to z powodu…?
— Bo… jestem z twoim bratem i mogłeś się zdenerwować?
— Serio? — Dean uniósł brwi w górę. — Myślisz, że nie domyśliłem się, że pieprzyłeś się z wieloma ludźmi? Byłeś pogańskim bogiem.
— Słuszna uwaga.... Podobają ci się?
— Nie znam się na sztuce. — Dean od razu przyjął obronny ton.
— Na sztuce nie trzeba się znać.
— Podobają — przyznał.
— Cieszę się — odpowiedział szczerze Gabriel. — Sam jest moją największą inspiracją, Dean. Wiem, że nie podoba ci się nasz związek, ale to prawda. Kocham go i Lucyfer też go kocha, jesteśmy szczęśliwi.
— Oszczędź sobie zachodu. — Dean przewrócił oczami. — Odbyłem już tę rozmowę z pozostałymi dwiema trzecimi. Kilkukrotnie. I to nie moja sprawa, z kim sypia.
— To nie jest tylko seks, Dean.
— Jasne, nieważne, serio.
— Naprawdę! — Gabriel pociągnął go za rękę, a jeden z regałów, do… drugiej części pomieszczenia? Czy on zmodyfikował bunkier?! — Zobacz.
Postawił go przed jednym z najwidoczniej nowszych obrazów. Nieporównywalnym z pięknościami, które widział wcześniej. I zdecydowanie z rodzaju tych, nad którymi Dean w szkole mógłby kilka godzin wymyślać niestworzone rzeczy o tym, “co autor miał na myśli”.
Na środku było wypełnione krótkimi, mocnymi pociągnięciami jasno- i ciemnozłotej farby, które wydostawały się przez roztartą, brązową barierę. Dookoła tego było mnóstwo, równie szybkich i mocnych, krótkich pociągnięć o wiele cieńszego pędzla. W wielu różnych barwach. Te zaś wdzierały się przez brąz do środka. Na ramie napisane było „życie”.
— Nie rozumiem.
— Ciemne złoto to Lucyfer, jasne złoto to Sam, brązowy to ja, zielony to ty, niebieski to Castiel, biały to Ojciec, srebrny to Michał, żółty to Charlie, nawet Ro…
— Ok, rozumiem. — Powstrzymał go Dean, unosząc dłoń. — Chyba.
— Chcę być częścią twojego życia, Dean-o.
— Czy Sam nie powiedział ci, że nienawidzę ckliwych momentów?
— Coś wspominał. Pocieszy cię, jeśli powiem, że do złotych, brązu, zielonego, niebieskiego, białego i srebrnego domieszałem naszych sperm?
— Pojebało cię?! — Dean odskoczył od obrazu jak poparzony, przy okazji zrzucając materiał zasłaniający jedno z większych płócien. — Po co?!
— „Życie”, hello-o!
— …Pojebało — stwierdził, ale zaakceptował zaoferowaną rękę, by podnieść się z podłogi. — Czekaj. Skąd wziąłeś moją spermę?! Nie, nie chcę wiedzieć.
Odwrócił się na pięcie, by wyjść, ale wtedy zobaczył odsłonięty obraz.
Wrzasnął tak głośno, że pewnie słyszano go w sąsiednim stanie.
— CZEMU?!
— Za tydzień mamy rocznicę.
— Oni ci tak pozują?!
— Mam pamięć ejdetyczną… Fotograficzną.
— Ale… — Odetchnął głęboko, zamykając oczy i licząc do dziesięciu. — Wychodzę. Mnie tu nie było i nie widziałem tego.
Do tej pory Dean unikał sypialni Sama i udało mu się uniknąć widoków, które mogły uszkodzić mu wzrok. Ale los go nienawidził. Więc zobaczył to wszystko na płótnie.
