Chapter Text
- Ale na pewno sobie poradzicie? - dopytywała Roszpunka. Ona i Eugene stali przed bramą pałacu i żegnali się z dziećmi i przyjaciółmi, którzy zaoferowali swoją pomoc. Dwa tygodnie z Eugenem, pierwszy na wizycie dyplomatycznej a drugi w drodze były więcej niż kuszące i naprawdę chciała, żeby doszły do skutku. Ale nie mogła powstrzymać niepokoju na myśl, co będzie działo się pod ich nieobecność.
Nie, żeby zazwyczaj było spokojnie.
- Na luzie, Roszpunko - odparł Lance z pewnym siebie uśmiechem. Obok niego stała Meli, trzymająca w rękach flet.
- Mamo, spokojnie, przypilnuję ich - szepnęła jej na ucho, spoglądając kątem oka na swoje rodzeństwo, kompletnie nie przejęte wyjazdem rodziców - I Tess mi pomoże.
- Jasna sprawa - potwierdziła Tess, pojawiając się u boku siostry.
- Nie będziemy przeprowadzać niczego ryzykownego - obiecał Finn, kładąc dłoń na sercu.
- Zero wybuchów, zero niestabilnych mieszanin, zero ryzykownych ekspedycji i absolutnie żadnych eksperymentów na ludziach - dodała.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć, ale doceniam - mruknął Eugene, mierząc ich podejrzliwym wzrokiem – A eksperymentów na ludziach nie wolno wam przeprowadzać nigdy.
- No dobrze, dbajcie o siebie - poprosiła Roszpunka, przytulając każde ze swoich dzieci – Pilnujcie się nawzajem. I nie męczcie za bardzo wujka Lance’a ani Variana i...
- Nie martwcie się tym, zajmiemy się tą dwójką - zapewniła Kiera.
- Hej! Słyszałem to! - krzyknął oburzony Lance.
- Postaramy się, żeby zamek przetrwał do waszego powrotu - dodała Catalina z uspokajającym uśmiechem.
- Dzięki dziewczyny, czuję się znacznie spokojniejsza, kiedy wy tu będziecie - szepnęła Roszpunka, przytulając je mocno.
Zinnia pociągnęła ją delikatnie za suknię, a Roszpunka kucnęła przy swojej najmłodszej latorośli.
- To dla Ciebie - powiedziała jej córeczka - Listek na szczęście - i wręczyła jej mały, na pierwszy rut oka kompletnie zwyczajny liść.
- Jest śliczny, kochanie - odparła szczerze rozczulona Roszpunka. Wzięła prezent z taką ostrożnością, jakby był co najmniej królewskim artefaktem i delikatnie schowała go do kieszeni płaszcza. Objęła ośmiolatkę i szepnęła jej na ucho:
- Strasznie cię kocham, wiesz?
- Wiem - zachichotała, po czym spoważniała - Poprosiłam koniki, żeby bezpiecznie was dowiozły na miejsce.
- Jestem pewna, że tak będzie. Opiekuj się ogrodem pod naszą nieobecność - uśmiechnęła się Roszpunka, po czym pocałowała córeczkę w główkę i wstała. Spojrzała w stronę Eugene’a, który żegnał się z Rafe’em.
- Tato... - mruknął jedenastolatek.
- Tak?
- Ja będę trochę tęsknić, wiesz? - wymamrotał - Ale tylko troszkę! - dodał od razu.
Eugene kucnął obok synka i spojrzał na niego z uśmiechem.
- Ja też będę tęsknić, Młody. Ale wiesz co?
- Co? - zapytał chłopiec z zaciekawieniem.
- Wiem, że świetnie zaopiekujesz się swoimi siostrami - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu synka. Rafe dumnie wypiął pierś, słysząc pochwałę z ust ojca i przytaknął z zapałem. Eugene ciągnął dalej - Pomożesz Lance’owi i Varianowi, prawda?
- Jasne, że tak! - odparł Rafe, wciąż dumny jak paw.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
Chłopiec zarumienił się nieco i rzucił się tacie na szyję.
- Jak wrócicie, to zrobię wam powitalną tartę - wymamrotał mu jeszcze do ucha.
- Nie mogę się doczekać.
Roszpunka podeszła do nich i przytuliła Rafe’a, posyłając Eugene’owi radosne spojrzenie. W odpowiedzi jej mąż mrugnął do niej i wygiął usta w psotnym uśmiechu.
- Dobra, to jedźcie, odpoczywajcie i dyplomujcie! Wszystkim się zajmiemy, do zobaczenie! - Lance pojawił się za nimi, popchnął ich w stronę koni, włożył każdemu z nich lejce w dłoń i poklepał zwierzaki po chrapach.
- Jeszcze raz dzięki, stary. Bardzo nam pomagasz – Eugene uśmiechnął się szczerze do przyjaciela.
Lance tylko machnął ręką.
- To sama przyjemność, zajmować się moimi aniołeczkami! - przy ostatnim słowie odwrócił się do dzieci i uśmiechnął szeroko.
- Wujku Lance, mam piętnaście lat. Nie pięć! - jęknęła zirytowana Tess.
- Z bycia moim aniołeczkiem się nie wyrasta! - oznajmił radośnie wujek i porwał wszystkich do uścisku, łącznie ze swoimi dorosłymi już córkami - Moje dzieciaki!
Roszpunka i Eugene siedzieli już na koniach, uśmiechając się z rozczuleniem. Varian posłał im uspokajający uśmiech i szepnął bezgłośnie: “Mam wszystko pod kontrolą”. Spojrzeli na siebie i odetchnęli głęboko.
- No to w drogę! - zawołał Eugene, patrząc na Roszpunkę. Trudno im było ukryć ekscytację, ale dwa tygodnie bez dzieci, samotna podróż konna przez lasy i wizyta dyplomatyczna w innym królestwie zapowiadały się niezwykle ciekawie.
Zacmokali na konie i ruszyli, nie oglądając się już za siebie. Cała grupa zgromadzona na dziedzińcu patrzyła za nimi, aż zniknęli z pola widzenia. Stali tam jeszcze przez kilka sekund, aż ciszę przerwał radosny okrzyk Kiery:
- To, kto ma ochotę na trochę szaleństwa?
