Actions

Work Header

Protokół (Nie)Do Zastosowania, czyli wizyta dyplomatyczna i inne katastrofy

Summary:

Tydzień bez czwórki dzieci... Brzmi jak wakacje, prawda?
Technicznie rzecz biorąc - to mogłyby być wakacje.
Ale kiedy to Roszpunka i Eugene są tymi „wczasowiczami", sprawy mają dziwną tendencję do komplikowania się.
Zwłaszcza jeśli celem podróży jest wizyta dyplomatyczna w Razonii.

Na szczęście, najważniejsze jest towarzystwo...
A na to akurat nie mogą narzekać.

Dodajmy jednak do tego królestwo sztywniejsze niż gorset sukni wieczorowej, monarchów, którzy nie wiedzą, co zrobić z własnymi uczuciami, dzieci znające etykietę lepiej niż własne imiona i osobę, której boją się nawet strażnicy...

Zwyczajna wizyta dyplomatyczna?
Nie tym razem.

Notes:

Zaczęłam pisanie tego około rok temu, od tamtej pory wracałam do tego tekstu kilka razy... I za każdym razem ostatecznie nie dociągałam go do końca. Ale i tak coś w końcu przyciągało mnie do niego z powrotem.
Pomysł początkowy był prosty: Roszpunka i Eugene w obcym królestwie rozwalają system, po drodze zaprzyjaźniają się z kim się da... I spędzają czas razem. DUUUUŻO czasu razem.
I... cóż ja mam powiedzieć? Rozrosło się trochę. Chcę skończyć, a czy się uda... Wyjdzie w praniu ;)
PS. Mogą być skoki w stylach, bo jako, że chciałam się po prostu zrelaksować przy pisaniu fanfika, nie zamierzam przepisywać starych fragmentów. A zresztą... Podobają mi się, chyba jestem nostalgiczna.

Chapter 1: Pożegnanie (przydługie, bo jak rodzice wyjeżdżają, to wtedy dopiero się zaczyna)

Chapter Text

- Ale na pewno sobie poradzicie? - dopytywała Roszpunka. Ona i Eugene stali przed bramą pałacu i żegnali się z dziećmi i przyjaciółmi, którzy zaoferowali swoją pomoc. Dwa tygodnie z Eugenem, pierwszy na wizycie dyplomatycznej a drugi w drodze były więcej niż kuszące i naprawdę chciała, żeby doszły do skutku. Ale nie mogła powstrzymać niepokoju na myśl, co będzie działo się pod ich nieobecność.

Nie, żeby zazwyczaj było spokojnie.

- Na luzie, Roszpunko - odparł Lance z pewnym siebie uśmiechem. Obok niego stała Meli, trzymająca w rękach flet.

- Mamo, spokojnie, przypilnuję ich - szepnęła jej na ucho, spoglądając kątem oka na swoje rodzeństwo, kompletnie nie przejęte wyjazdem rodziców - I Tess mi pomoże.

- Jasna sprawa - potwierdziła Tess, pojawiając się u boku siostry.

- Nie będziemy przeprowadzać niczego ryzykownego - obiecał Finn, kładąc dłoń na sercu.

- Zero wybuchów, zero niestabilnych mieszanin, zero ryzykownych ekspedycji i absolutnie żadnych eksperymentów na ludziach - dodała.

- Jakoś trudno mi w to uwierzyć, ale doceniam - mruknął Eugene, mierząc ich podejrzliwym wzrokiem – A eksperymentów na ludziach nie wolno wam przeprowadzać nigdy.

- No dobrze, dbajcie o siebie - poprosiła Roszpunka, przytulając każde ze swoich dzieci – Pilnujcie się nawzajem. I nie męczcie za bardzo wujka Lance’a ani Variana i...

- Nie martwcie się tym, zajmiemy się tą dwójką - zapewniła Kiera.

- Hej! Słyszałem to! - krzyknął oburzony Lance.

- Postaramy się, żeby zamek przetrwał do waszego powrotu - dodała Catalina z uspokajającym uśmiechem.

- Dzięki dziewczyny, czuję się znacznie spokojniejsza, kiedy wy tu będziecie - szepnęła Roszpunka, przytulając je mocno.

Zinnia pociągnęła ją delikatnie za suknię, a Roszpunka kucnęła przy swojej najmłodszej latorośli.

- To dla Ciebie - powiedziała jej córeczka - Listek na szczęście - i wręczyła jej mały, na pierwszy rut oka kompletnie zwyczajny liść.

- Jest śliczny, kochanie - odparła szczerze rozczulona Roszpunka. Wzięła prezent z taką ostrożnością, jakby był co najmniej królewskim artefaktem i delikatnie schowała go do kieszeni płaszcza. Objęła ośmiolatkę i szepnęła jej na ucho:

- Strasznie cię kocham, wiesz?

- Wiem - zachichotała, po czym spoważniała - Poprosiłam koniki, żeby bezpiecznie was dowiozły na miejsce.

- Jestem pewna, że tak będzie. Opiekuj się ogrodem pod naszą nieobecność - uśmiechnęła się Roszpunka, po czym pocałowała córeczkę w główkę i wstała. Spojrzała w stronę Eugene’a, który żegnał się z Rafe’em.

- Tato... - mruknął jedenastolatek.

- Tak?

- Ja będę trochę tęsknić, wiesz? - wymamrotał - Ale tylko troszkę! - dodał od razu.

Eugene kucnął obok synka i spojrzał na niego z uśmiechem.

- Ja też będę tęsknić, Młody. Ale wiesz co?

- Co? - zapytał chłopiec z zaciekawieniem.

- Wiem, że świetnie zaopiekujesz się swoimi siostrami - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu synka. Rafe dumnie wypiął pierś, słysząc pochwałę z ust ojca i przytaknął z zapałem. Eugene ciągnął dalej - Pomożesz Lance’owi i Varianowi, prawda?

- Jasne, że tak! - odparł Rafe, wciąż dumny jak paw.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Chłopiec zarumienił się nieco i rzucił się tacie na szyję.

- Jak wrócicie, to zrobię wam powitalną tartę - wymamrotał mu jeszcze do ucha.

- Nie mogę się doczekać.

Roszpunka podeszła do nich i przytuliła Rafe’a, posyłając Eugene’owi radosne spojrzenie. W odpowiedzi jej mąż mrugnął do niej i wygiął usta w psotnym uśmiechu.

- Dobra, to jedźcie, odpoczywajcie i dyplomujcie! Wszystkim się zajmiemy, do zobaczenie! - Lance pojawił się za nimi, popchnął ich w stronę koni, włożył każdemu z nich lejce w dłoń i poklepał zwierzaki po chrapach.

- Jeszcze raz dzięki, stary. Bardzo nam pomagasz – Eugene uśmiechnął się szczerze do przyjaciela.

Lance tylko machnął ręką.

- To sama przyjemność, zajmować się moimi aniołeczkami! - przy ostatnim słowie odwrócił się do dzieci i uśmiechnął szeroko.

- Wujku Lance, mam piętnaście lat. Nie pięć! - jęknęła zirytowana Tess.

- Z bycia moim aniołeczkiem się nie wyrasta! - oznajmił radośnie wujek i porwał wszystkich do uścisku, łącznie ze swoimi dorosłymi już córkami - Moje dzieciaki!

Roszpunka i Eugene siedzieli już na koniach, uśmiechając się z rozczuleniem. Varian posłał im uspokajający uśmiech i szepnął bezgłośnie: “Mam wszystko pod kontrolą”. Spojrzeli na siebie i odetchnęli głęboko.

- No to w drogę! - zawołał Eugene, patrząc na Roszpunkę. Trudno im było ukryć ekscytację, ale dwa tygodnie bez dzieci, samotna podróż konna przez lasy i wizyta dyplomatyczna w innym królestwie zapowiadały się niezwykle ciekawie.

Zacmokali na konie i ruszyli, nie oglądając się już za siebie. Cała grupa zgromadzona na dziedzińcu patrzyła za nimi, aż zniknęli z pola widzenia. Stali tam jeszcze przez kilka sekund, aż ciszę przerwał radosny okrzyk Kiery:

- To, kto ma ochotę na trochę szaleństwa?