Work Text:
Myśląc o tym wcześniej, przewidywał wiele opcji. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać, w końcu istniał tylko jeden rezydent Klatki. A to przecież nie tak, że mógł zapytać Lucyfera, jak było w jego więzieniu. (Chociaż pewnie nawet by odpowiedział).
Niezręczna rozmowa z Deanem i ostrożne dobrane pytania do Castiela również nie naprowadziły go na to, czym Klatka naprawdę była.
A była ciemnością. Kompletną pustką, brakiem, nieistnieniem. Choć istniał, to niekompletnie. Nie odbierał bodźców i możliwe, że nie myślał, chociaż teoretycznie miał jakąś świadomość, ale i niej nie był pewien.
Wtedy objęło go światło i ciepło, i bezpieczeństwo.
Oddzieliłem Twoją duszę od ciała. — Nie usłyszał tych słów, bardziej poczuł ich przekaz, ale było to wystarczające.
Dlaczego? — spytał i nie potrzebował na to więcej niż jednej próby, co pewnie napełniłoby go dumą, gdyby istniało coś poza pustką.
Ludzki mózg nie jest w stanie przetworzyć tego, co dzieje się w Klatce
Więc… jestem duszą? — upewnił się.
Tak.
I dlatego nic nie istnieje?
Odpowiedział mu śmiech, rozumiał, że to śmiech, choć przecież nic nie istniało, więc i śmiech nie istniał.
My istniejemy — zapewnił go Lucyfer. — Pustka jest moją karą.
Trochę traci sens, skoro już nie jesteś sam… — stwierdził po zastanowieniu.
Trochę. Chociaż Michał nie jest zbyt towarzyski, a ciebie pewnie niedługo wyciągnie stąd brat.
Zabroniłem mu.
Poczuł więcej śmiechu, a potem ciszę, pulsujące ciepło i kojące światło, odczucia (nie-odczucia?) tak dziwne, a tak znajome.
Lucyfer? — zapytał po dłużej chwili, choć bez czasu trudno stwierdzić, czy może nie była to sekunda.
Tak, Sam?
Dlaczego jesteś światłem, a Michał nie?
Sam sobie odpowiedziałeś: jestem światłem, a Michał nie.
Nie zgrywaj się — prychnął i przewrócił by oczami, gdyby miał ciało. — Odpowiedz.
Ja jestem światłem, Sam. Ojciec oddał mi część siebie, to ja rozświetliłem ten świat po stworzeniu i jeśli ja zniknę, zniknie blask. Tylko dlatego jeszcze żyję.
