Chapter Text
Perspektywa Adriana
Głośny, metaliczny dzwonek telefon rozciął ciszę poranka, uderzając w mojach bębenki niczym granat hukowy. Jęknąłem ciężko, po omacku wyciągając rękę spod kołdry. Zmrużyłem oczy, gdy jaskrawy ekran komórki świetlik mój pokój.
- Szósta rano. Serio? - powiedziem sam do siebie. Zwlekłem się z łodzi, czując w kościach resztki wczorajszego, morderczego treningu, który zgotował mi tata Bucky.
Przeciągnąłem się szeroko, a wokół moich palców bezwiednie zatańczyło kilka błękitnych iskier. Szybko zaciśnem pięści, gasząc energię, zanim znowu przypaliłbyt kościel. Podszedłem do szafy, zgarnąłem z wieszaką czarną koszulkę, ciemne jeansy i skórze kurtkę. Ruszyłem prosto do łazienek. Zimny prysznic na szczęściu postawił mnie na nogi, the gdy kwadrans później naciągałem buty, czułem, że jestem w stanie przeżyć ten dzień.
Wchodzęc do kuchni, od razu poczułem zapach świeżej kawy i naleśników. Przy wyspie kuchennej siedzieli już moi ojcowie. Steve, idealnie wyprostowany, przegląd coś na stolecie, podczas gdy Bucky, oparty o blat, metodycznie polerowył swoją metalową rękę ściereczną.
- No proszę, piąca królewna raczyła wstać - mruknął Bucky, unosząc kącik ust. Jego cybernetyczne ramy cicho zabzyczało, gdy schował ściereczkę do kieszeni.
- Nawet mi nie mów o spaniu - fuknąłem, siadając przy stule i nakładając sobie solidną porcję śniadania. - Kto wymyślił budzik o szóstej?
Steve odłożył tablet i spojrzał na mnie z tym swoim poważnym, kapitańskim wyrazem twarzy, który rzadko zwiastował cokolwiek zwyczajnego. - My go ustawiliśmy, synu. Masz dzisiaj ważny dzień. Prawdę mowiąc, najważniejszy od lat.
Zamarłem z widelcem w pół drogi do ust. Spojrzałem na jedno, potem na drugie. - O co chodzi? Coś się staje? Znowu jakieś anomalie w mieściu?
- Przeciwnie. Chodzi o dwieję przyszłość - odezwał się Bucky, tym razem całkowicie powożnie. - Listy zostały zatwierdzone. Prześleś weryfikację bojową i psychologiczną. Dostałeś się do liceum TARCZY, Adrian. I tak się składa, że twoj pierwszy semestr zaczyna się zakład dzisiaj.
O mało nie zadławiłem się naleśnikami. Liceum TARCZY. Ściśle tajna placówka dla najzdolnijszych kadetów i dzieci superbohaterów. Głębokie, że ojcowie starali się o moje przemienie, ale nie spodziewałem się, że rządzie na głęboką wodę z dnia na dzień! - Dzisiej? - wykrztusił. - Przecież nawet nie spakowym!
- Twoje rzeczy już są w bagażniku - uśmiechnąłem się lekko Steve, wstając od stołu i klepiąc mnie po ramieniu. - Jedz szybko. Wojsko nie znosi spóźnienie, dyrektor Fury tym bardziej.
Pół godziny później nasz czarny, opancerzony SUV zatrzymał się przed potężną, stalową bramą, która wyglądała bardziej jak wjazd do bazy wojskowej niż do jakiejkolwiek szkoły. Nad kompleksem nowoczesnych budynków górowany wieże strażnicze i lądowiska dla quinjetów. Westchnąłem ciężko, łapiąc za klamką i odwróciłem się do ojców.
- Dzięki za podwozkę.
- Pamiętaj, kontroluj emocje - przypomniał mi Steve, patrzac na mnie z dumą i lekką troską. - Twoje moce są bardzo silne, ale tam będą ludzie, którzy potrafią szukaj słabych punktów.
- i nie daj sobie wejść na głowę żadnemu dzieciakowi z bogatego domu - dodał Bucky, mrugając do mnie okiem. - Zwłaszcza Starkom, jeśli jakiś spotkasz.
Parsknąłem śmiechem, uścisnąłem dnie rodziców i wysiadłem, zatrzaskując za sobą drzwi. Gdy samochód odjechał, zostałem sam przed gigantycznym kompleksem. Poprawiłem kołnierz skórze kurtki, przerzuciłem torbę przez ramię i ruszyłem przed siebiem. Postanowiłem zrobić król obchód po dziedzińcu i rozejrzyć się po tym gigantycznym obiekcie. Przestrzeń była ogromna. Kadeci w ciemnych mundurkach biegali w formacjach, a gdzieniegdzie w powietrzu unosiły się drony treningowe. Nagle zza rogu głównego budynku wybornej wysokiej, niesamowicie pewna siebie blondynka. Miała królewskie, ostro ścięte włosy, przenikliwe spojrzenie i biła od niej aura dziewczyny, z którą lepiej nie zadzierać.
- Hej! Też jesteś tu nowy i kompletnie nie wiesz, gdzie jest sektor mieszkalny? - zapytała bez ogródek, zatrzymując się tużem przednim. Miała twardy, lekko wyczuwalny różyjski akcent.
- Cześć. Dopiero wszedlem, więc tak, jestem zgubiony - odsłuch, taktownie mierząc są wzrokiem.
Dziewczyna wyciągnęła do dnie. - Vanessa Romanoff. Moja matka stwierdziła, że rygor TARCZY dobre mi zrobi, chociaż mam już dziewiętnaście lat i wolabym spiedzić ten rok gdziekolwiek indziej. Zwłaszcza, że dziewczyny w tych mundurkach wyglądądają tragicznie.
Uniosłem brwi, podając jej rękę. Nazwisko Romanoff mowiło samo za siebie. Czyli adoptowana córka samej Czarnej Wdowy. - Adrian Rogers-Barnes. i zgadzam się, wojskowa moda rzadko zachwyca.
Vanessa uśmiechnęła się drapieżnie. W tym samym momencie wokół jej palców błysnęła czerwono-pomarańczowa energia. Zanim zdążyłem zareagować, przed moimi oczami pojawiła się idealna, trójwymiarowa iluzja miniaturowego smoka, który zaryczał bezgłośnie i rozpływał się w powietrzu.
- Nieźle - mruknąłem, pod wrażeniem jej iluzji. - Ja potrafię do.
W ułamku sekundy teleportowałem się o dwa metry w tyle, zostawiając za sobą jedynie błękitny powidok energii, po czym natychmiast wróciłem na miejsce, generając z błoni małej, twardą jak wibranium błękitną barierę.
Vanessa gwizdnęła z uznaniem. - Portalowy chłopak. Podoba mi się. Wygłada na to, Adi, że właśnie zostaliśmy jedynymi normalnymi ludźmi w tym cyrku. Chcesz ze mną zwiedzić?
- Jasne, Nessa. Prowadź - uśmiechnąłem się, czując, że z taką sojuszniczą ten rok w tym liceum moje nie być aż tak potworny, jak myśle.
Perspektywa Jonathana
Poprawiłem okulary, które nosiłem na nosie i po raz kolejowy zerknąłem na cyfrowy interferjs mój zegarka, ignoruj paplaninę Petera. Stałem na parkingu przed tą gigantyczną, betonowo-stalową fortecą, którą TARCZA dumnie nazwa liceum. Mama właśnie prawiała kołnierz marynarki Harleya, prawość mu kazanie o odgłosach, tata opieral się o maskę samochodu, rzucając nam to swoje charakterystyczne, lekko rozbawione spojrzenie.
- Nie, chłopaki - odezwał się tata, rozkładając ramiona. - Spróbujcie nie roznieście tej szkoły w pierwszymie tym. Fury dostanie zawału, jeśli coś zdemolujecie.
Uścisnęliśmy rodziców. Choć moje już dziewiętnaście lat i technicznie byłem o roku starszy od wielu kadetów zaczynowych tutaj naukę, do w obecności taty i tak zawsze czułem się jak dzieci zafascynowanych technologii.
- Spokojnie, tato. Będę ich pilnował - rzuciłem, chociaż doskonale wiedziałek, że okiełznanie moich braci graniczy z cudem. Gdy opancerzony samochód rodziców odjechał, odwróciliśmy się w stronę wejścia. Peter, jak to on, poprawił plecak i od razu zaczął gestykulować jak szalony.
- Słyszeliście, że w tym roku maju tu symulatory walki w warunkach zerowej grawitacji? - trajkotał Peter, niemal podskakuj z dostępnością. - Podobno TARCZA SPROWADZENIE TECHNOLOGIA PROSTO Z Wakandy!
- Peter, błagam cia, zamknij się choć na minutę - jęknął Harley, chowając dnie w kieszeniach marynarki. - Jest siódma rano. Moje obroty jeszcze nie zaczęty przetwarzanie informacji. Jonathan, ty masz mapę tego labiryntu?
- Mam plan budynek wgrany w pamięci podręcznej - odsłuch, idąc przydem i dumnie prostując sylwetkę. Moje 185 centymetrów wzrostu zbalało mi patrzeć na braci z górami, co zawsze dawało mi małą satysfakcję. - Najpierw musimy skierować się w stronie sekutariatu, żeby odebrać klucze do naszych pokojów w internacie.
Rozmawiając i analizując architekturę korytarzy, weszliśmy do ogromnego, przeszklonego holu głównego. Przegląd w głowie specjalności techniczne moja zbroi, zastanawiając się, czy nie podkręcić repulsorów, i zupełnie przestałem patrzeć przed siebiem. I do była błądu. Nagle mój lewy bark uderzył w coś twardego. Siła uderzenia była na tyle dużej, że aż cofniąłem się o krok, omal nie gubiąc okularów.
- Hej! Patrz jak łazisz, mądralo - rzucił ostry, chłodny głos.
Zirytowany poprawiły surowce i spojrzałem na sprawcę całego zamieszania. Przede mną stal chłopak w czarnej, skórze kurtce. Zmierzyłem go wzrokiem w ułamku sekundy. Wyglądał na typowego, bezczelnego buntownika, który myśli, że zjadał wszystkie rozumy. Był wysoki. Oceniłem go na jakoś 186 centymetrów, czyli ten jeden nieszczęsny centymetr wyższy ode mnie. Obok niego stała równie pewna siebie blondynka o lodowatym spojrzenia.
- Ja mam patrzeć? - prychnąłem, krzyżując ramiona na piersi i natychmiast uruchamiając swój najbardziej sarkastyczny ton. - Do ty stoisz na samym środku ciagu komunikacyjnego jak uszkodzony android. Korytarz ma sześć metrów szerokości, ale rozumiem, że koordynacja ruchowa nie jest twoją mocną stroną.
Oczy chłopaka niebezpiecznie zwęziły się. Wokół jego zaciśniętych pięści na ułamek sekundy mignęły błękitne, energetyczne iskry. Poczułem, jak systemy w moim zegarku natychmiast piknęły, wykrywając nagły skok energii.
- Powtórz to, Stark - warknął, robiąc krok w mojej stronie. Skąd, czy cholery, znał moje nazwisko? Ach, pewnie z racji taty. Ale jego ton sprawił, że krew we mnie zawrzała.
- Jonathan, daj spokój, to był przypadek! - Peter błyskawicznie wcisnął się między nas, unosząc ręce w obronnym geściu i machając nimi nerwowo. - Cześć! Przepraszamy, mój brat po prostu nie pije kawy rano i traci kontakt z rzeczywistością, nic się nie stoi, prawda? Jesteśmy tu nowi, wszyscy się spieszymy...
- Zamknij się, Peter - rzuciłem przem ramię, nie spuszczając wzroku z tego błękitnego aroganta. - Ten aspekt wyraźnie szuka kłopotów.
Nieznajomy zmierzył mnie wzrokiem pełnym czystej nienawiści, a stojąca obok długie tylko uśmiechnęła się drwiąco, jakby cała ta sytuacja niesamowicie jasne.
- Jonathan, idziemy. Szkoda czas na typie z problemami z agresją - odezwał się Harley. Zanim zdążyłem odsłuchu cokolwiek inteligentnego, Harley złapal mnie mocno za prawe ramię, a Peter chwycił za drugie. Obaj, mimo moich protestów, zaczęli syłą odciągać mnie w stronę bocznego korytarza prowadzacego do sekretariatu.
- Puśćcie mnie! Mogłem mu udowodnić za pomocą czystej fizyki, że to on zabłokowy wejście! - rzucałem się, oglądając się za siebie. Wysoki chłopak w skórze kurtce stał tam, gdzie wcześni, odprowadzając mnie tym swoim lodowatym, błękitnym spojrzeniem. Wkroczyłem do sekretariatu wciąż podminowany po tym idiotycznym incydencie na korytarzu. Moje rodzinne uważało, że uratowało mnie przed bójką, ale ja byłem po prostu wściekły, że ten bezczelny arogant w skórze kurtce nadszarpną moją dumę. Pani w sekretariacie była ewidentnie zmęczoną życiem agentką TARCZY, która wolaby pewnie przesłuchiwać szpiegów niż użerać się z nastolatkami. Bez słowa rzuciła na blat trzy wielkie karty.
- Sektor dla chłopców. Pokoje 302, 303 i 304 - bąknęła, nawet na nas nie patrzac. - Regulamin ciszy nocnej wisi na tablicy. Złamiecie go, Osobistym zgłoszem było do dyrektora Fury'ego.
- Dziękujemy, miłego dnia! - zawołał Peter ze swoim firmowym, przesiednie radosnym uśmiechem, zgarniając swoją kartę. Ruszyliśmy w stronie skrzydła mieszkalnego, echo nasich kroków niosło się po sterylnie czystych, metalowych korytarzach międzynarodowych.
- Nie i widzisz? Nie ma tego złotego - odezwał się Harley, obracając kartę w palcach. - Przynajmniej dostaliśmy pokój obok siebie. Jak Peter znowo zacznie lunatykować i gadać do pająków, będę mógł po prostu zamknąć drzwi na potrójnym rygiel.
- Hej! Do siebie zdarzyło tylko raz i na przez toksyny Mysterio! - oburzył się Peter, niemal potykając się o własne nogi. - Poza tym, Jonathan, wyluzuj już. Ten koleś z korytarza pewnie dostał pokój z dala od ciebia. Na pewno więcej na niego nie wpadniesz.
- Oby - mruknąłem, poprawiącą torbę na ramieniu. - Moje systemy nerwowe mają ograniczoną tolerancją na ludzi, których iloraz inteligencji jest niższy niż temperatura pokojowa.
Zatrzymaliśmy się przed rzędem identyfikacyjnym, szarych drzwi. Peter pomachał mi swoją kartą i zniknąłem za drzwiami z numerem 302. Harley rzucił mi krótkie „do później" i wszedł do 303. Ja zostałem sam przed numerem 304. Odetchnąłem głęboko, przykład kartę do czytniki. Urządzenie piknęło cicho, zielona dioda błysnęła, a pneumatyczne drzwi rozsunęły się z lekkim sykiem.
Wszedłem do środki, spodziewając się po pokoju, ale natychmiast zamarłem.
Wokół drugi różka panował absolutny chaos. Ubrań było tyle, jakby eksplodowała tam fabryka odzieżowa, a na środku dywanu siedział chłopak o niesamowicie potarganych, blond włosach. Miałem na sobie luźną bluzę i właśnie próbowył żonglować trzema puszkami napoju energetycznego. Tyle że robił to z tak absurdalna, nieludzką prędkością, że puszki wyborne w powietrzu jak jedna, rozmazana, metalowa smuga. Na dźwięku otworanych drzwi chłopak nagle zniknął. Dosłownie. W ułamku sekundy powietrze wokół mnie zawirowało, sekundę później blondyn stał już tuż przede mną, trzymając w dnie idealnym ułożyku stosik puszek i szczerzec się w szerokim uśmiechu.
- O, siema! Nowy współlokator! - rzucił niezwykle szybko, niemal wyrzucając z siebie słowa jak z karabinu maszynowego. - Już myślałem, że przydzieli mi jakiś sztywnego kadeta, który będzie kazał mi kościeć łąko w kostce. Jestem Tommy. Tommy Maximoff.
Zmierzyłem go wzrokiem, parametryzacja podświadomości analizując. Na oko osiemnaście lat, jakieś 183 centymetry wzrostu. Nieco niższy ode mnie, ale ta hiperaktywność była wręcz uderzająca. Nazwisko Maximoff od razu zapaliło w mojej głowicy czerwonej lampkę. Syn Wandy Maximoff i Visiona. Szybki jak błyskawica.
- Jonathan. Jonathan Stark - odpowiedziałem, wyciągając rękę i czując, jak spływa ze mnie resztka złość po porannej kłótni. Kontrast między tym przyjaznym chłopakiem a ponurym gburem w skórze kurtce był wręcz zbawieniem.
- Stark? Ten Stark!? - oczy Tommy'ego zabłysły z eksportu, a on sam uścisnąłem moją dłoń z taką energią, że aż zatrzęsły mię okulary. - Stary, twoj ojciec do legendy! Słyszałem, że pomogłeś mu projektowość nowe systemy zasilania zbroi. Mój brat bliźniak, Billy, pewnie oszaleje z zazdrościami, jak mu powiem, z kim mieszkam.
Parsknąłem śmiechem, rzucając swoją torbę na wolne łąko. Dziesięć chłopak był jak żywe srebro, ale jego otwartość i kompletny brak zadęcia niesamowicie mi zaimponowyły. - Tak, do dziesięciu Stark. i chętnie opowiem ci o projekcie zbroi, pod warunkiem, że nie będziesz biegał po pokoju z prędkością dźwięku, kiedy będę próbowył spać - zażartowałem, siadając na materacu.
- Spoko - Tommy zaśmiał się, w ułamku sekundy teleportuj... no dobra, po prostu biegnąc tak szybko, że mrugnąłem, a on już siedział na swoim różku, rzucając mi jedną z puszek energetyka. - Masz, na dobry pocztek semestru. Czuję, stary, że to będą najlepsze lata w tej budzie.
Złapałem puszkę w locie i uśmiechnąłem się szeroko. Wyglądało na to, że mimo fatalnego początku dnia, w akademiku poznałem właśnie genialnego znajomego.
Perspektywa Adriana
Po krótkach, ale całkiem udanym obchodzie po dziedzińcu, skierowaliśmy się z Vanessą do sekretariatu. Odebraliśmy nasze magnetyczne karty od potwornie znudzonej agentki i ruszyliśmy w stronie akademików. Szybko zorientowałem się, że ten liceum stawia na twarde zasady. Budynka mieszkalnego byłu podzielonego na dwa wyraźnie oddzielone sektory. Pierwszy, po lewej stronie holu, zależała do chłopakowa. Drugi, zabezpieczny osobnym czytnikiem linii papilarnych, był strefą dla dziewcząt.
- Nie dla powodzenia w męskiej jaskini, Adi - rzuciła Vanessa, zatrzymując się na rozwidleniu korytarzy. Poprawiła pasek swoistej torby i uśmiechnęła się z ukosa. - Jakby któryś z tych testosteronowych geniuszy za bardzo ci podpadł, daj znać. Zrobię mu taką iluzję w pokoju, że ze strachu nie wyjdzie spod różka do końca semestru.
- Zapamiętam do, Nessa. Dzięki - zaśmiałem się, salutując jej lekko na pożarciu. Odprowadziłem wzrokiem, po czymie odróciłem się i ruszyłem w głąbie korytarza sektor męskiego. Mój pokój biały numer 305. Przyłożyłem kartę do elektronicznego zamka, zamek kliknął, pneumatyczne drzwi rozsunę się z cichym sykiem.
Wszedlem do środka i od razu poczułem specyfikacyjną atmosferę. Pokój był czysty i dobry doświetlony, ale moja uwagę natychmiast przykuł chłopak siedzący po turecku na łożku pod oknem. Był drognej budowy biała, mial około 175 centymetrów wzrostu i ciemne, lekko kręcone włosy. Wokół jego długoni zatańczyły właśnie pasma jaskrawej, głębokiej, niebieskiej energii, za pomocą króla unosiła w powietrzu kilka grubych książek, lewitujących wokół niego niczym małe satelity. Na dźwięku otworanych drzwi chłopak drgnął, a niebieska magia natychmiast zgasła. Książęcy z złośnym klapnięciem opasły na materac.
- Och, cześć! Przepraszam, nie chciałem cieśc wystraszyć - odezwał się z lekkim uśmiechem, szybko zbierając podręczniki. Biła od niego zupełnie inna aura niż od tych wszystkich napompanych kadetów, których widziałek na dziedzińcu. Wyglądał na spokojnym, ułożonego i niezwykle bystrego faceta. - Jestem Billy. Billy Maximoff.
Nazwisko Maximoff momentalnie zarejestrowało się w mojej głowie. Choć kolor energii się różnił, do stylu rzucania zaklęcia niepostawnego złudzenia. - Adrian Rogers-Barnes - odpowiedziałem, rzucając swoją torbę na drugie, wolne łąko i wyciągając do niego dłoń. Skupiłem wzrok na jego palcach, gdzie wciąż tliły się niebieskie iskierki. - I bez obaw, cieżko mnie wystraszyć. Widzę, że u ciebie też dominuje niebieski. Sam potrafię zrobić niezły bałagan z błękitną energią, więc lewitujece książęce do dla mnie miłej odmiana.
Billy uścisnął moją dłoń. Jego uścisk był pewny, choć delikatny. Gdy tylko usłyszał moje nazwisko, uniósł lekko brwi, a w jego oczach błysnęło zrozumienie. - Rogers-Barnes? W takim razie obaj mamy dość... specjalności dziedziczne rodzinne - zauwał z lekkim rozbawieniem, siadając wyższej na łążku. - Moja mama do Wandy, pewnie kojarzysz. Mam zakład taki same moce jak ona, różnię się od niej tylko tym niebieskim kolorem magii. Mam też brata bliźniaka, Tommy'ego. Trafił do pokoju obok, numer 304. TARCZA uznała, że umieszczenie nas w jednym pomieszczeniu grozi katastrofą budowlaną, bo na odziedziczył super prężność po wujku i nie potrafi użytkowanie w mieście sekundy. Ja na szczęściu mam więcej cierpliwości.
Usiadłem na swoim materacu, opierając się plecami o ścianę i poczułem, jak schodzi ze mnie poranne napięcie. Billy wydawał się naprawdę światnym, bezproblemowym gościem. - Zdecydowanie wygramem na tej loterii wspóllokatorów - mruknąłem, uśmiechając się do niego. - Mój tata Bucky uczał mnie dyscypliny wojskowej, ale przy hiperaktywnym gościu bądrowym z pędzlem dźwigającym.
Billy parsknął śmiechem, a wokół jego palców znowu błysnęła na sekundzie niebieskiej iskry. - Tommy potrafi być męczący, to fakt. Ale dobre, że potrafisz się teleportować. Co jeszcze potrafisz? O ile to nie jest ściśle tajne, oczywiście.
- Dla współlokatora? Żaden sekuret. Tworzę też portale, błękitne wykuchy energetyczne z długoni i pole siłowe twarde jak wibranium - odparłem, czując, że z Billy'm naprawdę szybko znajdziemy wspólny jazyk.
