Actions

Work Header

Kodeks renegata

Summary:

Proszę, zostawić gnieżdżącą się omegę w spokoju. Może i będzie atakował, jeśli zostanie sprowokowany.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

Kodeks renegata 

— Sukuna-sama, twoi zwiadowcy wrócili.

Gest wymierzonego palca Uraume w zupełności wystarczył, by zwrócić uwagę ich pana. Normalnie wierni Sukunie nie uznaliby za konieczne ogłaszania przebycia jego ludzi ani nie próbowaliby się na nich gapić, ale z pewnością byli rozbawieni, gdy Sukuna uniósł dwoje oczu znad płonącego stosu ich ogniska.

Czterem mężczyznom rozkazano przeszukać las we współpracy z drugą grupą, której powierzono obserwację dróg w poszukiwaniu odpowiednich celów do zasadzki. Cała czwórka wróciła jednak w gorszym stanie, niż wyruszyła. Krew przesiąkła ich ubrania, odsłaniając rany, których należało się spodziewać po rozdarciach na skradzionych szat, podczas gdy skóra pod nimi usiana była siniakami we wszystkich odcieniach. Twarze również nie uszły cało. Jeden z mężczyzn przyciskał dłoń do szczęki, drugi ledwie był w stanie otworzyć lewe oko. Trzeci wyglądał tak, jakby rozszarpał go niedźwiedź albo inna dzika bestia. Gdy Sukuna przyjrzał się, jak kuśtykają na poranionych nogach, desperacko obejmując połamane żebra lub zranione ramiona wykręcone odrobinę zbyt daleko do tyłu, renegacki zaklinacz nie był pewien, czy powinien wyśmiać ich żałosny stan, czy zganić ich za to, że w ogóle wrócili po tak sromotnym laniu.

Z drugiej strony nie istniała żadna zasada, która zabraniałaby mu zrobić jedno i drugie.

— A już myślałem, że każdy z was jest dość kompetentny, by poradzić sobie z prostym spacerem po lesie. — Sukuna zaśmiał się cicho, a jego szyderczy uśmiech skrywał to, jak naprawdę kipiał z wściekłości na samą myśl, że będzie musiał wdawać się w walkę pośród nocnych ciemności tylko dlatego, że paru idiotów nie potrafiło pozostać poza zasięgiem wzroku.

— Spacer?! Musieliśmy walczyć o życie! — krzyknął jeden z młodszych mężczyzn z tyłu, sprawiając, że kapitan małej grupy odwrócił się i chwycił za szczękę, by go uciszyć.

— Trzymaj język za zębami! — Rozkaz zabrzmiał ochryple, powodując, że mężczyzna zakaszlał, rozrywając rozciągnięty i zdeformowany materiał swojej hitatare. Płaszcz, który wcześniej został narzucony na niego zniknął, a czerwone ślady wokół szyi mężczyzny sprawiły, że Sukuna uwierzył, że został zerwany dość gwałtownie. — Błagam o wybaczenie, Sukuna-sama. Zostaliśmy zaskoczeni i byliśmy źle przygotowani, by poradzić sobie… z tym.

Sukuna pochylił się do przodu, bardziej niż kiedykolwiek zaciekawiony tym niezbyt subtelnymi spojrzeniami w stronę lasu, z którego uciekli.

— Tym? A cóż takiego, powiedz mi łaskawie, mam wywnioskować z tak żałosnego opisu? — Przywódca grupy użytkowników przeklętej energii, która miała siać postrach na szlakach, rabując i mordując szlachtę, zaczynał poważnie kwestionować kryteria, według których dobierał ludzi pod swoje rozkazy. — Jeśli to był przeklęty duch, to po prostu to powiedz…

— To nie był przeklęty duch.

Trzeci mężczyzna odezwał się, ośmielając się przerwać Sukunie w pół myśli, by sprostować jego błędne założenie. To wystarczyło, by Sukuna podniósł się ze swojego miejsca i, przechodząc przez płomienie bosymi stopami, stanął nad zebranymi. Reszta jego ludzi zamilkła, czekając z ponurym wyczekiwaniem na karę, która z pewnością miała nadejść.

— Skoro więc nie był to ani przeklęty duch, ani zwykłe zwierzę, które splamiło moje imię, zmuszając mnie do znoszenia was pod swoim sztandarem, to cóż to za istota sprawiła, że cała wasza czwórka wróciła do mnie z podkulonymi ogonami?

Ten sam młody mężczyzna co wcześniej wymamrotał odpowiedź pod nosem. Sukuna, rzecz jasna, zauważył go swoimi dolnymi oczami, gdy tamten odwrócił głowę, lecz nie dosłyszał wszystkiego, co powiedział. Gdyby była to zniewaga, pozbawiłby go języka, ale nie wcześniej, niż wyciągnął rękę i uniósł żałosnego szczeniaka za podbródek, domagając się odpowiedzi.

— Mów głośniej.

— Ja… On…

— Głośniej.

Co prawda zacieśnianie uścisku na szyi młodzieńca wcale nie ułatwiało Sukunie usłyszenia tego, czego chciał. Dopiero starszy rangą mężczyzna ponownie wkroczył do rozmowy, dostarczając mu potrzebnej odpowiedzi.

 

— Tobyłomega!

 

Słowa padły tak szybko, że Sukuna musiał puścić młodzieńca, zanim przekroczył granicę siły potrzebną, by urwać mu głowę. Następnie powiódł spojrzeniem po całej grupie, upewniając się, że dobrze usłyszał.

— Omega? — Delikatna, drobna istotka?

— Nie był normalny, Sukuna-sama! Miał nieludzką siłę, był na granicy zdziczenia… i potrafił władać przeklętą energią! W chwili, gdy zbliżyliśmy się do jego gniazda, pokonał nas, jakbyśmy byli niczym! Mieliśmy szczęście, że uszliśmy z życiem. — Mężczyzna wyglądał tak, jakby raz jeszcze ujrzał własną śmierć. Przerażenie malujące się na jego twarzy nie wynikało ze strachu przed rozczarowaniem obecnego pana, lecz z konieczności ponownego przeżywania świeżego, wciąż bolesnego wspomnienia. — Kiedy wyczuliśmy jego zapach, uznaliśmy, że będzie idealną zdobyczą, którą można przywlec jako ofiarę… Myliliśmy się.

Sukuna rozważał usłyszaną opowieść, z zadowoleniem oddając się własnemu pragnieniu ujrzenia tego „zdziczałego omegi-zaklinacza”, który sprawił, że aż ślinka napłynęła mu do ust. Jedynym zarzutem, jaki miał wobec całej tej historii, było to, że jego ludzie przeżyli mimo swojej głupoty. Z drugiej jednak strony, gdyby nie ten błąd, musiałby czekać, aż sam zauważy ich zniknięcie, by zbadać to osobliwe zdarzenie. Tymczasem mógł zrobić to już teraz, podążając za własną egoistyczną ciekawością poprzez te godne pogardy robaki, które nazywał swoimi ludźmi, prosto do miejsca, gdzie przebywał dany omega.

— Sukuna-sama, zaczekaj… 

Jeden z jego podwładnych zawołał go, nie rozumiejąc, dlaczego ich przywódca tak bardzo chciał gonić za świeżo wyrytym w ich umyśle koszmarem.

 

— Miałeś rację. Ten omega będzie wybornym darem. Wygląda jednak na to, że muszę go sam odzyskać. 

Rzuciwszy ostatnie spojrzenie przez ramię, Sukuna wymienił z Uraume spojrzenie, wydając im cichy rozkaz, by przejęli kontrolę podczas jego nieobecności.

 

Ślady przelanej krwi i tchórzostwa doprowadziły go do celu. Nie była to bynajmniej bezpośrednia droga, ale był to dość łatwy sposób zbliżenia się do gniazda omegi bez polegania na domysłach. Myśl o jakiejkolwiek omedze budującej gniazdo poza cywilizacją sprawiła, że Sukuna zaczął kwestionować historię swojego podwładnego. Wątpliwości nie miały trwać długo, ponieważ zgodnie z doniesieniami jego ludzi, Sukuna wyczuł unoszący się w powietrzu delikatny zapach słodkich, miodowych owoców.

Sukuna zwolnił kroku, a następnie przyspieszył, wkraczając coraz głębiej w kuszącą chmurę feromonów omegi w rui. Oczywiście, że ci idioci zostali tak doszczętnie pobici. Omega w rui zaciekle broniła swojego gniazda. Każdy, kto podszedł zbyt blisko, nawet po to, by sprawdzić omegę z powodu niepokoju, a zwłaszcza ci, którzy zaprezentowali się jako alfy, ryzykowali utratę palca lub dwóch. Ich przypadek mógł być nieco skrajny, ale Sukuna spodziewał się z tego z perspektywy czasu, gdy minął kolejne stare drzewo i dostrzegł małą, drżącą stertę podartych ubrań, których właściciel szukał schronienia pod korzeniami innego drzewa.

Drzewo naturalnie wyrzeźbiło w ziemi prowizoryczną norę, pozostawiając omedze wystarczająco dużo miejsca, by zwinąć się pod korzeniem grubszym niż jego własne ciało i zapewnić sobie wystarczającą osłonę głowy nawet podczas niebezpiecznej burzy. Gdyby Sukuna nadszedł z innej strony i był całkowicie pozbawiony powonienia, zeskoczyłby przez tą przeszkodę i szedł dalej, nawet nie oglądając się za siebie. To miejsce byłoby bezpieczne dla każdego innego w innych okolicznościach, lecz z powodu pechu, który Sukuna spodziewał się właśnie w przypadku tego omegi, zważywszy na to, że byli… w pewnym sensie znajomymi, nie sprawdziło się. 

Różowa czupryna omegi była aż nazbyt wyraźną wskazówką co do jego tożsamości. Choć reszta jego ciała zdążyła już zwinąć się w ciasny, niewygodny kłębek, czubek głowy pozostał odsłonięty, nieukryty nawet pod prowizorycznym kocem ułożonym z własnych szat. Jego kryjówkę tylko z nazwy można było nazwać gniazdem - brakowało jej jakichkolwiek charakterystycznych cech poza zawiniętymi w tobołek podróżnymi rzeczami i zamieszkującym ją omegą.

Sukuna podszedł bliżej, zachowując na tyle ostrożności, by nie wyciągnąć ręki i nie szturchnąć omegi, choć doskonale wiedział, że ten bachor już dawno wyczuł jego obecność. Stało się to jasne, gdy omega poruszył się. Czekał, aż alfa znajdzie się w niewielkiej odległości - nie dalej niż dwa kroki od gniazda. Wtedy gwałtownie uniósł głowę znad ziemi, odsłaniając zaschnięte płatki krwi rozmazane wokół twarzy, których nie dało się tak łatwo zetrzeć. Spojrzenie złotych oczu przeszyło mrok. Początkowa agresja szybko ustąpiła miejsca znużonej frustracji, a z jego gardła wydobyło się ciężkie westchnienie.

 

— Dlaczego akurat ty?

 

— Powinieneś zwracać się do mnie z należnym szacunkiem, zaklinaczu — prychnął Sukuna, krzyżując dwie ręce na piersi i tłumiąc chęć, by posunąć się o krok dalej.

— Nie ma mowy.

Omega podniósł się na kolana. Jego ciało lekko się zachwiało, zmuszając go do chwycenia korzenia zwisającego nad głową, by utrzymać równowagę. W ten sposób odsłonił krew pokrywającą spód jego paznokci. Mimo aż nazbyt wyraźnych oznak, jak wyniszczająco wpływała na niego ruja, bachor siedział tak hardo, jak tylko zdołał.

— To byli twoi ludzie, których stąd przepędziłem, prawda?

— Niestety.

— Powinienem był zrobić im coś gorszego.

— Powinieneś.

Sukuna odchylił głowę i lekko odsunął się do tyłu, raz jeszcze lustrując otoczenie. Po ziemi walały się połamane gałęzie, a pomiędzy nimi ciągnęły się chaotyczne ślady stóp. Jeden z zaginionych płaszczy jego ludzi leżał podarty na strzępy po drugiej stronie niewielkiej polany. Pnie dwóch pobliskich drzew były rozszczepione od siły niecelnego ciosu i uderzenia jednego z jego podwładnych, który podczas potyczki został ciśnięty o drewno. Był to doprawdy żenujący widok, biorąc pod uwagę, że czterech alf zmierzyło się z zaledwie jednym osłabionym omegą.

Tyle że ten omega nie był typowym przypadkiem.

Sukuna wiedział o tym aż za dobrze, zważywszy, że aż do dzisiejszego dnia był przekonany, iż zaklinacz, który od wielu miesięcy pozostawał cierniem w jego boku, był alfą. Itadori Yuji, pochodzący z północy, zdawał się uczynić życiową misją stawanie Sukunie na drodze za każdym razem, gdy ich ścieżki się przecinały - niezależnie od tego, czy rzeczywiście go tropił, czy nie. Wielokrotnie wymieniali ciosy, lecz nigdy nie doszło między nimi do prawdziwego pojedynku, który nie zakończyłby się obustronnym odwrotem albo nagłym przerwaniem przez niespodziewaną ingerencję osoby trzeciej. Sukuna zamierzał kiedyś to zmienić, lecz wyglądało na to, że również dzisiejszego dnia ich walka będzie musiała poczekać. Wciąż próbował oswoić się z odkryciem, kim naprawdę okazał się jego uparty rywal, choć jego twarz nie zdradzała pełni zaskoczenia.

— Jesteś omegą. — Sukuna nie miał zwyczaju mówić tego, co było oczywiste, ale musiał to powiedzieć, żeby informacja w pełni do niego dotarła. — O ile dobrze pamiętam, omegom nie wolno być zaklinaczami.

— Nie są. — Yuji zacisnął mocno szczękę, cedząc przez zęby, gdy spiorunował wzrokiem banitę. Nie padło żadne złośliwe słowo.

— Czy dlatego nie szukałeś pomocy i schowałeś się gdzieś na odludziu? — Te lasy nie były ani najbezpieczniejszym, ani najwygodniejszym miejscem do przejścia przez ruję. I biorąc pod uwagę, że był sam w tym stanie… Sam fakt, że Sukuna stał nad nim, wystarczył, by udowodnić, że plan zaklinacza postawił go w niebezpiecznej sytuacji. — Jestem pewien, że nawet w twoim obecnym… stanie, z łatwością dotrzesz do następnej wioski…

— Nie! — krzyknął Yuji, przerywając Sukunie z lękiem w oczach. — To zbyt ryzykowne. Nie… Zwykle mam to wszystko przemyślane i zaplanowane, ale… Ta ruja była nieoczekiwana. Chcę po prostu przetrwać to w spokoju.

Ostatnie zdanie, które wypowiedział omega, było oskarżycielskie, jakby miał jakiekolwiek prawo wydawać Sukunie rozkazy. Nie chodziło o ich dynamikę ani historię, ale o sprostowanie wszelkich błędnych przekonań, jakie bachor miał, wierząc, że działania ludzi Sukuny odbijają się na jego własnych decyzjach, co do dalszych poczynań.

Yuji pozostał w defensywnej postawie, przygotowując się do walki, której Sukuna nie zamierzał mu dać. Gdyby spotkali się w innych okolicznościach, to spotkanie przerodziłoby się w coś zupełnie innego. Z całą pewnością w walkę. Sukuna nie był niekompetentny ani nie lekceważyłby zaklinacza, tak jak jego podrzędni zwolennicy. Ich walka trwałaby o wiele dłużej, jednak Sukuna nie stwierdziłby, że takie starcie byłoby przyjemne, gdyby przeciwnik nie był w szczytowej formie.

— Rozumiem.

Choć oglądanie tego omegi walczącego w pierwotnej niewoli jego rui byłaby interesujące, Sukuna westchnął z rozczarowaniem, siadając na skraju gniazda omegi i rozpamiętując, co mogło się wydarzyć.

— Co… co robisz? — Yuji zacisnął pięści, ale trzymał je blisko swoich boków.

— Chciałeś spokoju. — Czy zachowanie alfy stojącego na straży nie było oczywiste? — Dbam o to, żebyś miał spokój.

— Twoja obecność tutaj w najmniejszym stopniu temu nie sprzyja!

— Nie wykorzystam cię, jeśli uważasz, że takie są moje intencje. Może nie jestem ponad aktami kradzieży, morderstwa i ogólnego zniszczenia, ale nawet ja mam standardy, których moi ludzie powinni się nauczyć. — Przynajmniej tylko w odniesieniu do tego konkretnego omegi. Od tej pory nikt nie będzie miał prawa go tknąć.

— Masz standardy? — Omega prychnął, przewracając oczami.

Szczerze mówiąc, Sukuna byłby obrażony, gdyby nie uważał, że całkowity brak szacunku i respektu wobec kogoś tak potężnego jak on sam było ujmującą cechą, którą tylko Yuji potrafił okazać. Nie wierzył w szczerość słów Sukuny i nie powinien. Jednak wątpliwości nie ruszyły Sukuny z miejsca ani nie powstrzymały go przed zarzuceniem peleryny na omegę, gdy Yuji wrócił do swojego gniazda, by rozpamiętywać swoją niedolę.

Omega wyczołgał się spod zbyt obszernego w porównaniu z jego własnym ciałem płaszcza, zdziwiony darem, który teraz trzymał w wyciągniętej ręce, w obawie przed tym, co jeszcze z tego wyniknie.

— Drżałeś.

— Och. — Yuji przyciągnął płaszcz bliżej, akceptując słowa Sukuny, wciąż patrząc mu w oczy z ostrożnością. — Ale ty nie drżysz. To dziwne.

— Czyli to we mnie uważasz za dziwne?

Sukuna pokręcił głową, milcząco poruszając oczywiste cechy, które odróżniały jego zdeformowane ciało od otaczających go ludzi niższego rzędu. Był przyzwyczajony do gapienia się, tak jak do nagłego strachu, który kazał kobietom i dzieciom uciekać z jego zasięgu wzroku. Ale ten zaklinacz nigdy nie patrzył na niego z niczym innym niż determinacją, by wygrać ich walki. Ostrożność i strach to nie było to samo.

Alfa raz jeszcze odwrócił się przez ramię ku omedze, z cichą satysfakcją obserwując, jak Yuji mocniej przyciska do siebie jego płaszcz i zwija się w niego po tym, jak głęboko zaczerpnął zapach Sukuny. Używanie płaszcza jednocześnie jako koca i części gniazda tworzyło swoisty kokon, w którym omega próbował się ukryć, lecz niezależnie od własnej woli musiał otulić się wonią alfy. Jeśli miał z tym jakiś problem, nie zdążył go wyrazić, bo znalazł coś innego, by krzyczeć na Sukunę.

— Dotknij mnie przez sen, a cię zabiję.

Groźba brzmiała znacznie mniej przekonująco w zestawieniu z widokiem, którym Sukuna delektował się z wyraźną przyjemnością. Napięcie nie opuszczało ciała Yuji’ego, a jego czujność ani na chwilę nie osłabła, ale było oczywiste, że feromony Sukuny wystarczały, by przynajmniej jego ciało zaczęło się rozluźniać, nawet jeśli umysł stanowczo się temu sprzeciwiał.

— Zapamiętam to na chwilę, gdy będziesz błagał o alfę, żeby cię uspokoił.

Sama ta myśl wystarczyła, by na twarzy Sukuny pojawił się szeroki uśmiech. Najchętniej zawłaszczyłby omegę dla siebie tu i teraz, jednak cierpliwość musiała zwyciężyć. Każda próba posunięcia się dalej sprawiłaby jedynie, że Yuji odrzuciłby go jeszcze bardziej stanowczo. Ich wspólna historia działała na jego niekorzyść, ale to właśnie ona uświadomiła Sukunie, jak potężnym i zdolnym wojownikiem naprawdę był ten omega.

Żaden inny omega nie potrafił przykuć uwagi Sukuny na dłużej niż krótką chwilę. Byli czymś, co warto było posiadać wyłącznie po to, by odmówić tego przywileju innym alfom. Jednak ten omega był kimś znacznie więcej niż tylko trofeum. Yuji miał zostać jego partnerem, matką jego młodych. Co więcej, Sukuna dopilnuje, by sam omega zapragnął dokładnie tego samego.

 

— Wolałbym umrzeć.

 

Niestety, na razie Sukunie pozostawało jedynie uzbroić się w cierpliwość.

Koniec

Notes:

Notatki od autorki:

— Bazując na tym, że nawet jako człowiek ciało Sukuny było zniekształcone i posiadało dodatkowe kończyny, postanowiłam wykorzystać w tej historii Sukunę sprzed przemiany w klątwę. W tym uniwersum jest użytkownikiem przeklętej energii, który sieje zamęt na obrzeżach większych miast, tworząc własną frakcję zwolenników, ludzi pragnących dorównać jego sile albo służących mu ze strachu, że w przeciwnym razie zostaną zabici. Na tym etapie Sukuna splądrował już kilka niewielkich wiosek, a Yuji robił wszystko, co w jego mocy, by powstrzymać go przed zrównaniem części z nich z ziemią, co uczyniło z nich zaciekłych wrogów.

— Pisanie Yuji’ego jako dość przerażającego, zdziczałego potwora zawsze mnie bawi. Podwładni Sukuny naprawdę mają ciężkie przeżycia, kiedy ten omega jest wkurzony. Trzeba jednak przyznać Yuji’emu sprawiedliwość: wyładowuje swoją frustrację wyłącznie na tych, którzy sami zamierzają krzywdzić innych. Zwykły służący nie zostałby potraktowany w ten sam sposób.

— Sukuna ma swoje standardy! XD Sama ta myśl była wystarczająco zabawna, ale uważam też, że pocieszające jest to, iż nawet najgorsze istoty potrafią uszanować cudzą autonomię… przynajmniej w pewnym stopniu. Po tym wszystkim nie przestanie zalecać się do Yuji’ego, ponieważ jego przyszły wróg, który z czasem stanie się kochankiem, może teraz pełnić znacznie więcej ról niż tylko być ciepłym ciałem na noc. Nawet gdyby Yuji był alfą, myślę, że Sukuna i tak by go ścigał. To, że jest omegą, jedynie znacznie ułatwiło mu podjęcie tej decyzji.