Actions

Work Header

Smoczy skarb nie jest miarą twojej wartości

Summary:

Ryomen „Nie jestem problemem” Smok!Sukuna spotyka Itadori'ego „Ten smok próbuje mnie zjeść” Rycerz!Yuji'ego.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

Sukuna musiał trafić na najbardziej upartego omegę, jaki istniał.

 

Z nozdrzy smoka buchnęła para, gdy rozważał tę myśl, nie mogąc pozbyć się frustracji z powodu swojego losu. Oczywiście ten, do którego jego serce szybko się przywiązało, był wojowniczy poza polem bitwy. Zbyt zaślepiony jakąkolwiek nieprzemyślaną fantazją, która zrodziła się w jego głowie, omega, którego wyrwał z szeregów żołnierzy królestwa, walczył z nim na każdym kroku.

A tak na marginesie, gdyby kiedykolwiek ktoś odważył się opowiedzieć historię nieszczęsnej miłości Kataklizmu, niech pamięta, że alfa od samego początku nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości co do swoich zamiarów. Oszczędzenie mu życia po ich bezpośrednim starciu powinno być wystarczającym dowodem jego pragnienia, by omega nadal żył i prosperował. Jaka bestia poświęciłaby czas na opatrzenie ran innej osoby po tym, jak została ujarzmiona? Jasne, Sukuna musiał użyć o wiele więcej liny, niż kiedykolwiek uważał za konieczne dla człowieka. Jego omega był niepojętej siły jak na swój rozmiar, co wprawiło Sukunę w osłupienie po opatrzeniu ran, które zadał w zamian za miecz wbity w jego ramię. 

To był pierwszy raz, kiedy ktoś inny zadał mu cios przez to, co znał jedynie jako nieprzeniknione łuski. Można by argumentować, że jego wybór, by zmienić formę na humanoidalną hybrydę, by stawić czoła rywalowi, mogło być tego przyczyną, ale w niezliczonych bitwach toczonych przez tysiąclecia Sukuna wciąż nie mógł znaleźć żadnego innego przykładu takiego zdarzenia. 

A zatem ten omega musiał być tym przeznaczonym dla niego. Pojedynek rozstrzygnięty przez los, którego przewrotne poczucie humoru sprawiło, że jego uczucia były dalekie od odwzajemnienia.

Niech tak będzie.

Wbrew temu objawieniu, Sukuna przysiągł zdobyć swoją omegę, bez względu na próby, które musiał przejść. Przysięga ta została złożona w pośpiechu, pod wpływem tego paraliżującego uczucia znanego jako miłość. Smok nie chciał jej cofnąć, był zbyt dumny i uparty, by to zrobić, ale po kilku ostatnich dniach zaczął wątpić w swoje zdrowie psychiczne.

 

Zwłaszcza dlatego, że Sukuna nie mógł zrozumieć, co robił źle.

 

Alfa zapewnił swojej omedze gniazdo. Ekstrawaganckie gniazdo. Dosłowne łoże ze złota, w komplecie z najwspanialszymi kocami z wypchanym materiałem z wełny u miękkich futer, które można było przesuwać w razie potrzeby. Jego omega miał być na szczycie jego skarbca - prawdziwy klejnot pośród morza pereł i monet gromadzonych latami. Smok wyobraził sobie, że jego potężniejsza forma będzie otaczać gniazdo, chroniąc wybranka do dnia, w którym omega poprosi go o to, by spoczął tuż obok siebie. Wszystko w tym miejscu zostało wybrane idealnie, aż po umiejscowienie naturalnego świetlika, który zalewał jaskinie słońcem lub księżycem, nie narażając jednocześnie jego omegi na bezpośredni atak żywiołów.

Hojność Sukuny na tym się nie skończyła. Nie był jakiś kiepskim alfą, który nie mógł niczego zapewnić. To byłoby absurdalne! A gdyby ktokolwiek twierdził inaczej - Sukuna westchnął, po raz kolejny potrzebując otrząśnięcia z kolejnej dygresji.

Smok zapewniał swojemu omedze cały wachlarz strojów do wyboru. Stroje, które dorównywałby strojom rodziny królewskiej i ich nędznej arystokracji. Zaoferował swojej omedze mięso stworzenia, które sam upolował, oporządził i ugotował według upodobań ludzkiego podniebienia. Surowa zwierzyna nie była czymś, co spróbowałby podarować jako pierwszy posiłek. Ryby jednak…

Ale Sukuna nie zadowalał się tylko rybami czy ptactwem. Był bestią o wyrafinowanym guście, zdolną powalić każdego przeciwnika. Dla jego omegi zupełnie zwyczajnym powinny być legendarne, nieuchwytne stworzenia o smaku, w który trudno byłoby uwierzyć, a jednak jego omega zdawał się nie rozumieć niczego z tego.

Jego omega odmawiał jedzenia, zaciskając usta. Odmawiał zdjęcia łachmanów, który kiedyś były jego strojem, do którego zniszczenia Sukuna sam przyłożył rękę, więc smok mógł jedynie założyć, że musiały mieć dla niego jakąś wartość sentymentalną, bo w przeciwnym razie noszenie ich nie miałoby żadnego sensu. Odmawiał nawet rozważenia pozostania w jego gnieździe, bez względu na to, ile razy Sukuna nakłaniał go, by do niego wrócił. Żadne naprowadzanie ogonem ani szturchnięcia pyskiem, a tym bardziej użycie tego śmiertelnego języka do wyrażenia swych pragnień, nie były w stanie skłonić omegi do zmiany zdania.

— Moje zaloty są dotąd nienaganne! — warknął Sukuna, utrzymując, że z jego zachowaniem nie ma najmniejszego problemu, choć przekonywał o tym wyłącznie samego siebie.

Jego omega znów umknął, wymykając się z ich domu, jak gdyby Sukuna nie był w stanie wyśledzić, dokąd się udał. Ta gra, w którą jego omega uparcie się bawił, stawała się coraz bardziej uciążliwa.

— Z pewnością coś jest z nim nie tak.

Ledwie słowa opuściły jego usta, Sukuna natychmiast się wzdrygnął, gdy usłyszał wracające echo. Nie chciał źle mówić o tym, do kogo się zalecał. Myśli te zrodziły się jedynie dlatego, że pragnął, by jego wybrany partner był zadowolony i przyjmował jego dary, lecz żaden z nich nie przynosił oczekiwanego skutku. Smok po raz kolejny został skazany na czekanie i nadzieję, że rozsądek bachora w końcu powróci, a jego omega wróci z własnej woli.

Tymczasem noc ciągnęła się coraz dłużej pod jego nieobecność. Deszcz, który początkowo był jedynie lekką mżawką, przerodził się w ulewę.

Na odosobnionej górze takiej jak ta omega nie miał dokąd pójść, a mimo to spokój Sukuny kruszył się z każdym kolejnym błyskiem pioruna i następującym po nim grzmotem. Raz można było się tego spodziewać. Dwa razy, bez najmniejszego śladu jego omegi, zaczynało budzić niepokój. A za trzecim... Sukuna wyrwał się z odrętwienia, zeskoczył ze swego leża i natychmiast wzbił się w powietrze. Niebo należało do niego i żadne bóstwo burzy nie ośmieliłoby się odebrać mu nad nim władzy, dopóki szczyt jego góry pozostawał w zasięgu wzroku.

Człowiek jednak, bez względu na swoją siłę, nie stanowił równie wielkiego zagrożenia. Sukuna nie zdążył jeszcze właściwie oznaczyć tego, kto należał do niego. Żadne stworzenie nie wiedziało więc, czyj gniew na siebie sprowadzi, jeśli omedze smoka stanie się krzywda.

Ulewa mogła zatrzeć zapach jego omegi, lecz nie oznaczało to, że całkowicie umknie nosowi Sukuny. Wywęszenie kwaśnej woni jego niepokoju przyszło mu naturalnie. Smok nienawidził tego, że tak dobrze znał zapach zepsutego kwiatowego aromatu, lecz właśnie ta przenikliwa woń pozwoliła mu odnaleźć omegę, gdy wzrok zawodził, a uszy zagłuszała szalejąca burza.

Tam był!

Nie dość, że jego omega został przemoczony do suchej nitki przez ulewę, to jeszcze Sukuna znalazł go osaczonego przez stado warczących wilków. Żałośni, zdesperowani, mali myśliwi, nie mogli się równać z cieniem śmierci wiszącym na niebie. Jeden ryk, buch płomieni w nocnym powietrzu, wystarczyło, by stado rozpierzchło się z podkulonymi ogonami, nie chcąc ryzykować życia dla samobójczego roszczenia.

Widok jego wybranka, z trudem utrzymującego się na własnych nogach, zepchnął myśl o dalszej zemście na dalszy plan. Całą uwagę Sukuna skupił na tym, by bezpiecznie sprowadzić ich z powrotem do ich schronienia, ostrożnie obchodząc się z omegą, gdy leciał z nim.

Czuł, jak omega szarpie się w jego uścisku, lecz jego zawziętość nie trwała długo i osłabła, zanim wylądowali. Zaniepokojenie Sukuny ponownie narosło, dlatego po wylądowaniu obok gniazda omegi przybrał swą hybrydową postać, wykonując doskonale wymierzony obrót, by płynnie przechwycić omegę w ramiona. Wtedy właśnie smok dostrzegł zarumienioną twarz swojego omegi, jego na wpół przymknięte oczy i nienaturalne ciepło bijące z jego czoła. W przeciwieństwie do tego kończyny miał lodowate w dotyku. Drżące palce i spazmatycznie unosząca się pierś sprawiły, że Sukuna uważnie przyjrzał się reszcie jego ciała, w pełni uświadamiając sobie, że coś było nie tak.

Okropny kaszel, który wyrwał się z piersi jego omegi, jedynie utwierdził go w tym przekonaniu. Zanim jednak Sukuna zdążył cokolwiek powiedzieć lub zrobić, kaszel przerodził się w żałosne miotanie się i rozpaczliwe próby uwolnienia z jego uścisku.

— Puść mnie!

Nawet teraz, osłabiony chorobą, jego omega odmawiał współpracy! Dlaczego!?

— Gdybyś tylko przestał się szarpać, mógłbym...

Co właściwie? Co mógł zrobić? Sukuna nie potrafił uleczyć ludzkiej choroby jednym ruchem dłoni. Musiałby poszukać leczniczych ziół i przygotować z nich lekarstwo albo odszukać Pustelnika Lodu, z którymi łączyła go długa historia, i poprosić ich o pomoc. Obie możliwości oznaczały jednak pozostawienie omegi samego, a biorąc pod uwagę jego najwyraźniej samobójcze zapędy...

— NIE!

Ramiona zbyt słabe, by wyprowadzić porządny cios, wciąż uderzały chaotycznie o łuski pokrywające pierś Sukuny. Choć smok robił wszystko, by nie zmiażdżyć drobnego ciała w swoich ramionach, żadne pchnięcie nie było w stanie wyrwać omegi z jego uścisku.

— Nie dotykaj mnie! Puść! — rozkazał ponownie jego omega, krzycząc tak głośno, jak tylko pozwalały mu płuca. Nadwyrężone gardło tylko bardziej na tym cierpiało, wywołując kolejne napady kaszlu. — Pu… Puść... mnie...

Wszystko osiągnęło swój kres, gdy po policzkach jego omegi popłynęły łzy. Widok omegi płaczącego nie z oślepiającej wściekłości ani z obezwładniającej radości, lecz dlatego, że coś w nim pękło... Jego omega został sprowadzony do płaczącej kupki nieszczęścia, choć dotąd jego duma nigdy nie pozwoliłaby mu znieść podobnego upokorzenia.

Na ten widok Sukuna poczuł jedynie kipiącą wściekłość, której stłumienie wymagało od niego całej siły woli. Dlaczego jego omega reagował w ten sposób? Dlaczego nie potrafił zrozumieć, że Sukuna próbował mu pomóc? Dlaczego tak usilnie dążył do własnej zguby!?

Nie będąc w stanie całkowicie zdławić gniewu, Sukuna wykorzystał tę jego część, która zdołała się przebić, by skłonić się do działania zamiast pogrążać się w bezsilności. Dysponując czterema ramionami, dwoma nadal pewnie podtrzymywał swojego omegę, podczas gdy pozostałymi sięgnął po najgrubszy koc, jaki znalazł w pobliskim gnieździe, i szczelnie go nim owinął. Nie tracąc ani chwili, starannie ułożył okrycie tak, by omega nie mógł łatwo się z niego wyswobodzić. Ostatnim elementem jego planu było oplecenie ich obojga ogonem, przytulenie omegi do siebie i zajęcie miejsca na skraju gniazda, by uspokoić się.

Jego omega był nieznośnie zimny. Sukuna nie rozumiał, jak istota obdarzona naturalnym ciepłem mogła go tak bardzo stracić, ale był zdeterminowany, by to naprawić.

— Musisz się rozgrzać. — Znów warknął, stanowczo nakazując niesfornemu omedze podążać za jego ruchami.

— Może nie chcę!

Bez ostrzeżenia, Sukuna chwycił ramiona omegi i zmusił go do spojrzenia mu w oczy. Chwila trwała krótko, ponieważ Sukuna szybko schylił głowę w ostatecznym geście, by ten głupi człowiek posłuchał.

— Chcę żebyś to zrobił. Na tą jedną noc. Pozwól mi na tę jedną noc. — Sukuna zacisnął zęby, po czym pokręcił głową. — Możesz upierać się na igranie ze śmiercią rano. Ale do tego czasu… Proszę, Yuji.

To właśnie imię Sukuna usłyszał od jednego z jego towarzyszy, zanim jako smok podpalił pole. Nie uważał się jeszcze za godnego używania imienia swojej omegi, ale nie miał innego wyboru. Sukuna musiał go zmusić, żeby posłuchał.

— To…

Jego omega nie odezwał się już tej nocy. Zamknął usta, odwrócił się plecami do Sukuny, a ciało skuliło się na tyle, na ile pozwalały mu na to więzy. Walka zakończyła się po tej wymianie zdań i choć Sukuna osiągnął to, czego chciał, nie śmiał nazwać się zwycięzcą, dopóki nie będą mogli porozmawiać rano.

OoO

Sukuna zasnął dopiero, gdy temperatura jego omegi wzrosła do znośnego poziomu. Po tym oczy smoka zamknęły się z wyczerpania, a chwilę później jego umysł zaznał krótkiego, ale niezbędnego odpoczynku, by stawić czoła próbom, które czekały go w promieniach słońca oświetlających ich sanktuarium.

Obudził się, leżąc na boku. W nocy jego ciało osunęło się, pociągając za sobą omegę, choć zdawało się, że ta pozycja okazała się korzystna dla nich obu. Człowiek leżał odwrócony do Sukuny plecami, więzy miał już luźne, a do odzyskania wolności wystarczyłby jeden gwałtowny ruch. Mimo to jego omega nie podjął nawet próby opuszczenia ich gniazda. Co zabawniejsze, ogon, który jeszcze niedawno więził go niczym kajdany, teraz został zawłaszczony przez omegę - obejmował go mocno i przyciskał do własnego policzka. 

Początkowa potrzeba Sukuny, aby ponownie utwierdzić swój pewny uścisk wokół omegi, zniknęła bez śladu. Na myśl o tej intymnej chwili, której doświadczał jego ogon, podczas gdy reszta jego ciała była jej pozbawiona, zazdrość przemknęła mu wzdłuż kręgosłupa. Były to jednak uczucia dziecinne i całkowicie niepotrzebne. Widok piersi omegi, wciąż unoszącej się i opadającej w spokojnym rytmie, oznaczał, że przetrwał noc. Jedynym uczuciem, jakie Sukuna powinien był okazywać, była wdzięczność. 

Mimo to nie powstrzymało Sukuny przed użyciem ogona, by obrócić swojego omegę na drugą stronę. Musiał sprawdzić, czy wciąż miał gorączkę. I choć smok starał się zachować ostrożność i poruszać się delikatnie, by nie obudzić człowieka, ostatecznie mu się to nie udało.

Pierwszym odruchem jego omegi było zamruganie. Potem szeroko otworzył oczy. Następnie przyszło oszołomienie, a wraz z nim zawstydzenie wywołane własnym nieświadomym pragnieniem, by zbliżyć się do alfy, który go pocieszał. Niestety, zaraz potem jego omega go puścił. Obrócił się z powrotem i szybko zgarnął pobliskie koce, by zakryć nimi swoje przesadnie spięte ciało.

Przez dłuższą chwilę milczeli. Żadne z nich nie wiedziało dokładnie, co mogłoby powiedzieć, by nie sprowokować kolejnego konfliktu. Sukuna miał długą listę skarg oraz kilka pytań, które chciał zadać tylko po to, by zrozumieć siedzącą obok niego istotę, lecz za każdym razem, gdy zamierzał przemówić, słowa więzły mu w gardle. Dopiero gorzkie mamrotanie omegi wyrwało go z sytuacji, w której nigdy nie spodziewał się znaleźć.

— Po prostu mnie zjedz, dobrze? — Człowiek obrócił się na plecy, wpatrując się w coś ponad sobą, podczas gdy jego ramiona bezwładnie opadły po bokach. — Zrób ze mną to, do czego chciałeś mnie wykorzystać, i po prostu miejmy to już za sobą.

Zjeść go? Dlaczego miałby... Nawet gdyby Sukuna rzeczywiście tego zapragnął, jeden bachor ledwie nadawałby się na posiłek! Umysł smoka musiał się zatrzymać, uwięziony na tej jednej uwadze, na tym jednym kluczowym wglądzie w umysł jego omegi, niezdolny pozwolić temu odejść. Dlaczego omega tak myślał? Co takiego zrobił Sukuna, by dać mu choćby najmniejszy powód do przekonania, że chciał ucztować na jego ciele dla sadystycznej przyjemności, a nie... cóż, dla tego drugiego znaczenia, które smok zakładał, że byłoby przyjemne dla obu stron?

— Zjeść cię? Próbuję cię przecież adorować, ty ograniczony... — Sukuna szybko zacisnął szpony w powietrzu, zmuszając się do powstrzymania wielu słów, które chciał wypowiedzieć, gdy dotarło do niego, że coś było nie tak. — Myślałeś, że bawię się swoim jedzeniem? Że włożyłem tyle wysiłku w oszustwo tylko dla rozrywki?

— Nie wiem, bo to możliwe!? — krzyknął jego omega, udowadniając, że jego płuca wciąż działały, mimo kaszlu, który nastąpił zaraz potem. — Zostałem porwany przez smoka! Smoka, którego większość ludzi opisuje jako sadystycznego i żarłocznego! Wybacz, że założyłem coś takiego!

— „Porwany” to dość mocne określenie. — Sukuna usiadł i skrzyżował ramiona. — A ty z pewnością nie jesteś dzieckiem.

— Porwałeś mnie z pola bitwy i ukryłeś w swojej kryjówce. — Jego omega zrobił to samo, walcząc z wciąż obecnymi zawrotami głowy, by odpowiednio się do niego odwrócić, i wskazał na niego palcem dla podkreślenia swoich słów. — A potem zrzuciłeś mnie tutaj jak wojenną zdobycz. Ledwie wypowiedziałeś do mnie choć jedno słowo!

— Ponieważ jesteś skarbem pośród skarbów! — Gdy tylko słowa opuściły jego usta, twarz Sukuny pokryła się tym samym czerwonym rumieńcem, który widniał już na twarzy jego omegi. — Pragnąłem stworzyć dla ciebie gniazdo godne twojej wartości i nadal uważam, że ten skarbiec jest zbyt ubogi, by dorównać wartości, jaką powinien posiadać. Ale nie, ty musiałeś wciąż uciekać i odmawiać przyjęcia tego wszystkiego. Tak samo, jak odmawiałeś jedzenia, które ci ofiarowałem.

— Myślałem, że mnie tuczysz!

— Czy ty w ogóle słyszysz siebie? Skoro jestem taki żarłoczny, to po co marnować jedzenie na kogoś innego, skoro mogę zjeść je i ciebie?

— Nie wiem. — Jego omega chwycił się za głowę z obu stron, po czym zgiął się wpół, przyciskając czoło do ziemi w dziwnym geście frustracji. — W tym właśnie tkwi sadyzm…

— Mogę czerpać przyjemność z cierpienia innych, ale żaden szanujący się alfa nie ośmieliłby się dobrowolnie wyrządzić takiej krzywdy swoim wybrankom.

Przyznanie się Sukuny do prawdziwości wcześniejszych plotek zbladło w porównaniu z tym, co nastąpiło później, jeśli chodzi o jego omegę. Człowiek rozluźnił uścisk, wciąż niedowierzając, a jednocześnie uparcie drwiąc z idyllicznego zachowania smoka-alfy.

— Nie byłeś w pobliżu wielu alfów, prawda?

Założenie jego omegi okazało się trafne. Ku zaskoczeniu Sukuny jedno zdanie ujawniło brakujący element tej irytującej układanki. Pomiędzy wyobrażeniami o jego charakterze a oczekiwaniami wobec jego drugorzędnej płci, jego omega wcale nie darzył go wysokim poważaniem... Nic dziwnego, że reakcja człowieka przestała być dla niego zagadką.

— Przykro mi, że twoje doświadczenia z innymi alfami zostały tak bardzo wypaczone. Wygląda na to, że ja jedynie jeszcze bardziej zamąciłem te wody.

— Trochę. — Jego omega... Nie, omega. Nigdy ani razu do niego nie należał, odpowiedział tak szybko, że smok został zaskoczony jego szczerością. Jednak omega na tym nie poprzestał. — Ale, hm, żeby wszystko było jasne... jaki właściwie był twój plan? Zamierzałeś po prostu trzymać mnie tutaj uwięzionego na zawsze, aż to zadziała, czy...?

— Nie. To po prostu mój dom. Miałem nadzieję, że stanie się naszym domem, gdybyś go zaakceptował. Nigdy nie zamierzałem uczynić z niego twojego więzienia.

— Ach. — Po tych słowach nastąpiła krótka przerwa, omega potrzebował chwili, by pomyśleć nad kolejnym pytaniem. — Dlaczego ja?

— Naznaczyłeś mnie. Twój atak na moje ramię... — Sukuna przechylił ciało, ukazując gojącą się ranę, dumny z tego, że to właśnie omega ją stworzył. — Niezależnie od tego, czy ta więź zostanie przerodzi się tak, jak pierwotnie miałem nadzieję, to znamię zawsze będzie miało dla mnie intymne znaczenie. Chciałem pewnego dnia odwdzięczyć ci się tym samym.

Omega zmrużył oczy.

— Znamię godowe. — Smok poprawił się, a z jego nozdrzy wydobyła się para. Miał już dość tych gwałtownych oskarżeń. To, że omega wciąż zakładał najgorsze... — Nie pragnę zadać ci tak wielkiej krzywdy.

— Wierzę ci! — Uniesione dłonie oznaczały poddanie się. — Właśnie dlatego, że ci wierzę, nie jestem do końca pewien, co powinienem w zamian czuć.

— To... zrozumiałe.

— Nie czuję się teraz najlepiej. Mam na myśli fizycznie. Po tym wszystkim nie chciałbym prosić o dalszą, eee... gościnność, ale ponieważ nie chcę wracać do swoich koszar w takim stanie... — Omega potarł tył karku, odwracając wzrok ku ziemi. — Więc, hm, może zawrzemy umowę? Nie mam nic przeciwko temu, żeby zacząć od nowa i poznać cię tak, jak należy. Kiedy wyzdrowieję i wszystko będzie się dobrze układać oraz będzie nam ze sobą dobrze, zostanę dłużej?

Sukuna nie spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń. Przynajmniej jego własne pragnienia zostały odsunięte na bok w chwili, gdy prawda o ich wzajemnym nieporozumieniu wyszła na jaw. Wyglądało na to, że omega wcale nie był tak zniechęcony myślą o ich zalotach, jak wcześniej sądził... To była druga szansa. Smokowi zdecydowanie nie opłacało się jej zmarnować.

— Ale jeśli nic z tego nie wyjdzie, mogę odejść w spokoju? Bez urazy?

— Twoja nieobecność przyniosłaby mi ogromny ból, lecz jestem gotów go znieść. Wolałbym, abyś pozostał tutaj z własnej woli, niż jako „wojenna zdobycz”, jak to określiłeś. — Prawdziwe zaloty wymagały zgody obu stron. Jeśli alfy obecnej epoki tego nie rozumiały... Być może świat potrzebował wskazówek w tej kwestii. Strach był doskonałym narzędziem do wywołania zmian lecz była to myśl na inną chwilę.

Gdy Sukuna rozważał swoje kolejne kroki ku odbudowaniu ich zalotów, smok zauważył, że omega próbuje na niego spoglądać tak długo, jak długo sam nie patrzył w jego stronę. Za każdym razem, gdy Sukuna napotykał jego spojrzenie, omega natychmiast odwracał wzrok. Dopiero po kolejnych dwóch powtórzeniach tego dziwnego tańca smok postanowił coś powiedzieć.

— Czy coś jeszcze jest nie tak?

— Co? Nie! To znaczy... tak, ale to głupie. Znasz moje imię. Ja nie... Znam twoje tytuły, ale nie twoje imię.

Och. To było coś, czego Sukuna wcześniej nie wziął pod uwagę. Myśl o przedstawieniu się całkowicie umknęła mu wśród ekscytacji, a później zmartwienia.

— Sukuna. — Smok odpowiedział bez wahania. — Możesz nazywać mnie Sukuna.

— Sukuna. Podoba mi się Sukuna. Tak. Podoba mi się! Sukuna to dobre imię. Och, spójrz tylko, moja głowa znowu wiruje. Powinienem się położyć! — I z tymi słowami omega opadł z powrotem do swojego gniazda, pośpiesznie udając, że ponownie zasnął, choć Sukuna doskonale wiedział, że było inaczej.

 

— Mnie również podoba się twoje imię, Yuji.

Koniec

Notes:

Notki od autorki:

—To opowiadanie ma WIELE moich typowych cech pisarskich, jeśli chodzi o tą dwójkę. Komiczne nieporozumienia, kłótnie, urocze flirtowanie, przytulanie... Nic na to nie poradzę. Serce pragnie tego, czego pragnie. Biorąc pod uwagę, że jedno z moich pierwszych opowiadań o SukuIta było dziwne, obecność tego elementu tutaj mnie rozbawiła. XD

—Uwielbiam wyniosłego Sukunę, który wierzy w słuszność swoich czynów i nie jest w stanie zrobić nic złego, a potem Yuji po prostu burzy jego światopogląd samą swoją egzystencją. Sukuna musi szybko przemyśleć swoje zachowanie i rozważyć, czy może nie powinien był na początku używać więcej słów.

— Poza tym, cały ten motyw „zły facet ma jakieś standardy” jest tu żywy i ma się dobrze. Uwielbiam Sukunę, staromodnego alfę, który pragnie porządnych zalotów. Szkoda, że nie udało mu się przy pierwszej próbie, haha.

— „Pustelnik Lodu” to Uraume i, spójrzcie, oszczędzono im oglądania początkowych potknięć tej powoli rozwijającej się relacji! Z pewnością będą musieli wysłuchać tej historii później, gdy Sukuna i Yuji będą się kłócić o szczegóły, spędzając noc w domu Uraume.

— Ach, znowu te imiona. Nie wiem, dlaczego zwracanie się do siebie po imieniu przyprawia mnie o szybsze bicie serca, ale tak jest! Sukuna szuka pozwolenia/bada grunt wokół tego rodzaju intymności, jednocześnie zachowując się jak idiota na końcu. Mógł powiedzieć mnóstwo kwiecistych komplementów, ale zdecydował się użyć tych samych prostych słów co Yuji. Zakochany idiota.

—Yuji ma zwyczaj przytulania ogona Sukuny częściej niż samego Sukunę. Wyobrażam sobie, że ma naprawdę duży ogon, żeby zrównoważyć swoją większą postać.

Series this work belongs to: